Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

czwartek, 29 marca 2012

Make my day. Come for a visit .

 Z dedykacją dla moich uczniów.
 Przed przyjazdem do Francji miałam taką jedną inspirującą lekcję z moją ulubioną grupą w zastępstwie. Przy okazji  mille baisers pour tout le monde- vous me manquez- I miss you! Mnóstwo pocałunków dla wszystkich!
Tematem było 20 ways to enjoy yourself or to entertain yourself, anyway means the same. Podobal się nam pomysł take up a new hobby, splash in a pool, organize a pot luck party, have a sightseeing in your area, go away, bar hopping at the weekend, arrange a tropical entourage in your garden- room and have a coctail -Mojito for example.Było też coś about second hand shopping, ale u nas ten rodzaj zakupów utożsamiany jest z ograniczonymi funduszami, i nie każdy przyznaje się do takich okazji, chociaż kobiety powoli odkrywają niesamowite bargains w tych sklepach i warto tam się czasami zapuścić. A we Francji, czy Anglii targi typu vide greniere i car boot sale przyciągają tysiące, ale tam szuka się bardziej oryginalnych rekwizytów niż odzieży. W angielskich second hand shops, nazywanych często charity shops też znajdziesz bardzo oryginalne towary.
I po tym wstępie chciałabym pokazać , jak ja followed the advice - posłuchałam rad, o których dyskutowaliśmy na lekcjach.
Poniżej moje nowe hobby, fotografowanie i jeżdżenie na skuterku  /najpierw uczenie się/  w  Mediterranean entourage. Coctaile zamieniłam na wino, na pot luck party/ składkowa impreza/ poczekam, kiedy wy go away i  mnie odwiedzicie oraz przywieziecie polskie smakołyki. Wtedy zorganizujemy i splash w morze, i bar hopping po okolicznych winnicach, i sightseeing, i wszystko. And we we will enjoy the privileges of the privileged class. It`s the finest thing in this fine pretty world. Tak mówią w filmach, my też możemy, why not?
Na skuterku wśród winnic i oliwek


wtorek, 27 marca 2012

Francuskie i angielskie przyjaźnie

Z francuską przyjaciółką Jacqueline w St Tropez.
Byliśmy na kawie u Christine i Johna/ona Belgijka/, bardzo ich lubię, lepiej się rozumiem z niezupełnie anglosaskimi parami, językowo i kulturowo. Siedzieliśmy na ich rozłożystym tarasie, tak na wysokości drugiego piętra, z widokiem na rzekę, pola winnic i góry, też w najbliższym sąsiedztwie rezydencja z boginią na dachu i tak rozmawialiśmy na różne tematy. Najpierw podziwialiśmy dziesiątki kwiatów i roślin w oryginalnych doniczkach, dzbanach, skrzynkach oraz egzotyczne dekoracje tarasu, lampy, ramy, konewki, piękną terakotę, meble, kominek i jego akcesoria, wszystko, co sprawia, że czujesz duszę domowników. Ich zainteresowania, pasje kolekcjonerskie, wieloletnie podróże i dbałość o wyszukaną estetykę. Ogromna ilość egzotyczno-etnicznych bibelotów w  przestrzennych pokojach przyprawiała o lekki zawrót głowy, dla mnie Wojciech Has i "Sanatorium pod klepsydrą", sklep Wokulskiego, ale też bizantyjski urok wiktoriańskiej dekadencji. Ich duża wysoka kamienica sprzyja ekspozycji. A jaka piękna i gustowna kuchnia, scenografowie mieliby uciechę. Krótko mówiąc  ogromny teatr i jego wypożyczalnia rekwizytów. Przesunął mi się przed oczami  "Mały dworek" i Kantora " Umarła klasa"  i mówiąc nowocześnie, prywatna mediateka. Pomyślałam tak niegrzecznie, co się z tym stanie po ich śmierci. John ostatnio miał lekki, ale niegroźny wylew i nie są to ludzie w moim wieku.Mogliby by być moimi rodzicami. Jej syn zmarł niedawno, a on ma dzieci w świecie. Czy będą zainteresowani dziedziczeniem tych kolekcjonerskich skarbów? Czy sprzedadzą wszystko za bezcen? Ile takich zbieraczych niezwykłych klejnotów można znaleźć na vide greniere? Całe mieszczańskie życie i jego kultura materialna I wtedy pomyślałam, że nie będę już więcej przesadzać z dekoracjami do domu. Nie bardzo akceptuję minimalizmu w stylu niektórych znajomych,  taka pustka  na ścianach i meblach w niektórych ładnych, niestety  chłodnych, mało przytulnych domach, i nawet piękne kwiaty nie pomagają, ale przypomnę przysłowie de gustibus non est disputandum, bo jak zawsze moja tendencja do narzucania poglądów się ujawniła. A nie wiem czy ograniczę moją skłonność do kupowania niepraktycznych bibelotów i pamiątek. Lubię to robić jednak.
 Jaqueline w Anduze

Na wakacjach z Jacky w Chateau Chirac koło Anduze
John and Christine mieszkają w Pepieux już od 10 lat i tak rozmawialiśmy o przyjaźni min. O tym, że w Anglii, to very few friends, a tutaj to tak naprawdę jedna para angielska, z Francuzami tylko znajomości. Kiedy mieszkali w Hiszpanii, to mieli więcej przyjaciól, to bardziej przystępny, przyjazny naród. Z najbliższymi sąsiadami w  Pepieux łączą ich bardzo poprawne stosunki, ale trudno to nazwać przyjaźnią. A ja pomyślałam, że oni słowo przyjaźń traktują w kategoriach wyjątkowej i zażyłej znajomości. Sami są dosyć powściągliwi w kontaktach, nie okazują wylewności, nie mówią o sprawach prywatnych. Ja jestem inna, szybko nawiązuję kontakty na poziomie przyjacielskim, jeżeli zorientuję się, że osoba mi odpowiada. Uwielbiam się spotykać z ludźmi, rozmawiać z nimi i brak  kontaktów, wymiany poglądów jest dla mnie upośledzeniem towarzyskim. Cierpię tutaj z tego powodu. Mam namiastkę kontaktów na kursach językowych, żeby coś powiedzieć o sobie i jakiś dyskurs sprowokować. Dlatego też wolę miasta, zamieszkanie na wsi sprzyja osobom introwertycznym, zamkniętym w swoim świecie Tutaj, na poziomie dwóch obcych języków, którymi się muszę posługiwać, a w żadnym nie jestem tak naprawdę biegła, znalezienie przyjaciólki to jest skarb. I ja taki skarb znalazłam w osobie Francuzki Jacqueline z Beziers. Zdjęcia powyżej mi się umieściły... Znamy się już od 4 lat i myślę, że szczerość naszych rozmów dotycząca szczególnie spraw prywatnych przyspieszyła naszą zażyłość i sprawiła, że tak za sobą tęsknimy i dobrze się razem czujemy. Pamiętam, że ona pierwsza zaczęła rozmowy o małżeństwie, skomplikowanych stosunkach ze swoimi rodzicami, o córce, która wyjechała kiedyś do Kanady, o pracy i odpowiedzialności. Z racji moich skłonności do odkrywania się i mówienia o sobie,chętnie wpasowałam się w atmosferę babskich zwierzeń i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Przy winie w  Le Chameau ivre na początku, a potem na wielogodzinnych spotkaniach u niej w domu w Beziers i letnich rezydencjach w Prowansji. Jacqueline to wyjątkowa kobieta, od lat prowadzi edukacyjną działalność, jest doskonałym psychologiem, niezwykle mocną osobowością, jest przy tym bardzo wesoła, lubi opowiadać dowcipy z życia wzięte, umie naśladować ludzi, jest bezinteresownie dobra, uczciwa i oddana przyjaźni.
Ostatni weekend z nią spędziliśmy i był to przemiły, jakby wakacyjny czas. U niej w domu z jej cudowną mamą, w chińskiej restauracji na lunchu, koło morza, na rozlewiskach rzek Aude-Orb i na wesołej kolacji w Chameau d`ivre, gdzie rozmowom nie było końca. Umówiliśmy się na 20 kwietnia na święto wina w Beziers.
Beziers i okolice
Mój lunch

W Le chameau ivre, gdzie tez mozna poczytać.
Rozmawiam z nią po francusku i angielsku, ona dobiera słowa mówiąc w swoim języku, żeby rozumiała, czasami mówi dwa razy to samo w dwóch językach i wszystko jasne. Kim też bardzo ją lubi. Szkoda,że nie było jej męża, ale on pojechał wtedy w odwiedziny do swojej starszej siostry.
Tutaj wydawało mi się, że zaprzyjaźnię się z Melanią- Angielką z Olonzac, bo również wydawała mi się taka otwarta i naturalna, widujemy się na francuskim i na imprezach. Ale nie spotkałyśmy się jeszcze na gruncie domowym, co stwarza podstawy do przyjaźni. Natomiast uwielbiam Margaret z Siran, spotykamy się w domu, ale ona jest starsza ode mnie sporo i płaszczyzna porozumienia jest inna.

sobota, 24 marca 2012

Co lubię, czego o mnie nie wiecie i inne wirtualne zabawy.

Ventenac nad Kanałem du Midi, w głębi kadzie winne i Chateau Ventenac winery.
Traktuję tego bloga jako swoistą terapię, jestem szczera w granicach przyzwoitości, ale nie piszę wszystkiego, bo takie obnażanie może czasami zniechęcić ewentualnych moich fanów, innych może zaintrygować... Bo ja oczekuję wyjątkowych czytelników. Zawsze brzydziłam się kiepskiej formy, zarówno w literaturze, w filmie i w każdym artystycznym przejawie życia. Ale akceptuję tzw genialny dyletantyzm, czyli eleganckie ślizganie się po tematach sztuk najwyższych lotów. Najlepiej poparte autentycznym wrażeniem, czyli veni, vidi, vinci. Mój mąż zawsze pyta : Who do you think you are? A to jest taka moja ucieczka w nadmierne estetyzowanie, w czystą formę i surrealizm. Szczególnie teraz, kiedy już nic nie muszę, w sensie pracy, dzieci, obowiązków, tylko bawić się życiem  w wyszukany sposób.
Ostatnio Amisha wspomniała  i zachęciła, żeby napisać o 5 ulubionych czynnościach czy rzeczach,  wcześniej Oliwka pisała i ktoś jeszcze, czego o mnie nie wiecie, moje grzechy itp To taka zabawa, która tak trochę zmusi do spojrzenia w głąb siebie, pokaże nas jako pełnokrwistych ludzi, ze swoimi sprzecznościami i temperamentem. Ale potraktujmy to z lekkim przymrużeniem oka.
Co lubię w Polsce, a co a we Francji, to dwie oddzielne dziedziny mojego życia.

W Polsce.

1.Lubię swoją pracę i moje "imperium", które sobie stworzyłam przez lata. Uwielbiam  całe swoje biuro,bardziej chyba niż mieszkanie, wszystkich klientów i współpracowników. To sens mojego życia.
2. Lubię spotykać się z moimi koleżankami i klientami, przygotowywać dla nich etniczne, wyszukane posiłki, pić wino i rozmawiać na tematy wyższych lotów.
3. Lubię bardzo flirtować z facetami w każdym wieku, bez poważniejszych konsekwencji, flirtować za pomocą dekoltu, spojrzenia, długich nóg w butach na obcasach, obcisłą odzieżą, zainteresowaniem, tak, żeby było miło i każdy czuł się dowartościowany. Ponad 10 lat byłam jakby singielką, kiedy rozstawałam się z z moim eks- i schodziłam znowu, w końcu rozstałam zupełnie, i tak bardzo mnie bawił flirt z mężczyznami mnie otaczającymi. Wzmacniał mnie i wprawiał w dobry nastrój. Nie przekraczałam granic przyzwoitości, na ogól. Na pewno nikogo nie skrzywdziłam, przynajmniej nie jest mi to wiadome. To dla usprawiedliwienia.
4. Lubiłam, niestety muszę powiedzieć w czasie przeszłym, jazdę samochodem, taką na full. To była dla mnie prawdziwa wolność i odlot, zwłaszcza pierwszymi samochodami, które posiadałam, bo prawie 30 lat temu samochód to był luksus. Teraz samochód to narzędzie pracy. Lubiłam, bo teraz nie jeżdżę z przyczyn,że za bardzo lubiłam szybką jazdę w ostatnich latach, powiem enigmatycznie.
5. Lubię siebie rozpieszczać, w sposób jaki lubię, jestem w tym względzie wyjątkową egoistką, lubię w piątki chodzić na basen, saunę i masaż ciała. W niedzielę do kina, koncert czy coś kulturalnego. Telewizja w ostateczności, mam utrwalone hasło z lat 80. " telewizja kłamie". Ale nie tracę pieniędzy na modę, czy nadmierne kosmetyki, bardziej dbam o kondycję fizyczną i umysłową. Swoje córki rozpieszczałam w sposób jaki uważałam, że ich rozwinie intelektualnie i fizycznie. Nie wiem, czy miałam rację. Za mało miłości i akceptacji chyba im dałam. Męża rozpieszczałam erotycznie. To też tak dla usprawiedliwienia piszę.

We Francji:

1. Lubię jeździć na rowerze, teraz też z kijkami  chodzić i robić zdjęcia wynajdowanym ciekawym obiektom i pisać potem o tym.
2. Lubię chodzić na kursy j.francuskiego i angielskiego, żeby zobaczyć jak Francuzi uczą się angielskiego. To fascynujące dla mnie doświadczenie. W ogóle kocham języki obce.
3. Lubię spotykać się z tutejszymi mieszkańcami, Francuzami i obcokrajowcami, zapraszać ich do domu, albo chodzić do nich, tu mąż już gotuje, ja okolicznościowo, lubię z nimi jeść, pić wino i rozmawiać na różne tematy, też na ogół wysokich lotów. A jakie to dla mnie wyzwanie. Nie lubię rozmawiać na tematy przyziemne. Ludzie są dla mnie najważniejsi, od nich czerpię siłę i entuzjazm. Tu jest taki zminiaturyzowany świat anglosaski i nacji północnych, a ja i tak wynajduję najciekawsze osobowości. Pod hasłem-swój swojego znajdzie. I pisać o tym lubię.
4. Lubię spożywać posiłki z mężem, późne śniadania i kolacje, które on wcześniej ugotuje, a jest w tym świetny! Lubię z nim oglądać wieczorne seanse filmowe.
5. Lubię z mężem jeździć na różne wycieczki samochodowe i rowerowe w celu eksploracji regionu. On mi wtedy robi zdjęcia i ja czuję się piękną modelką. I też pisać o tym. W ogóle pisać o moich francuskich doświadczeniach, bo mi się wydają wyjątkowe.

Muszę mieć nadal dwa życia, bo bez tego, co kocham w Polsce moje życie byłoby niepełne, puste i bez sensu, without  the purpose, jak to mówił  reżyser Melies w "Hugo". Tu, we Francji mam  jakby wydłużone wakacje, dobrze wrócić do pracy na chwilę. I flirtować tu mi nie  zawsze wypada, bo nie chciałabym być zrozumiana dwuznacznie, a finezją lingwistyczną nie popiszę się w językach obcych.  Czasami ktoś mnie zainspiruje na taką elokwencyjną akrobatykę i body language. Jak mnie to bawi! Mój  Kim już nawet wie o kogo może czuć się zazdrosny w naszej małej kolonii. O kogo, napiszę innym razem, kiedy znowu ogarnie mnie duchowy ekshibicjonizm.

I pisząc, co lubię, przyznałam się też do swoich grzeszków, haha.

środa, 21 marca 2012

Enologiczne spotkanie w winnicach Pech d`Andre -Azillanet

Rappel : VEEM Œnologie : Mercredi 21 mars : « De la vigne à la cave »

Mercredi 21 mars à 15h au domaine du Pech d’André à Azillanet :  Mireille Remaury nous fera découvrir les bases de la vinification traditionnelle languedocienne. Elle nous dévoilera les ‘’secrets’’ de la transformation du jus de raisin en vin. Cette initiation vivante et concrète se terminera par une dégustation de vins du terroir du Pech d’André.

Participation : 5 euros (6 euros pour les invités). Inscription obligatoire et paiement à la permanence ou dans la boîte aux lettres avant le 17 mars.

 
Enologia (z gr.: oínos = wino + lógos = nauka) – dział  nauki zajmujący się kwestiami związanymi z produkcją wina; inaczej ojnologia lub winoznawstwo.
Obejmuje m.in. uprawę winorosli, sposoby określania składu poszczególnych gatunków wina, produkcję, sposoby przechowywania, zasady degustacji.
W niektórych krajach (np. we Francji) enologia jest przedmiotem studiów na uczelniach, u nas w Polsce też już wprowadzono tę specjalizację na farmacji.

 Tak to nasza miejscowa organizacja VEEM- Vivre ensemble en Minervois dba o nasze rozrywki. 

Po lewej domy Pepieux i wieża ciśnień.

Model chyba z  dosyć odległych lat, pójdę tam jeszcze raz i sprawdzę.Mój kolega powiedział,że wygląda na citroena DS, samochód Fantomasa, chciałby być takim kultowym autkiem, ale by go nie porzucona tak wśród pól, gdyby nim był.

Pobliskie rancho, el Condor passa..
Nieraz moi znajomi w Polsce  pytali mi się, jak wygląda mój dzień tutaj, albo o czym rozmawiam z nowymi przyjaciółmi. Opowiem o  jednym  typowym dniu. Dzisiaj 21 marca, kalendarzowy pierwszy dzień wiosny, mogliśmy się spodziewać ciepła, ale tak nie było. Już w nocy padało, obudziłam się nad ranem i zastanawiałam nad dwoma oskarowymi filmami, które oglądałam poprzedniego dnia. "Descendents" i "Hugo". Byłam taką żeńską  podobną odmianą George`a Clooney, kiedy mój mąż zmarł parę lat temu i ta scena z córkami pod wspólnym kocem , na sofie przed telewizją, prześladowała mnie nad ranem i już nie pozwalała zasnąć. A Hugo i jego reżysera fascynacja filmem, też przypomniała mi Pamiętnik znaleziony w Saragossie, bo  Martin Scorsese też tym filmem jest oczarowany, i tak kręciłam się w łóżku myśląc o różnych swoich obsesjach. W końcu zasnęłam i obudziłam się przed 10. Deszcz nadal padał. Zjadłam śniadanie,  grzanki z bułki francuskiej, nazywanej "polka", z dżemem czereśniowym, kawę zaparzyłam na jeden kubek przez filtr, tak ładnie pachnie, kiedy się przelewa. Potem jeszcze muesli orzechowe z truskawkami i gruszką. Sprawdziłam pocztę. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Kim oglądał wieści z Tuluzy. Ok 12.00 pomyślałam, że sobie pochodzę, bo deszcz ustał. Wzięłam moje kijki nordyckie, aparat i ruszyłam między winnice. Takie scenki udało mi się zaobserwować. Zdjęcia powyżej się umiesciły.
 Przed 15.00 Kim zawiózł mnie do winnicy Pech d`Andre w Azillanet . Warto zajrzeć na ich stronę i bloga, bo moje asocjacje takie bardziej osobiste. www.lepechdandre.fr  oraz www.lepech.canalblog.com
Nie widziałam się z ludźmi ze stowarzyszenia VEEM od  6 grudnia, od imprezy świątecznej i tak lekko poddenerwowana podeszłam do grupy, która już czekała przed chateau.

 Holenderka Henny, malarka, ta od wyjątkowo przystojnego męża, tak się ucieszyła i spytała, kiedy przyjdę na francuski, bo takie ciekawe materiały Naomi przygotowuje, a zostało 3 osoby, pozostali gdzieś się porozjeżdżali. Derek i ten rosły Szkot chyba spytali z radością: Alicia, ca va? Glad you are back i wszyscy się miło uśmiechali, nie pamiętałam żadnych imion, shame on me. Cherrie tylko mam utrwalone, bo jestem z nią w kontakcie z powodu kursów językowych.
Pojawiła się madame Mireille Remaury i fascynująca przygoda z winem się rozpoczęła. Zaczął znowu deszczyk siąpić, a my ruszyliśmy w winnice, mijając złuszczony napis na desce Le Pech d`Andre
. Stanęliśmy grupką pod rozłożystym drzewem na skraju winnic, kamienne murki, karłowate oliwki i inne drzewka, zaorana ziemia oddzielały poszczególne winorośla:
 Mourvedre, Syrah, Grenache, Cinsault, Carignan, Aramon, Alicante, Macabeo, Clairette i Bourboulenc. Powstają z nich vins de Pays des Cotes du Brian/ białe , różowe, czerwone/, AOC Minervois- La Cuvee- Syrah i Grenache, le Chateau- Mourvedre, Grand Terroir- Mourvedre i Syrah. Na winnicy powstają też Les aperitifs artisanaux i inne produkty, soki, vineger, dżemy. Słuchałam madame Mireille, jakby Edith Piaf conajmniej, takie ładne "R" wypowiadała, rozumiałam w trakcie słuchania, a potem ta wiedza gdzieś się ulatniała, głównie podawane  szczegóły, ile hektolitrów, ile hektarów, ile lat, ile pokoleń, ile klientów, ile  dziennego spożycia. Ale sprawdziłam, domena istnieje od 1701r., w rękach obecnych właścicieli od 1966, jest 27 hektarów. Pani Remaury, doktor winiarstwa z wielkim znawstwem , pasją  i namiętnością mówiła o terroir, czyli o cennym kawałku ziemi, na którym rośnie jej dziedzictwo. To tak ważne, jak karaty w złocie, a tzw kraje Nowego Świata chcą zdekredytować to znaczenie, nie mając takiej "profound"- głębokiej historii. To słońce, wiatr, który przywiewa różne smaki i zapachy, bogata gleba, kamienie, deszcz, Pireneje, morze, dolina, to setki składników, które tworzą  niezmierne bogactwo tej ziemi.To miłość i praca wielu pokoleń. Wspomniała też o biurokracji francuskiej, jeśli AOC jest przyznawane i inne winne standardy.
Mieliśmy tez okazję widzieć techniczne szczegóły produkcji, tego już moja wiedza językowa nie ogarniała w ogóle, zrozumiałam coś o leżakowaniu, o winach młodych i wiekowych, o tym jak się oddzielają liście, gałązki i owoce, kiedy zbiór następuje 1 października. Bardziej mnie zainteresowała scenografia starej hali i tablice, na których wypisywano informacje dotyczące zbiorów i produkcji.


Tu oddziela się liście, gałązki i owoce.

Tablica z 2011 i wszystko jasne.

Współczesne kadzie winne.

A potem przeszliśmy na degustację przygotowaną w ciepłej sali z kominkiem. Wszyscy chętnie rozsiedli się wokół stołu, a zmarzluchy koło kominka.
To początek spotkania, doniesiono butelki...

 I zaczęła się sztuka picia, artyzm polegający na wpatrywaniu się w swój kieliszek pod światło, potrząsaniu go, wąchaniu i wreszcie łykaniu trunku małymi  kroplami najpierw. Potem płukanie zębów, podniebienia i dopiero po wolnym łyczku. Cała ceremonia, o której pouczyła nas madame. Ona sama wcześniej, po wycieczce z przyjemnością zaciągała się papierosem, ale chyba nie Gualoise czy Gitanes, które mi się kojarzą z dawnych lat. Na stole stało 10 butelek, zaczęliśmy od białego, pytała, jakie smaki czuliśmy, miód, owoce, potem różowe i na koniec przeszliśmy do czerwonych , na które czekał mój potężny sąsiad Szkot- Wiking. Nie uwierzycie, Anglicy cały czas mówili po francusku, tzn z 17 osób, które policzyłam, głos stale zabierało pięciu panów, bardzo byli dociekliwi i bawili się świetnie swoją francuszczyzną. Tacy królowie życia, szczególnie ten Wiking, pamiętam jak szalałam z nim w tańcach na fete de Noel. Nie wypijaliśmy całych kieliszków, można je było wylać do podanego naczynia, chociaż już tych czerwonych dzieł sztuki szkoda było wylewać, aby napełnić nowym. Potem gospodyni przyniosła jeszcze słodkie aperitify na koniec. Mieliśmy też przekąski, pasty tapenade/ z oliwek/ na małych kanapeczkach i kawior z bakłażana. Nie wytoczyliśmy się z sali kominkowej , jak beczułki wcześniej oglądane, wszyscy byli dosyć wstrzemięźliwi, myślę, że trochę chłodna pogoda była naszym sprzymierzeńcem.
Wróciłam z Davidem z La Livieniere ok. 19.00. Już nie dzwoniłam po Kima. Na stole w domu czekała na mnie smaczna kolacja, hinduska shorma z ryżem, ukryte wsród sosu kawałki mięsa, bo nie hinduskie- wieprzowe, sałatka, jak Kim podaje, tzn zielone różne liście, pomidory z prażoną cebulką i parmezanem, i oczywiście wino, ale z konkurencyjnej winiarni z Azillanet Trois Blaissons. A na deser ciasto kawowe. Kim się trochę obraził, że mu nic nie kupiłam, ale nikt nic nie kupował, to sobie o tym nie przypomniałam. I nie miał na myśli wina, tylko soki, albo dżemy.

Na emeryturze.
 Dolce vita  to be continued...
A teraz po francusku dla mojej organizacji Vivre ensemble en Minervois.

Le premier jour du printemps, le 21 mars, nous avons passe a la visite du vignoble Pech d'Andre a Azillanet.
Helas, le printemps etait bien cache, il faisat assez froid et il pleuvait. J'etais pressee de revoir les membres de notre association parce que je ne les ai pas vus depuis trois mois. En m'apprachant du groupe, qui m'attendait devant le chateau, j'ai ete toute de suite reconnue par Derek et Cherrie. C'etait tres agreable et moi, je me suis rendue compte que j'etais enfin chez moi.
Puisque tout le monde etait deja la, nous nous sommes mis en route, a la decouverte des champs de vignes, tels que: Mourvedre, Syrah, Grenache, Cinsault, Carignan, Aramon, Alicante, Macabeo, Clairette i Bourboulenc dont les vins les plus connus sont: Vin de Pays des Cotes du Brian-le vin blanc, rose et rouge, AOC Minervois- La Cuvee- Syrah et Grenache, le Chateau- Mourvedre, Grand Terroir- Mourvedre et Syrah.
On a appris que dans les vignobles on prepare aussi bien les aperitifs artisanaux que les jus, le vinaigre et les confitures.
Je dois avouer que Madame Mireille (notre guide) etait irremplacable, elle nous expliquait des choses avec un grand engagement. La melodie de la langue francaise et son "R" vibrant dans ma tete m'ont prouve que j'etais vraiment capable de comprendre  presque toutes les informations. C'etait un peu bizarre parce  qu'au moment de l'ecouter je savais tout ce qu'il fallait mais apres tous les details se sont enfuis de ma tete: le nombre d'hectolitres dont elle parlait, le nombre de generations engagees dans la production du vin, le nombre de clients, etc.
Apres le retour, j'ai complete mon savoir en y ajoutant ce qui me manquait: ce vignoble a debute en 1701 et les proprietaires actuels sont en possession des 27 hectares depuis 1996. Madame Remaury nous parlait avec une grande passion de tous les recoins concernant le terroir dont elle est proprietaire.
La richesse de ce lieu magique est compose de differents elements tels que: soleil, vent, sol productif, pierres. pluie, Pyrenees, mer et vallee. C'est avant tout l'amour et le travail des genertions.
On a eu de la chance de connaitre les details de la production du vin mais la richesse du vocabulaire a depasse mes competences linguistiques. Je sais qu'elle nous a parle du processus de la production du vin des le debut jusqu'a la fin. Ce qui a attire le plus mon  attention, c'etait un grand panneau sur lequel ils mettait toutes les informtions concernant la production et la recolte. Le point culminant pour tous les participants de cette excursion etait la rencontre autour de la cheminee, preparee par les proprietaires. On a eu la possibilite de deguster le vin et les hors-d'oeuvres de la region. Je vais garder les souvenirs de cette rencontre pour toujours. J'ai connu toute la ceremonie de boire le vin, il est necessaire de secouer et de sentir le contenu d'un verre. On a eu 10 bouteilles de vin a deguster, pour commencer le vin blanc, apres le vin rose et pour finir le vin rouge.
En resumant notre rencontre, je dois avouer que le temps passe ensemble etait tres fructueux pour tout le monde surtout pour ceux qui faisaient un grand effort pour parler francais.
La fumee des cigarettes de Madame (Gauloise ou Gitanes) melangee avec le parfum du vin creaient une ambiance typiquement francaise. A part cela les friandises sous forme de petites tartines avec de la pate d'olives et du caviar nous ont permis de se sentir libres sans soucis et chagrins. C'etait vraient tres agreable et j'espere qu'un jour on va le refaire.

piątek, 16 marca 2012

Back home. Almond trees and a Polish evening.

Od paru dni, dokładnie od niedzieli 11 marca, godziny 17.00, kiedy wysiadłam na dworcu w Narbonne, cieszę się, prawie upajam słońcem Południa i niezmiennie zadziwiam migdałowcami.
Na zdjęciu też nasz kolekcjonerski samochodzik, nie renówka, ani citroen, ale autobianchi, Y10, jakby prosto z musicalu Nine, a ja jedną z gwiazd :)), be Italian, Kim się śmieje w swojej nowej roli z konieczności, kupilismy też skuter piaggio, be Italian, live today as if it may become your
last!
 Kwitną na biało i różowo, a kwiaty wyglądają jakby przyklejone do suchych bezlistnych gałązek.Teraz dopiero widać, jakie ogromne ilości tych drzew, właściwie krzewów rośnie dookoła, ich kwitnienie wśród innych suchych drzew, traw i krzaków, zwraca uwagę, jakby wołają, żeby widzieć ich gęste, sypiące się, puchowe kwiecie.
Ile pozostawionych orzeszków migdałowych.
A winnice jak suche patyki.

Nad naszym jeziorkiem, Pireneje było widać z białymi wierzchołkami.
 Pachną odurzająco, a wśród gałązek łatwo znaleźć pozostawione z zeszłego sezonu zeschnięte owoce. Urwałam parę, rozbiłam kamieniem, spróbowałam, jak migdały, dlaczego by nie? Może bardziej gorzkie i suche.
Powoli dostosowuję się do mojego próżniaczego życia tutaj, co nie jest łatwym dla mnie zadaniem, zważywszy, ze mój polski biznes zostawiony córce ma się znakomicie, wymaga dużo pracy /może trochę na wyrost ten komplement, ale ja wolę optymistyczne myślenie i przy okazji pozdrawiam naszych ukochanych klientów, szczególnie tych z Samsonowicza!/ i moje tutaj nicnierobienie zawsze wzmaga głębokie poczucie winy. Pracuję mailowo.
Najpierw musiałam się zająć moim upartym mężem "po gwarancji", jak go czasami nazywam,  dzielnie zniósł moją prawie trzymiesięczną nieobecność, a szczególnie bóle, które go trawiły od dawna. I wszystkie wizyty lekarskie kończyły się na tabletkach tylko. Ja powiedziałam, jak on naprawdę się czuje i dopiero wtedy lekarz nakazał badanie krwi i skierowanie do szpitala na inne kompleksowe badania. Nie wiem, jakie to badanie jest dokładne, ale po odliczeniu 70% ubezpieczenia,  które posiadamy, nadal trzeba dopłacić 45 euro, a to za badanie krwi tylko, żaden scan czy USG nawet. Aż obawiam się myśleć, ile zapłacimy za szpital. Wizyta będzie  dopiero wyznaczona w następny wtorek. Planujemy dopłacać na dodatkowe ubezpieczenie, bo tak poradzili nam nasi anglosascy sąsiedzi. Kim do tej pory zawsze leczył się na Malcie, gdzie pracował do zeszłego roku. Zostawiał tam wielkie kwoty,bo nie był ubezpieczony, takie ma amerykańskie indywidualne podejście, dla mnie bezmyślność i głupota, co nie omieszkałam mu powiedzieć. Szczególnie teraz, gdy żyjemy za zdecydowanie inne przychody.
    Kolejnym moim ważnym zadaniem było urządzenie wieczoru polskiego, wyzwanie dla mnie szczególne, bo nigdy nie brylowałam w kuchni. Skorzystałam z rad moich kuzynek i koleżanek / dwóch Ewuń/, które podarowały mi kilka słoiczków domowych wyrobów i przygotowałam taką mieszankę potraw charakterystyczną dla naszej kuchni. Mówiłam moim gościom- Lynn i Cliff- from London originally, Sue and Frank- Lancaster, o wpływach żydowskich, niemieckich, rosyjskich, włosko-francuskich , tureckich i tradycjach szlacheckich. Wspomniałam o żonie naszego ministra Sikorskiego, która jest zachwycona kuchnią polską, szczególnie zupami. Czytałam o niej artykuł w jakimś świątecznym wydaniu.  Jako appetizer podałam gruszki, śliwki, dynię na słodko w zalewie lekko octowej, do tego kawałki kabanosów i suszonej  swojskiej kiełbasy,chrzan domowy, chleb, do picia małe kieliszki "moonshine" vodka, z czarnej porzeczki, którą dostałam od Marzenki i Janusza, a robioną przez  ich słynnego szwagra. Jako starter barszcz biały- żurek, z jajkiem, kawałkami kiełbasy. Danie główne to wołówka w sosie grzybowym/ miałam prawdziwe borowiki oczywiście/ z kaszą gryczaną/ buckwheat/- nie znali tej kaszy zaproszeni Anglicy, ani mój Kim. Do tego były buraczki, ogórki kwaszone i zielone pomidory- sałatka, nie smażone, jak w filmie. Piliśmy czerwone wino z winnicy Trois Blaissons z Azillanet. Na deser był keks- nasz prawdziwy, do tego swojskie powidła , jak kto chciał, śliwkowe i morelowe, koktailowe beczułki czekoladowe, nasze szampańskie ciasteczka. Do picia podałam prawdziwy miód pitny, tzw trójniak, też od Marzenki.
Wszystko im bardzo smakowało, mięso i kabanosy chyba najbardziej, kasza trochę zadziwiała, ale oni mają zwyczaj wszystko zjadać, bardzo przepraszają, gdy  coś zostawiają.
Na koniec przeszliśmy  z powrotem na wino i snacki. Podczas mojej nieobecności Kim był zapraszany wielokrotnie na różne kolacje, przede mną jeszcze parę polskich wieczorów, dopóki starczy mi home made products. Mam ponadto zupę ogórkową i szczawiową,barszcz czerwony,  różne ogórki, kapustę kwaszoną też, różne konfitury, grzyby suszone i to wszystko, co już podałam wcześniej, wszystko domowej roboty ze swoich ogródków. Może macie jakieś pomysły? Następnym razem chciałam podać sztukę mięsa w sosie chrzanowym, bo też by mi pasowały buraczki, ogórki. Zawsze mogę coś dokupić.
Ja nie przepadam za gotowaniem, ale tutaj jest to wyjątkowo istotny element życia towarzyskiego, taki rytuał neoreligijny. Na ogół Kim gotuje i świetnie to robi, ale ja tak chciałam coś po polsku, a z kolei nie mam w sobie talentów i nigdy nie lubiłam naszej kuchni nawet. Na szczęście umiem dobrze mówić o naszych tradycjach, koleżanka Ania napisała mi kiedyś wykład o szlacheckich tradycjach naszej kuchni i nie dam złego słowa powiedzieć o naszym kraju teraz. Sama powinnam wiedzieć, ale zawsze wcześniej byłam zaślepiona kuchnią etniczną i każdą  inną kosmopolityczną. Chociaż swojszczyzna lat 80. to nadal dla mnie ubóstwo i scenki jakby z wojny. A bo i wojnę wtedy mieliśmy przecież.
.

niedziela, 4 marca 2012

Wycieczka do Marsylii w poszukiwaniu straconego czasu.

Kosmopolityczna Marsylia to drugie pod względem wielkości miasto Francji- wspomnienie oparte na wycieczce sprzed 3 lat. Nie mogę znaleźć więcej zdjęć, na razie. To było z czasów, gdzie głównie siebie umieszczałam na zdjęciach, taka moja egoistyczna próżność, ale już zmieniłam "attitude" :)
 Do Marsylii  przyjechałam pociągiem na  imponujący dworzec Saint Charles. Na myśl o bliskim spotkaniu tego portowego miasta czułam ogromny dreszcz emocji. Ogromnymi , dziewiętnastowiecznymi schodami, ozdobionymi posągami  przedstawiającymi Azję i Afrykę, eklektycznymi lampami, postumentami, oryginalnymi  poręczami zeszłam w dół na słynną aleję La Canabiere, czyli  Pola Elizejskie południa, prowadzącą do Starego Portu. Schody  dworcowe są filmowe i idealne , aby z dostojeństwem wkroczyć do Marsylii, jesli nie dźwiga się ciężkich waliz np.Powierzchowne sądy o Marsylii nie są pozytywne i na ogól postrzega się ją jako niebezpieczną i egzotyczną. Ta reputacja jest bardzo szeroko rozpowszechniona, niestety. Mój Kim też z dużym zaniepokojeniem puścił mnie samą w podróż, i musiałam się meldować telefonicznie co godzinę, aż bateria mi siadła! I dopiero miał problem, bo do domu wróciłam ok 21.00.  Ja, chociaż sama i blondynka, nie spotkałam sie z żadnymi oznakami zagrożenia. Wręcz przeciwnie, te opinie o portowym, czyli awanturniczym charakterze miasta są mocno przesadzone.Widok na Marsylię i zatokę z punktu widokowego bazyliki Notre Dame de la Garde.
Marsylia to miasto niezwykle barwne, mieszkają w nim ludzie różnych ras i narodowości, więc trudno je nazwać miastem francuskim czy prowansalskim. Całe dzielnice zamieszkują kolorowi imigranci głównie z krajów Afryki Północnej i Czarnej Afryki. Wiele razy czułam się jakbym była w Algierze, albo Senegalu i czas cudownie cofnął mi się o 30 lat , kiedy byłam w  Afryce jako młoda dziewczyna. Wehikuł czasu, o którym często wspominam w swoich wspomnieniach, w tym przypadku był szczególny ,odurzał swoją rzeczywistością. Nostalgiczne rozmowy z tubylcami/ starszymi panami na cafe creme lub lampce wina/ w kultowych kafejkach wzdłuż Starego Portu sprawiały, że znowu byłam tą młodą Alice po drugiej stronie lustra.
Ale Marsylia to też potęga romantycznej legendy hrabiego Monte Christo, która jak magnes przyciąga od stu kilkudziesięciu lat wiernych czytelników Dumasa i wielbicieli wielu ekranizacji książki o „ straszliwym aniele zemsty”.
Zamek d’If leży na wyspie If, najmniejszej wyspie archipelagu Frioul, która znajduje się w pobliżu Starego Portu w Marsylii.
Zamek został wzniesiony na początku XVI w. jako element cyklu umocnień broniących miasta Marsylii, ale nigdy nie brał udziału w prawdziwych działaniach wojennych, stoi więc w stanie niezmienionym od kilku stuleci. Od zawsze zamek był wykorzystywany jako więzienie, dla protestantów, bonapartystów, republikanów, komunardów i innych. Międzynarodową sławę zamek zdobył dzięki powieści Aleksandra Dumasa -ojca „ Hrabia Monte Christo”, której główny bohater Edmund Dantes trafił do więzienia w nim położonego. Pobyt w zamku d’If był kluczowy dla jego psychologicznej przemiany. To tam, dzięki spotkaniom z innym więźniem księdzem Farią, zdobył gruntowną wiedzę o świecie i opracował misterny plan zemsty. A potem brawurowo ucieka z więzienia, wyrzucony do morza jako zmarły ksiądz.
Przyczyny popularności Monte Christo są proste. W. Łysiak wyjaśnia to w swoim stylu. „ Pierwsza leży w fantastycznym rozegraniu przez Dumasa efektu zemsty. Chrystianizm zaszczepił ludzkości światopogląd, którego jedną z osi jest wybaczanie i wiara w wyrównanie rachunków na Sądzie Ostatecznym. Nie potrafił jednak wyplenić ze szczętem atawistycznego pragnienia odwetu, kary następującej po zbrodni. Hrabia Monte Christo wypełnia tę lukę. Najpierw spiętrzenie zemsty, a potem kuracja przez zemstę. Kolejną przyczyną popularności książki jest autentyzm, wszyscy bohaterowie mają pierwowzory historyczne. Nazwiska Edmund Dantes, Fernand Mondego, baron Danglars, Mercedes, skarb Spadów są jak gdyby „ drugą historią”, pseudo- autentyczną , lecz o znamionach prawdopodobieństwa.
Dumas dokonał jeszcze jednego cudu , zmaterializowania legendy, przed nim zrobił to tylko Szekspir. Polega to na zmuszaniu życia do naśladowania sztuki. W Helsingar turyści wzruszają się grobem Hamleta, w Weronie płaczą pod balkonem Julii. W If ze wzruszeniem wchodzi się do celi Dantesa, a na wyspie Montecristo do groty kardynała Spady."
Turystycznym autobusem z przyczepkami  pojechałam na wysokie wzgórze,dumnie górujące nad miastem, gdzie stoi bizantyjsko piękna bazylika Notre Dame de la Garde. Stamtąd rozpościerał się najcudowniejszy widok we Francji, rozdarta linia brzegowa, wyspy Frioul i oczywiście wysepka If, Stary Port i cała Marsylia. Słońce mocno przygrzewało, chociaż to był marzec, ludzie się uśmiechali z zadowoleniem, chętnie wzajemnie robili sobie zdjęcia i zachwytem patrzyli  na idealne połączenie piękna architektury i natury, w postaci skalistego, tarasowego wzgórza i morza poniżej.   A ja cały czas przypominałam sobie słowa starej piosenki „ Port”.
„ Port to są spotkania kumpli, co przed laty uwierzyli w ziemi czarodziejski kształt, za marzenia młode znów się bierze baty, któż mógł wiedzieć, że tak mały jest ten świat
Hej Johnny Walker mały jest ten świat.. i myślałam sobie, że moja wyobraźnia  chodzi z ręką na temblaku, a dla obieżyświatów port to dobry dom,
Hej, Johnny Walker mały jest ten świat..” I myślałam też, że nie dla mnie stabilizacja, bo wszystko mnie bardzo szybko nudzi i nie wiem, czego naprawdę chcę w życiu. Mury Starego Portu przypominały mi Maltę.