Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

czwartek, 27 grudnia 2012

Desigual



Desigual


Czy znacie tę markę? Pytałam kilku moich koleżanek, czy słyszały o sklepach Desigual. Czy kupują tam, to nawet nie pytałam, bo mniej więcej znam ich ubrania. Spodziewałam się, że jedynie Beatka i Ania będą znały Desigual i miałam rację. To jest stosunkowo droga odzież, w odważnych kolorach i połączeniach. Potrzeba osobowości, żeby ją nosić. Julita, też ją ma!

W podręcznikach do angielskiego już parę lat temu zetknęłam się z historią założyciela Zary- Amancio Ortega, kiedy u nas mało kto słyszał o Zarze. Teraz to taka „sieciówka”, jak co najmniej McDonalds ? Kiedy kilkanaście lat temu zaczęłam jeździć do Anglii, najbardziej podobały mi się sklepy Monsoon, lokalizowane na ogół obok Accesorize. Uwielbiałam oglądać kolorowe spódnice, sukienki, swetry w takich barokowych połączeniach, obfitości kolorów, materiałów i deseniów. Najpierw lubiłam „ciuchy” indyjskie. Kiedy po raz pierwszy przywiozłam sobie sukienki i bluzki z Indii w roku 1980, nie było osoby, żeby się za mną nie obejrzała na ulicy i sprzedawałam je potem po kilkaset złotych, co było zawrotną kwotą. Potem sklepy indyjskie tak bardzo się upowszechniły, że stały się „biblią pauperum” mody dla dawnych dzieci kwiatów i ich córek.
W marce Desigual jestem zakochana od paru lat i nie zliczę, ile godzin spędziłam w przymierzalniach firmowych sklepów, szczególnie na lotniskach. Każda kolekcja zachwycała paletą dzikich i egzotycznych kolorów, odważnym zestawem wzorów i geniuszu detali, taka wiecznie modna ekstrawagancja.
Niestety cena tych zawadiackich szaleństw była barierą nie do pokonania: spódnice, sukienki po około 100 euro; bluzki, sweterki 60 – 80, a płaszcze (jesienno-wiosenne) 220 – 280 euro. Ale jakiś czas temu byłam w Barcelonie najpierw w okresie jesiennych, a potem noworocznych wyprzedaży - „rebajas” i ceny optymistycznie były niższe o 50%. I teraz jestem przekonana, że każdy ciuszek z ich kolekcji to udana inwestycja zarówno finansowa, jak i stylowa. Po jakimś czasie córka dojrzała te cuda w sklepach second hand`u, a tam ceny wiadomo zachęcające.
Wyjątkowo ciekawe wzornictwo ściąga na siebie spojrzenia, a fenomenalny krój sprawia, że moje lustro wyglądało na zmęczone wiecznym odbijaniem... Taka jestem próżna. Jak się cieszę, że mnie to jeszcze bawi.
Tutaj z przyjaciolmi z Beziers i moja desigualowska bluzeczka, dwa różne rękawy, rozszerzane na dole, a plecy jeszcze inne.

Zachęcam do zakupów w Desigual, szczególnie teraz, kiedy temperatury za oknem oprócz potrzeby wielowarstwowego opatulenia, wywołują pragnienie ogrzania się kolorami. Szarości błota pośniegowego, błotnistym trawnikom trzeba powiedzieć „nie” i podążyć w poszukiwaniu ciucha oryginalnego i barwnego.
Ta barcelońska marka Desigual od niedawna jest dostępna w Polsce / procz second hand`u/ i staje się coraz bardziej popularna. Córka kupila sobie genialną torebeczkę, potem zrobię zdjęcie.
 Firma pracuje na projektach młodych hiszpańskich designerów, a wspólnymi ich cechami są nietypowe połączenia kolorów i materiałów. Projektanci wykorzystują kontrasty kolorów i barw, które mnie kojarzą się z hiszpańskim spojrzeniem na modę Agathy Ruiz de la Prady czy Custo. Chętnie łączą ze sobą różne faktury, bawełnę, jedwabną surówkę, plastik. Seria spódnic, w których się zakochałam, składa sie z patchworkowo szytych, dość sztywnych kawałków bawełny z domieszką wiskozy, a mimo to spódnice świetnie układają się na biodrach. Sukienki, oryginalnie drapowane fantastycznie modelują sylwetkę. Bluzki z przezroczystej wiskozy z malarskimi nadrukami są bardzo oryginalne. Swetry mają nieoczekiwane dekolty, są bardzo seksowne. A płaszcz błyszczy niczym klejnot.
Desigual to moda dla ludzi z charakterem, dla osobowości z poczuciem humoru, wzory dzikie, pierwotne, kolorystyka ostra i zdecydowana.
Na stronach internetowych firmy są różne komentarze, od totalnego zachwytu  do  totalnej krytyki. Ta firma sprawia, że czuję się młodziej.






wtorek, 4 grudnia 2012

Perpignan dla Niki, która mieszka w poblizu.




Powiedzenie, że wino jest dla mieszkańców Francji religią, to oklepany banał. Jednak we francuskiej części Katalonii widać to na co dzień.

Jak bardzo ważną częścią życia francuskich Katalończyków jest wino, widać z okien samochodu, kiedy kolorowa mozaika pól urozmaica się, przybierając złoto-zielono-brązowe barwy winnic. W zimie to tysiące niskopiennych krzaczków, równiutko obsadzonych na niekończących się polach. To niewiarygodne, co się z nimi dzieje jesienią, jakim bogactwem są dla tego regionu.

Salvadore Dali twierdził niegdyś, że stacja kolejowa Perpignan stanowi centrum świata, a zdanie Mistrza niewątpliwie dobrze jest brać pod uwagę 
.Moja córka Magda ruszyła stąd 29. grudnia na podbój Barcelony., a było to prawie 3 lata temu. Ale zanim pożegnaliśmy się z nią na tym słynnym dworcu, odbyliśmy mały spacer w czasie i przestrzeni, szlakiem kulinarnym, winnym i historycznym.
Trudno było nie zauważyć dwujęzycznych napisów wszędzie, a próba porozumienia się z kelnerką była nie lada wyczynem. Młoda dama mówiła niesamowitym akcentem, z trudem zrozumieliśmy polecane smakołyki.

Podobnie jak po hiszpańskiej stronie gór, Katalończycy żyjący we Francji wciąż pamiętają o swej nie tak dawno utraconej niezależności. Choć mało kto posługuje się tu językiem przodków, na ulicach Perpignan w dalszym ciągu widnieją nazwy wypisane zarówno po francusku i katalońsku, zaś wszędzie, od przystanków autobusowych, przez krzesła w restauracjach i rynny na budynkach, po proporce i flagi na średniowiecznych murach, dominują dwie barwy - czerwień i żółć albo zdaniem tubylców - krew i złoto. 
Barwy te upamiętniają bohaterskiego księcia Conflent, Wifreda zwanego Kudłatym, który w IX wieku po zwycięskiej bitwie z księciem Roussillon, zdobył panowanie nad księstwem Barcelony. Ranny w bitwie - własną krwią zaznaczył na swym złotym godle ślad czterech palców, co do dziś jest symbolem męstwa i wierności, stosowanym zarówno przy oficjalnych ceremoniach, jak i na meczach słynnej FC Barcelona.


O burzliwej historii Perpignan, przez pewien czas będącego również siedzibą królów... Majorki (!), świadczą jego imponujące zabytki. Obok wspaniałej katedry i Campo Santo – średniowiecznego cmentarza, imponuje górujący nad miastem zamek. W centrum miasta pozostawiono fragment starych murów, zbudowanych z typowych dla regionu, czerwonych cegieł . Fragment ten, zwany po francusku Castillet, czyli zameczek, zwraca uwagę jednym, bardzo charakterystycznym szczegółem: jego strzelnice usytuowane są po wewnętrznej stronie murów, a nie od zewnątrz jak w typowych fortecach!

Przed historycznymi murami bajkowe Le Marche de Noel , lodowisko dla dzieci prześlicznie udekorowane, jakby zimowy Disneyland, iluminacje i słodkie amerykańskie Xmasowe pioseneczki. Magda ma ochotę na przejażdżkę w towarzystwie reniferów, mikołajów i śnieżynek. Jest baśniowo, niewiarygodnie i tak bardzo szczęśliwie. Z tej ekstazy może mnie tylko uratować jakieś wino, bo się zaraz rozpłaczę ze wzruszenia.
Kontynuujemy nasz zimowy spacer, zimowy ze względu tylko na dekoracje, bo temperatura powietrza to ok. 17stopni, w poszukiwaniu kolejnej knajpki .Jest ich niezliczona ilość, a każda wystylizowana, zaciszna, ładnie oświetlona ,zachęca muzyczką, wystawionymi stoliczkami i menu ładnie wyeksponowanym.
Ze szczytu Castillet widać obie historyczne granice : północne pasmo gór wyznacza dawne krańce niepodległego królestwa, zaś ciągnące się na południu Pireneje - obecnie istniejącą granicę z Hiszpanią.

Innym intrygującym zabytkiem jest romański kościół, zlewający się z gotyckimi murami katedry i stanowiący świadectwo średniowiecznego kunsztu, Zdecydowanie chlubne świadectwo postępowych tradycji Perpignończyków reprezentuje średniowieczny budynek Rady Miejskiej, z fasadą ozdobioną trzema wystającymi rękami, symbolizującymi władzę trzech stanów reprezentowanych w Radzie: arystokracji, bogatych kupców i chłopów.
Tutaj zameczek jeszcze raz.

Wokół Perpignon rozciąga się jednak to, co decyduje o prawdziwym charakterze tego kraju: winnice regionu Roussillon. Kombinacja górsko-morskiego klimatu, składu gleb i tradycji winiarskiej sięgającej starożytności, sprawia, że produkowane tu wina są równie unikalne jak cała kultura Katalonii. Do dziś winiarze, zwani tu "rzeźbiarzami gór", stosują w pracy ręczne narzędzia i techniki sprowadzone w XIII w. z Ziemi Świętej przez Templariuszy. Roussillon jako jedyny rejon Francji cieszy się ponad 300 dniami słonecznymi w roku. Właśnie pogoda, a także typowy dla tych okolic suchy wiatr Tramontane sprawiają, że, obok doskonałych win wytrawnych, produkuje się tu naturalnie słodkie wina typu Muscat o pięknym, złotym kolorze i wspaniałym, pełnym smaku.

Ok. 18. Magda odjechała pociągiem do Barcelony, zrobiło się smutno bez niej. A my wróciliśmy do Beziers, w domu nadal migotała wesoło choinka, uśmiechał się do mnie mój Santa Claus.W tej chwili było coś bardzo melancholijnego, a we mnie ogromne pragnienie łez. Taka to jest więź z dziećmi. Zdjęcia z córką zamieszczę potem, muszę je najpierw gdzieś odszukać.





wtorek, 27 listopada 2012

Zabawa na blogu -odpowiedzi dla Asi z 'mojedwaslonca'.

Ostatnio na blogach popularna jest zabawa pt. Liebster blog, polega to zadaniu 11 pytań i wysyłanie serduszka do wyznaczonych osób, które odpowiadają na pytania, wymyślają swoje i wyznaczają kolejne 11 osób i taki to jest sympatyczny łańcuszek. Ja pozwolę to sobie zmienić, bo nie wiem , jak wysyła się te nominacje i poproszę moich czytelników na odpowiedzi w komentarzach, jeśli mają na to ochotę.
Argens nad Kanałem Południowym, nasze ulubione miejsce na popołudniowe drinki.
Jednocześnie  dziękuję Asi i Ewie za propozycję zabawy, z przyjemnością odpowiedziałam Ewie, a teraz Asi. Zapraszam do zabawy!
    1. Co Cię  inspiruje?----miłość, koncerty muzyczne, piękno zabytków i krajobrazów, literatura klasyczna, szczególnie poezja.
    2. 5 ulubionych książek (ewent. Filmόw, jeśli nie lubisz czytać)----książki to trudno wybrać,ale spróbuję. Głównie poezja, Herbert- Pan Cogito, Jacques Prevert- Paroles, Baudelaire, Apollinaire, K.K.Baczyński.
    3. Ulubiony sposόb spędzania wolnego czasu----spotykanie się z dobrymi przyjaciółmi, oglądanie fajnych filmów z córkami i ich komentowanie, spożywanie smacznych posiłków z rodziną i przyjaciółmi, picie dobrego wina, podróże z mężem.
    4.  Z domu nie wychodzisz bez…torebki. We Francji bez aparatu fotograficznego, bo tam wszędzie szukałam czegoś ciekawego do sfotografowania.
    5.  Za 5 lat.....będę na emeryturze, jakiejś wcześniejszej chyba, może się wnuków doczekam już, i mam nadzieję na bardzo wygodne życie u boku mojego męża, tak mi obiecywał, kiedy on sam też będzie na emeryturze.
    6.  Film, ktόry ostatnio przepłakałaś.....a ja ciągle płaczę, nawet oglądając seriale typu Na dobrze czy na złe, nieśmiertelny Dom , bardzo przeżywam filmy, szczególnie wojenne.
    7.  Dlaczego piszesz bloga?..... bo mam tyle ciekawych doświadczeń i chciałabym je zachować dla siebie na pamiątkę, a może kogoś zainspirować moim życiem?.Chciałam też poznać ludzi z różnych stron swiata,bo odnajduję w nich siebie, są moją podpowiedzią na zycie. Ponadto całe życie pisałam pamietniki, to jest taka naturalna kontynuacja.
    8.  Jak zaczęła się Twoja przygoda z blogowaniem?-----wymyśłiłam to 1 lipca tamtego roku, kiedy Polska zaczęła przewodniczyć w UE, naprawdę, myślałam, że będę  "uświadamiać"  rodaków i tych stamtąd. Zawsze miałam takie nauczycielskie skłonności.
    9.  Najbliższe wakacje/urlop  spędzęod kilku lat moje życie to  ciągłe wakacje z krótką przerwą na pracę,  ale tym razem chyba ten mój nowy dom koło Jeleniej Góry będzie wakacjami dla mnie. Bo zaczynam bardzo się z nim identyfikować. I tak sobie wszystko wyobrażam. I ponadto cała kasa pójdzie na ten dom i nie będzie już na takie wyjazdowe wakacje, chyba , ze do Francji, ale to  nie wakacje dla mnie. Chciałabym, żeby mąż zabrał mnie znowu na Florydę, bo tam tak beztrosko.
    10.  Ulubione danie-----dobry stek, żeberka w miodzie, placki po węgiersku, carpaccio jako przystawka, tort orzechowy jako deser.
    11.  Ryan Gosling, Ashton Kutcher, Robert Downey Jr, czy Colin Egglesfield?-----to nie moje pokolenie, ale może być Robert Downey jako Sherlock Holmes. 

piątek, 19 października 2012

Refleksje życiowe na Sycylii.

Wracajmy do Iwaszkiewicza i jego "Książki o Sycylii".

Napiszę najpierw, jak Goethe zagrożona zbliżającym się terminem naszego wyjazdu z tego raju. Postanowiłam  jeszcze poszukać wytchnienia w Villa Giulia (villa – ogród). Chciałam przeczytać tam moje dzienne pensum z „Odysei”. „Przemyśleć moje życie, a przy tym rozważyć, czy w tym temacie kryją się jakieś możliwości dramatyczne?” Snułam moje rozważania i estetyczne kontemplacje. Pachniały róże, pomarańczowe kwiaty, glicynie i fiołki, odurzający aromat. W obliczu takiej obfitości zawsze czuje się jak w raju.

Podkształciłam się z botaniki, szukając w Internecie informacji o roślinności śródziemnomorskiej. Mogę o sobie powiedzieć, że posiadam wykształcenie klasyczne, uczyłam się 6 lat łaciny, dosyć pilnie, elementy greki były zawsze przemycane, a ja chłonęłam to wszystko z ciekawością i wiecznym nienasyceniem. W mojej sali polonistycznej wisiał taki, wydawałoby się, oklepany frazes, chyba autorstwa Żeromskiego: „Nauka jest jak niezmierne morze, im więcej jej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony”. I ja całe życie postępuję według tej maksymy. Taka egzaltowana podstarzała
"Madzia" :)) Głęboki ślad we mnie zostawiły lektury antyczne, romantyczne i młodopolskie, europejska dekadencja przełomu wieków, dionizyjska tragiczność i apolińska ucieczka w piękno i egzystencjalizm. Znam na pamięć Horacego, Wergiliusza, lorda Byrona, Baudelaire’a, Verlaine’a i to w oryginale, a polskich twórców recytuję na wyrywki. Słuchałam kiedyś Debussy`ego, Ravela i Szymanowskiego, Szopena obowiązkowo i pamiętam, jak Krystian Zimerman wygrał Konkurs Szopenowski w 1975 r. Niedawno obejrzałam ten  jego koncert w telewizji Kultura.
Dopełnieniem mojego wykształcenia miałyby być podróże, jak mantrę powtarzam sobie: „muszę umieć 5 języków obcych, muszę zobaczyć to i to, i tamto.” W młodości podróżowałam, byłam nawet u źródeł kultury praindoeuropejskiej czyli w Indiach oraz krajach Maghrebu czyli Afryce Północnej, gdzie ślady grecko-rzymskie są mocno obecne, a od tysiąca lat zdominowane kultura Islamu. I zaczęłam się wtedy uczyć tych 5 języków, marzyłam o Hiszpanii, Francji, Włoszech i Grecji. Miałam taka wspaniała nadbudowę, a brak było bazy. Bo skończyły się lata na utrzymaniu rodziców, a zaczęło się życie dorosłe, ponure, kryzysowe lata 80-te. I gdzie marzenia dla humanistów? W kolejkach za lodówką, telewizorem, meblami i jedzeniem, w ciągłych tarapatach finansowych. Chciałabym wypić kielich z Lety, rzeki zapomnienia i popłynąć w inne szczęśliwsze czasy.
 Ale Faustowski przewrót w życiu też ma swoją cenę. „Darmo nic”, jak śpiewała Izabela Trojanowska.O tym wiedzą moi znajomi jakie były różne konsekwencje moich podróży. A na koniec tych refleksji wróćmy na Sycylię, która była moja inspiracją. „Dziwna to ziemia, pławiąca się w słońcu, morzu, rozprażona, od zimy okryta kwiatami. Całe połacie kultury leżą tu na sobie, obok siebie, przedziwnie przemieszane zaczynając od kultury przedgreckiej, poprzez Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizancjum, Normanów, Niemców, Hiszpanów i Francuzów – wszystko się tu miesza, stopione w żarze słońca, wina i zapachu pomarańczowego kwiatu. A nad wszystkim góruje jedna kultura, która wyspie śródziemnomorskiej nadała fizjonomie zasadniczą – wielka kultura grecka. Ona urobiła w swoim czasie kształt sycylijskiego rolnictwa czy żeglarstwa i pieczęć greckiej sztuki odbiła w niebieskim cieniu gór i na zielonych polach pełnych winorośli. Teraz oglądać ją możemy, zamarłą i zastygła na zawsze, w teatrach i świątyniach Syrakuzy, Agrygentu, Selinuntu, Taorminy i Segesty. Otacza te ruiny nie tylko poetycka legenda, ale i wieczne życie zaklęte w kamienie poświęcone greckim bóstwom. Mieszka tu także jedyna na świecie afirmacja życia, z której rodzi się wiara w wieczyste prawdy Erosa.”
Tak pięknie o Sycylii pisał  J.Iwaszkiewicz, a czytając tam jego „Książkę o Sycylii” podróżowałam wytyczoną przez niego trasą. I „najosobliwsze pejzaże” były moim udziałem.


sobota, 6 października 2012

Paryskie kawiarnie.




A czy znasz – ty te kawiarnie

w całym świecie takich nie ma,

gdzie dzień cały dumnie, gwarnie

wałkami się cud – bohema.

Wprawdzie to o Krakowie tak Boy pisał i wiadomo, że Kraków wszyscy kochamy, ale Saint – Germain-des Pres w Paryżu jest kwintesencją wszystkich światowych kawiarni. Kiedy tam jadę, to wiem na pewno, że przy kawiarnianym stoliku, jak w teatrze spędzę parę godzin. W paryskich lokalach krzesełka na chodniku ustawione są przodem do ulicy, obserwujesz życie, które jest pięknym spektaklem, bo sceną jest ulica, tak gdzieś wyczytałam i zgadzam się z tym.
Siedzenie w kawiarni ma dobrą i złą stronę. Zła – to nieczyste sumienie, bo w tym czasie powinniśmy robić coś znacznie bardziej „ produktywnego”, dobra – to poczucie, że właśnie to robimy. Z takim oto ambiwalentnym uczuciem dobrze i źle spędzonego czasu, siedząc przy stoliku, dokonuję obserwacji socjologicznych. Ulica niezmiennie mnie urzeka ,to wspaniały melting pot, fascynująca mieszanka kultur, prądów, w modzie, narodowości ,różnych związków. Lubię patrzeć na pary, jak rozmawiają, jak się trzymają za ręce, obejmują, całują, a pary są w różnym wieku. I taka jestem szczęśliwa, że w Paryżu jestem ze swoim mężczyzną, który za chwilę spyta słodko „ Może jeszcze jeden kieliszek? „ A nie jesteś głodna” Może crepes? (naleśniki).
 We wrzesniowy dzień siedzimy sobie w słońcu, z góry podgrzewa nas elektryczny piecyk, jak potrzeba i bezgrzesznie marnotrawimy czas. Zza stolika różnych kafeterii i brasserie wyłania nam się Paryż, jedno z najpiękniejszych miast świata i zaprasza do wędrówki po nim.
Wysiadamy na Saint-Germain-des-Pres, zawsze tu pełno i gwarno. Kolorowe, hałaśliwe targowisko. Przygląda mu się z kamiennym spokojem iluminowany nocą, surowy i bardzo piękny, patronujący tej dzielnicy kościół, to Saint-Germain-des-Pres,
 najstarszy kościół w Paryżu, który pamięta jeszcze czasy wikingów. W prezbiterium można obejrzeć płytę nagrobną Kartezjusza i stwierdzić „Cogito ergo sum”.
Ze zdziwieniem dojrzałam też nagrobek poświęcony naszemu królowi Janowi Kazimierzowi. Doczytałam w przewodniku, że król po zrzeczeniu się polskiej korony przyjął godność opata w tym kościele, a po jego śmierci umieszczono tu jego serce.
W Saint-Germain-des-Pres, na samym skrzyżowaniu na placu Sartre-Beauvoir
 są dwie legendarne i wciąż modne kawiarnie, „Les Deux Magots” i „Le Flore”, rozsiadły się obok siebie, a naprzeciwko nich równie słynna brasserie „Lipp”, gdzie stołował się kiedyś Hemingway. Siedzę w „ Les deux Magots”, piję swoja cafe creme
i rozglądam się dookoła. Pokrapuje drobny deszczyk.



 Z lewej strony sklepy Diora, Louis Vitton, naprzeciwko surowa bryła kościoła, po drugiej stronie ulicy Cartier, Svarowski i Emporio Armani. Lekkość i wdzięk kawiarni, wyplatane krzesła, małe dwuosobowe stoliki, duże kwiatowe donice, pięknie wszystko komponuje się z urokiem sklepów znanych marek, taki „dyskretny urok burżuazji”. A pod hasłem „bogatym wszystko wolno” ktoś parkuje na pasach i na samym zakręcie” ( mercedes i jakiś jeep). Do „Le Flore” już przed wojną zachodzili Chagall, Picasso, a potem Sartre, ze swoją partnerka Simone de Beauvoir, filozofowali przy stoliku otoczeni tłumem wielbicieli. Stąd plac przy skrzyżowaniu obecnie nazywa sie Sartre – Beauvoir.Ja też siadłam ze swoim „diary” i zapisałam różne refleksje. Według hasła „ You deserve the best” ( zasługujesz na coś najlepszego). Ja lubię zwiedzać, chłonąć i podziwiać ten majestatyczny urok.
Koło kościoła Saint Germain jest taki mały przykościelny ogródek, a w nim rzeźba Picassa podarowana Apollinaire'owi.
 Potem mówiłam o tym z moimi francuskimi przyjaciółmi i z przyjemnością zarecytowałam im wiersz „ Et puis ce soir on ca ira au cinema....” Lubię popisywać się znajomościa wierszy na pamięć, ludzie słuchają grzecznie i patrzą zadziwieni. To była taka moja literacko-recytatorka pasja, uczenie się wierszy na pamięć .
Po zwiedzaniu Luwru można odpocząć w różnych miejscach, w ogrodach Tuileries nad sadzawkami z kaczkami podpływającymi po kawałek chleba,
 w podziemiach piramidy,
 gdzie mnóstwo barów i sklepów, można też ruszyć przez Łuk Carrousel,

 Plac Zgody na Pola Elizejskie i tam gdzieś zasiąść , widząc w odległej perspektywie Łuk Triumfalny.
My lubimy zasiadać w La Fregatte,
 naprzeciwko potężny Luwr, Sekwana. Potem spacerkiem wzdłuż bulwarów, gdzie rozsiedli się bukiniści,
 przejdziemy w stronę Muzeum d'Orsay.

Takie kolejki są do Muzeum d`Orsay
 Koniecznie musimy się znowu zatrzymać, tym razem na lunch, dla Francuzów jedzenie to doznanie duchowe, niemal rytuał neoreligijny. Wybieram inną resteuracyjkę, również słynną z historyczno-literackich wspomnień „Le Dome”, naprzeciwko Saint Chapelle i Conciergerie. To taki zamek średniowieczny z czasów Merowingów,

 a później zasłynął w czasach Rewolucji jako przedsionek śmierci dla arystokratów. Po drugiej stronie widzę zgrabną wieżyczkę – fontannę, otoczoną sfinksami,
 a w głębi kościół w stylu gotyku płomienistego. W towarzystwie takich nobliwych i szlachetnych budowli lunch jest rzeczywiście neoreligijnym doznaniem. Paryskie kawiarnie i brasserie, podobnie jak zabytki są częścią historii, La Rotonde, Le Procope, Flore, Deux Magots, Lipp, Select, to tu spotykali się ludzie, którzy tworzyli nowe style, literackie plastyczne, muzyczne. Tu filozofowali, tworzyli teorie, bo Francuzi to intelektualiści. Każdy chce być Diderotem, Kartezjuszem czy Sartre'em. A ja będąc wśród nich, również przyjmuję swoją pozę, najbardziej odpowiada mi połączenie sawantki z kabaretowym image. Taki wpływ ma Paryż.