Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 6 lipca 2013

Reunion Party- IX Zjazd II LO im.J.Chreptowicza.



Z Marzenką.


 Dawniej / dawno, dawno temu/, gdy skręcało się za „dwójką”, prowadziła  nadal ulica Polna, mijało się blok z ładnymi balkonami, a za nim budynek OPBO z taką jakby  wymurowaną zjeżdżalnią przy schodach. Tam chodziliśmy dzwonić, gdy była potrzeba w nagłej sytuacji, a na końcu tej małej  bocznej alejki  wybudował się „Chreptowicz”. Najlepsze liceum w mieście przeniesione w połowie lat 60. z niedalekich okolic, również ulicy Polnej. Przed budynkiem  szkoły  przez kilka lat  został tam tzw. barak / nie mylić z Obamą/, czyli  drewniany dom wielorodzinny. Parę metrów dalej usadowiono wygodnie mój blok, z numerem  Polna 52f. Na podwórku mieliśmy krzewy agrestu i porzeczek, rosły też drzewa owocowe, pamiętam morwy,  nie wiem do kogo należał ten smaczny ogród i sad. Może do właścicieli domów, które stoją do dzisiaj, szczególnie obszernej posiadłości rodziny Kitlińskich i Leśniewskich? U tych ostatnich czułam się jak w filmie, tak bardzo chętnie zanosiłam lekcje mojemu koledze Andrzejowi,  jego  piękna mama grała na fortepianie i częstowała mnie ciastem podanym na wytwornym talerzyku. Po wielu latach przed blokiem wybudowano betonowe garaże i takież chodniki, ciekawe , kto dał na to pozwolenie?  Zniszczyli nasz gaik. Ale to  już nie było za czasów mojego dzieciństwa i młodości. Rodzice mieszkali tam do 1978r. Wcześniej, pewnie w latach prosperity budowlanej lat 70. do istniejącego budynku OPBO dobudowano jeszcze jedną socrealistyczną bryłę, firma się rozrastała  i zasłonięto mi widok szkoły, który miałam z okien kuchni. Jeszcze  w podstawówce, kiedy  zajadałam śniadanie, lubiłam obserwować uczniów idących rano do szkoły.
Jola w czerwonym, koleżanka z bloku, Marzenka w okularach z sąsiedztwa.
 Okna były chyba wtedy niżej i widziało się dobrze sylwetki osób. Mieszkałam na parterze. Zawsze podkochiwałam się w kolegach starszego brata. Teraz podobają mi się młodsi koledzy, vide zdjęcie.
 Odkąd poszłam do szkoły, jako grzeczne 7-letnie dziecko, wiedziałam, że kiedyś będę się też uczyć w legendarnym wtedy „ Chreptowiczu”. Tam chodziły takie ładne dziewczyny, nie nosiły fartuchów, jak my w podstawówce, ale modne ciuszki.  Miałam koleżankę z tego baraku, który stał  przed  samą szkołą, nazywała się Małgosia B., ona z pewnością nie chodziła potem do „Chreptowicza”. Większość rodzin w tamtych czasach żyła skromnie, ale ci z baraku jakby naznaczeni stygmatyzmem ubóstwa, ale ja tego nie rozumiałam sięgając w przeszłość .  Bardzo bym była rada usłyszeć, że dzieci z baraku osiągnęły sukces życiowy. Znam jedną rodzinę, którą poznałam na Rosochach, wiedzie im się przyzwoicie,  ich  dorosłe  już dzieci  są w Anglii. Kiedy barak rozebrano, chyba w III klasie naszej podstawówki  Małgosia  zmieniła szkołę.  Siadałyśmy nieraz na  drewnianych schodkach, jako piegowate małe dziewczynki  i patrzyłyśmy na te panienki z liceum. Pamiętam, że były też modnie ufryzowane, w jakieś koczki i kitki. Jedna z nich, szanowana w naszym mieście nauczycielka ten koczek nosi do dziś. Ja czesana byłam w warkocze.
Impreza plenerowa na Krzemionkach.
 Niedługo potem, przed naszym ogrodowym podwórkiem wybudowano kolejne bloki, stały one już przy ulicy Iłżeckiej. Najpierw kopano głębokie doły i mama zabraniała mi tam chodzić, a potem stawiano fundamenty, jeszcze z pustaków i cegieł. Taka cegła, bo za kolejnym razem już tam chodziłyśmy się bawić, spadła mi na nogę z wysokości i mam do tej pory bliznę.
 W tych blokach zamieszkało  wkrótce moje szkolne późniejsze  kumplostwo, Marzenka , Bodzio i inni.
Z mojego bloku, gdzie znaliśmy się niemal od urodzenia, parę osób ukończyło edukację w  „Chreptowiczu”,
Od lewej Basia, Dorotka, Jola, Ela, ja i Marzenka. W klasie polonistycznej.
 Jola Karbowniczek, Dorotka Jurysówna, siostry Piotrowskie, mój brat, to nasze dwie klatki, z pierwszej nie pamiętam, bo przyjaźniliśmy się klatkami. Słynny trzepak i zabawy na nim też były obecne w naszym dorastaniu, taka dodatkowa lekcja gimnastyki.
Ten blok z ładnymi balkonami  przy Polnej 52 to był jakiś uprzywilejowany, rodzice tamtejszych koleżanek pracowali w bankach, byli dyrektorami jakichś lokalnych zakładów, tak coś pamiętam , ale socjalistyczna równowaga kazała tam zamieszkać również szarym obywatelom. Jeden mój kolega stamtąd powtarzał klasę dwa razy, ale wyróżniał się dużą urodą, Romek Przygoda, nomen omen. Mieszkała tam na pewno Lidzia Gołąbkówna i siostry Wawrylakówny, dziewczynki z dobrych domów. Dobrze pamiętam, jak wyglądali ich rodzice,eleganckie mamy i dostojni  tatusiowie.
Z ulicy Mickiewicza, Polnej to wiadomo, Iłżeckiej, Kopernika i Sienkiewicza  nie w całości, bo tamci zostali zabrani do „ czwórki”, np. Ilona Domagalska,  pozostali  chodziliśmy do „dwójki”, niektórzy  przez  8 lat. 
Od lewej Ela, Szymek- klasowy przystojniak, ja, Dorota, Jola, Ilona, Małgosia.
Jeździliśmy na obozy harcerskie, a potem desantem wylądowaliśmy w  „Chreptowiczu” i wygnańcy z „czwórki” powrócili w nasze wesołe szeregi  i nowi z osiedla Słonecznego.
Spotkanie mojego koleżeństwa, utrwalonego poczwórnie -  dwie szkoły, podwórko i wspólne wakacje, to  najpiękniejsza  impreza  jakiej można doświadczyć.
Bożena, Jacek, Jola, Krzysiu i Grażynka podchodzi.
 Ci, co zostali w Ostrowcu wykonywali zawody, które również umożliwiały nam spotkania, nauczyciele, lekarze, urzędnicy biurowi. Znamy się całe nasze życie, pamiętamy naszych młodych Rodziców, nasze rodzeństwo się przyjaźniło, czasami wśród przyjaciół z podwórka znajdowaliśmy przyszłych życiowych partnerów. I życie toczyło się dalej. Gratulowaliśmy sobie pierwszych dzieci, nowego mieszkania na Stawkach , Rosochach, pracę każdy miał, nie było czego czcić.  A potem , kiedy demokracja wybuchła celebrowaliśmy  nowe domy, zakładane firmy i coraz lepsze samochody, czasami nowych mężów i już wnuków. Umierali  powoli nasi rodzice.
Przed szkołą. Piękne dziewczynyz Ostrowca i chłopaki przyjechali  aż ze Szczytna i Elbląga.

Ja zawsze byłam typem osoby społecznej, od początku pracowałam w samorządzie szkolnym dwóch szkół, uczestniczyłam we wszystkich możliwych dla mnie konkursach i akademiach szkolnych, czynnie pracowałam w harcerstwie ,prowadziłam gazetki szkolne itd.
Najlepsze polonistki i recytatorki naszego rocznika. Ela i Grażynka.
 Znałam mnóstwo ludzi i nadal tak się dzieje, świętowaliśmy nasze kontakty, utrwalaliśmy je  na różne znane towarzyskie sposoby.
II Liceum Ogólnokształcące dało mi gruntowną wiedzę, nie bez przyczyny  szli tam tylko wzorowi uczniowie, innym ciężko było przetrwać. I wiem teraz, że szkoła była wyjątkowo indoktrynowana w latach 70.,
 partyjni dyrektorzy, hasła  socjalistyczne, którym teraz z kronik robiliśmy zdjęcia, np. Związki Zawodowe przyjacielem młodzieży/ to nawet nie takie złe- zalążek Solidarności?, haha/, ale wymagano  bardzo dużo i niektórzy traumatycznie wspominają lekcje. Ale czy my wtedy świadomi byliśmy indoktrynacji? Mieliśmy oryginalnych,  bardzo wymagających i nietuzinkowych profesorów, dostawaliśmy się na studia, często najlepsze w kraju uniwersytety. 
W białym płaszczyku pani prof. Pękalska.

Przysłowiowe okno na świat otworzyła mi pani od angielskiego, niezapomniana Zocha Świątkiewiczowa. 
  Od tamtych czasów moim najlepszymi narzeczonymi byli obcokrajowcy, aż w końcu znalazłam męża z daleka. Mówiłam już w liceum po angielsku, tak Zocha nas dobrze kształciła i chętnie ćwiczyłam tę umiejętność w Warszawie na Starym Rynku, kiedy odwiedzałam starszego brata, który studiował w  stolicy. A to hasło po łacinie w świetlicy szkolnej, non scholae sed vitae discimus…  najbardziej słuszne, jak pokazuje życie.
Znajomość historii i pasja do niej pomogła mi wiele lat potem w zawróceniu głowy  amerykańskim weteranom walk na II Froncie i na Pacyfiku,  sąsiadom mojej amerykańskiej teściowej  z  Palm Beach County.
W środku profesorka od historii, pani Sokołowska i koleżanki z rocznika.
  A geografia, wcześniej rozwijana w „dwójce” przez  druhnę Januszową,  panią Nowińską z kontynuacją pani Doreckiej stała się drugą moją pasją,  nienasyceniem podróżowania. Książki przeczytane na języku polskim i w ogóle spowodowały moje zapatrzenie i zasłuchanie w ten cały bogaty refleksyjny świat. Czasami przeszkadzały być twardym w biznesie, ale pomogły w funkcjonowaniu w filozoficznej intelektualnej Francji.
Na zdjęciu z panią prof. od polskiego- Teresa Jasińska-Śliwka.
Na koniec chciałabym krótko wymienić moje koleżeństwo z Polnej 54-dawny adres szkoły, obecnie Rosłońskiego 1,  z którymi tak wspaniale było się znowu spotkać na Zjeździe „Chreptowicza” , wspólnie poszaleć i pośpiewać wyzwoleńcze pieśni. 
Grupa z mojego rocznika.
  Mam nadzieję, że nie znikniecie mi z oczu- Ilona Domagalska, Dorota Czarnecka, Marzena  Gwoździkówna, Dorota Jurysówna, Jola Karbowniczek, Małgocha Zającówna, Bodzio Grochowski, Jacek Klucznik, „Wężu „ Tylski, Grażyna Gajewska, Jola Kozłowska,
Z  Jolą i Bodziem.
 Bożena Karpińska, Piotrek Radosz, Leszek Lipiec, Ela Migasówna, Ania Hojnowska, bracia Chmielewscy, Jola Kaczmarska, sorry, pominęłam wiele nazwisk.
Sadzimy dąb na pamiatkę.

Spotkamy się za 5 lat, tacy już starzy , ale nie powiemy czas odchodzić, zakrzyczymy znowu nasze młodzieńcze piosenki!  Le voila! Sic vita est et aussi la vida es un frenesi, una ilusion, una sombra e una ficcion. Nie da się tego uniknąć.
A dzisiaj są mojej córki Dominiki  24-te Urodziny!

poniedziałek, 1 lipca 2013

Memphis w Nottingham

Grupa Elvisów w Nottingham. Oni się umieją bawić, ale my też! Nastrajam się do opisania refleksji z mojego Reunion Party.