Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Sur les vignobles.


Posted by Picasa

Retirement in France.





Już wiem, tak mysle,ze  już wiem , co było moja intencja , kiedy zaczelam pisać tego bloga, procz kwestii prywatnego szczęścia. Chce trafic do ludzi w srednim wieku  w okresie  około emerytalnym , wolnych i w związkach, którzy maja takie  piękne skryte  marzenia , aby  zamieszkac we Francji, ale boja się ten czyn wprowadzić w ruch. Mysla, ze sobie nie poradzą, ze to dla nich za drogo, ze będą może tesknic  za ojczyzna, rodzina, ze nie znaja  jezyka, ze jak się rozchorują, to, co będzie? I jest jeszcze mnóstwo powodow, aby  odeslac swoje marzenia do kosza nigdy niespełnionych i  tylko w rozmowach towarzyskich będzie powracać taka fraza, co być moglo, a nie było i nigdy nie bedzie, jak w  Balladzie bezludnej  Lesmiana, tak mi się skojarzylo.
 Mam wiedze na  temat mieszkania we Francji i chciałabym się z nia podzielić, uczynic może kogos szczęśliwszym, spełnionym, obudzonym na nowo do zycia, do takiej wtornej reinkarnacji, a może to być najcudowniejszym uczuciem  we wczesnej jesieni zycia. Wiem, jak bardzo ważne jest posiadanie przyjaciol w nowym miejscu zamieszkania, bo ja takich tu miałam, zanim podjelam te wazna  zyciowa decyzje .
Powszechnymi marzeniami , o którym  czytamy w wywiadach roznych ludzi, znanych  i zwykłych z ulicy  jest zdrowie dla siebie i rodziny,  szczescie,  milosc , satysfakcjonujaca praca , jakies pieniądze, nie musza być duże, ale gdyby, to dlaczego nie?  Kiedy już to mamy spełnione, myslimy o dalszej nadbudowie.    I wtedy  często powtarza się chec na opanowanie jezyka obcego, na  podroze,  nastepnie, kiedy już trochę zwiedzimy,  marzymy  o  posiadaniu  na emeryturze domu gdzies w cieplym klimacie, np.  na południu Francji lub w Toskanii. I wtedy pojawia się nasze słynne polskie narzekania : nie, to nie dla mnie, nie stać mnie na to, cos ty! Nie chce mi się. Starych drzew się nie przesadza. Nie znam jezyka,  gdzie z moja emerytura za granice?
W regionie, gdzie teraz mieszkam, spotykam się z wieloma malzenstwami w wieku emerytalnym, pochodzą rzeczywiście najczęściej z Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemiec, ale ja jestem z Polski! Wprawdzie mój mąż jest Amerykaninem, ale jego obecna renta, za która zyjemy,  to  nie są pieniadze, które zarabial, gdy  pracowal, ale znacznie mniej i nie mamy wielkich oszczednosci. Bo on zawsze wszystko tracil! Tak bawil się życiem.  Ja nie posiadam  zadnych dodatkowych wplywow, bo nie osiagnelam jeszcze wieku  wieku emerytalnego, nie mogę  tu pracować w swoim zawodzie, bo nie znam wystarczająco jezyka francuskiego, ucze się caly czas. Wlasciwie to mi się nie chce tu pracować, nie musze. Pieniedzy by się przydalo więcej, ale nie  kosztem mojego zdrowia czy męża, my  już swoje przepracowaliśmy. Ja w Polsce 30 lat w roznych zawodach, a on 35 lat na morzu. Zmeczony już człowiek praca.  Chce teraz wypoczywać i  cieszyc się życiem.  Bo tu jest tak pięknie i cieplo. A wieczorne spacery, po upalnym dniu, kiedy nie spieszymy się donikąd, moze do najbliższego baru z widokiem na XII wieczny kosciol, na lampke wina/ za jedno euro/ sa  chwilami, dla których warto zyc.

Najwazniejsza kwestia w pewnym wieku  jest  entuzjastyczna chec na nowe zycie i to za granica nawet, potrzebna jest  taka odwaga, nadal wzajemna fascynacja w związku, bo tu zyjemy dla siebie, nie dla dzieci czy wnukow,  z praktycznej wiedzy to  komunikacyjna znajomość chociaż j.angielskiego,  determinacja, hippisowskie szaleństwo przygody, a  rozpoczęcie  tego nowego etapu  może być bardzo  fascynujące! To tak, jakby wsiasc w wehikul czasu. Naprawde!  Bo przecież obecni młodzi  emeryci, to pokolenie dzieci- kwiatow, dawni rebelianci, nawet w Polsce.
 Poludniowa Francja jest nie tylko dla bogaczy, uwierzcie mi. Jest dla  ludzi zakochanych w kulturze, literaturze pięknej, tradycjach srodziemnorskich, diecie starożytnych, opartej na winie, oliwkach, pomidorach dojrzewających w gorącym  sloncu, na serach, melonach i  figach Jest to sztuka  afirmacji zycia i milosc do piekna.  Bo jedynie  kraje srodziemnomorskie maja w sobie taka ciaglosc historyczna, takie magiczne cieplo, i wzruszenie, które nas ogarnia  np. na widok średniowiecznego , kamiennego domu na rzymskich podstawach. Domu porosnietego winoroslem, różą  lub oleandrem ze stara studnia z kolem i korbka, pokryta  kwieciem, jakby teleskop matki-ziemi  ukryty gleboko w historii. U nas tylko w skansenach najczesciej. Tu można rozpocząć swoje nowe hobby, jak fotografowanie np swojej nadal pięknej zony, ptaszków z rana tez, pięknej architektury i historycznych detali, zajac się uprawa  ogrodka i  winorośli, znaleźć radość w gotowaniu dla swojej drugiej polowy. Tu będzie czas na wszystko.
 A tysiąc euro  na pare wystarczy na zycie , czy nie tyle maja w Polsce  przedstawiciele tzw inteligencji pracującej? Niektorzy maja znacznie więcej, inni mniej, o tym wiemy. „Wystarczy chcieć”.
W kolejnych postach z uporem maniaka zaczne zainteresowanym przedstawiać ceny domow z ogródkiem lub  dziedzińcem  , domow w zabudowie miejskiej , zywnosci   i ogolnych kosztów utrzymania w południowo-zachodniej Francji oraz bardzo bezpiecznego systemu ubezpieczeń społecznych. To nie Ameryka. Francuskiego tez ucza za darmo. Sa kluby dla internacjonalnych seniorow.  Wiadomosci z pierwszej reki, sprawdzone.
Zapraszam na przygodę ze mna!  Będę tez kontynuować swoje opowiadanka o moich chwilach szczęścia w Pepieux i okolicy.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Pepieux- la vie est belle.


      Co sprawia, ze w Pepieux powoli czuje się jak w domu? Coraz bardziej znam to miasteczko i jego mieszkancow. Mowimy sobie bon jour  z  pania ze Spar- naszego supermarketu i malzenstwem  z boulangerie, ponadto znamy wlascicieli baru i hotelu, sklepu komputerowego i poczty. Zaznajomilismy się z sąsiadami, Francuzami i Anglikami, odwiedzamy się i podlewamy sobie kwiatki w razie wyjazdu. Tu wszyscy mowia sobie bon jour lub bon soir, ale z osobami bliskimi dodaje się comment ca va? A jak ktoś nie powie bon jour, to wiadomo, ze obcy. W trasie rowerowej nad Kanalem Francuzi zawsze mowia Bon jour i merci , kiedy ustapi im się drogi, jadac  po stronie mniej wyjezdzonej. Rozpoznaje obcokrajowcow po wyglądzie i po tym, ze nie mowia bon jour, a ja teraz mowie wszystkim.

     Codziennie urządzam sobie wycieczki rowerowe, najpierw rano biegałam. Ale stwierdziłam, ze taki wysiłek jest niedobry dla mojego biodra.
Rano wybieram sobie krótsze trasy, tak żeby ok 11.30 być w domu. I to tez jest dla mnie taka codzienna radość, bo ja już znam te rejony i obserwuje codziennie, jak rosna winogrona. Zawsze cos sobie skubne z krzaczka. Sprawdzam odmiany po prostu. Niektóre pola maja informacje do kogo naleza i jaka odmiana tu rosnie. Robie tez dużo zdjęć, a oświetlenie jest inne do południa, lubie zdjęcia naszego miasteczka z roznych kierunkow. Zaznacza się wysoka wieza kościoła ,pare dawnych bogatych rezydencji  i nasz zamek, obecnie nadbudówkami otoczony. Rano jade najczescie  do Siran, wybierając rozne trasy wśród winnic, lub droga do Dolmen des Fades, kolo stadniny, albo zwykla ulica. Wracam zawsze wśród winnic, bo droga jest z góry i fajnie się jedzie. Rano tez jezdze do Azille, tam popatrze na zamek i kosciol,  i z powrotem. Nie mogę tu zapamietac jeszcze kierunkow, bo nie widze tego na mapie, jak w Polsce. Musze nabyc te wiedze. Bo tu często sa wiatry , a ja nie umiem powiedzieć, z której strony naprawdę wieja. Z Azille jest z gorki i tez fajnie się jedzie, wieje, czy nie wieje. Pamietam, ze z Olonzac i Jeziora Jourarres często trzeba pedalowac  pod wiatr i nic nie pomoga przerzutki.
              Moje popołudniowe trasy sa dluzsze, najczęściej jezdze nad Canal du Midi. Uwielbiam tam odpoczywać, patrzeć na plynaca wode i myslec sobie, tak o wszystkim. Najblizej od nas nad Canal to jest do Homps, ok 3 km. Ale te trase znam na pamięć, bo ona tez prowadzi do jeziora Jourarres. Ja wybieram inna trase, jade do Azille, a potem skrecam w lewo i polami sobie dojezdzam ok 1 km przed Homps. Trasa caly czas prowadzi z gorki ,co już jest wspaniale, zwłaszcza jak wieje trochę wiaterek. Potem wzdłuż Kanalu jest zawsze prosto i bezwietrznie. Na lampke wina zatrzymuje się w restaurant A la gouche, bo mi się bardziej podobają widoki stamtąd, bo tez jest a droit, ale tam jest trochę drożej. Chociaz  w tej „a droit „ z kolei  wlascicciel jest uroczy, znamy się już, bo byliśmy tam na kilku kolacjach ze znajomymi. W A la gouche tez jest mila obsluga, uwielbiam to ich „avec plaisir”.
Do Kanalu w Homps  dojezdzam tez z Olonzac, ale te trase tez już swietnie opanowałam, bo często jeździmy do Olonzac na zakupy.
Przez Azille pedaluje tez do La Redorte nad Kanal, wygodna trasa, tez z gorki, potem wzdłuż Kanalu, aleja wysadzano olbrzymimi platanami do Homps z powrotem, bo innej trasy do domu nie ma. Przypomnialo mi się, jak chcialysmy z Beatka kupic papierosy w Olonzac w czasie sjesty, powiedzieli nam, ze możemy kupic w Homps! A potem spod lady w jakims barze dostalysmy hiszpańskie za 6 euro.
Po południu tez jeździmy do Cessares, mijając stadninę koni i  piwnice winne. Tam zrobiłam piękne zdjęcia sredniowiecznym uliczkom, odpoczywamy chwile w lokalnym barze na rozdrożu z  posagowa Marianna, a potem jeszcze do Azillanet, gdzie lampke wina można wypic w cieniu monumentalnego kościoła, obok miejskiej studni. Stamtad do domu mogę wrocic na dwa sposoby, ta sama trasa, albo przez Beaufort i Olonzac i wybieram te druga, bo zawsze cos innego.
Dwa razy byłam już w La Livieniere, za wysoko, i musze rower prowadzic, ale z kolei nagroda jest powrotna droga, gdy zjezdza się z drugiej strony do Siran, a to już jak w domu.
Zawsze towarzysza mi winnice dookoła, odpoczywam na chwile i smakuje te rozne  „raisins” w domaines,  rozlozone u stop Montage Noir a z daleka majaczą Pireneje, albo wielkie slupy elektrowni wiatrowych.
Nie mogę się nadziwić urodzie tych malutkich miasteczek po drodze, bo ja jestem bardziej za architektura niż za natura.
Chociaz pisze glownie w pierwszej osobie, to chcialabym dodac, ze czesto jezdze z Kimem, szczegolnie popoludniami.

Na plazy w Bregancon.


        Nasz polski prezydent ma letnia rezydencje na Helu, o zadnej innej nie slyszalam, a prezydenci  Francji maja rezydencje, nie tylko letnia, w Forcie Bregancon w regionie Provence-Alpes-Cote d`Azur, departamencie Var, gminie Bormes les Mimosas, ze tak powiem  biurokratycznie jak oni. Rezydencją się stala z dekretu prezydenta Charles`a de Gaulle`a w 1968r. A pomysl narodzil się w czasie obchodow 20. rocznicy debarquement – ladowania aliantow w Prowansji, kiedy to General dużo czasu spedzal w tym miejscu, często wracal i potrzebny był taki obiekt do szczególnego traktowania glowy państwa.
Bardzo cieplo w tych rejonach jest  wspominany Jaques Chirac, który ze swoja zona Bernardette przyjezdzal  tu bardzo często, a w niedziele stale widywano go w kościele w Bormes-les-Mimosas.
     Fort ma bardzo długo historie, siegajaca czasów rzymskich z nazwa Briganconia oznaczajaca wysokość.
Pozniej zostawili tu slady Saraceni, zanim opanowali ich książęta Prowansji. Fort nalezal  tez do rodu Andegawenow/ Anjou/, miał „romans” z papieżami w Avignon.
W XV w. stal się forteca krolewska, kiedy trwal spor o sukcesje do tronu francuskiego z ksiazetami Prowansji.
W XVI w. Fort Bregancon  stal się bastionem protestantyzmu, ulegl  oblezeniu  w 1578 r.i dzielni obroncy zostali zmasakrowani przez armie katolikow. Nastepnie zamkiem wladali baronowie i markizowie mianowani przez kolejnych krolow.
Kardynal Richelieu w czasie wojny 30-letniej z Hiszpania  tez przyczynil się do znacznego rozwoju Fortu i jego kształt pochodzi z tamtych czasów.
    Nadeszly czasy krawawej Rewolucji, zaloga fortu bronila najpierw rojalistów, ulegla Klubowi Jakobinow. Potem, za czasów Cesarstwa Fort kontynuowal tradycje rojalistyczne. Tu przypomina mi się nasz stary subiekt z „Lalki”- Ignacy Rzecki i jego milosc do Napoleona i jego ery. Fort odegral tez znaczaca role  w czasie wojny francusko-pruskiej w 1870r. Niemcy nawet próbowali zdobywac  go w czasie I wojny swiatowej. A w najnowszej historii alianci w Operacji Dragon lądowali  15. sierpnia 1944 na pobliskich plazach, miedzy Toulonem a Cannes.
To tak krotko o historii tej imponującej budowli. Zamek ma w najwyższym miejscu  25 m i jest oflankowany dwoma potężnymi wiezami.
    Spedzilismy caly dzień na plazy w Bregancon. Ja to nawet nie lubie tak lezec bezczynnie na plazy i się smazyc. Chodzilam wzdłuż wybrzeża i rozmyślam. I tak w ostatnich latach mam jedna natretna myśl zawsze nad morzem, plakac mi się chce, ze nigdy nie bylam  RAZEM ze swoimi corkami nad morzem, kiedy były male. Nie miałam na to odpowiednich funduszy. One jezdzily na rozne kolonie. I nienawidzę  teraz tych wszystkich zamkow z piasku i rodzin z dziecmi. Pierwszy raz bylam z corkami nad morzem  w 2003r, to już były duże panny.
Myslalam tez o historii , naprawdę. Tak mi szkoda naszego kraju, ze został nieszczęśliwie  okaleczony i zniszczony przez historie, i gdzie sie nam rownac do luksusow Lazurowgo Wybrzeza?. Mamy  ladna nature,  ale nigdy już nie stworzymy historycznego piekna w postaci architektury, urokliwych miejskich zaulkow, kamieniczek, kosciolow, ukrytych dziedzincow za murkiem, zaklętych w czasie swojego istnienia. Ponadto, jak porownac wybrzeże Baltyku z  rozdartymi zatokami M. Srodziemnego, a gdzie fiordy Casis? Tak, stworca poblogoslawil  „kaloryfer Europy” w każdy możliwy sposób.
Bardzo było milo na plaży popatrzeć na kobiety w topless, i nie dziwie się mężczyznom, ze ten sposób opalania im się podoba , bo mnie tez. Takie naturalne piękno pomaga w akceptacji swojego biustu, bo wlasnie jest taki, jaki powinien być.


Il

sobota, 20 sierpnia 2011

La Tarte Tropezienne



     Jedliśmy wtedy lunch na plaży de la Fossette, jednej z 12 plaży należących do gminy Lavandou. Ja zamówiłam taką kombinację, miałam  cieniutki rostbef z caponada/ bakłażan z innymi warzywami uduszony/, jajko gotowane z majonezem jako nadzienie w pomidorze, pastę z krewetkami i z drobno pokrojonymi warzywami i oczywiście salatę zieloną.  Piliśmy dobrze schłodzone białe wino. Podziwialismy widoki morza. Wcześniej pływaliśmy pedal boat w pobliżu  malowniczych wysepek. Na deser zamówiłam crepes z owocami. Nie wiem, jak rozmowa zeszła na la tarte Tropezienne.  Christian mi się pyta, czy znam to gateau, odpowiadam, że nie. On w swojej magicznej zabawce, Iphonie sprawdzil, że to słynne  ciastko  jako pierwszy zaczął wypiekać Aleksander Micka , Polak z pochodzenia,w połowie lat 50-tych, wg receptury swojej babci. I zaraz zmówienie deseru zwiększyło się o tarte Tropezienne. Przynoszą coś za chwilę, dla mnie wygląda jak nasza słynna kremówka- napoleonka.Wszyscy w towarzystwie patrzą na mnie , jak próbuję pierwszego kęska,  a ja  mówię  "Polish Napoleon-ka"/ żeby im zrobić przyjemność/, ulubione ciasto naszego Papieża. Towarzystwo wybucha smiechem, ale , czy to na pewno polska receptura? Ja mowię, że my to nazywamy francuskim ciastem, jeszcze większy wybuch śmiechu.
Tarta Tropezienne ma różne modyfikacje i ja jadłam jedną z nich. Prawdziwa tarta wygląda bardziej jak spłaszczony nadziewany pączek dla mnie. Ale jej ciasto jest typu brioche- jakby delikatnej drożdżowej buleczki. A wszystko zaczęło się w 1956 r. kiedy w St. Tropez kręcono słynny film Rogera Vadima  „ I bóg stworzyl kobietę” w kultowej roli BB i podobno to ona wymyśliła tę nazwę. Bo nazwa cream cake brzmiała za skromnie.
 Boulangerie/ piekarnia/ Aleksandra Micki na Placu de la Mairie jest znana na całą Francję.
Podobnie St Tropez ze śpiącej rybackiej wioski w tamtych czasach,/ przypomnijmy sobie Guy Maupassanta/ przeksztalciło się w kurort światowej sławy, gdzie wakacje spędzają les beaux et les riches. Including me, hahaha. A tart po angielsku, to taka super sexy kobieta i tak się czułam na wakacjach w St Tropez i Lavandou.
Popatrzmy jeszcze na boską BB w czasach jej świetności .
http://youtu.be/lEyKPzo96FY