Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 20 października 2018

Unia w Utrechcie czyli spotkanie na szczycie.

Ale się człowiek pokręcił po Europie, jak po własnym województwie, i rachunki z Ostrowca czy Sandomierza mieszają się z tymi z Amsterdamu, Utrechtu czy Hamburga. I słyszysz polski wszędzie, obecność rodaków jest przyjazna i dodaje normalności temu obecnemu przemieszczaniu. Aplikacja w telefonie poda ci każdą z możliwych informacji. Pokieruje cię do 10 attractions, powie jakiego transportu użyć i ile czasu powinieneś spędzić w danym miejscu, poda wszelkie itineraria.
Duma Utrechtu - gotycka  katedra sw Marcina


W kruzgankach katedry.
Ale w podroży oprocz miejsc, najważniejsi są ludzie i przeżycia osobiste. Osobliwe pejzaże, podroż w głąb samego siebie i w głąb własnego życia.
Powiem Utrecht i jako typowa humanistka, to kojarzę z Unią w Utrechcie , gdy pod koniec XVI wieku dokonano europejskiego podziału na  protestancką i katolicką Europę.  Następna wiedza przewija się w głowie, wykłady z dialektologii  i np. na temat kolonizacji olęnderskiej, jako niedocenionego fenomenu w naszej historii. Wielkopolska, dawne Prusy Królewskie. Czasami mylono "olęndrów" z Niemcami, ale ci pierwsi zawsze specjalizowali się w trudnych terenach zalewowych i melioracji, świetnie gospodarowali
Kanał w Utrechcie. Oni wykopali pierwsze kanały tutaj już w XI wieku!

Słoneczniki obowiązkowo.
Wybieram się na canal cruise..

Probuję zastąpić kapitana.
.Rozbiory zatrzymały tę pozytywną kolonizację, bo osadnicy już nie mieli takich wolnościowych praw. To niezwykłe, spekulując historią, mogliśmy zostać takim bogatym państwem, bo mieliśmy ku temu wszelkie możliwości od czasów Jagiellonów,  ale krótkowzroczność magnacka zniszczyła potencjalne bogactwo. Olęndrzy zawsze mądrze wykorzystywali swoją ekspansję, żeglarze i kupcy nawiązywali kontakty i wracali do domu. Systematyczni, pragmatyczni, funkcjonalni. Rzymianie we własnym kraju, genialna technologia i zarządzanie, brak improwizacji, bo morze by ich zalało. A u nas tylko szabelka i Wielka Improwizacja.
I w mieście które jest zródłem tylu refleksji spotykam się z koleżanką blogową Amishą- Asią. Poznałyśmy się 7 lat temu. Zainteresował mnie jej nick, bo to trochę z hinduskiej Anishy i amerykańskich Amishów. Spodobał mi się jej styl pisania, taki naturalny, a jednocześnie ekspresyjny i plastyczny, pełen uczuć i otwartości. Coś ze mnie, ponadto mężowie obcokrajowcy z pierwszej randki w Paryżu. Dużo młodsza ode mnie, ale świetnie się rozumiałyśmy. Parę razy rozmawiałyśmy przez telefon jeszcze w dawnych czasach.  Potem na fb człowiek lepiej się poznał poprzez rodzinne zdjęcia.
Takie piękne rozswietlone zdjęcie z 22sierpnia.

Na ruchliwym placu przed katedrą Sw Marcina.
W cieniu katedry spożylismy lunch, a rozmowom nie było końca. Łącznie z edukacją młodych Podlasian. Chociaż małzeństwo kosmopolityczne,  to wartości rodzinne, polskie. Rozmowa o pedagogice wychowania z Sikhem z Indii w Holandii i w miescie wybitnie protestanckim, czy też starokatolickim.  Niecodzienne rozważania socjologiczne.  Lubię takie spotkania. Inne tematy też nas entuzjazmowały, bo nasz towarzysz jest producentem pięknych wyrobów skórzanych.  Moda, uroda, miłość, to, co kobiety lubią najbardziej.   Państwo Sobti przybyli z Amsterdamu Vespą, co zajęło im tylko 45 minut, a ja na Utrecht Centraal. Moje zachwyty nad holenderską koleją trwają.
Wracam do domu, już dochodzi 19.
 Z Asią spotkałam się 22 sierpnia, a wcześniej byłam w Utrechcie  20 lipca, w dniu urodzin córki, Zwykle coś  się dzialo ciekawego w tym dniu, bo to  przeciez były zawsze dla mnie wakacje. Człowiek podrózował i sięgał w głąb siebie. Ja tak lubię pławić się w tych swoich rozmyślaniach, niewiele ze mnie z Olęndra. procz pracowitości, ale bez przesady. Tkwię w historii i literaturze, a praktyczności we mnie za grosz.  Coś  tez mowią o umiarze, ze nadmiar szkodzi, a niekontrolowanie zachowanie jest niedojrzałe.Jakby o mnie czasami.
Moja słoneczna sukienka i solidna Domtoren w tle. Z wiezy widokowej widać cały Utrecht.
Million bicycles in.. Utrecht. Kanał tez.

Nie może zabraknąc holenderskich kwiatow.
Długo będę wracać wspomnieniami do moich długich upalnych wakacji w Holandii.

sobota, 22 września 2018

Przyjechałam do Holandii.

Przez 10 lat w latach 1994-2004 jeździłam do Anglii autobusem i zawsze przejeżdżałam przez Holandię. Najczęściej to było nad ranem, bo już około 15 byliśmy w Londynie. Jawiła mi się ta Holandia jako płaski kraj z wysokimi drzewami z daleka,  widoczną taflą wielkich zbiorników wody oraz krowami na pastwiskach.
Krowy widać nawet a autostrad, tutaj na lokalnej fietspad.

Tym oto rowerkiem przemierzałam okolice Hilversum.

































Ani się człowiek nie obejrzał, czyli wtedy przespał, a już była Antwerpia, a potem Dunkierka i Calais. I zawsze przypominał mi się film  "Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii".
I oto 14 lat od moich ostatnich autobusowych podróży do Anglii, przyjechałam na długie wakacje do Holandii. Ten kraj odwiedzają miliony turystów głownie  z powodu Amsterdamu. Stary film z lat 70. O jeden most za daleko rozsławił  Arnhem i Driel i upamiętnił na zawsze operację Garden Market. Comeniusowe wymiany jeżdżą do Hagi czy Maastricht, a erazmusowi studenci do Delft, Leiden, Utrechtu, gdzie znane uniwersytety.
A ja znalazłam się u moich znajomych Holendrów, których jeszcze poznałam, we Francji, a mieszkają oni  na obrzeżach Hilversum- holenderskiego Hollywood, w enklawie przyrodniczych i technologicznych cudów.

Rozłożysty buk w  ogrodzie.
 W ogrodzie w oczekiwaniu na zaćmienie księżyca 27 lipca, ok godziny 22, a tu ciągle było widno.

Ukryta za wysokimi kwiatami, tu ćwiczyłam jogę.
Spaceruję i jeżdżę rowerem tu w parku- lesie, wśród odwiecznych grubych pni i konarów. Ogromne wysokie drzewa, buki, dęby, lipy, klony, topole i akacje. Wielkie domy z trudem ukrywają się wśród drzew.

Posprawdzałam liście w internecie, żeby je rozpoznawać. Buki myliły mi się z topolami na początku, ale bukom wyrosły owoce i było jasne, że to buki. Ponadto topole są bardziej strzeliste i wyższe, nie na darmo mamy przysłowie wysoki jak topola, a głupi jak fasola.
 Drzewa są olbrzymie, u nas nie ma takich, bo spaliły się w czasie wojny, czy wycięto ich potem,  ale kiedyś były skoro L.Staff ich opisywał:

O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa,
W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,
Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,

Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem.


Zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu,
W bezwietrzu sennym ledwo miesza się, kołysze,
Gdy z łąk koniki polne w sierpniowym gorącu

Tysiącem srebrnych nożyc szybko strzygą ciszę.


Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza
I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa,
Z których widmami rośnie wyzwolona dusza...
O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa! 

Tak się czułam, literacko i refleksyjnie w pierwszych dniach swojego pobytu w Holandii, i ten wieczny archetyp skojarzeń. Nie uwolnię się już nigdy od swojego wykształcenia. NIC praktyczności w mojej próżnej naturze.
 Wierzby płaczące też uginają swoje gałęzie w stronę wody  w kanałach, bardziej rozrośnięte, rozgałęzione, ale tak samo płaczące.
Wśród drzew  na dużych przestrzeniach dumnie stoją piękne rezydencje. Holenderski Media Park też w pobliżu.
Dom  sąsiadów na sprzedaż za ponad 3 miliony euro.

 I takie były moje pierwsze wrażenia z Holandii.
Zawsze mnie taki żal ogarnia z powodu naszego biednego kraju. Nawet arystokratyczny francuski wypleniono ze szkoły na korzyść uniwersalnego angielskiego. A jak się porówna różne języki, to łatwo w nich odczytać cechy narodowe. Mamy niemieckie nazwy narzędzi i organizacji życia miejskiego, np ratusz, francuskie nazwy strojów i życia obyczajowego, włoską sztukę i jedzenie. Gdy codziennie słucham niderlandzkiego, rozpoznaję mieszankę języków i zauważam mnóstwo słów jednakowo brzmiących dla nas, jeśli ich pochodzenie jest francuskie, łacińskie czy greckie, np prognoza, gratulacje,alternatywa, idealny, ambiwalentny, konsekwencje itd. Buk też jest buk, bo pełno było tych drzew dookoła.
Amsterdam znałam z piosenki Brela Dans le port du Amsterdam, ale to już ancient history, bardziej może o Marsylii ten port, który kiedyś przypominał  mi bardziej Dakar ze swoją czarną ludnością.
Amsterdam jest bardzo nowoczesny,
Takie widoki z amsterdamskich kanałów.
od dawna ludzie tu przyjeżdżają na jointa , takie europejskie San Francisco, wolne i kolorowe.
No comments.

Rower  zielarsko ubrany.

Amsterdam przyciąga miliony turystów z całego świata. Najwięcej było Azjatów. Muzea są oblegane i bilety trzeba kupować on-line.

A kanały, koncerty muzyczne na platformach,  sunące łodzie z rozbawionym towarzystwem, bary, coffee shopy, restauracje wzdłuż, są absolutnie zachwycające. Ozdobione  bogatymi kupieckim kamienicami stwarzają atmosferę wiecznej prosperity par exellance.
Dworzec kolejowy- duma Amsterdamu wg projektu Pierre Cuypersa z daleka, znad kanału. Takie piękne dworce widziałam kiedyś w Indiach. Pamiętam do tej pory Victoria Station w Bombaju.

Amsterdam Centraal z bliska. Ale był wtedy upał, a ja wracałam z  Zandvoort aan Zee. Te ich podwójne litery są śmieszne.

Takie widoki na Amsterdam, gdy tylko wyjdzie się z dworca.
Ta ich zamożność jest w pewnym sensie irytująca. Domy takie  zadbane i architektonicznie stylowe.  Szyldy umiarkowane i nie pstrokate. Wszystko jest harmonijne, solidne, ekonomiczne, dalekie od bylejakości. Pociągi przyjeżdżają co do minuty i na ulicach nie ma żadnych śmieci.  Wszystkie drogi prosto wytyczone i oznaczone ze ścieżkami dla rowerów,  samochody jakby miały ban w miastach, bo niewiele ich jeździ, same rowery i piętrowe dla nich parkingi. Całokształt to narodowy charakter Holendrów, kupiecki, pragmatyczny, handlowy i usługowy.To mistrzowie świata w tej dziedzinie.
 W weekend nie włóczą się pijani Holendrzy, tylko gremialnie jeżdżą na rowerach do późnego wieczora. W Amsterdamie słychać tylko pijanych Anglików, co oni tam wyprawiają, to zgroza.
Tyle krów i koni na wolnym wybiegu nie widziałam w Polsce od dziesięcioleci.
Pomimo  doskonałej organizacji tego majętnego i zasobnego kraju z dużą przyjemnością wracałam do naszej "normalności". Poświęcę mu jednak parę postów, bo  jest wart moich refleksji. To niezwykły kraj pod względem historii, technologii i kultury. I wszyscy mówią po angielsku!
Do zobaczenia.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

Zjazd absolwentów- tyle słońca w całym mieście.

Zjazd Absolwentów i Mundial. Zawołanie We win the cup! Nasze szaliczki. Nie ma lepszej kombinacji, i jeszcze w tle planowanie mojego dwumiesięcznego wyjazdu do Holandii i Francji, zakończenie roku szkolnego w naszej szkółce, podróż do Słupska i co tam jeszcze? Decyzja emerytalna, coca cola to jest to!
Zawsze, stale i wciąż wzrusza mnie spotykanie starych znajomych z dzieciństwa. Zjazdy szkolne absolwentów to znakomita okazja na wspomnienia. Tak pisałam o poprzednim Zjeździe5 lat temu tu .
Dziewczyny z 4a,c,d. B nie ma. Koleżanka prawej przyjechała z aż Kanady. Pozostałe z Krakowa , Wrocławia i Ostrowca.
 Tym z miasta nie zawsze chce się przychodzić na zjazdy, przyjeżdżają  inni, z najodleglejszych miejsc i zagranicy. To mój piąty zjazd i na ogół pojawiają się stali bywalcy z ciekawymi meteorami co 5 lat.Np. wreszcie dotarła moja ukochana koleżanka Ela z Kopernika,
Nostalgicznie z Elą i kolegą z jej rocznika.
 obecnie w Krakowie, z którą łączą nas absolutnie wspaniałe wspomnienia z prawie miesięcznych wczasów w Bułgarii- kemping Galata koło Warny w roku 1979, już na studiach.
Snują się okularnicy...Krzemionki. 
 Ja najbardziej lubię nasz "desant" z dwójki, sąsiedniej szkoły podstawowej, skąd najlepsi uczniowie szli do  LO im. J.Chreptowicza.
Moi koledzy z rzeczonych ulic, obecnie z Warszawy.
 Z ulic Polna, Iłżecka, Mickiewicza, części Sienkiewicza przede wszystkim, bo z Kopernika, Kochanowskiego , chociaż tak niedaleko, przenoszono ich do "czwórki". Osiedle Słoneczne zaczęli wtedy stawiać dopiero. W szkołach podstawowych obowiązywała tzw. rejonizacja.
Te zjazdy to dla mnie absolutny fenomen.
Już się tutaj ściemniało na Krzemionkach. Dosłownie i w przenośni. Nasz  cały rocznik. Radek się gdzieś zapodział i Krzysiek, który należy do dwóch roczników. Czyli było 13 osób. Najwięcej z 4d i a, to były zgrane klasy.
 Organizowane od 1958r. Najpierw co 10 lat, a potem od 1988 co 5lat, bo za dużo ludzi umierało w międzyczasie i w ogóle za długa przerwa. W naszym regionie to jedyna szkoła , która organizuje zjazdy absolwentów, bo inni tak okazjonalnie się spotykają. Np. z okazji okrągłych rocznic istnienia szkoły. To wielka zasługa Stowarzyszenia Absolwentów II LO im. J.Chreptowicza i jej aktywnych członków.
Z ukochaną Marzenką z Iłżeckiej. Nawet torebki mamy takie same. Nasze wspomnienia to szkoła podstawowa i liceum oraz obozy harcerskie w Międzywodziu.
Dziewczyny z klasy 4 a, c, d. W szkole przed tablicą patrona. Z Krakowa, Wrocławia i Ostrowca.
Lubię zastanawiać się jak zmieniają się tematy naszych rozmów na przestrzeni lat. Na ogół zupełnie podstawowe, niezobowiązujące, gdzie obecnie mieszkamy, czym się zajmujemy, nawiązuje się wtedy do jakichś uczelni. Bo obowiązkowo wszyscy skończyli studia. Chwalimy i pamiętamy tych, co kiedyś jako olimpijczycy szli na studia bez egzaminów. Mamy wpojony ogromny szacunek do wiedzy i nauki. Teraz wnuki już w tematach sie pojawiają, gdzie jeszcze by tu pojechać na wakacje, jaką dietę zastosować dla zdrowią, np słoneczną lub wodą strukturyzowaną, hehe. Dyskusje mocno podlewamy whisky Chivas, żadne tam Granty czy Jamesony, Polonezami, Chopinami i temu podobnym trunkom.  Ale Wyborowa też, a jakże. Jedzenie jest wyśmienite, najlepsze ostrowieckie kateringi i hotele.
Z Jolą- szefową naszego stowarzyszenia absolwentów i Grażynką z Krakowa.

Oglądamy stare zdjęcia i niezmiennie się sobą zachwycamy wzajemnie. Jest tak wesoło i beztrosko, tyle pogodnej radości i ucieszenia. Przyjeżdża kilkaset osób, a temperatura i słońce nam teraz dopisało  fantastycznie. Całą noc przesiedziałam na Krzemionkach w bluzeczce na ramiączkach. Tańce i śpiewy przy największych przebojach minionych dekad uwielbiam najbardziej. Kryzysowa narzeczona szalała jako Dancing Queen. Pod hasłem Let`s twist again like we did last summer...
Na balu po triumfujacym Bailando.
 Koledzy z młodości, jacy oni są teraz fajni, kiedyś tacy nieopierzeni, obecni przystojniacy, że hej.
Krawaty wiążemy.
Nikt nie rozmawia o polityce, tylko tak ogólnie o życiu i co by tu jeszcze w tym zakresie, zdrowotnym, kulinarnym i rozrywkowym.
Szkoła i te oficjalne sprawy zdecydowanie już nas nie interesują, chyba, że w kontekście dorastających wnuków, czy kariery nauczycielskiej. Z mojej klasy prawie same nauczycielki, ja też jak wiadomo.
Młode roczniki też się pojawiają na zjazdach. Na zdjęciu moi uczniowie, ich urocza ciocia, też absolwentka robi nam zdjęcie..

 Przy tej znamienitej okazji chciałam się podzielić innymi refleksjami. W świecie hiperkomunikacji, gdzie bombardujemy się esemesami, twittami, mailami, „lajkami” na Facebooku, coraz mniej czasu pozostaje na podtrzymywanie głębokich więzi. Relacje społeczne zupełnie się zmieniły. Ja również zapraszałam na imprezę za pomocą wspomnianych komunikatorów. I wszyscy robili zdjęcia smartfonami,czasami nowoczesnymi aparatami fotograficznymi. Kto słyszał o selfie 5 lat temu? Taki inny czas.

Selfie tez robimy, a 5 lat temu jeszcze nie było popularne. 
 Czułam niekiedy, że powoli stajemy się jakimiś cyborgami, ludzko-techniczną hybrydą sprzężoną za pomocą interfejsów. Komputer czy smartfon włączony cały dzień, nowa społeczno-psychologiczna rzeczywistość. Pewna zależność od ludzi , którzy nie  wiem jak wyglądają.  A tutaj, w rodzinnym mieście tylu wspaniałych kamratów, sztama i koleżeństwo ze wszystkich etapów życia, zażyłość, braterstwo i przywiązanie.
W plenerze na Krzemionkach.
Internetowe przyjaźnie, nie przeniesione do realnych kontaktów, to przy nich "ersatz, cholera , nie życie", jak mówiła przy innej okazji  Agnieszka Osiecka.
 Ja najbardziej lubię spotykać moich przyjaciół z dawnej ulicy Polnej, Iłżeckiej i Mickiewicza, powtórzę raz jeszcze, kocham was za nasze dzieciństwo i młodość i mam nadzieję na kolejne spotkanie za 5 lat.
 Emocje opadły i znowu pośpiech i plany, plany.
RODO w części zastosowałam, hehe, zdjęcia bez podpisów.Prócz Eluni ii Marzenki, moich kochanych koleżaneczek z młodości.