Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

niedziela, 29 grudnia 2013

Magic moments at Xmas time.

Spotkałyśmy się we Wrocławiu u ciotki Jaśki. Zaczynam pisać ten post i wszystko wydaje mi się nierealne, do pamięci podchodzą wspomnienia z umarłego świata. U ciotki Jaśki, bratowej mojego ojca, która kiedyś nie cieszyła się sympatią naszej rodziny. Brat był sporo starszy od mojego taty, traktowano go z dużym szacunkiem, a ciotki chyba się bali, miała kobita posłuch i siłę argumentu. Prawie warszawianka, apodyktyczna i nie znosząca sprzeciwu, czuła się lepsza od reszty rodziny. W dzieciństwie się nad tym nie zastanawiałam, ale to ona zabrała mnie kiedyś do opery po raz pierwszy, kiedy miałam 14 lat, podsuwała mi jakieś lektury, może więc intelektualnie górowała nad innymi? Była nauczycielką zawodu. Regularnie ją odwiedzam od lat.Teraz ma 89 rok na karku i nadal siłę lokomotywy. Pamiętam, jak jej matka, równie żwawa i energiczna osoba opowiadała mi w 1982r. sprawę Gorgonowej, którą pamiętała sprzed wojny. Byłam wtedy we Wrocławiu, bo planowałam studia podyplomowe. Zrealizowałam je potem w 2000 roku :) Ale na innym kierunku. Podziwiam ciotkę, zawsze przyciągają mnie mocne, silnie ukształtowane charaktery. A taka jest ciotka Jaśka. Mam w rodzinie też ciotkę Zośkę, podobnie silną i manipulatorską osobowość. Żal, że ciocia Andzia, bo tak się mówiło na kochane ciocie, jest  chora i  bardzo słaba.
Doma, moja młodsza córka przyleciała z Portugalii, z Algarve, gdzie od września przebywała na wymianie erazmusowej na uniwersytecie w Faro. Z trudem znajdowała się w obecnej rzeczywistości. Pogoda jej chociaż sprzyjała. Jest ciepło i bardzo słonecznie. Pamiętam, gdy w jej wieku wróciłam z dwumiesięcznej wyprawy do Indii, i nic nie obchodziły mnie strajki, i przemiany początku lat 80. Silne przeżycia przesłaniają  skutecznie nowe czy stare realia.
Dominika przyleciała o północy 23 grudnia, a my z Magdą przyjechałyśmy do Wrocławia rano w wigilię. Nie wiem, czy rok temu myślałam, że kolejne święta spędzimy w gajówce. Nie, z pewnością nie. Bardziej brałam pod uwagę Florydę, a nie naszą ruderię. I, że Mister tyle nowego zrobi w tym domu, ruinie. Tego zdecydowanie nie przewidywałam. Skąd on ma tę siłę i zapał?  Moje  czasowe zamiłowanie to tylko dzięki blogerkom, bo sama nadal tu się nie widzę. Boże, taka ciemna wieś. W sensie dosłownym, bo przenośnym to jaśnie oświecona, dzięki jej niezwykłym mieszkańcom i okolicznym pasjonatom.
Doma przywiozła mnóstwo upominków, a Magda nakupowała bardzo dużo prezentów. Ale fajnych czasów doczekałam, bo to ja dostałam najwięcej podarków i  stepfather. Objadaliśmy się gremialnie, Magda rozsądnie kupiła verdinę i espumax. Papieroski paliło się w dawnej stajni, która już nie jest kuchnią. Nawet na  krótki spacer od dolnej do górnej gajowki z trudem udało się rodzinkę namawiać. Kominek pachniał palonym drewnem, czasami zadymił, a mocna woń polana rozchodziła się po domu. Pieńki, szczapy, klocki przynosił Mister z szopy i zrzędził, że nikt mu nie pomaga. Ale co tam, nikt nie zwracał na niego uwagi. To w końcu męska rzecz, a my blokowe pokolenie. Bez końca gadałyśmy i rozprawiałyśmy. Mieć córki, to prezent od życia. Doma pokazywała zdjęcia i opowiadała przygody,  o których wcześniej nie mówiła.
Migawki świąteczne, choinka mi się odwróciła i już nic nie mogłam zrobić. Poniżej będzie poprawnie. Widać kawałek Domy i Mistera. A kotki patrzą przenikliwie w rózne strony.
I prezenty jeszcze nie rozpakowane.

 W samo Xmas jedliśmy wyśmienitą gęś. Mister nam zapodał. Nie zrobiłam zdjęcia, mea culpa, ale dziewczyny były zachwycone, a one, szczególnie Doma to wyjątkowe koneserki. Była marchewka na słodko, stuffing- nadzienie, farsz, znakomity sos, słodkie ziemniaki, a mięso miało boski smak! Popijaliśmy portugalskim winem. Na deser, oprócz staropolskiego piernika, keksu, królowały też portugalskie docaria et confeito.
Zapomniałam o wigilii. Notorycznie wolę być obsługiwana, a to miało miejsce w xmas, a na wigilię my podawałyśmy. Doma też postawiła na stół portugalskie peixe/ryby/, w końcu jednym z jej przedmiotów studiowania był biologia pesqueira. Barszcz był za słodki, prawdziwki ledwo się wyczuwało i  nie zmieniało podniebienia dodawanie ostrych przypraw. Sałatka bez  wyrazistego smaku. Śledzi Magda nie ruszyła, Doma tylko  te z pietruszką zajadała ze smakiem, ja zachwalałam te na słodko-curry. Kim nie jada.  Pierogi były wyśmienite. Nasze "słonko" jest niezastąpione! Śpiewałyśmy nawet kolędy, razem z telewizją.
Kolejnego dnia zjadłyśmy bigos, znakomity! Chociaż on, ten ugotowany przeze mnie.  Pieczony schab i karkówka, jak przewidywałam było lekko za mało słone. Odsmażone pierożki i na nowo ugotowany barszczyk smakowały wyśmienicie. Raczyłyśmy się bez końca. A przy deserach portugalska kawa, przewyborna. Doma się puszyła zadowolona.
Co tam jeszcze? Kolejnego dnia Kim z pozostałej gęsi zrobił niby curry. On to ma talent. Takie niezwykłe smaki potrafi wyczarować.
Ja absolutnie nie mam aspiracji do kucharzenia i jestem bardzo szczęśliwa , że on w tym względzie mnie zastępuje. I też Doma. Kim spoilt me, rozpuścił mnie w tym względzie. Jego kuchnia jest naprawdę wyborna. A ja coś tam próbuję naśladować, ale bez wielkiego entuzjazmu.
Kotki też miały swoje "treats", coś tam im Mister zakupił. Grzały się przed kominkiem i posłusznie ustawiały do zdjęć. Dziewczyny ich polubiły, jakkolwiek my na ogól wolimy pieski.
Doma zaraz po świętach wróciła do O-ca, chciała się pospotykać się  ze znajomymi studentami , którzy zjechali się do domu na święta.
Następnego dnia pojechałyśmy z Magdą do niemieckiego Zgorzelca. Ale przygoda! Kim się spóźnił na pociąg do Gryfowa i z miejsca pośpieszył do Lubania, 20 minut, i pociągiem, i samochodem. A Magda nie pamiętała, kiedy ostatni raz jechała pociągiem. W Gorlitz próbowałyśmy mówić po niemiecku. To była zabawa, szczególnie, gdy supermarket nie akceptował naszych kart! I najchętniej wszędzie przyjmowano gotówkę, szczególnie i wyłącznie w barach shopping centre.
W Zgorzelcu od 11.30 do 18.20. Jeden i drugi Zgorzelec to  bardzo ładne miasta. Ten niemiecki ładniejszy, jak dawno Mister stwierdził.

Nysa Łużycka

Dziergane torebki są modne.

A to dopiero prezent.

Może by tak do fryzjera? Imienniczka poradzi.
Barokowa brama.

Lubię te witryny w stylu francuskim.

torebki desigual. Tu nie było sales:(
Atrakcyjne płaskorzeźby u drzwi.

Biuro turystyczne.

Na Starym Mieście i poniżej.




Szpital maltański w Gorlitz. Kimowi by się spodobało, bo on  się zwykle leczył na Malcie.

A dzisiaj i Magda wyjechała, mam czas dla siebie. Jutro NewYear` s eve z blogowymi przyjaciółkami.

piątek, 20 grudnia 2013

Stepdaughters in gajówka.

I rodzinka na święta będzie w komplecie. Tu, na zdjęciu ze swoim stepfather chyba wyglądają  na zadowolone te moje córki?
Tak schodziło przez ostatnie lata, że wszystkie święta spędzaliśmy  najczęściej oddzielnie, a teraz będziemy się zjeżdżać do gajówki. Oj, będzie się działo. Doma przylatuje ze swojego erazmusowego Faro i wiezie mnóstwo prezentów. Mag, prócz swojego biznesu, dostała państwową posadę, nie musi płacić pełnego  ZUSu, duużo zaoszczędziła i nie żałowała prezentów. Ja zarówno, muszę dodać. Nawet coś gotuję w prezencie, znaczy zrobiłam śledzie, ale tak pod siebie, jedne z zieloną pietruszką i czosnkiem, a drugie na słodko. Już słyszę narzekania, ze nie wiesz, ze ja nie lubię pietruszki / Magda/, a ja na słodko /Doma/. Upiekłam piernik, ale się spalił trochę. Jutro mam gotować bigos. Raz na rok mogę zjeść. Przygotowałam marynatę na mięso. Tutaj trudno coś zepsuć, ale mogę za długo trzymać i mięso będzie za miękkie np., za mało słone, bo boję się przesolić. Od prawie 15 lat mam w domu cudowne urządzenie zwane thermomix, ale i tak nie polubiłam gotowania. Coś tam robię, bo już nie wypada czasami. Np. keks z thermomixu jest absolutnie znakomity, mnie i tak sie przypali. Moja mama tez nie lubiła za bardzo gotować. Ojciec często ją zastępował. A ja zastępstwa wypracowałam do doskonałości, to córka, to mąż, to inne bardziej wykwalifikowane siły. Ja wolę w tym czasie inne zajęcia. Kiedyś się uczyłam, mówiłam mamie, teraz mówię, że mnie głowa boli. W innych sytuacjach nie używam tego tłumaczenia. Zgaduję, że to ważny wymiar męskiego uwielbiania.
Jesteśmy szczęśliwi, tak mi się zdaje. Nie bacząc na narzekania i wzajemne kwasy. Chłop by się nie żenił w wieku kopy, hehehe. Ja to w końcu young chick. Zwykle tak słyszę:)
Tu na pewno byliśmy szczęsliwi. Malta.
I niech będzie, ze mamuśka pochwali się swoją latoroślą z okazji świąt. Uwielbiam to zdjęcie z Dominiką, mamy takie mother and daughter look alike.
W londyńskim pubie 3 lata temu.
A Magda puszcza bańki i nawet okazały się nie tylko mydlane. Marzenia się pospełniały.
Park w naszym miescie.
A tu moja trzecia córeczka, Suzi, młody spanielek spowinowacony z kundelkiem. Zimowa aura   z czasów wichury Ksawerego.
Tak sobie myślę z próżną satysfakcją jakie mam wygodne życie, enjoy the fruit of my labour, to moja dewiza. Nic na przekór sobie, jeśli tylko się  tak da  trochę zmanipulować innymi. Znaczy głownie ślubnym. Nie przysporzy mi chwały przyznawanie się do takich niecnych czynów, ale jaki zbytek i komfort. A on nie narzeka przecież. Na mnie oczywiście, a Polska? Jego cesarska mość, jak pytała pani Walewska. To co innego.
Piję portugalskie wino, tak pod Dominikę i   piszę  sobie po nocach swoje konfidencje. Lubię ten mój pamiętnik. Planowałam napisać o spotkaniach przedświątecznych z moimi ukochanymi klientami i przyjaciółmi z różnych lat życia, ale może o tych refleksjach później. A teraz coś omijaniu czasu, bo to stale mnie dotyka.

Na pytanie, kiedy byłaś szczęśliwa w życiu , każdy ulega chwilowej refleksji. Przesuwają się przed oczyma obrazy życia, mnóstwo dawno widzianych twarzy, dawno przeżytych dni, dawno oglądanych miejsc, wszystkie tak dalekie.
Przyznam się, jak każdy, że przeżyłam wiele momentów szczęśliwości, ale to wszystko minęło i zagrzebało się w pamięci i nigdy nie stawi  się na jawie, np. pierwsze słowa moich malutkich córeczek, ich wierszyki i tańce /są na kasecie, ale nie będą tego oglądać, bo za dużo tam umarłych osób/. Ale na miejsce tych dawnych ukochanych twarzy, pojawiły się nowe i los / moja w tym wielka zasługa/ poprowadził mnie z powrotem w bezcenne momenty mojego, wydawałoby się „ umarłego życia”, kiedy miałam lat 20. Noszę na palcu pierścionek ze szmaragdem, jak po powrocie z Indii na II roku studiów, nepalskie szaleństwa w „Blue Bird” powtórzyłam w luksusowych klubach Amsterdamu, a nawet na włoskim weselu. Się działo. I jestem nieustającą inspiracją dla moich klientów, i starych, i bardzo młodych. To, co stale słyszę to nie są czcze komplementy. Super, ale i tak wolałabym teraz być na Florydzie, albo chociażby w Beziers, tam było blisko w Pireneje na narty. Zawsze muszę czegoś poszukiwać. Tak się nudzę nadmiernym zasiedzeniem w jednym miejscu.

Wesołych Świąt i nie będą to white Xmas, przynajmniej w naszym obszarze klimatycznym, ale co tam. RELAX!

środa, 4 grudnia 2013

I`ll be home for Xmas.



Mister ozdobił nasz front room zgrabną choineczką.



                                        I'm dreaming tonight of a place I love
                                        Even more than I usually do
                                       And although I know it's a long road back
                                       I promise you

                                       I'll be home for Christmas
                                       You can count on me
                                        Please have snow and mistletoe
                                       And presents by the tree

 Jeszcze tu potrzeba trochę damskiej ręki, przyznam, że bardziej Mistera ręki w różnych aspektach. Ale  portrety Fryderyka Montefeltro i jego małżonki wróciły na swoje eksponowane miejsca.  Mister nie mógł zlokalizować obrusów i pokrowców, ale Santa Claus is coming into town i nie zapomni niczego.
Wiem na pewno, że nie będę siedziała w kuchni, bo gotowanie, nawet na święta nie należy do moich ulubionych zajęć. Natomiast Mister uwielbia kucharzenie i jego  nadziewany indyk z pewnością znajdzie się na stole. No, może upieczemy z Magdą keks, zrobimy sałatkę jarzynową i jakieś śledzie dla siebie, bo Kim nie jada. To nasz świąteczny standard. Bo pierożki i uszka już zamówione na Słonku. Mister już wspomniał, że któryś świąteczny obiad zjemy w Georlitz, bo on chciałby atmosferę Milwaukee przeżyć, a w Niemczech może mu się tu udać. Tam wychowywał się  obok niemiecko-polskiej społeczności. Prawdopodobnie też pojedziemy do Żagania. Zdecydowanie wolałabym być teraz na Florydzie i spożywać posiłki w Harbours Edge. Tam atmosfera świąteczna, wprawdzie bardzo komercyjna, ale była zniewalająca i absolutnie nie brakowało mi śniegu! Hopefully next year.
I tyle prezentów chciałabym znowu dostać.
Za ogrodzeniem Atlantyk w stronę Bahamów.

Ja się zawsze zastanawiam, jak ludziom chce się takie wielkie rodzinne imprezy szykować na święta. Nawet dzisiaj rozmawialiśmy na ten temat w biurze. Ja tylko mogłabym catering zamówić. Co wiecej nigdy nie miałam dużego stołu, np na 12 osób. Teraz z Kimem może będzie inaczej w Polsce, bo za granicą on często urządzał wielkie  imprezy na ponad 20 osób zdarzało się i sam wszystko szykował. A nie jest kucharzem z wykształcenia:) Sam wspominał, że wyobraża sobie przyjazdy moich córek z narzeczonymi, czy koleżanek. Tak sobie nie mogę przypomnieć, żeby ktoś do mnie przyjeżdżał w poprzednim małżeństwie. Może na dzień, dwa, siostra ex-męża, teściowa, gdy córki  się rodziły, bo na chrzciny, komunie przyjeżdżali tylko na imprezy. Koleżanka ze studiów na jeden nocleg i ewentualnie nastoletnie dzieci kuzynów, brata na parę dni.  Dłuższe odwiedziny bardzo burzą porządek domowy, a ja tego nie tolerowałam.  Może spytacie, czy ja gdzieś jeździłam do rodziny? Tak mi się wydawało, że byłam miłym gościem na 3-4 dni raz na parę lat. Zawsze  starałam się partycypować w kosztach poniesionych, oprócz pobytów u teściów. Tam się czułam, jak u siebie. O moim stosunku do świąt już wspominałam.
Ktoś by pomyślał, ze jestem wyjątkowo niegościnna. Nic bardziej mylnego. Uwielbiam wręcz  urządzać przyjęcia, spotkania i robię to każdego tygodnia, czasami nawet dwie imprezy na tydzień, jak ostatnio. Tak dla 4-6 osób najwięcej, bo nie mam więcej miejsca. I od wczesnej młodości lubiłam przyrządzać wyszukane dania, kiedyś szykowane wg orientalnych przepisów z "Kontynentów", potem dzięki radom egzotycznych narzeczonych, a teraz to już feeria mozliwości. Ale bez noclegów. Blokowe mieszkania ograniczały możliwości i nie znosiłam rozkładać wersalek w pokoju tzw.stołowym, hehe. I te spartańskie wspomnienia z lat 80.wcale mnie nie wzruszają. W zagranicznych domach częściej mieliśmy gości z noclegami, bo i przestrzeń temu sprzyjała. przynajmniej były osobne sypialnie. I tak Mister ma amerykańskie zwyczaje. Nigdy nie nocowaliśmy u jego matki, tam w hotelu, bo nikt nie chce nikogo krępować. Można się się spotkać w domu na aperitifie, a posiłki są w restauracjach. I bardzo lubię być obsługiwana przez "armię" kelnerów. Kiedyś odczuwałam skrępowanie, a teraz ogromną przyjemność.
A do gajówki też zaprasza nasz Pooh Bear.
przybrał na wadze chyba, bo Kim im za dużo daje do jedzenia i jeszcze myszki łapią gdzieś. Benny poluje.

sobota, 23 listopada 2013

Czy ja tu będę mieszkać?

O  angielskich domach we Francji pisałam kiedyś TU, a tam szczególnie mnie ten temat fascynował. Wiele razy oglądałam domy na sprzedaż w Polsce, interesowały mnie  stare chałupy z charakterem, nie te nasze polskie klocki.  Te najtańsze domy, najczęściej po zmarłych dziadkach czy dalszych członkach rodziny, wyglądały jak rodem z najbiedniejszych rejonów Ukrainy, Turcji, lub innych religijnych krajów. Wszędzie obrazy świętych, wersalki pokryte kolorowymi kapami,  niezgrabne meble na wysoki połysk wypełnione kolorowym szklankami, w oknach kwiaciaste zasłony, ściany z lamperią i  fragmentami starych wałków. Nie mogę sobie przypomnieć, czy inaczej się nazywało to malowanie wałkami? Teraz znowu wraca do łask. Na podłogach leżało linoleum i tzw. perskie dywany, które po Persach miało  zdecydowanie nazwę na wyrost.
 Ani wieś, ani miasto. Bieda, udręczenie, nieszczęście w sąsiedztwie Jezuska na ścianie. Bo gdyby to była prawdziwa wieś, to i urok niezaprzeczalny, i tych śwetych na ścianie,
Te trochę droższe domy, ale nadal w tańszym przedziale, miały meblościanki z lat 70., wzorzyste sofy i szerokie fotele, oczywiście tzw.ławy, kolorowe kafelki w łazienkach, zdobywane wielkim wysiłkiem w tamtych czasach, w oknach ponure długie zasłony. Królowała boazeria. Nigdzie nie było prawdziwej sypialni, wersalki i ciemne segmenty meblowe, zniszczone biurka.To pewnie były domy po rodzicach, wujkach czy pokoleniu tak do ok. 60 lat. Kolejna ohyda. Już nie wspomnę o ich architekturze. Przecież w każdym mieście był wydział architektury. Dlaczego pozwolono budować takie potworki? A nie wolno było nawiązywać do przedwojennych tradycji danego miasta, albo krótko powojennych? W moim mieście są takie piękne tzw, fińskie domy. Moje pytanie jest retoryczne.
Gdyby takie domy były na sprzedaż gdzieś w pobliżu moich rodzinnych stron. Rebiszów, naprzeciwko ośrodka zdrowia. A tu kózka się pasła, a ja jej nie zauwazyłam, a potem Kim powiedzial mi w samochodzie.

lower gajowka.

Potem, już z ciekawości, nie z chęci zakupu, oglądałam te droższe posesje już w cenie properties na zachodzie, czyli za conajmniej 500tys złotych i więcej. Muszę napomknąć, że nie oglądałam domów w rejonach atrakcyjnych, ale w  kieleckim i rzeszowskim, potem dolnośląskim. Już pokazały się tam kominki, i drogie meble z lat 90., panele na podłogach, i różnej wielkości  okna, a w nich żaluzje. Zabudowane kuchnie jeszcze nie zawsze otwierały się na salon. Była  na ogół tylko jedna sypialnia. Wszystko wydawało się typowe i przewidywalne. Banalność i bezbarwność ujawniało się w każdym kącie. Jeszcze można było spotkać typową boazerię. Ludzie nadal mieszkali w tych domach, i ich wnętrza były jakby odzwierciedleniem osobowości mieszkańców.
W końcu kupiłam  bardzo stary dom z charakterem, takie mogą się zdarzyć na tzw. ziemiach odzyskanych, również gdzieś na Podlasiu, ale też w Lipcach Rejmontowskich. Ale te wiekowe chaty  zajęto na skanseny.  Są stare dworki, nawet w moim kieleckim, ale to  nie było w zakresie moich finansów.
W moim blokowym mieszkaniu, już w latach 80.miałam wybudowany jakby prawdziwy kominek i mur z cegły, który zastępował meblościankę. Wyglądało to wyjątkowo oryginalnie i bardzo mi się podobało przez prawie 20 lat, aż do sprzedaży mieszkania. Pomysł zaczerpnęłam z jakiejś zagranicznej gazety, a zbudował go mój eks i ojciec jednego mojego ucznia.
A teraz mam mnóstwo inspiracji w internecie, strona www.pinterest.com jest nieprześcigniona i bezkonkurencyjna, jeśliby  specyficzny styl rozpatrywać. A i z moich ulubionych blogerek ściągam wzory, tam , gdzie na to pozwalają. Bawi mnie to niezmiennie. Tyle niezwykłych wnętrz, jakie widzę na blogach, nigdy nie podziwiałam w rzeczywistości.  Nie urządzam domu na stałe,  nie na życie wypełnione pracą, czy obowiązkami, to jest dom wakacyjny, wesoły, kolorowy,  ma być pogodny i radosny. Tu planuję wypoczywać z córkami, troski życia, pracę, mamy już za sobą. Słoneczna emerytura przede mna , już o tym tutaj pisałam.Ten dom, gdy o nim myślę, jest rustykalną tęsknotą za  miejscem  nie do określonym. Tak mówiłam za czasów studenckich nawiązując do Romana Ingardena:) I tak, drugie pól roku mam kiedyś spędzać w Indiach... A niby wakacje we Francji. To Mistera niby pomysł na tanią emeryturę, gdy finanse ulegną zmianie:) To w końcu stary hippis, coś wymyśli, żeby było wesoło. A jak się ma do tego moje mieszkanie w O.? Qui vivra, verra. A dzisiaj rozmawialiśmy via skype group video z teściową na Florydzie z okazji Jej 98-tych Urodzin. To jest absolutnie niesamowita kobieta.
Na kolacji z siostrą Kima i jej rodziną. Mom looks great!

A zdjęcia dedykuję Agnieszce z niebieskiej chaty, to ona szczególnie zainspirowała mnie do tej mojej wiejskiej hacjendy, też do crochet- dzierganych serwetek, poduszeczek, firanek, dywanikow itd Do kolorów, do odrapanych zabytkowych drzwi, belek sufitowych, do sklepów z ciuchami, do zabawy w urządzanie domu. Nawet do uroków wsi mnie przekonała, dobra argumentacja procentuje, a nie Mistera narzekanie na wszystko. "Bo nie trzeba tego wszystkiego tak brać na serio, trzeba sie po prostu przepchac przez tę całą hecę". Tak mówił pewien bohater filmowy.
Kolaż z gościnnej sypialni. Uwielbiam ją i sama pewnie tam zamieszkam na wiosnę. Ze swoim pieskiem, TV, laptopem i biblioteczką. Do takich czasów dorosłam, hihi.
A tu tzw.frontroom z kuchnią. Bohemian bed z pinterest, i wszedzie crochet. Mistera wspomnienia na ścianach.

parę zdjęc z naszej sypialni. Meble wszystkie pomaluję na jeden kolor, pewnie ecru, lub ten pistacjowy.

Ten , kiedys pomalowany kufer będzie wyjątkową ozdobą! I stary komplet wypoczynkowy nabierze innego wyrazu w innym kolorze.

Mistera sprzęt komputerowy zabiera kazdy kąt. W tym pokoju bedzie nasza druga i prywatna łazienka, juz widać doprowadzane rurki po prawej.
Hall na dole, wyszlifowana beczułka, ale jeszcze nie pokryta lakierobejcą. Będzie pieknym stolikiem. Ciapy na ciapki, hehe z niemieckich ciuchów, i prawdziwy kilim.
Okienko w hallu,  Kim lubi witraże.
To tylko jeden widok z domu na drugą stronę. Back door w hallu, ktore Kim długo nazywał front door, bo tam jest ulica,  ale też puste pole za traktem. Sąsiedzi gdzieś ukryci za drzewami. Kiedyś porobi się okna dachowe na drugą stronę.
jeszcze jedno okienko na drugą stronę domu, przy schodach. Są tez okienka w piwniczce, nawet nowe, zapomnialam o nich.

Hall z drugiej strony. Drzwi do goscinnej sypialni, sama szlifowalam. Też je uwielbiam.

Fragment hallu na górze, drzwi, tez barn door, do pokoju przejsciowego połaczonego z wyjsciem. Schody na strych.

Uwielbiam te barn door.

Okno w łazience.

sobota, 16 listopada 2013

Let the sunshine. Jesień w naturze, ale nie w życiu!

Do gajówki tym razem przyjechałam jakąś dziwną trasą, przez Piotrków i Bełchatów do Wrocławia, a potem do Jeleniej Góry. Zawsze jeżdżę na Katowice, Opole. Tę ciekawą odmianę zawdzięczam mojej młodej koleżance, z którą zabrałam się do Wrocławia. Podróż szybko zleciała dzięki miłej pogawędce.
A gajówka w słońcu, a przez opustoszałe drzewa widać dokładnie nasze piękne kratkowane domy. Chciało się zawołać, jak tu ładnie! A gdzie tu jesień, toż tu życie w całej okazałości. Popatrzmy.
Co to za różowe pączki? Wyglądają jak kwitnące jabłonie.

W tym samym domku róże szczycą się kolorami.

Kolorowe ściany i malownicze kwitnące pączki.

A oto i drzwi do zaczarowanego domku. Sąsiedzi w gajówce górnej.
Nasza gajówka, chociaż to mała wioska, i tak podzieliliśmy ją na upper i lower "gadżołka"/ dawna wymowa Mistera/ oraz south and north "gadżołka".
A u naszych sąsiadów nadal piękne pelargonie zdobią okna.

A jagódki chciałoby się zrywać. A co to właściwie jest?
Mój spacerek wiedzie utartą ścieżką, od lower do upper, przez north do south. Kolejni sąsiedzi zbierają kamienie na rozległym polu. Już im zazdroszczę kamiennych słupków i innych dekoracji.Wczoraj dokupiliśmy drewna. Atawistyczna tęsknota za ogniem  w kominku to kosztowna przyjemność. W naszym przypadku to konieczność. Tu nie ma centralnego.
U sąsiadów tez zbierają patyki na zimę.

A te chude brzózki jakie ładne!
Soczysta zieleń nie zapowiada zimy.

Dom na sprzedaż, ten nr 20. Podobno za drogo, tak twierdziła para niemiecka, którą kiedyś poznaliśmy, chyba blisko 500tys, a ziemi tam nie ma duzo.

A w tej piwniczce pewnie zapasy na zimę.
Dom sąsiadów Anglików w lower gajówka, ale żona Danusia mowi po polsku. Obecnie remontowany przez Bernardo, utalentowanego Niemco-Austriaka:)
Koniki u Petry, prawie spolonizowanej Berlinki-Berlińczykówny. No, jak to powiedzieć? Po prostu Niemki z Berlina.

Nasze kratkowane ruderie, lower "gadżołka".

Nasi sąsiedzi w upper gajówka.
Szron z rana około 8. Później słońce go oświetli i ociepli.
ten szron też ma duzo uroku.

A potem trawa znowu taka zielona.

A nasze kotki, osierocone przez Gerry, miewają się jednak dobrze. Mister tylko rozpacza nadal po wypadku Gerry.
Pilnuje tajemniczego talizmanu Mistera, zegarka z Mórz Południowych.

Siedzą przed kominkiem.
Nie sądziłam kiedykolwiek wcześniej, że będę miała dom na wsi. Nawet nie było to w sferze moich planów, nie ze względów finansowych, ale emocjonalnych. Nadmiar wolnej przestrzeni mnie męczy, może to brzmi niedorzecznie, ale tak to czuję. Zawsze wolałam kulturę od natury. Ale na weekend, nawet wydłużony, to wspaniałe uczucie posiadania. I tak sobie myślę, ze niedługo już będę mogła zapraszać tu rodzinę i znajomych i to mi sprawia największą przyjemność. Mister dokonuje cudów budowlano- renowacyjnych na miarę naszej kieszeni. Podziwiam go za to. Ale wiedza, że za trzy dni wrócę do cywilizacji też jest pocieszająca. Natomiast święta na wsi, to chyba będzie wyjątkowe wrażenie!
W koszu na bieliznę.