Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

poniedziałek, 31 października 2011

Hallowe`en na kursie j.angielskiego. I love it.

Muszę to krótko opisać, bo miałam taką fajną lekcję. Dzisiaj na angielskim nasza  nauczycielka Uta przygotowała info o Hallowe`en. Czułam się jak dziecko , a to takie chouette, być  znowu uczniem i dzieckiem. W grupie są 2 Holenderki, 1 Hiszpanka i resztę Francuzi. Spytała się skąd pochodzi to święto, wszyscy z pewnością mówią, że z US. Germańskojęzyczni mieli watpliwości. Ja, poniewaz często mówiłam swoim uczniom o tych tradycjach,nie powiedziałam autorytatywnie, skąd, tylko niesmiało, że ze to celtyckie świeto Druidów, z rzymskimi tradycjami, czyli, że z Anglii w końcu.
Każdy mówił, jak to obchodzone jest  w naszych krajach, Niemka ,że sweet or sour, zamiast trick or treat, we Francji nie lubią tego w ogóle, to głupi amerykański wymysł, komercja tylko, żadna tradycja. Później czytaliśmy taki artykulik i tu się zaczęła moja zabawa. Francuzi nie czytają  "H", mówią " alowin", "ajest" zamiast highest, apynz, zamiast happens, omejd, zamiast homemade, andz, zamiast hands, olidej, zamiast holiday i stale mnie smieszy zis i zat. Hiszpanka mowi " fames" and  "sited" zamiast famous.. situated, siż, zamiast siege. Plus te ich mocne akcenty, dla mnie absolutnie urocze, nawet nauczycielka ich nie rozumie,ani ta niemiecka Uta, ani  angielska Cherrie, a ja szybko załapuję, bo jestem przezwyczajona do innych akcentow, sama tez mam mocną slowianską wymowę. Wiem, jakie klopoty ma Kim w rozumieniu Francuzow jak mowia po angielsku. I za chwile moi towarzysze lekcyjni zaczynaja spogladac na mnie, jak zaczynam tlumaczyc znaczenie slow, bo robie to prosto i jasno. Angielka zawsze doda jakies językowe wtrącenie, typu actually, as a matter of fact, or the bottom line is... oni tego nie wyłapują jeszcze. Niemiecka nauczycielka mówi z mocnym amerykanskim akcentem, mieszkala tam całe zycie. W wieku jest tak mniej wiecej rocznik wojenny, zaraz się zastanawiam, czy rodzice byli faszystami, czy emigrowali szybko z Niemiec, czy to Zydówka, bo taka nadal ładna. I takie ma piękne szachetne rysy. Ja mam takie skojarzenia zawsze. A inna naczycielka stąd , tez Niemka, to jak sie dowiedziała, ze ja z Polski, sama zaczęła mi mówic o swoim zyciu, że jest z Hindenburga /obecne Zabrze/ i w ogóle zaprzyjaźniłysmy sie.
Kiedy jestem z Kimem w restauracjach i on zaczyna mowic tym swoim amerykanskim akcentem, to zawsze kelnerzy wolą mnie słuchać, lepiej rozumieją francuski w wykonaniu słowiańskim. Tylko raz nam się trafiło we Włoszech, jak Kim zaczął znowu coś niby po włosku zamawiać i dyskutować , a kelner w nienagannym amerykanskim standardzie powiedził : thank you for trying, we can speak English. Okazało sie, ze to Włoch urodzony w US.
Ja tu przezywam swoje lingwistyczne orgazmy. Żałuję, że tak krótko uczyłam sie niemieckiego, ale  i tak zawsze coś powiem w tym języku, żeby nauczycielce zrobić przyjemność. Np Ich bin zufrieden. A dzisiaj Claude, ktory cały czas sie na mnie patrzy na lekcji powiedział, że był w Polsce, Cracovie evidement, i ze Pologne-France les amis. Pożegnalismy  się po francusku, trois bisous. Je les adore.
A jeszcze na koniec czytalismy artykuł z Newsweeka ile Amerykanie wydali na stroje halloweenowe w tym roku. Okazało sie, ze prawie 7 miliardów dolarów łącznie, jakby ponad 70 dolarów na każdą osobę. I kto tu mówi o kryzysie?!
Ja mam stale w pamięci ich super świąteczny hedonizm w sklepach i restauracjach, bizantyjskie cesarstwo wschodnio- rzymskie. Dwór Ludwika de Soleil w wydaniu arystokratycznym i populistycznym.

niedziela, 30 października 2011

Szlakiem Sw Jakuba w Pays Minervois

Przez ostatnie trzy dni padało i było dosyć zimno. Jakby jesień wraz ze zmianą godziny. Wczoraj wyszłam z domu na spacer ok 19, przed samym zachodem słońca, a dzisiaj to już była 18. Myślałam, jakby tu ocieplić nasz dom przed dalszymi chłodami, kupiliśmy styropian, żeby obłożyc drzwi garażowe i duzo drewna do kominka. Ostatnia niedziela października przywitała nas słońcem i nie można jej było marnować. Po wczesnym lunchu / pieczone fasola z poprzednich dni i courgette pie/ ruszylismy przed siebie.

Przypadkiem szlakiem św. Jakuba. Najpierw, wśród winnic do Siran. Droga wiodła tą polną scieżką. Mijaliśmy tez cmentarz, Francuzi też zdobią groby, jak w Polsce, dużo chryzantem , ale zdecydowanie nie widać takiej przesady jak w Polsce.


Potem już drogą głowną jechalismy do La Livieniere. Winnice mieniły się różnymi kolorami. Ciagle się zatrzymywałam i robiłam im zdjęcia, wyglądały, że użyję  cliche metafory, jak dywany utkane z darów natury, od jasnej żółci, poprzez oranż, zieleni ciemnych i jasnych odcieni, burgunda do brązu. A więc "lato w butelki rozlane". Słońce tak mocno swieciło, ale było rzesko z powodu lekkiej bryzy, a moze " mistrala" od Pirenejów. Tak zartuję, bo juz dawno miałam napisac o Mistralu  i tak inne inspiracje zabierają mi temat. A jeszcze performance 108 krzeseł czeka w kolejce.


Skręciliśmy znowu w boczną drogę, żeby " skip the road", a tu znowu krzyż na rozstajach. I stary napis INRI było widać dokladnie. A Kim mnie przepytywał z łaciny i historii. Co się działo w 1837r? W Polsce już nic, życie w niewoli po powstaniu listopadowym, a we Francji  empire. Bogate czasy dla Francji i Anglii, tam zaczęła rządzić Wiktoria. Co za czasy, a w moim biednym kraju  pisarze walczyli o rozwój w tym niedługo zaczynającym sie pozytywizmie,kiedy już romantycy powoli poumierali ze swoimi mrzonkami o wielkości.


Do Rieux-Minervois wjechaliśmy od strony zamku. Na mostku usmialismy sie, gdy nagle, jak z nieba pojawiła sie muzealna renówka, czy citroen, zawsze się mylę,  Kim ledwie zdążyl zrobic zdjęcie, a w niej Monsieur Hulot.


 W tym prześlicznym miasteczku odpoczęliśmy na cafe creme, w telewizjii była transmisja wyścigów konnych, do wygrania było 28 tysięcy. Les hommes sie bardzo ekscytowali. Siedzielismy przy średniowiecznej uliczce z widokiem na  nobliwy romański koscół, jak rotunda. Obok był imponujacy  Hotel de Ville.


Ruszyliśmy z powrotem, tym razem przez Azille. Ale zanim tam dotarlismy, Kim znalazł jakis stary szlak kolejowy i bardzo się tym emocjonował. Wyobraź sobie, mówił, jakby to wyglądało, gdyby teraz jechałaby tu ciuchcia  i juz słyszalam jego " puffin train, puffin train, lovely, little puffin train, if you`re going to the sea, oh puffin train oh please take me.." Wąska dróżka wyglądała bardzo malowniczo, a najbardziej stary mostek.






W Azille przywitał nas najpierw krzyż św Jakuba z muszelką a potem La fete d`autumn. Kupilismy chirizo, vin  chaud, ja wypiłam na ławce, była jak podgrzewana sangria, oraz nowe zakręcone dyńki. Spotkalismy M et Mme naszych sąsiadów, to chyba oni przyjechali tymi wspaniałymi, zabytkowymi samochodami. Mme zawsze tak ładnie o mnie mówi do swoich znajomych, że chodzimy razem na jogę, i że  podoba mi się w Pepieux, że mój mąż taki gentille Americain.
W domu byliśmy przed zachodem słońca, czyli tutaj przed 18. Quelle belle journee nous avons passe!
C`est la bonheur en Minervois.

sobota, 29 października 2011

Les moments tres jolie

 Nie wiem, czy bym się odwazyła tu jeść, jakobini, to juz brzmi dla mnie bardzo krwawo..
 Świeże winogronka, soczyste i słodziutkie.
 A kwiatuszki sie cieszą z takiej konewki.
 Czyli amerykański mit z francuskim zaproszeniem. Tres jolie.
 A może napijemy sie wody z tego małego pyszczka?.
 Czyli access interdit ?
Gdy jeżdżę rowerem, to mogę bardziej obserwować wszystko, a jeszcze bardziej, gdy uczestniczę w " balades"... de gens heureux.

Les marrons et les citrouilles ou les courges.

 I winko do kompletu.
A tu ładna kołyska dla małych duszków. Halloweenowych, I mean.
 A dzisiaj na dworze bardzo zimno, 15 stopni, i nie ma slońca. W domu jeszcze nie grzejemy. Miałam iść do kina, bo dzisiaj przegląd filmów Manuela Poireriera, a w naszym miasteczku zrobili jego festiwal! Ale córki pozjeżdżały do domu polskiego  i mam do nich dzwonić.Może na seans o 20.30.
Kominek został zainagurowany korzeniami z winnic, tyle było wszędzie  tych starych krzaków  do kupienia, prawie za darmo. Caly garaż mamy tym wyłożony.
A może tak kasztany? U nas w domu, to Kim jest szefem w kuchni, ja to small helper only. On kasztanow nie umie piec.Jedlismy parę razy na straganach, nie mają szczególnego smaku, ale lubię zapach ich pieczenia.
Ja mam  w pamięci historie wyczytaną gdzieś chyba z Siesickiej, jak bohaterka chciala piec normalne kasztany i strzelaly jak kule.
Ja nie przepadam za tym smakołykiem, ale to takie francuskie dla mnie. I ta słynna fraza o kasztanach z Placu Pigalle, ale to chyba chodziło o te " normalne", nie do jedzenia ?
Kim zrobił przysmak amerykański, squash soup i pieczoną fasolę.
Ten ogień daje tyle ciepła, bardziej metaforycznego. Ja to blokowa mieszkanka, cieszę się tu ze wszystkiego.
A  w sobotę rano, jak zwykle zajmowałam się sprzątaniem. Ale zakupy zrobiliśmy wczoraj. Taka się czułam domestic.

piątek, 28 października 2011

Le rencontre de Pepieuxois





 Zdjęcia z naszego miasteczka. Quartier 5. Downtown.
 Wczoraj bylam na spotkanie w merostwie. Je participe dans la vie de notre Commune haha
Dostalismy takie zaproszenie od Monsieur le Maire a ses administres
 objet: Reunion de quartier.
 My mieszkamy w tzw "downtown", brzmi chouette w odniesieniu do naszego uroczego miasteczka. A w centrum mieszka dużo obcokrajowcow, bo tu są stare, zabytkowe domy, wąskie uliczki i caly ten klimat, ktory przyciaga spragnionych sztuki . Z naszego quartier pojawiło się ok 30 osób.To było kolejne, piąte spotkanie poszczególnych "dzielnic".
Koło merostwa jest kościól, przy placu Szczęścia,     zaraz na przeciwko bar i hotel Minervois, który zawsze przypomina mi Iwaszkiewicza, poczta,  pharmacie, boutique i boulanger. Są też toalety, duży parking i park, a zapomnialam o naszym mini- Spar. To jest nasze "downtown"  .  
Mer mówił o projektach, nowoczesnie prezentowal to na slajdach z komputera. Czekaja nas nowe inwestycje,drogi, parkingi, klomby,centrum paramedyczne,modernizacja merostwa, szkoły. Jak tu jestem od kwietnia, to zaobserwowalam, ze rzeczywiscie się coś dzieje. Wymieniono oświetlenie na ładne lampy  trochę w stylu art deco. 
Potem głos zabrali mieszkańcy i czesto obcokrajowcy, Zaczął ogromny, jak Wiking Rodric z Anglii, spytał o piękną fontannę na placu de la fontain, przy którym mieszka. Ma tam uroczy domek, z takim niby kamiennym ganeczkem, który chyba wykuł w scianie, jakby zabrał część powierzchni domu. Siedzi w tym ganeczku czesto, i zawsze coś czyta. Stuart też poruszył sprawę słynnego francuskiego merde psiego. Proponował zasadę, jaką zaobserwował w Olonzac, woreczki, jak rekawiczki. Tutaj i tak nie jest tak źle z tym merde, w Beziers to było straszne! Wszędzie można było wejść w merde. te francuskie psy powinny sie uczyć od naszych i jak się ma to słynne powiedzenie francuski piesek? odnosi sie do czego innego.
Urocza para artystów z Niemiec, Eva i Kris mówili o dotacjach na sztukę. Kanadyjka Ronwyn o
renowacji tzw salle de espace, niby salki gimnastycznej i kursach j.francuskiego. Francuzi poruszyli problem pewnej rodziny, ktora niedawno się wprowadziła na Plac de Jean Moulin. Są bardzo hałasliwi i  zajmują się jakimś podejrzanym interesem.


Po dyskusji zaproszono do stołów na degustację lokalnych win i zakąsek. Rozmowom nie było końca już w wąskiej grupie. W tym czasie umówiłam sie na parę spotkań, min z niezwykłą Kanadyjką Ronwyn M.Ingraham, jak czytam z wizytówki.