Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

wtorek, 1 lipca 2014

World Cup w moim życiu.


Radość Włochów po wygranym meczu.
Moje biuro i szkółka ma znakomitą lokalizację w mieście. I od 20 lat z dużym sukcesem utrzymujemy się na rynku. Dookoła trzy wielkie osiedla mieszkaniowe, centrum zakupowe, kilka barów i restauracji, punkty usługowe. Ale w sąsiednich lokalach często zmieniano działalność. Dla nich ta "location" nie była taka wspaniała. I od paru miesięcy mam za sąsiada poniżej tzw. Zakłady Sportowe, zastąpili sklep komputerowy. Przyjaźnimy się biznesowo z sąsiadami, jest apteka, fitness club, weterynarz i sklep "animals", dorabianie kluczy, restauracja " Pizza na Maxa", elegancki "Pewex"  i przychodnia lekarska. Z  młodym właścicielem Zakładów rozpoczęłam raz dyskusję na temat World Cup. Powiedział mi, że zazdrości mojemu pokoleniu, że byliśmy kiedyś świadkami wielkich sukcesów naszej piłki nożnej i zaczęłam mu opowiadać, a on słuchał prawie nabożnie.
W 1974 r. byłam  świeżą licealistką, czytałam zachłannie Kino, Ekran i Film, i jeździłam na Lubuskie Lato Filmowe, jedyny wtedy festiwal filmowy w Polsce, który odbywał się w ostatnim tygodniu czerwca w Łagowie Lubuskim. Na dziedzińcu zamkowym spotykało się wtedy największe polskie gwiazdy. W Sali Rycerskiej był duży telewizor i oglądano mecze. Wieczorem zamek zamykano i wtedy zaczynały się imprezy dla gwiazd i ich otoczenia. Z koleżanką wpadłyśmy na pomysł, żeby moment zamknięcia przeczekać w toalecie lub na salach zamkowych. Udało się, było pieczenie barana, oglądanie meczu Polski ze Szwecją, rozmowy z krytykami filmowymi i pijanymi aktorami, szczególnie udzielał się wtedy Jan Nowicki i Jan Himilsbach, solenizanci. Wszyscy się dziwili skąd te " młode głosy" znalazły się na imprezie. Mówiłyśmy, ze jesteśmy z DKF-u- Dyskusyjny Klub Filmowy i piszemy artykuły do szkolnej gazetki. Znałyśmy miejscowego organizatora pana Lubomira i umiałyśmy się zachować. Posiadałyśmy ogromną wiedzę o filmie polskim.
Znalazlam to zdjecie gdzies w dokumentach, jest z Łagowa z napisami z tamtych czasów. Zrobię zdjęcia zdjęciom, ale innym razem, bo te albumy gdzieś po rodzicach są pochowane.

W 1978r. Polska w fazie grupowej grała z Tunezją, a ja w lipcu tegoż roku miałam przyjemność wylądować na lotnisku Tunis-Carthage. Było już po mistrzostwach, ale rozmowom nie było końca. W Argentynie przeszliśmy do ćwierćfinałów. Moje  ówczesne wakacje, wspaniale spędzone w Tunezji i Algierii, na Saharze, były z cudownym towarzystwem rozmów o piłce nożnej. Tunezja była wtedy pierwszy raz na Mundialu, reprezentowała cały kontynent.
W 1982 r. kończyłam studia. W czerwcu zapomnieliśmy, ze nadal trwa stan wojenny w Polsce. Łazuka wyśpiewywał co chwilę słowa przedwojennego hitu  "uliczkę znam w Barcelonie, w uliczkę wyskoczy Boniek.." kontynuując " entliczek, pętliczek co zrobi Piechniczek tego nie wie nikt...". Boże, jaka to była radość w narodzie, jaki entuzjazm i duma, i piło się do nieprzytomności bimber zagryzając byle czym.
Te stare zdjęcia, pełne nostalgii, ja siebie tu pamietam, szczególnie moją grzywę.
8 lipca w czwartek miałam obronę pracy magisterskiej, dostałam piątkę. Napisałam niezwykłą pracę, nie ma mowy o skromności, o wpływach Japonii na kulturę polskiego modernizmu, przedrukowaną potem we fragmentach w Przeglądzie Orientalistycznym. Polska grała z Włochami o przejście do finału. Przegraliśmy i w sobotę graliśmy z Francją o trzecie miejsce. Był wtedy młody Platini, przyjaciel Bońka, taki chłopięco przystojny.
To jest moja impreza z okazji obrony pracy magisterskiej. Ja w środku w pomarańczowej sukience.Tez gdzieś znalazlam w dokumentach.

W 1986r. graliśmy w Meksyku. Byłam wtedy młodą mężatką i niestety dosyć szybko okazało się, że nie byłam szczęśliwą młodą mężatką. Nic nie pamiętam z tych mistrzostw.
 Potem była długa przerwa i na Mistrzostwach znaleźliśmy się dopiero w 2002 r. w Korei i Japonii. Graliśmy z Koreą, ich zawodników nazywaliśmy " duracelami" od ówczesnej reklamy, ze "duracell" doda ci skrzydeł. Oni tak fruwali na boisku i potem dofrunęli  aż do 4. miejsca. Z mężem się akurat rozstałam i mecze oglądałam z córkami i jeszcze żyjącym wtedy ojcem. W grupie mieliśmy jeszcze Portugalię i USA. Honorowo wygraliśmy tylko ze Stanami. Ale ile było emocji i szczęścia, że w ogóle tam się znaleźliśmy.
A w 2006 r. wsiadłam w wehikuł czasu i opiszę trochę dłużej, co wtedy przeżywałam. Od dwóch lat znałam już obecnego męża. Piszę pamiętniki i artykuliki do prasy lokalnej, stąd ten dokładny zapis.


26 czerwca 2006 r. w poniedziałek Włochy w Mistrzostwach Świata 
grały z Australią. Moja ówczesna wizyta na Sycylii była fantastycznie zdominowana przez piłkę nożną. Wszystkie rozmowy z Włochami, gdziekolwiek by to było i w jakichkolwiek okolicznościach najlepiej należało zacząć np. tak: Wasza drużyna jest wspaniała, jestem za Wami .Vostra squadra e meravigliosa. Sono pazza per lei . Włosi na codzień bardzo otwarci i życzliwi, stawali się od razu moimi przyjaciółmi. Lubię piłkę nożną w czasie Mistrzostw Świata, dyskusje z fanami narodowych drużyn są fascynujące. Włosi, którzy na początku zawsze brali mnie za „tedeskę” (Niemkę) i nigdy nie umieli zgadnąć mojej narodowości, byli miło zaskoczeni, że jestem z ojczyzny Bońka. Jego samego spotkałam na lotnisku w Rzymie przy odprawie do Warszawy następnego dnia po zakończeniu Mistrzostw i zachowałam się jak podekscytowana i egzaltowana nastolatka wołając „O pan Boniek!, pierwszy raz Pana widzę na żywo, wraca Pan z meczu?”..a mecz był w Monachium, a on sam też dziwnie odpowiedział „ Ja tu mieszkam”. To nie był na finałowym meczu?

A więc mecz Australia – Włochy, decydujący, który z zespołów po wygranej przechodzi do ćwierćfinałów, oglądaliśmy w ogródku pubu „Piccadilly” na Piazza di Vittorio Emmanuele w towarzystwie całej gromady ze statku oraz kilkorga włoskich przyjaciół.
 Wszyscy skłonni byliśmy kibicować Włochom, w końcu Australia nie ma prawie żadnej tradycji futbolowej, ale Jeff, inżynier ze statku jest Australijczykiem i na spotkanie przyniósł australijską flagę, którą ostentacyjnie wyeksponował, ustawiając ją na drzewcu koło oświetlonej palmy. A propos flag, sprzedawanie ich i innych narodowych akcesoriów poszczególnych drużyn było wtedy bardzo dochodowym biznesem.
 Jestem przekonana, że każdy Włoch miał swoją flagę. Przynajmniej wtedy, to państwo było najbardziej zjednoczone od czasów Garibaldiego. Australijczycy , szczególnie Mark Viduca grali ambitnie, a Włosi nie spodziewali się takiego przeciwnika i nie potrafili nawet strzelić bramki przez prawie cały mecz, dopiero w ostatniej minucie. W klubie „Piccadilly”, którego załoga „Herkulesa” nazywała „Margaritaville” (od słynnego klubu na Key West, gdzie RPM National Foundation ma swoją siedzibę), atmosfera była gorąca. Jeff, który wypił już kilka podwójnych drinków zdjął flagę z drzewca i odśpiewał swój hymn narodowy . Mecz już prawie się kończył, więc był przekonany o sukcesie swojej drużyny. Chyba Materazzi odebrał mu złudzenia strzelając bramkę, ale on tego nie widział. Chwycił za flagę i zaczął się wspinać na pobliski wysoki monument, gdzie chciał zawiesić swój triumf, dumę Australijczyków. Traktowaliśmy to, jako świetną zabawę, nie bojąc się konsekwencji. Amerykanie (większość załogi statku) czują się we Włoszech jak alianci po II wojnie światowej, pewnie i z umiarkowaną dozą ignorancji, a Australijczycy są totalnie odlotowi. Oprócz tych z Adelajdy, którzy są „en retard”. Jeffowi nic się nie stało, zszedł z pomnika, bez asysty „Carabinieri”, a Włosi bili mu brawo. Wieczór trwał dalej. Upał zelżał z 36 stopni do ok.27 i było bardzo przyjemnie. Oglądanie meczu potraktowaliśmy jako dłuższy aperitif, a teraz czas na dinner lub, jak to mówią Włosi: e ora di cenare.
  Chłopaki ze statku przyjaźnią się z Włoszkami, Carmen jest z Neapolu, Francesca z Palermo, a Giacoma z Trapani.
 Kim taki wesoły, obok Carmen i Giacoma oraz Edgar. To ujęcie mnie pogrubilo, czego nie toleruję. Poniżej już jak należy.
Z moimi Włoszkami, Francesca i Giacoma. Każdy spacer konczył się plażą, stąd to moje pareo.I na upał najlepsze.
  W tamtym towarzystwie już nie spędzę gorących wieczorów na drinku w „Bar Colonna”, który nazywaliśmy Barceloną albo Picadilly, czy na kolacji Da Pepe, Da Davido w Trapani, mieście dwóch Mórz – Tyrreńskiego i Śródziemnego.
Przed statkiem "moich chłopaków" w Trapani. Wybieram się na plażę.
Z urządzeniem, które Kim obsługiwał, remote operated vehicle. Penetrował dno morza w poszukiwaniu skarbów.

Ten gorący czas Mistrzostw piłki nożnej był naprawdę fantastyczny, wszędzie wielkie ekrany, flagi, transmisje w różnych językach (to już na Malcie) wspólne oglądanie, stawianie zakładów, radosne ekscytowanie się pytaniem „To dzisiaj za kim będziemy kibicować?”
 Pewnego razu, już na Malcie oglądaliśmy mecz o 3. miejsce Niemcy Portugalia. Byliśmy we włoskiej restauracji „Tre marie”, zajadaliśmy „Today’s goodies”–Lasagne e prawn, i  cieszyliśmy się z jedynego gola Portugalii. Rodziny niemieckie, które siedziały dookoła patrzyły na nas z nienawiścią. Tylko my klaskaliśmy po golu Louisa Figo ,a może młodego, przystojnego Ronaldo, nie mówiąc „ endschuldigen sie bitte”
Mecze oglądało się też na powietrzu, szczególnie te wieczorne. Tutaj ranne sprzątanie.
Po jakimś meczu z chłopakami ze statku.

Natomiast mecz finałowy Francja-Włochy oglądaliśmy też na Malcie we włoskiej restauracji „ Da Giuseppe”. Ja byłam za Włochami, a Kim za Francją. Maltańczycy kibicowali Włochom, międzynarodowe towarzystwo poubierane we flagi narodowe, bawiło się rewelacyjnie.
Fabolous players – oglądamy transmisję po angielsku, zawsze śmieszyły mnie te nazwiska („materac” „ maruda”, „bufon” „delpiero i „totti”...frutti), a potem na końcu  ta słynna scena Zinadine-Materazzi..
  Tamte wzruszenia, szczegóły upalnego lata przechowamy sobie z Kimem na zawsze. Chociaż on sam meczami tak bardzo się nie ekscytował (amerykańskie podejście), ale bawiło go moje zaangażowanie i entuzjazm.


 Powiem tak, Boże, jak na tej Malcie było pięknie i jaka ja wtedy byłam szczęśliwa. Każdego dnia byłam "oszalała z miłości'.



Ale nadszedł rok 2010 i mistrzostwa w RPA. Naszej drużyny nie było niestety. Moja koleżanka, która przyjaźni się z  zagorzałym fanem Holandii była na meczu finałowym. Wygrała Hiszpania. Zaraz po mistrzostwach spędziliśmy z Kimem wakacje na Costa Dorada. Atmosfera tamtej hiszpańskiej szczęśliwości nadal nam się udzielała.
Tarragona, gdzie zaklinaliśmy czas. Zdjęcie obok zegara słonecznego.

 I kolejne mistrzostwa  roku 2014 powitały nas, ale niestety oddzielnie. Kim we Francji świętuje ich sukcesy w Beziers, a ja tutaj wspominam. A moja córka nadsłuchuje portugalskiego, wspominając swój Erazmus w Algarve University. Na finał, nawet półfinał będziemy razem, ale czy wskrzesimy dawny entuzjazm?  Komu będziemy kibicować? Trzeba by pojechać do Goerlitz i będzie wesoło. Tak blisko. Sąsiedzi na pewno będą zwyciężać. Bycie we Włoszech, czy Hiszpanii, gdy szaleje  Mundial, to naprawdę znaczące doświadczenie i bardzo podniecające. Może za cztery lata znajdziemy się w jakimś godnym miejscu, aby powrócić do do tych wspaniałych, neoreligijnych futbolowych emocji.
 I 40 lat przeminęło w moich retrospekcjach. A mnie jeszcze w głowie per aspera ad astra i jutro popłyniemy daleko. Żeby się coś działo. Kim też taki dreamer i engine boat kupuje we Francji, to popłyniemy.
Może i wy czytelnicy powspominacie swoje Mundiale?

11 komentarzy:

  1. Dzięki mistrzostwom moglas podzielic sie ze mną swoimi fantastycznymi przeżyciami. Wyglądasz na zdjęciach zjawiskowo! A szczęscie z Ciebie tryska! Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za miły komplement. Jestem wyjątkowo fotogeniczna i uwielbiam się fotografować. Wspaniale pamietać tamte niezwykle chwile. Ze szczęściem obecnie to tak róznie bywa, ale zawsze znajduję sobie do niego powód.

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz niesamowitą pamięć! Tyle wspomnień!
    Ja pamiętam tylko mistrzostwa w 74 roku, to była mała świetlica w ośrodku wypoczynkowym, dziadek oglądał mecz w prawie pustej sali na starym telewizorze. Potem już nie istniała dla mnie piłka nożna, mistrzostwa i olimpiady.
    PS. Kim miał fajną robotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe zycie pisałam pamietniki i stąd wszystko pamietam, bo lubię do nich wracać.
      Ty pamietasz 1974- byłam pewna, ze jestes młodsza.
      Tak, Kim mial wspaniałą pracę i tak mnie rozpuscil podróżami przez lata, a teraz posucha.
      Ardiola, bo jestem na innym kmputerze i juz sie nie loguję. Pozdrawiam.

      Usuń
    2. No, jestem trochę młodsza :) Literówka mi się wkradła, to miał być 1978, bo ja jestem rocznik 75ty a na wakacje jeżdzilam z dziadkami od 2 do 4 roku życia.

      Usuń
  4. Mało jest kobiet, które tak bacznie oglądają kolejne World Cup, chyba można powiedzieć, że jesteś kobiecym ewenementem :)
    Kim chyba teraz już bardziej przeżywa,Mundial, w końcu drużyna Stanów bierze aktywny udział i soccer w Stanach jest dzięki temu coraz bardziej popularny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skończył się mecz Brazylia-Niemcy. Nikt sie nie spodziewał takiej "egzekucji". Tak mi ich szkoda i całego kraju.

      Usuń
    2. Uwielbiam piłkę nożną podczas World Cup i zawsze mi żal, kiedy się kończy. Jakby jakiś etap życia miał się ku schyłkowi. Pewnie za poważnie to traktuję, i słusznie wypomniała mi to moja kolezanka z Hamburga, ale już tak się sama nakręcam. W 1982 roku rzeczywiscie skonczyła sie ważna epoka dla mnie, studia i młodość. A teraz pytanie "co ja tutaj robię" staje się tak bardzo natrętne. To nie jest moje życie tutaj, nie moje dekoracje i aktorzy. Z żalem to stwierdzam.
      Z niektórymi moimi młodszymi grupami, gdzie chłopcy byli piłkarzami, stawialiśmy zakłady, kto wygra. Stawiałam na Niemcy, mam po 15 cukierków od wszystkich, bo wszyscy obstawiali Brazylię.

      Usuń
    3. Kim dopiero wraca z Francji i akurat zatrzymal sie na nocleg w Niemczech, kiedy w dodatkowym czasie Niemcy wygrywali. Powiedzialam mu, zeby zrobił jakies zdjecia mundialowym fanom w hotelu i w ogole tej atmosferze. A on drwiąco-figlarnie zapytal : What is mundial, do they play against Packers? A co to mundial, czy grają z Green Bay Packers- jego drużyna futbolu amerykanskiego z Wisconsin. Jakby nam zalecano rugby np., albo nie wiem jaki dać przykład. W USA jest duzo południowoamerykanskich emigrantow, też Wlochów, Polaków, i chyba oni stanowią tę dużą grupę fanów futbolu.

      Usuń
  5. Czy czasem nie za wczesnie zaczynasz analizowac swoje zycie i rozliczac sie z nim? Mundial? Mam go dosc tutaj. Mieszkam na ulicy, na ktorej sa same knajpki,restauracje i oczywiscie kazda z nich ma olbrzymie telebimy, na ktorych mecze ogladaja tlumy i oczywiscie raczac sie duza iloscia ich narodowego trunku- piwa.. Nie musze wlaczas swojego telewizora,bo i tak wiem co sie dzieje. Ja za meczami nie przepadam tak wiec rowniez z tego powodu mundial mnie nie bawi.Mam dosc wrzaskow i halasu z tego powodu, a jeszcze jak graja Niemcy to to juz jest szok.Dzisiaj graja Niemcy i jak wygraja to mam przekichane. Wrzaski do rana. Musze wkladac zatyczki do uszu, zeby moc spac. Takie sa uroki mieszkania w takim centrum wielkiego miasta.Na poczatku mnie to bawilo, ale teraz mam dosc.Mam dosc nocnego gwaru i halasu i dlatego szukam wczasow gdzie jest cisza i spokoj i zadnych tlumow!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj Alu!

    Jestem świeżo po lekturze Twoich wspomnień (byłem kilka dni w Warszawie). No masz co wspominać! A dlaczego futbolowe mistrzostwa?! Przy przeżyciach takich jak Twoje podróże pamiętamy więcej, lepiej. Wspomnienia są żywsze bo dotyczą nie tylko meczu. Ja miło wspominam 1974 rok i te mistrzostwa nie tylko ze względu na cuuudoooowną grę naszych Orłów. Pamiętam lato było dość upalne a ja z rodzicami byłem nad jeziorem Białym k/Włodawy. Cudowna czysta woda, czysta plaża i piękna „dziewczyna ratownika”. Takie zjawisko jak to, że ratownik miał najpiękniejszą laskę na turnusie to chyba reguła i przeszła do historii przez Rudiego Szuberta.

    Ja młody chłopak, któremu wdzięki dziewcząt zaczynały być czymś istotnym patrzyłem na tą dziewczynę, jej uwielbienie dla atletycznego młodego człowieka (i jego znudzenie tym i obojętność) a w tle muzyka. Więc na zawsze lato 1974 kojarzy mi się z Mundialem i Orłami Górskiego ale i z cudowną muzyką (akurat jeden wówczas utwór brzmi mi do dziś) Led Zeppelin i Dazed and Confused. Piłkarska potęga Polski przeminęła (raczej bezpowrotnie), piękna nieznajoma dziewczyna jest li tylko wspomnieniem a nieśmiertelna i cudowna jest muzyka. Kocham teraz ten Led Zeppelin bardziej niż wtedy bo teraz to już jest częścią mojej młodości, moich marzeń i oczekiwań.

    2 czerwca obchodziłem (prawdopodobnie z wieloma) Narodowe Święto reedycji trzech pierwszych albumów.

    Tak więc Alu pozostała mi muzyka, czego również dowiodłem w czasie spotkania z Tobą doborem muzyki, która sącząc się cicho z głośnika umiliła nasze spotkanie i była chyba niezłym tłem do naszych wspomnien.

    OdpowiedzUsuń