Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

niedziela, 27 października 2013

Jak żyć wg "trójki".

 Bonnie- Benji z kocią  figurką. Ona wie , jak zyć. Poluje na myszki, zbiera zaskrońce z ulicy, a później się łasi.
W trójce dyskutują jak żyć. I na szczęście nie interesuje mnie ekonomiczny aspekt sprawy, typu jak zyć panie premierze. Pytanie do mnie, osoby w średnim wieku ma zupełnie inne znaczenie, niż kierowane do ludzi młodych.
A może w pantoflu dla gości umościć sobie łóżeczko na życie? To nasz Jerry..

 Żeby życie nie było pustą egzystencją, ta myśl najbardziej do mnie przemawia. Żeby cieszyć się z drobnych rzeczy i mieć pasje, jakieś życiowe namiętności, żeby było odpowiedzialnie, ale też radośnie i wygodnie, żeby robić coś dla innych.  Gdy pomieszkiwałam za granicą, a nigdy tam nie musiałam pracować, moje życie wydawało mi się takie bardzo konsumpcyjne, jedzenie, zakupy, wycieczki w celu przyjemności, zjedzenia kolacji gdzieś poza domem, urządzanie spotkań towarzyskich i rozmowy nie współgrające z moimi doświadczeniami, bo w towarzystwie obcokrajowcy z innego świata. I taki zawsze wyrzut sumienia się pojawiał, że ja tak leniwie spędzam czas zabezpieczona jakoś tam materialnie, że nic nie muszę, oddaję się tylko przyjemnościom, chodzę sobie na francuski,na różne artystyczne atelier, smakuję wina na degustacjach, spaceruję sobie wśród winnic i  wśród średniowiecznych uliczek. Mąż robi zakupy i gotuje wyszukane potrawy. Że przy okazji pije sobie wina od południa, i ja też nie odmawiałam sobie tej przyjemności. A w kraju dorosłe córki, które napotykają trudności życia. W kraju przyjaciele,  mnóstwo znajomych, rodzina, wspólne doświadczenia i fajne rozmowy, kiedy się spotkamy. Wczoraj np. byłam na dwóch spotkaniach towarzyskich, na obiedzie i kolacji u moich wieloletnich przyjaciółek, poznałam  zięcia jednej z nich, absolutnie  uroczego faceta, u drugiej spotkałam dawno niewidzianą koleżankę, które przeprowadziła sie do Krakowa, to znana w środowisku pani psycholog i jeszcze jedną naszą znaną socjoterapeutkę, nie wspominając o niezwykłych gospodyniach, jednego i drugiego spotkania. Rozmowom nie było końca. Poruszyliśmy dziesiątki tematów. We Francji, czy US męczyły mnie rozmowy, nie tylko z powodu języka, one nie dotyczyły moich doświadczeń. Musiałam udawać, przygotowywać się do spotkań, koncentrować się, uśmiechać się, aż mnie mięśnie twarzy bolały. Mnie już nie interesują cudze sprawy, odległe od moich doświadczeń o całe lata świetlne.
Zalew Leśniański. Widok z zamku Czocha. Znowu zdjęcia  z wycieczki się gdzieś zapodziały w folderach, zostały tylko w komórce.

Wspominałam w ostatnich postach, że pisałam prywatne listy do moich blogowych koleżanek i wszystkie tak wrażliwie reagowały. Tu na miejscu, u siebie, też w końcu zwierzałam się ze swoich rozterek. Aż dziwne, ja taka próżna i wygodna  istota, miałam problem jak ustawić sobie dalsze życie. Ja doskonale wiem jak, tylko chciałam usłyszeć potwierdzenie moich refleksji. Ja jestem najważniejsza! I to jest słuszna konkluzja.  W następnej kolejności są moje dorosłe córki i mąż. I wszystko, co ważne, jak żyć.  Będę miała trzy miejsca zamieszkania, już mam właściwie, będę sobie podróżowała, pisała różne opowiadanka, jak kiedyś, uczyła się języków obcych, robiła zdjęcia / ale nie tym różowym samsungiem/ i będę kontynuowała moje aktywne sportowe  i towarzyskie życie w rodzinnym mieście, czy innym miejscu. Le, voila.
I słonecznik urósł w połowie października.
A Mister najpewniej włączy się do moich przygód, przynajmniej w gajówce, czy  potem gdzieś tam za granicą, bo na pewno nie w O.
Kotki na moim krześle i biurku. Podobno za mną tęsknią.

środa, 16 października 2013

Barcelona-życie jest snem.

Często jestem zła na Kima. Jego odmienny styl życia, który tak bardzo  fascynował mnie wcześniej, ta nieznośna lekkość bytu, w zetknięciu się z naszą obecną polską rzeczywistością, jest dla mnie bardzo frustrująca. Wtedy, żeby przetrwać, wspominam dawniejsze z nim  chwile i moje nimi inspiracje. Posłuchajmy tej literackiej bajki.
  Na lotnisku El Prat w Barcelonie wylądowałam o północy, miałam grzecznie pojechać taksówką do Rafael Hotel w Diagonal Port i iść spać. Ale nie byłabym sobą, gdyby nie odezwała się we mnie awanturnicza natura. Nazwa ulicy, przy której znajdował się hotel rozbudziła we mnie chęć na nocną eksplorację Barcelony-Lope de Vegi 4. Poeta hiszpańskiego baroku, nieuczciwy i nielojalny przyjaciel Cervantesa, autor wielu skandali związanych z życiem prywatnym, dramaturg, zdolny sentencjonalista, pamiętam „Nic piękniejszego ponad życie-w życiu nic ponad czar miłości”. Ciekawa jestem, czy ten cytat jest też autorstwa Lope de Vegi: „Kochać i tracić, pragnąć i żałować, padać boleśnie i znów się podnosić, krzyczeć w tęsknocie precz i błagać prowadź. Oto jest życie! Nic a jakże dosyć”. Może ktoś pamięta? Czy to nie jest Asnyk, nasz poeta sztambuchowy? Nie, Staff, sprawdziłam.

Ale wróćmy do Barcelony, październikowa noc, to raczej brzmi jak dysonans, bo noc powinna być majowa lub czerwcowa. Czy w październikową noc może się wydarzyć coś ekscytującego? Tak, jeśli to jest noc w Barcelonie. Pracownicy Celsy /zakład metalurgiczny w moim mieście/ o tym wiedzą, bo często jeżdżą w business trip na południe Europy.
To, że świat jest ogromną biblioteką wypełnioną książkami, czesto wspominam,w Barcelonie ta myśl mnie wręcz prześladowała.  „Może to był sen, ale wystarczy prześnić taki sen by zrozumieć, że wszystko przemija jak sen i kończy się jak sen”. A to Calderon de la Barca, najwybitniejszy twórca teatru i dramatu hiszpańskiego „złotego wieku”, cytat z utworu „Życie jest snem”, którego akcja dzieje się w Polsce. Jego teatr to stylistyka barokowa, wielość możliwości interpretacyjnych i optymizm w warstwie filozoficznej. W literaturze baroku, chyba i w życiu pociąga mnie konceptyzm, stałe poszukiwanie niezwykłego,wyrafinowanego pomysłu kompozycyjnego operującego grą słów, paradoksami, antytezami, stwarzanie sytuacji zaskakującej dla mnie samej i ewentualnie czytelnika.
 Wyszłam z hotelu po pierwszej i bynajmniej nie byłam jedyną osobą wychodzącą na późną kolację. Rafael Diagonal Port Hotel jest usytuowany między Diagonal Mar i Olympic Port. Niezwykle zatłoczone nocą miejsce turystyczne. Bezpłatne wejścia do klubów pozwalają na swobodne chodzenie od jednego do drugiego w poszukiwaniu ulubionego stylu. A mnie przypomniał się Freddie Mercury, kiedy razem z operową divą Montserrat śpiewał niewiarygodnym głosem pieśń „Barcelona”, to chyba było przed olimpiadą. Barcelończycy wprost nie mogą uwierzyć, ze przed 1992r. ten pas wybrzeża był szerokim,zaniedbanym ugorem. Dzisiaj nawet zastanawiają się, jak miasto mogło funkcjonować bez plaż, nowych parków i centrów handlowych. Dalej od linii morza powstały pracownie artystów, a trasy nocnych wędrówek przebiegają przez coraz to piękniejsze uliczki starej dzielnicy Poblenou czy La Dreta. Kolację w restauracji „Agua” z portowo-kolonialną atmosferą zjadłam za ok.25 euro, tyle samo, ile zapłaciłam za taksówkę z lotniska do hotelu. Wyśmienita kuchnia morska, niestety jadłam sama,więc mniej smakowało. „Wish you were here”-myśałam o Kimie. Katalońskie piwo, już w innym miejscu  wypiłam w towarzystwie przemiłych Holendrów. Ogarniał mnie, powiem patetycznie, zupełny zachwyt nad barokowo-kolonialną niezwykłością Barcelony. Przypomniał mi się film „Misja” z Robertem de Niro i Jeremy Irons’em, gdzie tak przejmująco został pokazany konflikt dobra i zła, miłości i nienawiści. Jak również myśl o potędze kolonialnej Hiszpanii nie dawała mi spokoju.
Ale następnego dnia ze stacji de Franca przy szerokiej alei  Marguesa  De l’Argentera siadłam w pociąg do Beziers w kierunku na Marsylię. Do Barcelony wróciłam 10 dni później.
Tym razem Kim umieścił mnie w innym hotelu-del Mar przy Plaza Palacio 19 z absolutely captivating view na morze z żaglówkami i dzielnicą „Barri Gotic”. Znowu przyjechałam dosyć późno, bo ok.22, a samolot miałam następnego dnia o 13.Tyle godzin przede mną na uroki kolonialnej Hiszpanii. Muzeum Picassa w zasięgu ręki, ale to innym razem. Mnie fascynuje wysoki pomnik Kolumba,do którego prowadzi szeroka aleja-Passeig de Colom,wybudowany w 1888r., a wielki żeglarz wskazuje palcem na morze. Pomnik to hołd złożony odkrywcy, który powrócił do Nowego Świata i przybył do hiszpańskich władców. Tuż obok znajdują się Drassanes, Stocznie Królewskie (XIII w), doskonale zachowane są dziś siedzibą Muzeum Morskiego. Na wodzie kołysze się kopia „Santa Maria”.
La Rambla
Barcelona oberta al. Mar-zwrócona w stronę morza, zapach jodu w powietrzu a potem zapach ziemskich przyjemności na ulicy „Las Ramblas”- najpiękniejszej na świecie, która ma się nigdy nie kończyć, jak pragnął tego Federico Garcia Lorca. Przypomnę, że w miejscu tej długiej, zielonej alei płynęła niegdyś rzeka, stanowiąca granicę miasta. Stąd nazwa ulicy, która pochodzi z języka arabskiego „ramla” oznaczającego piaszczyste koryto rzeki. Osuszona w XVIII w. została zamieniona we wspaniałą promenadę, ruchliwą, zabudowaną starymi pałacami od placu Catalunya aż do pomnika Kolumba. La Rambla kipi życiem przez całą dobę, spacerowałam ulicą o 2 w nocy i o 8 rano,deptak był jeszcze i już zatłoczony. W Cafe de l’Opera, La Rambla 74 zjadłam lekkie śniadanie, cafe con Leche i boccadillo tortilla . Co mnie zawsze zadziwia w zamożniejszych krajach? Tłumy ludzi w restauracjach, barach, kawiarniach podczas pory posiłków. Śmieją się, rozmawiają, jedzą i to nie tylko turyści. Wydaja się być zadowoleni ze swojego życia. Na la Rambli czułam się tym razem nostalgicznie, bo spacerowałam sama, a jakieś dziwnej tęsknoty dopełniały plakaty Ernesta Che Guevary wszędzie wyeksponowane bardzo wyraziście z okazji 40-tej rocznicy jego śmierci (9.X.1967).

czwartek, 10 października 2013

Gajówka-sypialnia dla gości. Welcome.

Każdego poranka w gajówce chętnie wstawałam i myślałam, czym się kolejno zajmę. W pokoju  temperatura z rana bardzo orzeźwiająca, ok.15 stopni. Na dole w naszej kuchni w stajni /jakby starsza  Maryja  się czuję conajmniej/ nawet zimniej, całe pomieszczenie to jedna wielka lodówka.
  Szybko włączam piecyk na grzanki, croissanty/doskonałe w Biedronce/ i  ekspres, jestem w grubym szlafroku, wełnianych skarpetach do kolan i kaptur mam na głowie. To petit dejeneur zjadam smacznie we frontroomie, gdzie jest przytulne ciepło  po nocy i już powoli szykuje się tam our living area.  Siedzę na wprost okna przy zabytkowym stole, rekwizyty już zabrano z kuchni-stajni.

 Nie ma jeszcze podłogi, nawet wylewki, są  kamyki po stopami, dobry masaż w ciapkach, jakby na plaży nad Adriatykiem :) Widok przez okno, tu jest znacznie większe niż na górze, wynagradza tę chłodnię w całym domu. Jesienne pole, żółciejące drzewa połyskujące w słońcu, spadające z wiatrem liście i  zielone evergreeny w oddali na górach, czasami  pojawi się orzący traktor.

Ten sam widok, co wyżej, tylko w innej szacie.
 Sarenki swobodnie przechodzą pod lasem, ale do tego trzeba obserwacji lornetką, bo normalnie nie wypatrzę. Z sąsiedztwa dochodzi pianie koguta, brakuje jeszcze ryczenie krowy albo beczenie jakiegoś koziołka, czy  dzwonków owieczek. Wiejska idylla.
Tu boczne okna, takie niskie nad ziemią, jak widać moje odbicie.


Takie fajne odbicia mi się trafiły przypadkiem i trochę jesiennego grona.
 
Nasz czterogwiazdkowy B&B się szykuje:)


Z boku domu, widok na naszych  sąsiadów.
Nasza art deco lampa kupiona kiedyś w Azille i widok przed domem.. Widać kawałek tarasu.

I co dzień tak myślę, że kiedy dom w  stanie remontowym, to jestem tutaj  nawet  bardzo pożyteczna. Realizuję pomysły ze strony www.pinterest.com i paru wspominanych wcześniej blogerek. Na zdjęciach ich ekspozycje wydają się takie oryginalne i już nie mogłam się doczekać, kiedy ukończę z tego, czym dysponowałam, naszą sypialnię dla gości. Na razie wygląda to tak:
Ramy okienne w stylu shabby chick  nad łóżkami, a obok drabinki z  ozdobnymi workami na jakieś drobiazgi, zanim pojawią się szafki nocne. Potem ich powieszę na ścianie. Nie zrobiłam zbliżeń, teraz dopiero pomyślałam. Na tych małych oknach są niby parapety i tam postawiłam małe kocie figurki. Uwielbiam teraz ten pokój i sama w nim będę spała na wiosnę. Gdy podłogi się umaluje i doda jeszcze parę drobiazgów, nowe narzuty na mniejsze łózka, lampki nocne będzie słodki. Na scianach koło mniejszych łózek są Kima rodzinne zdjęcia, przywiozę też swoje. Mister daleki od zachwytów, mowi granma room. Listewki na podłogi też dodadzą uroku i będzie jeszcze raz malowany, bo widać dawne uzupełnienia.

W ciągu dnia. Tu pojawi się potem stolik z fotelikami, zeby popijać poranną kawę przed oknami.

Wieczorem. Kwiaty w kance przybyły.
Master bed dla gości. Bardzo wygodne.

"Moje" stylizacje z niebieskiej chaty.



Szafa za firanką, jest też obok przecierkowa, zielono-kremowa, ale nie była wtedy jeszcze gotowa. Wysokość pokoju widzicie po drzwiach, ok.185 cm. To coś na pierwszym planie to wbudowany hot tub jak Mister mówi. Będzie służyło jako półka.
Ale żywe te kolory! Podpórki na książki kupiliśmy w Jeleniej Gorze. Poprzecierałam ich trochę.
Okno z hallu, odbijam się, hehe. Witraż z targu staroci, lampa art deco i obowiązkowo jesienne wrzosy.
Mistera dzieci. Pozycje do spania mają wspaniałe.
Niedługo napiszę o wycieczce do Twierdzy Szyfrów.

środa, 9 października 2013

Vide greniere in Jelenia Góra

Urocze mebelki przyciągały oko. Spodobała mi się ta sofka-szezlong z hallu.

chętnie wszystkie posiłki i napoje spożywałabym z takiej porcelany. Tej bolesławickiej zarówno.

Chodzenie na targi staroci we Francji było moim ulubionym zajęciem, zobacz tu   i tu . Niedzielne carboot w Anglii też starałam się nie opuszczać, jak była możliwość. Pamiętam też dobrze włoskie targi, a właściwie sycylijskie z okazji św Rozalii.
Przyjechałam do Gajówki na ostatni weekend września, a na Michała i Michaliny  w Jeleniej Górze otworzono wielki antykwariat i meblowy komis.
Wyjątkowa pogoda zapraszała i impreza chyba należała do udanych.
i

Mister zwrócił uwagę na zegary, wprost się zachwycał!

Miasto ładnie się prezentowało. Na pierwszym planie atrakcyjna modelka w szalu.

W oknach odbiły się kamieniczki.
Już na Gali Izerskiej zwróciłam uwagę na te wyroby. Łużyczanie odżywają w pracach młodej entuzjastki. Kiedyś wiecej o tym napiszę, bo to niezwykły temat. Plemię słowiańskie na ziemiach niemieckich. U nas też.

Misterowi spodobał się też streetcar jako punkt turystyczny.

Orkiestra podwórkowa grała "Tylko we Lwowie". Tłumaczyłam Misterowi historyczne zawiłości po raz kolejny, skąd Lwowiacy wzięli sie na Dolnym Sląsku, ale on jest odporny na wiedze i  nic nie pamięta.
 Ceny były dosyć zawyżone. Byliśmy w niedzielę i myślałam, że na zakończenie będzie taniej. Kupiliśmy witraże na okna, podpórki na książki,jakieś narzędzia, serwety i lokalne wyroby wędliniarskie. Zjedliśmy lunch w słońcu, kiedy akurat grali koło nas lwowiacy. Obsługa bardzo wolna, już nie mogłam się doczekać, taka byłam głodna. Najbardziej podobały mi się meble, ale były za drogie. Przynajmniej te, które potrzebowałabym. Mister wypatrzył lampę art deco za 1700 zł, pocmokał tylko.