Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Zjazd absolwentów- tyle słońca w całym mieście.

Zjazd Absolwentów i Mundial. Zawołanie We win the cup! Nasze szaliczki. Nie ma lepszej kombinacji, i jeszcze w tle planowanie mojego dwumiesięcznego wyjazdu do Holandii i Francji, zakończenie roku szkolnego w naszej szkółce, podróż do Słupska i co tam jeszcze? Decyzja emerytalna, coca cola to jest to!
Zawsze, stale i wciąż wzrusza mnie spotykanie starych znajomych z dzieciństwa. Zjazdy szkolne absolwentów to znakomita okazja na wspomnienia. Tak pisałam o poprzednim Zjeździe5 lat temu tu .
Dziewczyny z 4a,c,d. B nie ma. Koleżanka prawej przyjechała z aż Kanady. Pozostałe z Krakowa , Wrocławia i Ostrowca.
 Tym z miasta nie zawsze chce się przychodzić na zjazdy, przyjeżdżają  inni, z najodleglejszych miejsc i zagranicy. To mój piąty zjazd i na ogół pojawiają się stali bywalcy z ciekawymi meteorami co 5 lat.Np. wreszcie dotarła moja ukochana koleżanka Ela z Kopernika,
Nostalgicznie z Elą i kolegą z jej rocznika.
 obecnie w Krakowie, z którą łączą nas absolutnie wspaniałe wspomnienia z prawie miesięcznych wczasów w Bułgarii- kemping Galata koło Warny w roku 1979, już na studiach.
Snują się okularnicy...Krzemionki. 
 Ja najbardziej lubię nasz "desant" z dwójki, sąsiedniej szkoły podstawowej, skąd najlepsi uczniowie szli do  LO im. J.Chreptowicza.
Moi koledzy z rzeczonych ulic, obecnie z Warszawy.
 Z ulic Polna, Iłżecka, Mickiewicza, części Sienkiewicza przede wszystkim, bo z Kopernika, Kochanowskiego , chociaż tak niedaleko, przenoszono ich do "czwórki". Osiedle Słoneczne zaczęli wtedy stawiać dopiero. W szkołach podstawowych obowiązywała tzw. rejonizacja.
Te zjazdy to dla mnie absolutny fenomen.
Już się tutaj ściemniało na Krzemionkach. Dosłownie i w przenośni. Nasz  cały rocznik. Radek się gdzieś zapodział i Krzysiek, który należy do dwóch roczników. Czyli było 13 osób. Najwięcej z 4d i a, to były zgrane klasy.
 Organizowane od 1958r. Najpierw co 10 lat, a potem od 1988 co 5lat, bo za dużo ludzi umierało w międzyczasie i w ogóle za długa przerwa. W naszym regionie to jedyna szkoła , która organizuje zjazdy absolwentów, bo inni tak okazjonalnie się spotykają. Np. z okazji okrągłych rocznic istnienia szkoły. To wielka zasługa Stowarzyszenia Absolwentów II LO im. J.Chreptowicza i jej aktywnych członków.
Z ukochaną Marzenką z Iłżeckiej. Nawet torebki mamy takie same. Nasze wspomnienia to szkoła podstawowa i liceum oraz obozy harcerskie w Międzywodziu.
Dziewczyny z klasy 4 a, c, d. W szkole przed tablicą patrona. Z Krakowa, Wrocławia i Ostrowca.
Lubię zastanawiać się jak zmieniają się tematy naszych rozmów na przestrzeni lat. Na ogół zupełnie podstawowe, niezobowiązujące, gdzie obecnie mieszkamy, czym się zajmujemy, nawiązuje się wtedy do jakichś uczelni. Bo obowiązkowo wszyscy skończyli studia. Chwalimy i pamiętamy tych, co kiedyś jako olimpijczycy szli na studia bez egzaminów. Mamy wpojony ogromny szacunek do wiedzy i nauki. Teraz wnuki już w tematach sie pojawiają, gdzie jeszcze by tu pojechać na wakacje, jaką dietę zastosować dla zdrowią, np słoneczną lub wodą strukturyzowaną, hehe. Dyskusje mocno podlewamy whisky Chivas, żadne tam Granty czy Jamesony, Polonezami, Chopinami i temu podobnym trunkom.  Ale Wyborowa też, a jakże. Jedzenie jest wyśmienite, najlepsze ostrowieckie kateringi i hotele.
Z Jolą- szefową naszego stowarzyszenia absolwentów i Grażynką z Krakowa.

Oglądamy stare zdjęcia i niezmiennie się sobą zachwycamy wzajemnie. Jest tak wesoło i beztrosko, tyle pogodnej radości i ucieszenia. Przyjeżdża kilkaset osób, a temperatura i słońce nam teraz dopisało  fantastycznie. Całą noc przesiedziałam na Krzemionkach w bluzeczce na ramiączkach. Tańce i śpiewy przy największych przebojach minionych dekad uwielbiam najbardziej. Kryzysowa narzeczona szalała jako Dancing Queen. Pod hasłem Let`s twist again like we did last summer...
Na balu po triumfujacym Bailando.
 Koledzy z młodości, jacy oni są teraz fajni, kiedyś tacy nieopierzeni, obecni przystojniacy, że hej.
Krawaty wiążemy.
Nikt nie rozmawia o polityce, tylko tak ogólnie o życiu i co by tu jeszcze w tym zakresie, zdrowotnym, kulinarnym i rozrywkowym.
Szkoła i te oficjalne sprawy zdecydowanie już nas nie interesują, chyba, że w kontekście dorastających wnuków, czy kariery nauczycielskiej. Z mojej klasy prawie same nauczycielki, ja też jak wiadomo.
Młode roczniki też się pojawiają na zjazdach. Na zdjęciu moi uczniowie, ich urocza ciocia, też absolwentka robi nam zdjęcie..

 Przy tej znamienitej okazji chciałam się podzielić innymi refleksjami. W świecie hiperkomunikacji, gdzie bombardujemy się esemesami, twittami, mailami, „lajkami” na Facebooku, coraz mniej czasu pozostaje na podtrzymywanie głębokich więzi. Relacje społeczne zupełnie się zmieniły. Ja również zapraszałam na imprezę za pomocą wspomnianych komunikatorów. I wszyscy robili zdjęcia smartfonami,czasami nowoczesnymi aparatami fotograficznymi. Kto słyszał o selfie 5 lat temu? Taki inny czas.

Selfie tez robimy, a 5 lat temu jeszcze nie było popularne. 
 Czułam niekiedy, że powoli stajemy się jakimiś cyborgami, ludzko-techniczną hybrydą sprzężoną za pomocą interfejsów. Komputer czy smartfon włączony cały dzień, nowa społeczno-psychologiczna rzeczywistość. Pewna zależność od ludzi , którzy nie  wiem jak wyglądają.  A tutaj, w rodzinnym mieście tylu wspaniałych kamratów, sztama i koleżeństwo ze wszystkich etapów życia, zażyłość, braterstwo i przywiązanie.
W plenerze na Krzemionkach.
Internetowe przyjaźnie, nie przeniesione do realnych kontaktów, to przy nich "ersatz, cholera , nie życie", jak mówiła przy innej okazji  Agnieszka Osiecka.
 Ja najbardziej lubię spotykać moich przyjaciół z dawnej ulicy Polnej, Iłżeckiej i Mickiewicza, powtórzę raz jeszcze, kocham was za nasze dzieciństwo i młodość i mam nadzieję na kolejne spotkanie za 5 lat.
 Emocje opadły i znowu pośpiech i plany, plany.
RODO w części zastosowałam, hehe, zdjęcia bez podpisów.Prócz Eluni ii Marzenki, moich kochanych koleżaneczek z młodości.

czwartek, 17 maja 2018

Zakopane- z poezją, naturą i sztuką.

Postanowiłam pojechać do Zakopanego. Na szczytach Tatr, na szczytach Tatr, na sinej ich krawędzi wyobrażałam sobie nie strop nieba ołowiany, tylko niebo niebieskie, rwące strumienie i świerki zielone. I myślałam, znowu Szymanowski, znowu Witkacy, Kasprowicz, Tetmajer i Asnyk. Bo ja tak zawsze lubię górnolotnie.
Z Kasprowiczem namalowanym przez Witkacego.
A potem zobaczyłam  niebieskie niebo, turkusową ciszę i zielone świerki, ale  "Wszystko przyprószone jest śniegiem siwizny. I posmutniałam".
Bo są takie momenty, parę nut nagle uderza do głowy, zawraca ją, wzbudza wszystkie minione najskomplikowańsze dźwięki, i alkohole. I nagle krystalizuję się życie całe. Tak się dzieje z wyłaniającym się Giewontem i powietrze podhalańskie uderza do głowy.

Gdy byłam dzieckiem jeździłam r rodzicami na wycieczki pracownicze i pamięć o tych naprawdę fajnych imprezach zostawiła trwały ślad we wspomnieniach.
Na tej pamiętnej wycieczce w listopadzie 1971 roku mieszkaliśmy  gdzieś w Kuźnicach , bo mam stare zdjęcie. Zawieziono nas też do Morskiego Oka i mama moja w takim ogromnym kożuchu- futrze się mówiło, w którym potem chodziła całe życie. Mnie nie kupili kożuszka, który wtedy kosztował majątek.
Legendę Tatr i Zakopanego znałam od zawsze. Wychowywana ze starszym bratem, zwykle wiedziałam więcej. Taki wierszyk Tetmajera był chyba w starych podręcznikach.
"Wolno i sennie chodzą po jasnym tle błękitu, złocistobiałe chmurki z połyskiem aksamitu". Jak pamiętam Tetmajera omawiało się dokładnie w liceum. Też pewnie kształtował nasze wyobrażenie o Tatrach, moje na pewno.
A dokładniej Tatry poznałam na studenckim obozie sportowym w 1980. Polska szykowała się do gorących zmian, powstały związki zawodowe, a my chodziliśmy po górach. Ale była beztroska.
Jakie tu piękne słońce swieciło!
"Cicho, cicho nie budźmy wody, lekko z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie...i wchłaniajmy potoków szmer, co toną w jeziorze i limb szumy powiewne, i w smrekowym szept borze.."
Płonie kamienna Tatr korona,
A cisza siada między granie,
Rozleniwiała, rozmarzona.

Słońce w niebieskim lśni krysztale,
Światłością stały się granity,
Ciemnosmreczyński las spowity
W bladobłękitne, wiewne f
ale.

Wszyscy obdarzają Zakopane i Podhale niezmiennym uczuciem od lat, te góry, ten pejzaż, pawiookie stawy , muzykę. Jeszcze jeden piękny cytat:

Taki tam spokój... na gór zbocza światła się zlewa mgła przezrocza na senną zieleń gór... srebrnotęczowy sznur-potok skrzy... srebrzystoturkusowa cisza nieba... Egzaminacyje epitety Młodej Polski.
Nad Morskim Okiem schronisko jak zawsze to samo. Jak opoka.
Kiedyś byłam całkowicie przygotowana na ten wielki zakopiański świat. Czytałam Witkacego i Witkiewicza -ojca. Tetmajera i Kasprowicza.
Willa Koliba- wg projektu Witkiewicza.
Koliba- salon.
Znałam przeżycia Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej w willi na Kozińcu. Słuchałam Szymanowskiego czytając Lieberta. Obydwaj gruźlicy, przemknęli przez świat jasną smugą sztuki. Ekscytowałam się witkacowską ekstrawagancją, on mnie "pożerał".
I tak chciałam żyć, czysta forma, narkotyczne sny, nieziemskie i pozaziemskie,  i oczywiście  moja ulubiona fantasmagoria. Późniejsza wyprawa do Indii i Nepalu dopełniła całości. Nudność zwyczajnego życia była mi zawsze nieznośna.
W rezultacie, "kiedy czas nachylił się ku wieczorowi", czyli bez metafory, gdy mi lat przybywa i bliżej do starości, to wcale nie żałuję tych moich szaleństw. Tylko nie ma już tamtych ludzi. Tyle osobliwych wędrówek, wieczorów w knajpach, potańcówek czy nawet spacerów z  moimi małymi, potem dużymi córeczkami oraz uczniami. Do Zakopanego jeździło się prawie co roku.  Moje szczęśliwe życie. Jakeś mi sie prędko odmieniło. Jakeś strumyku upłynął, jakeś wysechł, jakeś zubożał, dzwoniący jak owce na hali.
A teraz wszędzie profanum vulgus.
 Sama schodzę stopniami w oko doliny, szerokimi, zielonymi stopniami głębiny.
Strążyska.

W drodze na Morskie Oko.

Taki snieg na wysokości Kasprowego.
Pariasem zdecydowanie być nie chciałam i w czasach studenckich bardzo mnie bawiły wyjazdy do Zakopca i narciarskie szusy na Polanie Szymoszkowej, Butorowym Wierchu czy Nosalu. Nie wiem skąd ja wtedy pieniądze miałam, ale chyba oszczędzało się na jedzeniu, żeby na sobotę skoczyć do Zakopca i na " do you spek English " zawsze się kogoś poznało. Dobrze, że na uczelnianych obozach kondycyjnych nauczyłam się jeździć na nartach.
Na Kasprowym szykowałam się do zjazdu, tylko buty nie te...

 Wtedy w Zakopanem to byli inni ludzie. Bardzo było przyjemnie mieszkać w hotelu i czuć się prawie wywyższonym rozmawiając po angielsku o zakopiańskiej architekturze, Szymanowskim i Witkacym. Parlami ancora de lontano sento, mów do mnie jeszcze.. To były osobliwe improwizacje. Wielkie rozmowy i wielkie popijawy. Haute volee młodej prowincjuszki.
A teraz kiedy widzę tytuły w teatrze im. S. Witkiewicza- Demonizm zakopiański,Na przełęczy, Opowieści o zwyczajnym szaleństwie- to widzę się jako Kobietę- istnienie poszczególne. Jeszcze mi w głowie jakieś ekstrawagancje i zjawy.

Chodzę sama po Chochołowskiej, Strążyskiej i Kościeliskiej ulicy i myślę,  że niczego się nie nauczyłam i nic nie rozumiem, i nic nie zapomniałam i znowu nic nie umiem.. a chciałam przecież tak wiele. Zrobić, pojąć, ukochać.. Noc płaszcz narzuca na góry, siklawy nie przestają szlochać..
Ale wspaniale było się kąpać w termalnych wodach zakopiańskiego  Aqua parku, z widokiem na Giewont. Jakby nad jeziorem Phewa w Nepalu.
W kinie Sokół oglądałam bhutański film Miód dla Dakini.
Kino jak z dawnej epoki.
 Oglądaliście kiedyś film z Bhutanu? Totalna ezoteryka, egzotyka też.
Gabinet Szymanowskiego.

W Atmie słuchałam Szymanowskiego, jakbym na nowo widziała Panny z Wilka.
Willa Atma na Kasprusiach.
Portrety Szymanowskiego wykonane przez Witkacego.
Ile tych odsłon z niepamięci?
Wiersze Tetmajera, Kasprowicza, Asnyka i Iwaszkiewicza.


niedziela, 11 marca 2018

Na Pomorzu. Gdzie pojechała Matyldzia.

Ale się życie toczy. Matyldzia wyjechała na Pomorze z Dominiką.
W Ustce na plaży.

Słupsk

Magda mieszkała kiedyś nad Morzem Północnym, Dominika pomieszkiwała miesiącami nad Atlantykiem i Adriatykiem na wymianach studenckich, a ja nad Morzem Śródziemnym i tak to trwało przez parę lat. Zawsze miałyśmy szczególny stosunek do morza. Conradowsko-Vernowsko- Londonowski, ja na pewno. Wychowana na literaturze. A dziewczyny  przygody przeżywały, jak w książkach awanturniczo-podróżniczych Arturo Perez-Reverte`a, bo to rozmaite historie wydarzały się w tle. To inne pokolenia.  Rumieniec satysfakcji ze wspomnień pojawia się na twarzy. Ach, warto było.
Magda szaleje nad swoim morzem. Tam zimniej było.


Dominika gwiazduje nad Adriatykiem.

Nad Atlantykiem na erazmusie w Portugalii i to kiedy!
Babcia też umiała zaszaleć. Malta.
Nastąpił czas i w różnych terminach i wracałyśmy do kraju. Dominika studiowała marine biology i aquaculture engineering. Ona musiała wrócić nad morze i bardzo tego chciała. Ja też życzyłam sobie, żeby się wreszcie usamodzielniła, ale, że przecież zabierze Matyldzię, to nie przewidziałam mojego żalu.
Lady Baltic.
Od urodzenia związana byłam z tym dzieckiem w wyjątkowy sposób i bardziej niż ze starszą wnuczką Ewcią, która otoczona  pogodną rodziną zięcia, bezpiecznie i szczęśliwie od wieku niemowlęcego przechodziła etapy dorastania. Natomiast Matyldzia, studenckie dziecko ciągane było od pokoju do mieszkania, od Olsztyna do Ostrowca, Rzeszowa czy na Dolny Śląsk. I tylko z mamą i babcią oraz koleżankami mamy.  Spędziła z "bacią" Alą niejeden weekend i wspólne wyjazdy w różne strony, a ostatnie pół roku była prawie babci domownikiem. I nagle taką słodką iskiereczkę trzeba zawieźć 600 km od domu i zostawić w obcym miejscu.
 To było nie do zniesienia. Przychodzi potem Ewcia do babci i pyta, gdzie Bilda, bo tak nazywa Matyldę, a u babci  wodotrysk łez. Ewcia jest radosna i śmieszka, ale tak bawiły się razem w każdą niedzielę, tańczyły i jeździły samochodzikiem, a teraz Ewci nie chce się samej wykonywać tamtych  wesołych zabaw i nie ma już  promiennego śmiechu w pokoju. Ewcia chodzi po mieszkaniu i szuka Matyldzi.

Ja już niedługo pojadę do Słupska na ferie wielkanocne, kuszetka kupiona, a Ewcię zabierzemy na majówkę do Matyldzi. Będą znowu się radośnie bawić, a potem na wakacje. Ale kiedy będą u mnie spać razem?
Po zabawie do łóżka odpocząć. Ewcia cała w słodkich rumieńcach.


wtorek, 13 lutego 2018

Carcassonne-encore une fois.

Zawsze po przerwie wracam do blogu z wyrzutami sumienia, że tak długo nie pisałam. Często też sięgam pamięcią do nieodżałowanego Stefana Reczka, który był  promotorem mojej pięknej pracy magisterskiej  o wpływach kultury japońskiej na polski modernizm. Nazywaliśmy Go wtedy Docentem. Zacznę  dzisiaj jego słowami, że bezpośredni pochop  do napisania tego monologu wewnętrznego  poszedł głównie od smakowników, którzy mieszkając w promieniu zasięgu internetowego/ czyli obecnie prawie cały świat/ oczekują ode mnie  kolejnego filologicznego dyskursu odzwierciedlającego znaczną rozmaitość moich  zainteresowań.

Teraz Ewcia i Matyldzia są w kręgu moich największych zainteresowań

Moje dwie pociechy największe.
Docent Stefan Reczek zawsze nam mówił, żebyśmy pisali i starali się swoje słowo rozpowszechniać w różny sposób. Gdyby dożył dzisiejszych czasów, byłby zadziwiony mnogością  możliwości i jak zawsze kazałby Alwar gryźć. Czyli się uczyć. A słowo pochop, czyli chęć, impuls, skłonność do czegoś, pobudka do działania jest obecnie z rzadka używane i jedynie przez miłośników słowa. Zaczynając jeszcze raz, bezpośredni pochop do napisania kolejnego postu dały mi spotkania rodzinno- towarzyskie odbywane w okresie świąteczno-noworocznym oraz moje refleksje rocznicowe. Zbliża się  okrągła rocznica moich urodzin. I tak z reguły, to ja zawsze powtarzam je ne regrette rien, ale Francji mi  trochę żal, bo ja od dawna z jej kulturą związana, nie odwiedzałam, czy odkrywałam Francję. Ja spotykałam Francję na nowo i widziałam ją pod innym kątem, jak np. w filmie Woody Allena O północy w Paryżu. Francję poetów i pisarzy, Francję Chopina, Francję impresjonistów, Francję Niebieskiego roweru, sierżanta Cruchot, BB, Francję szansonistów, Victora Hugo, Balzaca, Napoleona, Alaina Delona, markizy Angeliki, Dumasa i długo by wymieniać te francuskie ikony. To taki dla nas dawno ukochany nobliwy kraj, gdzie jeździł literacki tout  le monde. I też mogę tam nadal jeździć bez ograniczeń, ale z pewnością już tam nie zamieszkam. Teraz mam zupełnie inne wartości i nie widzieć miesiącami jak dorastają moje wnuczki byłoby nie do zniesienia.
Z Magdą z widokiem na Minerve. Początek maja. Tylko 10 km od naszego dawnego domu,

W twierdzy nie do zdobycia, wspaniałym i absolutnie fenomenalnym  Carcassone byłam niezliczoną ilość razy.
Tu z ostatniej wizyty w listopadzie, a wlasciwie 31 pazdziernika dokladnie. Tak cieplo było, ale bez tłumów.
Mieszkałam w końcu tylko ok. 30 km od miasta, które jest prefekturą  naszego departamentu Aude. Wszystko się tam załatwiało, nie w warowni, ale w mieście. Naturalnie,  ze pokazywaliśmy go wszystkim gościom i sami czasami spacerowaliśmy średniowiecznymi uliczkami. Niezapomniany dzień spędziłam kiedyś z Margaret Jackson z Siran.   Poza sezonem, kiedy słońce szybciej zachodzi, to  szczególna podróż w czasie,  największa średniowieczna forteca zachowana w Europie wydaje się bardziej tajemnicza i ezoteryczna o zmierzchu. Jakby szeleszczące stroje z epoki i chrzęst zbroi miały ukazać się w zaułkach.
Upał przenikający mózg zatrzymał turystow w domu. Z Dominiką kiedyś w sierpniu.
Straszny był upał wtedy, gdy przyjechałysmy z Dominiką i nawet turystów wymiotło, chociaż sierpień. I zdjęcia takie prześwietlone.

 Carcassonne położone jest  na szlaku często uczęszczanym od czasów starożytnych  i po czasy obecne!. Ten bardzo wygodny do podróżowania trakt łączy Pireneje z  Włochami. Tutaj pod Carcassonne nad rzeką Aude  krzyżowały się szlaki handlowe kupców wędrujących z półwyspu Iberyjskiego do Europy Centralnej oraz wielu armii maszerujących od Morza Śródziemnego po Atlantyk. O kontrolę nad tym terenem przelewali krew Rzymianie, Wizygoci, Saraceni oraz coraz to nowi najeźdźcy. Potem Kanał Południowy połączył dwa morza.
Canal du Midi jest w miescie, nie twierdzy.
Główne wejscie do twierdzy.


Początki historii Carcasonne sięgają czasów antycznych, natomiast rozbudowę, istniejących do dziś, fortyfikacji rozpoczęto w V wieku za panowania Wizygotów­­.
Na Carcassone składa się miasto dolne (La Ville Basse) i górne miasto (Cité) otoczone podwójnymi murami obronnymi o długości 3 km z ponad 50-cioma wieżami. Wewnątrz Cité znajduje się XI-wieczna katedra Saint-Nazaire oraz zamek hrabiowski z XII wieku.



W połowie XIX wieku wstrzymano rozbiórkę zniszczonych wojnami fortyfikacji i rozpoczęto rekonstrukcję Carcassonne zakończoną w 1911 roku. Zabytkowe miasto warowne Carcassonne w 1997 roku zostało wpisane na listę UNESCO.
Duża liczba turystów (a co za tym idzie mnóstwo sklepów z pamiątkami) może przeszkadzać w zwiedzaniu i poczuciu klimatu średniowiecznego miasta, ale też mają swój urok, bo niby takie lokalne hand made  pamiatki.Jak dawniej pielgrzymi przywozili jakieś święte relikwia z podróży, my teraz przywozimy suweniry. Teraz te niezliczone tłumy turystów tylko siedzą i jedzą. Trudno znaleźć wolny stolik, my też głodni, a potem czeka się w nieskonczoność na te dania.
Tu na zewnątrz w słońcu jesiennym, a w srodku jeszcze wiecej.
Już lepiej coś przekąsić na szybko, ale każdy chce zasiąść w tej mediewalnej atmosferze, poczuć się damą u boku swojego rycerza.  Zawsze mnie zadziwiają te tłumy w czasie lunchu. Byłam w tamtym roku w naszym Malborku, też ogromna warownia, ale tam ludzie zwiedzaja, a nie jedzą. I przewodnikow mnostwo. Cite większość zwiedza na własną rękę, bo mało kogo interesuje naprawde historia, chodzi o kolejne zdjęcie i zjedzenie lunchu. Typowe vanity fair. Nawet metodyczna żółta rasa zachowuje sie podobnie. W tym roku już mniej się fotografowałam, haha.
Ostatnia moja wizyta miała miejsce w halloween.


Grube mury wraz z dziesiątkami strzelistych wież tworzą wręcz bajkową scenerię, która często była wykorzystywana w filmach historycznych.
Dominika spaceruje.
Z dwiema córkami.
Magda, w kwietniu.
Poza ścislym sezonem taka objawia się przestrzeń.
  Dodam jeszcze, bo nie wiem kiedy znowu napiszę o Francji, że fascynują mnie tam stare odremontowane domy. Belki ze starych stodół, drzwi starych szaf, okna opuszczonych domów skupowane jakby ze śmietników-odnawiane przez pasjonatów, bibeloty z bric-a brac składają się potem na uroczą całość, Z tych   oryginalnych wnętrz roztacza się też zwykle piękny widok na podobne kamienne domy, wysokie topole, platany, jakieś rzeki, łąki, a przede wszystkim winorośla w tamtym regionie.
Koło Olonzac.
W tym względzie to my też mamy piękną naturę, ale złowroga historia przejechała przez naszą ziemie pozbywając ją  wartości materialnych. Wszyscy lubią funkcjonalną nowoczesność. Niektóre nasze gospodarstwa agroturystyczne kultywują na szczęście piękno dawnych epok.
Simply, la vie en rose dla Dominiki.