Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 23 listopada 2013

Czy ja tu będę mieszkać?

O  angielskich domach we Francji pisałam kiedyś TU, a tam szczególnie mnie ten temat fascynował. Wiele razy oglądałam domy na sprzedaż w Polsce, interesowały mnie  stare chałupy z charakterem, nie te nasze polskie klocki.  Te najtańsze domy, najczęściej po zmarłych dziadkach czy dalszych członkach rodziny, wyglądały jak rodem z najbiedniejszych rejonów Ukrainy, Turcji, lub innych religijnych krajów. Wszędzie obrazy świętych, wersalki pokryte kolorowymi kapami,  niezgrabne meble na wysoki połysk wypełnione kolorowym szklankami, w oknach kwiaciaste zasłony, ściany z lamperią i  fragmentami starych wałków. Nie mogę sobie przypomnieć, czy inaczej się nazywało to malowanie wałkami? Teraz znowu wraca do łask. Na podłogach leżało linoleum i tzw. perskie dywany, które po Persach miało  zdecydowanie nazwę na wyrost.
 Ani wieś, ani miasto. Bieda, udręczenie, nieszczęście w sąsiedztwie Jezuska na ścianie. Bo gdyby to była prawdziwa wieś, to i urok niezaprzeczalny, i tych śwetych na ścianie,
Te trochę droższe domy, ale nadal w tańszym przedziale, miały meblościanki z lat 70., wzorzyste sofy i szerokie fotele, oczywiście tzw.ławy, kolorowe kafelki w łazienkach, zdobywane wielkim wysiłkiem w tamtych czasach, w oknach ponure długie zasłony. Królowała boazeria. Nigdzie nie było prawdziwej sypialni, wersalki i ciemne segmenty meblowe, zniszczone biurka.To pewnie były domy po rodzicach, wujkach czy pokoleniu tak do ok. 60 lat. Kolejna ohyda. Już nie wspomnę o ich architekturze. Przecież w każdym mieście był wydział architektury. Dlaczego pozwolono budować takie potworki? A nie wolno było nawiązywać do przedwojennych tradycji danego miasta, albo krótko powojennych? W moim mieście są takie piękne tzw, fińskie domy. Moje pytanie jest retoryczne.
Gdyby takie domy były na sprzedaż gdzieś w pobliżu moich rodzinnych stron. Rebiszów, naprzeciwko ośrodka zdrowia. A tu kózka się pasła, a ja jej nie zauwazyłam, a potem Kim powiedzial mi w samochodzie.

lower gajowka.

Potem, już z ciekawości, nie z chęci zakupu, oglądałam te droższe posesje już w cenie properties na zachodzie, czyli za conajmniej 500tys złotych i więcej. Muszę napomknąć, że nie oglądałam domów w rejonach atrakcyjnych, ale w  kieleckim i rzeszowskim, potem dolnośląskim. Już pokazały się tam kominki, i drogie meble z lat 90., panele na podłogach, i różnej wielkości  okna, a w nich żaluzje. Zabudowane kuchnie jeszcze nie zawsze otwierały się na salon. Była  na ogół tylko jedna sypialnia. Wszystko wydawało się typowe i przewidywalne. Banalność i bezbarwność ujawniało się w każdym kącie. Jeszcze można było spotkać typową boazerię. Ludzie nadal mieszkali w tych domach, i ich wnętrza były jakby odzwierciedleniem osobowości mieszkańców.
W końcu kupiłam  bardzo stary dom z charakterem, takie mogą się zdarzyć na tzw. ziemiach odzyskanych, również gdzieś na Podlasiu, ale też w Lipcach Rejmontowskich. Ale te wiekowe chaty  zajęto na skanseny.  Są stare dworki, nawet w moim kieleckim, ale to  nie było w zakresie moich finansów.
W moim blokowym mieszkaniu, już w latach 80.miałam wybudowany jakby prawdziwy kominek i mur z cegły, który zastępował meblościankę. Wyglądało to wyjątkowo oryginalnie i bardzo mi się podobało przez prawie 20 lat, aż do sprzedaży mieszkania. Pomysł zaczerpnęłam z jakiejś zagranicznej gazety, a zbudował go mój eks i ojciec jednego mojego ucznia.
A teraz mam mnóstwo inspiracji w internecie, strona www.pinterest.com jest nieprześcigniona i bezkonkurencyjna, jeśliby  specyficzny styl rozpatrywać. A i z moich ulubionych blogerek ściągam wzory, tam , gdzie na to pozwalają. Bawi mnie to niezmiennie. Tyle niezwykłych wnętrz, jakie widzę na blogach, nigdy nie podziwiałam w rzeczywistości.  Nie urządzam domu na stałe,  nie na życie wypełnione pracą, czy obowiązkami, to jest dom wakacyjny, wesoły, kolorowy,  ma być pogodny i radosny. Tu planuję wypoczywać z córkami, troski życia, pracę, mamy już za sobą. Słoneczna emerytura przede mna , już o tym tutaj pisałam.Ten dom, gdy o nim myślę, jest rustykalną tęsknotą za  miejscem  nie do określonym. Tak mówiłam za czasów studenckich nawiązując do Romana Ingardena:) I tak, drugie pól roku mam kiedyś spędzać w Indiach... A niby wakacje we Francji. To Mistera niby pomysł na tanią emeryturę, gdy finanse ulegną zmianie:) To w końcu stary hippis, coś wymyśli, żeby było wesoło. A jak się ma do tego moje mieszkanie w O.? Qui vivra, verra. A dzisiaj rozmawialiśmy via skype group video z teściową na Florydzie z okazji Jej 98-tych Urodzin. To jest absolutnie niesamowita kobieta.
Na kolacji z siostrą Kima i jej rodziną. Mom looks great!

A zdjęcia dedykuję Agnieszce z niebieskiej chaty, to ona szczególnie zainspirowała mnie do tej mojej wiejskiej hacjendy, też do crochet- dzierganych serwetek, poduszeczek, firanek, dywanikow itd Do kolorów, do odrapanych zabytkowych drzwi, belek sufitowych, do sklepów z ciuchami, do zabawy w urządzanie domu. Nawet do uroków wsi mnie przekonała, dobra argumentacja procentuje, a nie Mistera narzekanie na wszystko. "Bo nie trzeba tego wszystkiego tak brać na serio, trzeba sie po prostu przepchac przez tę całą hecę". Tak mówił pewien bohater filmowy.
Kolaż z gościnnej sypialni. Uwielbiam ją i sama pewnie tam zamieszkam na wiosnę. Ze swoim pieskiem, TV, laptopem i biblioteczką. Do takich czasów dorosłam, hihi.
A tu tzw.frontroom z kuchnią. Bohemian bed z pinterest, i wszedzie crochet. Mistera wspomnienia na ścianach.

parę zdjęc z naszej sypialni. Meble wszystkie pomaluję na jeden kolor, pewnie ecru, lub ten pistacjowy.

Ten , kiedys pomalowany kufer będzie wyjątkową ozdobą! I stary komplet wypoczynkowy nabierze innego wyrazu w innym kolorze.

Mistera sprzęt komputerowy zabiera kazdy kąt. W tym pokoju bedzie nasza druga i prywatna łazienka, juz widać doprowadzane rurki po prawej.
Hall na dole, wyszlifowana beczułka, ale jeszcze nie pokryta lakierobejcą. Będzie pieknym stolikiem. Ciapy na ciapki, hehe z niemieckich ciuchów, i prawdziwy kilim.
Okienko w hallu,  Kim lubi witraże.
To tylko jeden widok z domu na drugą stronę. Back door w hallu, ktore Kim długo nazywał front door, bo tam jest ulica,  ale też puste pole za traktem. Sąsiedzi gdzieś ukryci za drzewami. Kiedyś porobi się okna dachowe na drugą stronę.
jeszcze jedno okienko na drugą stronę domu, przy schodach. Są tez okienka w piwniczce, nawet nowe, zapomnialam o nich.

Hall z drugiej strony. Drzwi do goscinnej sypialni, sama szlifowalam. Też je uwielbiam.

Fragment hallu na górze, drzwi, tez barn door, do pokoju przejsciowego połaczonego z wyjsciem. Schody na strych.

Uwielbiam te barn door.

Okno w łazience.

sobota, 16 listopada 2013

Let the sunshine. Jesień w naturze, ale nie w życiu!

Do gajówki tym razem przyjechałam jakąś dziwną trasą, przez Piotrków i Bełchatów do Wrocławia, a potem do Jeleniej Góry. Zawsze jeżdżę na Katowice, Opole. Tę ciekawą odmianę zawdzięczam mojej młodej koleżance, z którą zabrałam się do Wrocławia. Podróż szybko zleciała dzięki miłej pogawędce.
A gajówka w słońcu, a przez opustoszałe drzewa widać dokładnie nasze piękne kratkowane domy. Chciało się zawołać, jak tu ładnie! A gdzie tu jesień, toż tu życie w całej okazałości. Popatrzmy.
Co to za różowe pączki? Wyglądają jak kwitnące jabłonie.

W tym samym domku róże szczycą się kolorami.

Kolorowe ściany i malownicze kwitnące pączki.

A oto i drzwi do zaczarowanego domku. Sąsiedzi w gajówce górnej.
Nasza gajówka, chociaż to mała wioska, i tak podzieliliśmy ją na upper i lower "gadżołka"/ dawna wymowa Mistera/ oraz south and north "gadżołka".
A u naszych sąsiadów nadal piękne pelargonie zdobią okna.

A jagódki chciałoby się zrywać. A co to właściwie jest?
Mój spacerek wiedzie utartą ścieżką, od lower do upper, przez north do south. Kolejni sąsiedzi zbierają kamienie na rozległym polu. Już im zazdroszczę kamiennych słupków i innych dekoracji.Wczoraj dokupiliśmy drewna. Atawistyczna tęsknota za ogniem  w kominku to kosztowna przyjemność. W naszym przypadku to konieczność. Tu nie ma centralnego.
U sąsiadów tez zbierają patyki na zimę.

A te chude brzózki jakie ładne!
Soczysta zieleń nie zapowiada zimy.

Dom na sprzedaż, ten nr 20. Podobno za drogo, tak twierdziła para niemiecka, którą kiedyś poznaliśmy, chyba blisko 500tys, a ziemi tam nie ma duzo.

A w tej piwniczce pewnie zapasy na zimę.
Dom sąsiadów Anglików w lower gajówka, ale żona Danusia mowi po polsku. Obecnie remontowany przez Bernardo, utalentowanego Niemco-Austriaka:)
Koniki u Petry, prawie spolonizowanej Berlinki-Berlińczykówny. No, jak to powiedzieć? Po prostu Niemki z Berlina.

Nasze kratkowane ruderie, lower "gadżołka".

Nasi sąsiedzi w upper gajówka.
Szron z rana około 8. Później słońce go oświetli i ociepli.
ten szron też ma duzo uroku.

A potem trawa znowu taka zielona.

A nasze kotki, osierocone przez Gerry, miewają się jednak dobrze. Mister tylko rozpacza nadal po wypadku Gerry.
Pilnuje tajemniczego talizmanu Mistera, zegarka z Mórz Południowych.

Siedzą przed kominkiem.
Nie sądziłam kiedykolwiek wcześniej, że będę miała dom na wsi. Nawet nie było to w sferze moich planów, nie ze względów finansowych, ale emocjonalnych. Nadmiar wolnej przestrzeni mnie męczy, może to brzmi niedorzecznie, ale tak to czuję. Zawsze wolałam kulturę od natury. Ale na weekend, nawet wydłużony, to wspaniałe uczucie posiadania. I tak sobie myślę, ze niedługo już będę mogła zapraszać tu rodzinę i znajomych i to mi sprawia największą przyjemność. Mister dokonuje cudów budowlano- renowacyjnych na miarę naszej kieszeni. Podziwiam go za to. Ale wiedza, że za trzy dni wrócę do cywilizacji też jest pocieszająca. Natomiast święta na wsi, to chyba będzie wyjątkowe wrażenie!
W koszu na bieliznę.

środa, 6 listopada 2013

Pan kotek dzwoni.

A może by tak zadzwonić do pani, żeby przyjechała, może coś z modemem zrobić? Wybieram się do gajówki w następnym tygodniu.

niedziela, 3 listopada 2013

Twierdza szyfrów- zamek Czocha.

Szykowałam się do napisania tego postu od trzech tygodni i tak mi schodziło. To był taki piękny październikowy dzień, słoneczny i ciepły. Wreszcie Mister został namówiony do odwiedzenia zamku Czocha.
 Ja wolę kulturę od natury, a on na odwrót i w tym jest duża sprzeczność. Dzisiaj połączymy  siły w naszych pasjach.  Miejscowość Sucha, gdzie znajduje się Zamek Czocha to tylko kilkanaście kilometrów od naszej gajówki, a on zawsze wynajdywał jakieś preteksty, żeby tam nie jechać. W lecie było za gorąco, a potem szkoda mu było czasu na zwiedzanie.
Już na parkingu zauważył z daleka antenę satelitarną na zamku i bardzo się oburzył, bo jak można tak bryłę architektoniczną psuć?! We Francji nie można instalować anten w historycznych miejscach na widoku. Potem coś marudził o opłatach parkingowych, bo poza sezonem, to we Francji za darmo, a tu nie, a stało tylko kilka samochodów. Dla mnie podjazd na parking, to prawie jak we wspomnieniu z   Carcassonne, zamek wyglądał imponująco i ja już miałam wykrzyknąć amerykańskie wow. Mister z flegmą spytał, czy tam będzie jakaś restauracja, bar, bo on chce posiedzieć, kiedy ja będę zwiedzać. Gdy jednak weszliśmy poza mury, Mister zachłysnął się widokiem na Jezioro Leśniańskie i wtedy jakoś złagodniał.
A tu spytał, czy to już Xmas?
 Chociaż słowo przewodnika na wielkiej tablicy było tylko po niemiecku, czesku i polsku, tylko krótko  wymamrotał, że w Polsce nie słyszeli, że turyści też są z innych krajów. Data 1241 zrobiła wrażenie i już się zamknął, ale musiał mieć ostatnie zdanie, że przecież to nie jest polski zamek, tylko czeski, czy niemiecki. Zaczął robić zdjęcia.

 Zamek powstał jako warownia graniczna na pograniczu śląsko-łużyckim w latach 1241–1247 z rozkazu króla czeskiego Wacława I.
 Od 1389–1453 był  w dobrach rycerskich rodów von Dohn i von Klüks. W latach 1451 do 1700 zamek był własnością rodu von Nostitz.
Potem przez wiele lat był opustoszały.
Zakupiony w 1909 roku przez drezdeńskiego producenta wyrobów tytoniowych   za 1,5 mln marek, do 1912 został przebudowany przez znanego architekta berlińskiego zgodnie z wyglądem zachowanym na rycinie z 1703 roku. Podczas przebudowy zniszczono jednak wiele najstarszych fragmentów kompleksu. W dawnej fosie urządzono zwierzyniec. Gütschow utrzymywał dobre stosunki z dworem carskim, a po rewolucji z rosyjskimi emigrantami, od których skupował różne przedmioty o wysokiej wartości artystycznej. W zamku mieszkał do marca 1945 roku. Opuszczając zamek wywiózł najcenniejszą część wyposażenia. W latach II wojny w zamku mieściła się szkoła szyfrantów Abwehry Prawdopodobnie przechowywano tu urządzenie do dekryptażu depesz radzieckich.
A tu widać  zadowoloną osobę i pełną refleksji. I pod kolor ubraną.

Po II wojnie światowej zamek przechodził różne koleje. Był wielokrotnie okradany, zarówno przez Rosjan jak i rodzimych szabrowników, z mebli i wyposażenia. Największej kradzieży dopuścił się 1 lutego 1946 roku burmistrz Leśnej  wspólnie z  zamkową bibliotekarką, która odkryła zamkowy schowek – wywożąc pełną ciężarówkę mienia zamkowego (insygnia koronacyjne Romanowów 60 popiersi carów, 100 ikon, zastawy porcelanowe, biżuterię, obrazy), z którą udało mu się przedostać do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Następnie przez krótki czas mieszkali w nim uchodźcy z Grecji, którzy w sali rycerskiej trzymali zwierzęta gospodarskie, dopełniając tym samym dzieła dewastacji. Od 1952 Wojskowy Dom Wczasowy i z tego powodu obiekt był utajniony i nie występował na mapach. Od września 1996 publicznie dostępny jako ośrodek hotelowo-konferencyjny.

Malownicze zabudowania zamku były tłem powstania filmów: Gdzie jest Generał?, Wiedźmin, Legenda, Poza Lasem Sherwood oraz seriali Tajemnica twierdzy szyfrów oraz Pierwsza miłość.
 Zamkowa kawiarenka nawiązuje w nazwie do filmowych zasług tej imponującej budowli.
Nie tłumaczyłam Misterowi, że zamek miał taką historię, wolałam, żeby pomyślał o jego istnieniu od prawie 800 lat  jako szlachetne graniczne gniazdo. Nawet tytuł dawnego filmu z Beatą Tyszkiewicz mi się przypomniał.
Patrzy z zadziwieniem na grube mury i tylko wypatruje miejsca, zeby spocząć.
 
Okienka strażnicze z widokiem na Jezioro Leśniańskie.
Na aperitifie w kawiarence poznaliśmy Angielki, które mieszkają w Świeradowie i bardzo dobrze, bo już umówilismy się na Xmas spotkanie.

Tu zanim jeszcze się do nas przysiadły. Sprawdza działanie internetu w komórce.
 Teraz tak myślę, gdzie ja zapisałam ich numery telefonów? Przemiłe panie, ok.70-tki z adoptowanymi dziećmi, już dorosłymi,ale mogłyby być ich wnukami, z lekkim upośledzeniem. Jakie to charakterystyczne dla Anglików. Obserwowalam to we Francji w naszej kolonii anglosaskiej. U nas panie ok. 50-ki rzadko adoptują dzieci, bo chyba nie mogą już.
A potem pojechaliśmy na drugą stronę Jeziora Leśniańskiego do zamczyska Rajsko  ( niem. Neidburg), miejsce wygląda niezwykle z daleka, ale to... sztuczne ruiny.  Znajdują się na wysokim prawym brzegu Kwisy na terenie wsi Zapusta. Ruiny zostały zbudowane w drugiej połowie XIX wieku według pomysłu i na zlecenie Aleksandra von Minutoli, właściciela pobliskich Biedrzychowic. W ruinach wykorzystano wtórnie detale architektoniczne z ruin dawnych okolicznych kościołów i pałaców.
Tam chcieliśmy zjeść lunch, ale było zamknięte, zjechaliśmy niżej do nowoczesnego ośrodka. Restauracja była rzeczywiście nowoczesna i dla Mistera wyglądała, jak zakład fryzjerski, bo była przyozdobiona zdjęciami MM. I eklektyzm z Andy Warholem i drewnem nic nie pomógł. Ale widoki były niezwykłe, z restauracji i poniżej drogi, którą potem przejechaliśmy. W nagrodę wypiłam mój ulubiony  szkocki likier drambui, bo Mister wypatrzył butelkę w barze.
Takie ładne odbicie trafiło się Misterowi.



Zapora. I w koncu nie wiem,czy to jest jezioro Lesniańskie czy Złotnickie.