Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

niedziela, 6 listopada 2011

Indie Varanasi - studenckie wspomnienie.

Stare zdjęcie nawet znalazłam -przed muzeum sanskrytu
 Opowiadanie to znalazłam w swoich dawnych dokumentach i poświęcam je moim nowym wirtualnym koleżankom, które związane są z Indiami.
      Z Khajuraho do Mohaba jechaliśmy autobusem kategorii ostatniej, ledwie dyszał, ciągle na szalejących klaksonach. Zamiast 4 godzin, jechał sześć. Z Mohaba pociągiem do Varanasi całą noc i pół dnia. Nie mieliśmy miejscówek, jedziemy w warunkach urągającym białym turystom, na półkach, gdzie zwykle kładzie się bagaż, ale już przyzwyczaiłam się do tego. Około południa po monsunowym deszczu w przymglonym słońcu wyłania się Varanasi- Benares- Kasi, miasto starsze od Rzymu. Kwintesencja hinduizmu.

25 -letni inżynier, a z zamiłowania historyk sztuki Prem Singh, harmonijny wzór doskonałości jest moim cicerone. Po tylu latach mogę tylko powiedzieć słowami Micińskiego, " tak sie w mej duszy mienia twoje  oczy, że nic trwałego w nich prócz tajemnicy. I próżno pytam, czy mnie do świątnicy ten sfinks prowadzi czy pustych roztoczy, gdzie palmy więdną na słonecznym skwarze i tak do rajów podobne miraże”. I te miraże towarzyszą mi przez całe życie.
Miraże hinduizmu
Hinduizm nie powołuje się na założyciela i jego naukę, to system społeczny, połączony z mnóstwem najprzeróżniejszych, często ze sobą sprzecznych ceremonii i wierzeń, od prymitywnego politeizmu do uduchowionego monoteizmu i od panteizmu do ateizmu. Hinduizm to periodyczne stwarzanie i niszczenie wszechświata wraz z wędrówka dusz i zależną od karmana nagrodą lub karą, to surowe przepisy kastowe, zakaz zabijania i spożywania krowy, to palenie zwłok.
Mój ekscytujący Hindus Prem Singh z Varanasi mówi mi, że kobiety pali się w czerwonych szatach a mężczyzn w białych, palenie trwa około 3 godzin, prochy wrzuca sie do Gangesu. Po materialnej rzeczywistości zostaje mgła i dym. Nie ma w tym nic makabrycznego. Śmierć jest oczyszczeniem po rytuale życia. Nad rzeką wśród pogrzebowych stosów nie czuje się przerażenia, tylko mdły zapach palonego drewna i kwiatów na marach.
Zaraz potem Prem prowadzi mnie do fabryczki włókienniczej, oglądamy dziesiątki sztuk brokatowych, niezwykle pięknych sari. Jeden z pracowników upina na mnie różne sari, w tych kilku metrach powłóczystego, delikatnego jedwabiu wyglądam naprawdę uroczo.
Pijemy smaczną herbatę, gra upojna indyjska muzyka. Nic więc dziwnego, że zgadzam się też na masaż ciała, który naprawdę był tylko masażem. Rikszą wracam do hotelu.
Następnego dnia 18 lipca w piątek, umówiliśmy się rano, bardzo wcześnie, już o 5 pływaliśmy łódką po Gangesie i obserwowaliśmy słynne oblucje, ghaty czyli monumentalne schody prowadzą do rzeki, pobożni Hindusi rytualnie nabierają wody, płuczą usta, obmywają ciało bardzo dostojnie. .
W restauracyjce koło świątyni małp gdzie królował bóg Haruman zjedliśmy lekki lunch, omlet i bardzo słodki ananasowy sok, towarzyszyły nam dzikie małpki. Varanasi w Uttar Pradesh to ponad milionowe miasto, największy w Indiach ośrodek kultu religijnego wyznawców hinduizmu i buddyzmu, w starożytności Kasi , jedno z 7 świętych miast dawnych Indii.
Mój Prem to kwintesencja hinduizmu, jest bardzo religijny, recytuje wersety z Wedy, nie jest to jedna wielka księga, jak Biblia, czy Koran, lecz obejmuje ogromny zbiór dzieł, o dość różnej treści, układanych przez kilka wieków. Najstarszą warstwą tradycji wedyjskiej są tzw mantry czyli teksty odmawiane przy składaniu ofiar, a uporządkowane w 4 zbiorach Są to Rygweda, Samarweda, Jadziurweda, Atharwaweda. Do każdego zbioru należą teksty różnych kategorii, są to brahmany czyli traktaty rytualno- teologiczne oraz upaniszady czyli traktaty filozoficzne. Wedyjska Ryta to grecka Ananke czyli los,to ona zesłała mi Prema i na wiele lat potem uzależniła mnie od filozofii Wschodu, począwszy od mojego nieracjonalnego podejścia do życia, a skończywszy na nadmiernej zmysłowości i kulcie lingi i yoni, co na ostatniej koleżeńskiej wigilii zarzucała mi Ela, znany w środowisku psycholog.
Po lunchu zwiedzaliśmy wiele świątyń, wąskimi uliczkami wspinaliśmy się w poszukiwaniu niezwykłych fantasmagorycznych i ezoterycznych doznań (moje ulubione powiedzenie z tamtych czasów), mijając spatynowane wiekami świątynie i inne budowle kultu religijnego, wprawiające w zdumienie i niemy podziw. Ukłoniliśmy się władczyni szczęścia Lakszmi, rzucamy ryż na wieńce kwiatów. Bogini dała mi część Siebie – dar szczęścia, który trzeba wynagrodzić lampką wotywną. Agni – ogień jest ustami bogów.
Girl we couldn`t get much higher „
Kobieta to pomieszczenie, członek ogniem, zaloty dymem, pochwa promieniem, penetracja żagwią, rozkosz iskrą”. Idziemy później do Music – house lub music temple, jak mówi Prem. Pijemy aromatyczną herbatę, całujemy się z taka czułością, upajam się jego kwiecistym bardzo wyszukanym stylem słownictwa jakbym słyszała mantry z Wiedzy Zaklęć. Zmysłowe rzeźby z Nepali Temple, po zapalonej „trawce” są dla nas ekscytującym akordem absolutnego – najcudowniejszego połączenia naszych ciał, a Prem szepcze,że jesteśmy kolejnym awatarem Kryszny i Radhy. Bardzo odpowiada mi ta erotyczna mistyka. ]
Przez te parę godzin spędzonych z Premem, byłam obserwatorem kilku tysięcy lat religii indyjskiej..
Prem kupił mi na szczęście boga Ganeshę, to „ Elephant man”, który jest w każdym hinduskim domu. Głowa słonia oznacza, że świat, olbrzymi świat łączy się z małym światem, ciałem człowieka. Wypiliśmy jeszcze „pure milk”, pożywne mleko i poszliśmy podziwiać najsłynniejszą świątynię w Waranasi - Golden Temple. Potem rozpadał się monsunowy deszcz, przeczekaliśmy go w monumentalnej świątyni Siwy., gdzie głównym obiektem jest znak falliczny.
Przed posągami bóstwa odprawia się od wieków podobne ceremonie, śpiewa się hymny, namaszcza i maluje się posąg, ozdabia, pali wonności, obsypuje kwiatami. W odróżnieniu od rytuału wisznuickiego, gdzie oddaje się hołd wizerunkom boga.
Zjedliśmy jeszcze razem kolację, najpierw warzywa w ostrym sosie z ryżem a na deser banana chapatti i Limca do popicia. Potem jeszcze raz Prem zaprowadził mnie nad Ganges.
.Hindiuzm jest jak ameba, wchłania wszystko, nie ma założyciela ani Pisma św Hindusi nazywają swoja religię Sanatana Dharma czyli odwieczna Prawda. Prem powiedział: Rama nama satja he- imię Boga jest prawdą. Hindusi wierzą, że kremacja ciała niszczy złudzenia, który nie pozwalają dostrzec prawdy o życiu na ziemi i o sobie samym..
Prawo karmy mówi, że w następnym etapie wędrówki możemy urodzić się bogatsi lub nie. Jeżeli zachowujemy się idealnie, możemy wyrwać się z kieratu wielokrotnych egzystencji i osiągnąć wiekuiste zjednoczenie z istotą najwyższą czyli nirwanę.
Prem dał mi szczęście, energię, boski chaos czyli sankryckie neti neti (nie to i nie to), stany nirwany, dobrą karmą na życie ale też irracjonalne miraże, które zwodziły mnie w kolejnych latach po powrocie z Indii. O 22.30 wsiadłam do pociągu w kierunku granicy z Nepalem do Sanpur i Raxual. Byłam świetnie przygotowana na przyjęcie do siebie kolejnej wielkiej religii buddyzmu.
Opowiadanie pisałam ok 10 lat temu. Będąc w Indiach prowadzilam pamietnik, stąd ta dokładna wiedza.

5 komentarzy:

  1. chyba tez powinnam byla spisac moje indyjskie wspomnienia. Fajne opowiadanie, przyjemnie sie czyta Twoje wrazenia z tych rejonow:) do Varanasi ostatnio nie dotarlam, ale jakoze bede do Indii wracac jeszcze wielokrotnie z pewnoscia to w koncu zrobie:) tym razem jednak nie to miasto i nie te rejony mam w planach:)ale postaram sie pisac, zeby nie utracic wspomnien:)

    a tak w ogole to zastanawia mnie nazwisko tego Prema :) Singh to religijne nazwisko Sikhow, jeszcze nie spotkalam hinduisty noszace to nazwisko:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak mialam zapisane to nazwisko w swoim pamietniku. Dostalam od niego potem pare listow. Moze gdzies znajde w piwnicy, jak bede robila porzadki w kraju. Ciesze sie, ze ci sie podoba. Tak, wszystko trzeba zapisywac. Ja przez wszystkie lata prowadzilam pamietnik, stad tak dobrze wszystko pamietam. A tamta wyprawa to byla tak moja przygoda zycia. Bylam tez w Nepalu,jak pisze,zamieszcze innym razem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ardiolo - dopiero odnalazłam u Ciebie ten artykuł o Indiach! Super. Dziękuję! Czekam dnia, aż sama będę mogła coś w podobnym stylu stamtąd napisać :))))

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo chce jechac do Indii i zobaczyc Ganges i obrzedy nad nim. chetnie sama bym sie chetnie tez wykapala w Gangesie :)
    wspomnienie bardzo hippisowskie. bardzo odpowiada chyba duchowi tamtych czasow :)
    a jak sie dostalas do samych Indii?
    czekam na relacje z Nepalu!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była tzw. międzyuczelniana dwumiesięczna wyprawa organizowana przez Almatur. Lecielismy Lotem przez Bagdad i Abu Dhabi do Bombaju polskim samolotem- Kosciuszko, ktory sie potem rozbil w 1987. Uczestniczyło w niej 16 osób,głównie studentów uczelni z Krakowa i Rzeszowa, wyprawa absolutnie niezwykła w tamtych czasach! Było nas 4 dziewczyny, w tym jedna młoda lekarka i 12 super chłopaków, w tym tez był jeden młody lekarz. Ja zaprzyjaźniłam się z uczestniczką Iwoną, wtedy studentką Politechniki Rzeszowskiej i miałysmy ekscytujące przygody z tubylcami, i mnostwo innych wrazen,bo ja się bardzo solidnie przygotowalam do wyjazdu,historycznie i obyczajowo :)), to nie jeszcze byly czasy HIV/ !/. Pilotem był wspaniały chłopak z Poznania. Przyjaźnilismy sie latami z uczestnikami, ja z tymi z Rzeszowa, bo mój ex był stamtąd. Niestety moja kolezanka Iwona zmarła 3 lata temu na zawał serca. Inna moje najserdeczniejsza przyjaciolka tez juz zmarła i to jest takie tragiczne signum temporis dla mnie.
      Mam duzo slajdow z tej wyprawy, bo wtedy sie slajdy robilo. Musze zdjecia porobic cyfrowo, bo skanowalam, ale są takie małe. Pozdrawiam.

      Usuń