Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

piątek, 28 marca 2014

Great Escape in Sagan.

Ten post z przyjemnością piszę i poświęcam mojemu amerykańskiemu wujkowi Tomowi. Wspominałam tutaj , kiedy dowiedziałam się, że stryj mojego męża był więźniem obozu Stalag Luft III. Tamte okoliczności wracają do mnie często w pamięci, jak moje wszystkie pobyty na Florydzie. Zwykle wypełnione  egzotyczną przygodą w stylu de luxe i intelektualno-historyczną rozrywką w Harbour`s Edge- tam mieszka moja teściowa, gdzie spotkałam wielu emerytowanych oficerów armii amerykańskiej z czasów II wojny. Nawet  świeżo poślubiony mąż był o nich wtedy zadrosny:) To byli niezwykli ludzie, bohaterowie wojen na Pacyfiku i na II Froncie, oficerowie Military Intelligence . Szybko wyszukiwałam informacje w internecie, żeby z nimi dyskutować. Chciałam im zrobić przyjemność. Historia zawsze była moją pasją, rozmowa z nimi to jakby skoczył na ścieżkę filmową np  "Cienka czerwona linia", bo film ten prowokował filozoficznym przesłaniem. Moi rozmówcy z Delray Beach to byli wysocy rangą oficerowie. Wspominam ich  z wielkim przejęciem.
Ten starszy pan w jasnej marynarce to Joe  z Military Intelligence z pochodzenia Austriak, świetny w służbie wywiadowczej, ten w czerwonej koszuli walczył na Pacyfiku-pułkownik i obok moja urocza amerykańska teściowa, a Joe to jej boyfriend .Wszyscy w wieku ok. 95 lat! Ja to nastolatka przy nich.

Nasza gajówkowa hacjenda leży ok.85 km od Żagania. Dla Mistera odwiedziny w Muzeum Stalag Luft III to jak pielgrzymka, tyle słyszał rodzinnych opowieści. Bylismy już tam dwa razy i Kim zaprzyjaźnił się z dyrektorem muzeum, pasjonatem Markiem Łazarzem,  który świetnie mówi po angielsku.
Nie mogło nas tam  zabraknąć podczas uroczystości z okazji 70. rocznicy Wielkiej Ucieczki. Jeśli nie pamiętamy słynnego filmu ze Steve`m McQueen, to przypominam tutaj Kim wspomniał wcześniej o naszej wizycie wujkowi, on ucieszony odpowiedział:

Kim, The dates for the celebration at SLIII are the 21-29. It is going to be a huge event with fly-overs and many activities . It should be real interesting. They have asked me to talk here on my experiences in SLIII  on April 29th, which happens to be the date we were liberated by Patton`s army in 1945.  If you go, any pictures would be helpful for my talk here . Marilyn Walton   would also be interested  in anything you send.
Cheers, TB
I jeszcze dodał:
                 
 I just got a message from Marilyn Walton answering some questions I asked her and I have copied part of her answer telling about the 70th  anniversary of the Great Escape program.
  "You might tell your nephew  that the 70th anniversary of the Great Escape will take place next weekend at the old camp with many diplomatic personnel, ambassadors, attaches from Britain and other places, and many sons and daughters of the 50 who were killed attending. There will be a formal dinner at a castle there, a fly over the camp, and a group marching to Posnan in remembrance. Will take them 4 days. Wreath  laying on the RAF memorial in the camp also. It will all last two days".
 That may be of interest to you and I'm sure you can get more of the details there.
  Let me know what happens.
  Regards TB.
Dla mnie wizyta w Żaganiu okazała się wzruszającym spotkaniem z historią. Pierwszy raz uczestniczyłam w rekonstrukcji historycznej z czasów II wojny, a filmy wojenne to moje ulubione. To niejako na planie filmowym się znalazłam i Kim żałował, że mnie nie przebrał za jakąś postać historyczną. On oczywiście widział pończochy i mundur z mini spódniczką:) Męskie fantazje. On zawsze mnie tak bawi.
On nagadywał się z każdym spotykanym Anglikiem, a ja podziwiałam przystojnych  żołnierzy różnych formacji. Zdjęcia robiliśmy oddzielnie. Moje poniżej.
Nawet flaga konfederatów się znalazła.



Czekam na kierowcę.


nawet Rudy zajechał!


Bitwa się zaczyna. Pielęgniarka  w pończoszkach czeka na rannych.


Ci przystojniacy jakby wyjęci z epoki.
Rekonstrukcja bitwy radziecko-niemieckiej.



I na koniec wizyta u mojej zagańskiej rodzinki. W srodku ciocia Ania,  młodsza siostra mojego nieżyjącego ojca, obok jej córka z mężem i ja z Kimem, który zapuscił sobie wąsy a`la Wałęsa. Tylko bluzka mnie tak pogrubia, muszę sprostować. Vide zdjecia z poprzedniego postu. Historia zatoczyła koło. Tak się nami los bawił. Nasza historia mnie stale zadziwia.

sobota, 8 marca 2014

Realna kompletność przeciwko wirtualności.



 Pomyślałam, że dla wyjaśnienia mojej nie frekwencyjności na blogu zamieszczę artykulik z mojej lokalnej prasy.
Jak ważna jest przyjaźń- karnawał  Stowarzyszenia Absolwentów II LO.
Na piątek 28-go lutego czekałam z niecierpliwością. Nawet zapodałam sobie dietę, żeby zmieścić się w moją kusą kreację.  Fryzjerka i kosmetyczka też o mnie zadbały. A podziw moich kolegów wpatrzonych we mnie w tańcu- bezcenny! Dziękuję Ci Tadziku. W końcu, chociaż upłynęło już parę dziesiątek lat od matury, moja waga i radość życia umiarkowanie są niezmienne.
Z Marzenką.

Ale zanim rozpoczęły się rzeczone tańce, najpierw odbyło się zebranie sprawozdawcze za rok 2013., w którym uczestniczyło kilkudziesięciu członków. Wiele osób przyjechało z odległych miejscowości. Skarbnik Stowarzyszenia poinformowała zebranych o stanie finansowym naszego zrzeszenia, które się znakomicie prezentuje. Organizacja ma spore oszczędności ze składek, darowizn i nadwyżek ze Zjazdu. Pisałam tu http://ardiola.blogspot.com/2013/07/reunion-party-ix-zjazd-ii-lo.html Pieniądze przeznaczane są na szczytne cele, stypendia dla młodzieży, zakupy drobnych sprzętów na rzecz szkoły, obchody jubileuszów absolwentów i nauczycieli, składanie kwiatów podczas świąt narodowych oraz smutne okoliczności- ostatnie pożegnania.
Prezes Stowarzyszenia  przedstawiła plany na najbliższy rok, udział w Dniu Patrona Szkoły,  oraz min.wycieczkę śladami Joachima Chreptowicza na Białoruś.
Dyrektor szkoły  podziękował Stowarzyszeniu za pracę na rzecz liceum, za cenne prezenty, które służą młodzieży i nauczycielom. Wyraził  swoją i pracowników szkoły wdzięczność za nasze głębokie  zaangażowanie w sprawy liceum.
A potem, kiedy już spożyliśmy smaczną kolację, rozpoczęły się tańce, takie typu do grającej szafy grosik włóż. Hity z ostatnich dekad począwszy od lat 50. Let`s  twist again like we did last summer, let`s twist again like we did last year, nie mogło zabraknąć La Bamby, Abby, Paula Anki, Maryli Rodowicz, Czerwonych Gitar, Skaldów, aż do Lady Punk, Kazika, Perfectu, Budki Suflera oczywiście. Celebrowaliśmy stare i jeszcze starsze znajomości towarzyskie.
Przy tej znamienitej okazji chciałam się podzielić moimi refleksjami. W świecie hiperkomunikacji, gdzie bombardujemy się esemesami, twittami, mailami, „lajkami” na Facebooku, coraz mniej czasu pozostaje na podtrzymywanie głębokich więzi. Relacje społeczne zupełnie się zmieniły. Ja również zapraszałam na imprezę za pomocą wspomnianych komunikatorów. A kto się na niej pojawił? Ludzie średniego i starszego pokolenia, których nie  zaprasza się tylko za pomocą internetu, oni mają w sobie jeszcze naturalną potrzebę spotkań. 

Rozmawiają, okazują zainteresowanie i nie tylko dlatego, że to są emeryci i mają dużo czasu. Ich złożone relacje międzyludzkie nie zastępują systemy techniczne maili i lajków na FB. Obecnie większość ludzi woli relacje intymne z maszynami, takie to proste, możesz się wyłączyć kiedy chcesz, nie angażujesz się, wyślesz uśmiech, napiszesz lakoniczny komentarz. Nie ma kultury bezinteresowności, bo tego wymaga przyjaźń. Przyjaźnimy się z ludźmi o podobnym statusie finansowym, bo jak tu powiedzieć o wyprawie do Kenii, zakupach w Dubaju, kiedy koleżankę z podwórka, czy szkoły nie stać na kolację w restauracji. Nowa cywilizacja stawia wiele przeszkód przyjaźni, bo więź może stać się kłopotliwa, lepiej się nie angażować. Trudno o przyjaźń w dawnym tego słowa znaczeniu. Lepiej skupić się na sobie i na swoich przyjemnościach. Być indywidualistycznym egoistą,
Myślałam podobnie do niedawna. Pomagał mi w tym fakt poślubienia obcokrajowca, częste wyjazdy do innej rzeczywistości, mieszkanie za granicą. Oddalałam się od przyjaciół realnie i metaforycznie, ale na szczęście szybko zrozumiałam, że największą wartością jest moje  życie w Polsce i rodzinnym mieście. 
A to z innej imprezy, jeszcze z okazji Trzech Król. U mnie w domu z koleżankami z "12"- stki i bratową, też szkolną koleżanką:)

Zachód mi się jawił jako cywilizacja przyjemności, tam nie rozmawia się o poważnych sprawach, nie wypada się zwierzać na smutno, szczególnie w mojej anglosaskiej kolonii we Francji. U nas uwielbiam „bycie człowiekiem oświeconym”, bo ciągła edukacja jest moim ideałem i spotkanie moich aktywnych przyjaciół  ze Stowarzyszenia oraz innych całkowicie wypełnia moje potrzeby.
 Czułam niekiedy,że powoli stawałam się jakimś cyborgiem, ludzko-techniczną hybrydą sprzężoną za pomocą interfejsów. Komputer czy smartfon włączony cały dzień, nowa społeczno-psychologiczna rzeczywistość. Pewna zależność od ludzi , którzy nie  wiem jak wyglądają. "Alone together" jak w książce Shirley Turkle- od niej moje refleksje. A tutaj, w rodzinnym mieście tylu wspaniałych kamratów, sztama i koleżeństwo ze wszystkich etapów życia, zażyłość, braterstwo i przywiązanie. Internetowe przyjaźnie, nie przeniesione do realnych kontaktów, to przy nich  surogat i ersatz.. cholera , nie życie, jak mówiła przy innej okazji  Agnieszka Osiecka.
Ale Pinterest lubię, IMDb tudzież parę innych stronek i blogów wspaniałych pasjonatek w różnych dziedzinach, vide niebieskachata.blogspot.com  Jakkolowiek by chcieć zwiać od internetu, w dzisiejszych czasach  jest to już niemożliwe. Ten konserwatyzm okazałby się zacofaniem. A stąd tak blisko do naszego Klerykowa, hehe. 100 lat im zeszło, żeby Żeromskiego zapatrywanie odwrócić i nadal syzyfowe prace gdzieniegdzie. Żal.
PS Po dyskusjach na lokalnym rynku w związku z tym artykulikiem, chciałam dodać ogólną konkluzję paru moich znajomych. Trudno utrzymywać  przyjacielskie kontakty z ludźmi z jednej klasy, szkoły, podwórka, którzy zatrzymali się na pewnym etapie rozwoju i zgoda na to wielka. Moja intencją, do której stale wracam w swoich refleksjach, jest konfrontacja moich  nowych znajomości za granicą,   i tych starych, zażyłych w miejscu wieloletniego zamieszkania. Cenię je sobie ponad wszystko. I w gronie przyjaciółek mam osoby z Siennieńskiej, gdzie się urodziłam i mieszkałam 6 lat i Polnej, gdzie spędziłam dzieciństwo i młodość. A dalej  w życie to już dziesiątki kontaktów. Mój wiek również sprzyja  pewnej nostalgii.

piątek, 7 marca 2014

Xmas? Nie, dziekuję.

Nie wiem, czy mogę o tym napisać, czy nie będzie to bardzo obrazoburcze i " miserable", ale odkąd pamiętam, to nie lubiłam Świąt. I tak się teraz zastanawiam dlaczego. Wyjaśnienie nie jest skomplikowane. Jakby tak to podsumować, to muszę być dosyć nieszczęśliwa z tego powodu i pewnie tak jest. Moja starsza córka mówi, że nienawidzi Świąt, a ten fakt i mnie niepokoi bardzo.
I jak mnie drażnią te wszystkie szczęśliwe rodzinki, i zakupy, i prezenty i świąteczne przygotowania.
W moim dzieciństwie i wczesnej młodości okres świąteczny spędzaliśmy w domu, nie wyjeżdżaliśmy do babci, bo jedna wcześnie zmarła, a druga to była "babka" , a nie babcia. To już jeden powód do nieszczęścia. Rodzeństwo rodziców mieszkało w innych miastach, spotykaliśmy się podczas wakacji, nigdy na Święta, czasami z młodszym bratem Mamy, moim ukochanym wujkiem- bratem prawie,był tylko 14 lat starszy. Zmarł potem dosyć młodo, mieszkał z nami nawet przez jakiś czas.  Ponadto charakter pracy mojego taty wymagał  częstej nieobecności również i w tych radosnych rodzinnych chwilach.  Prezenty dostawaliśmy na Mikołaja, najczęściej książki i cukierki, pamiętam takie kupowane od prywatnego wytwórcy, czekoladowe w kolorowych, błyszczących papierkach. One też były na choince. Mój brat, egocentryczny od dziecka, między bajki mogę włożyć opowiadania o opiekuńczym starszym bracie, zawsze te cukierki wyjadał szybciej ode mnie. Zawsze mi wszystko zabierał.
Z miłych chwil pamiętam,gdy mama chodziła na jakiś kucharski kurs i potem na święta przygotowała niezwykle smaczne potrawy. Tak było wytwornie i elegancko. Kupiła  serwis do kawy, nowe obrusy, może sztuczną choinkę, bo taka była wtedy moda, nie pamiętam dokładnie. Upiekła jakieś torty, a nie tylko ciasta na dużych blachach, które zanosiliśmy kiedyś piec w pobliskiej piekarni. O, dawno to było, w pierwszych latach podstawówki.
Najbardziej święta lubiłam w czasach studenckich, zjeżdżało się do domu, spotykało ze znajomymi z liceum i podwórka.
słynny sylwester w domu u moich rodziców, sprzed lat-1981r., ja w srodku , blondie z lokami. Małgosia,moja najserdeczniejsza przyjaciółka, miedzy dwoma chłopakami po lewej zmarła w w 2007r., ta szczęśliwa para, wtedy rok po slubie, w głębi, dawno rozwiedzeni po okropnych przejsciach, urocza brunetka po lewej straciła ukochaną córeczkę, kiedy miała 7 lat, leżący na dole chłopak z wąsami, byłam z nim kiedyś na studniówce, obecnie wrak człowieka po ciężkim nowotworze, pozostali żyją bardzo przyzwoicie. Łącznie z fotografem, którego nie widać. Romek, po prawej, znamy sie od urodzenia, bo nasi rodzice się przyjaźnili, pochodzili z jednego miejsca i tez znali sie od urodzenia, wyjątkowo przemiły facet teraz i zawsze był. Wtedy bylismy studentami, obecne zawody to wiekszość nauczycieli. Ela, blondynka z lewej, pracuje w AGH, tam studiowała, lubilam do niej jeździć, do akademika Babilon, było tam tylu przystojnych chłopaków. Mariola, w środku w bialej sukience, miała ślub wtedy, 25 grudnia,  przyjechali tylko najbliżsi, mąż  Jacek powyżej niej,  dla nich ten sylwester  był jak wesele, bo mieli tylko skromne przyjęcie. Mieszkają w Krakowie.
 Każde jedzenie wtedy smakowało i łazienka tylko dla siebie. I absolutnie nadal nie była to magia świąt, ale najważniejsze były spotkania ze znajomymi.Rodzice mieli swoich przyjaciół i tak było oddzielnie prócz wigilii.
z córką w jakims hotelu.
Potem wyszłam za mąż i chciałam na początku tak szczególnie i wyjątkowo urządzać święta. Lubiłam dla córek ubierać choinkę u rodziców, zawieszałam mnóstwo bombek i robionych specjalnie dla nich dekoracji. Dostawałam wtedy dolary od znajomego z USA, były kosztowne prezenty, wyszukane dania i wszystko ładnie podane. Szybko się okazało, że moje małżeństwo było nieudane, nie rozstawaliśmy się, bo dzieci małe, bo rodziców szkoda, a nie było tak tragicznie. Potem zarabialiśmy coraz lepiej i ja unikając tego sztucznego szczęścia, zaczęłam zamawiać wczasy w górach. Uczyłam córki jeździć na nartach, łyżwach. Na hasło święta dostawałam wysypki, szkoda mi było rodziców, na ogół wigilia była w domu i potem zaraz wyjazd, łącznie z sylwestrem. Mąż czasami sam jeździł do swoich rodziców i dzieliliśmy się dziećmi. Ja z młodszą córką, on ze starszą. Rozstaliśmy się definitywnie po kilkunastu latach, a wtedy to już zupełna rodzinna  świąteczna tragedia. Znowu dzielenie się dziećmi, coraz starsze same nie wiedziały z kim spędzać te nieszczęsne święta. Potem w małym odstępie czasu umierają moi Rodzice, niedługo potem mój były mąż. I co ja miałam ze sobą robić? Wigilia z bratem, który reprezentuje zupełnie inne wartości życiowe? Z którym nie czuję żadnej bliskości? Było parę tych wigilii, całkiem bez sensu.
jedynym sensem wigilii u brata był kontakt dziewczyn ze swoim ciotecznym bratem.

 Już wolałam pojechać do moich byłych teściów, tam znowu było tak zawsze smutno. Córki dorosły, pewien epizod swojego życia spędziły w Anglii, min. i okresy świąteczne. To była ich taka ucieczka. Wróciły, poszły na studia, wszystko się niby ułożyło. Ale nadal ta nasza rodzinna dezintegracja nie służy rodzinności. Kiedy pomyślę Anglia, to cała kaskada wspomnień, ulubiona każdego "magdalenka". Poznaję Kima i zaraz wydawało mi się, że stworzymy nową rodzinę, będą święta, urodziny i całe to miłe szczęście.
Tutaj w Galerii Lafayette, tak wierzyłam, że wszystko bedzie super. No  other way.
Ale Kim wychowany na statkach, nie rozumie, co to znaczy rodzina i od paru lat znowu wymieniamy się z córkami, raz jedna , raz druga odwiedzała mnie we Francji, bo za drogie były bilety dla obydwu na 4-5 dni,  one nigdy nie chciały zostać dłużej niż do sylwestra. I taki tu był skomplikowany dojazd, samolot, i pociąg, i autobus i dwa dodatkowe noclegi w hotelach, bo nie było połączenia. I co za święta we Francji, czy Anglii, sama komercja i jeszcze zimy nie ma! Kim nawet ryb nie lubi i kolacja wigilijna to jakaś egzotyka dla niego. I cóż z tego,że polubił pierogi. Przyjazd do mnie, najczęściej przez Barcelonę lub Paryż był dodatkowym bonusem, ale i tak nigdy nie spotkałyśmy się razem, no raz na Wielkanoc, kiedy zostały na dłużej, bo i pogoda już u nas letnia była.
W Beziers z Magdą.
Barcelona
Z przyjaciółmi z Beziers.

I dlatego kupiłam dom w Polsce, może wreszcie polubię Święta dla córek, ale to dopiero ewentualnie na drugi rok, gdy ten dom wyremontujemy, jeśli do tej pory Kim jeszcze tu będzie. Wyjątkowo Polska mu "nie leży". Może polubię święta, gdy córki wyjdą za mąż, przecież już są całkiem dorosłe, i wtedy nie będę się martwić, że coś nie tak ze mną i nie będę się zadręczać moimi matczynymi obowiązkami. Będę żyła dla siebie i męża i wolałabym w ciepłym klimacie, jednak tak i na pewno.

Świętokrzyskie-Milwaukee- Francja-Gajówka i co dalej...



Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi na spotkaniach towarzyskich  i wielorakich wizytach u ludzi  lub w lokalach , moimi znajomymi, rodziną,  klientami  reprezentującymi  odmienne od siebie poglądy na życie. Jednakże parę  ideałów , walorów i cech  były  wszystkim wspólne, umiłowanie  wartości rodzinnych, wychowanie w kraju katolicko-komunistycznym i post-, takie połączenie jest sensacyjnym ewenementem dla mojego Kima. On zupełnie nie rozumie szacunku dla wykształcenia, przywiązania do life-time job, najchętniej  na państwowej posadzie, niechęci  do radykalnych zmian, np. zmiana miejsca zamieszkania.
Wrócę do tych rozważań dalej.
jesień w Gajówce koło Rębiszowa i Mirska, nasi sąsiedzi koło przystanku.

Tydzień temu, gdy napisałam długi post, który skasowałam przypadkiem skupiłam się na swoim pierwszym kontakcie ze  sztuką, wycieczkach i  rodzinnych wyjazdach, które w dzieciństwie i młodości wywarły tak silny wpływ na moją wyobraźnię. Były to odwiedziny na  Górnym  i Dolnym Śląsku,
Co widzimy z okna naszego nowego domu.
 zielonogórskim i w pasie granicznym tych ziem, w dawnym NRD i Czechosłowacji. Czy ktoś , oprócz studiujących filologię polską i mieszkających  w zachodniej Polsce, słyszał o Dolnołużyczanach, ich ciekawych zwyczajach i języku? Plemię słowiańskie na terenach germańskich, to dopiero osobliwy przypadek. Pamiętają niektórzy, gdy na początku lat 70. poczuliśmy odrobinę wolności , bo na pieczątkę w dowodzie mogliśmy jechać do NRD i CSRS? Zagranica dla mnie, wówczas około 10-12-letniej dziewczynki  jawiła się  doświadczeniem wręcz niezwykłym, tajemniczym, „ezoterycznym i fantasmagorycznym”- moje ulubione słówko z okresu późniejszego  dojrzewania. W  Cottbus   byłam w prawdziwej eleganckiej restauracji  i z rodzicami ,i bratem robiliśmy  zakupy , które nie były tylko jakimiś szarymi  towarami, ale wielką rozpustą w tamtych czasach, np. prawdziwe mazaki, notesiki w  grawerowanych, jedwabnych okładkach / mam je do tej pory/, dla Mamy kremplinę, dla ojca koszule non-iron, a dla brata autentyczne wydania zagranicznych książek, poezję rosyjską i niemiecką. W zakupowych torbach znalazło się też wytworne produkty spożywcze, pamiętam pokrajaną w plasterki szynkę i małe paróweczki, nawet nie słodycze. Na studiach już dostawałam takie paróweczki w paczkach z USA ! Marzyło się o parówkach…ale również o czymś niezwykłym,  teatrze, operze, reprodukcjach, pocztówkach, które zachwycały i frapowały swoim pięknem.  Brat kochał poezję, ja też.  Ja pomniu cziudnoje mgnowienie…
I jak się mają moje doświadczenia,  skromnego dziecka z prowincjonalnego, robotniczo-chłopskiego miasta, rozbudowanego dla potrzeb huty , gdzie  nie było typowej inteligencji, jakieś szczątki, która przetrwała po wojnie, gdzie ruch robotniczy też nie miał tradycji, a władzę sprawowała demokracja ludowa, gdzie mieszkało się w szarych warowniach, w  blokach z malutkimi mieszkaniami, jak w klatce, dosłownie i w przenośni. Nawet modne było mieszkanie w blokach i rodzajem uprzywilejowania, bo nie wszystkie domy  prywatne miały  wtedy kanalizację!  Napomknę, że wspominam lata 60. i wczesne 70 Moją największą zaletą jest bardzo solidne  humanistyczne wykształcenie akademickie. Za komuny, a moj ojciec pracował w służbach, hehe, wykstałcenie było najwyższą wartością i nie deklasowanie się za wszelką cenę.
Jak porównać moje dzieciństwo i młodość do mojego obecnego męża, wychowanego w rodzinie amerykańskiego  prawie fabrykanta/ brzmi jak co najmniej słówko z Ziemi obiecanej/.

Zdjęcie z lat 50., od lewej mama Kima i ojciec, następnie jego stryjowie z żonami. Ten po prawej- TB był więźniem Stalag Luft III w, lotnik zestrzelony w Libii.Obecnie ma 92 lata, mama Kima 98, pozostali nie żyją.

Ulubiony wujek Kima,oprócz tych na gorze, tym razem ze strony mamy. Dla mnie , jak młody Hemingway.

 Kim był dzieckiem adoptowanym, gdyby poszedł śladem swoich  przybranych Rodziców, wujków i kuzynów, z pewnością nasze ścieżki NIGDY  by się nie zeszły. Tamte światy jego amerykańskiej rodziny, to jak dwie różne planety ze mną. Kim wybrał drogę wiecznego outsidera, najpierw  zbuntowanego hippisa przemierzającego stany, jakżeby inaczej, na Harley`u/ pochodził w końcu z Milwaukee/, potem włóczył się po całym świecie na statkach, rozbijał się jaguarami  i  marnotrawił życie  na upijaniu się w knajpach. I wtedy nasz status społeczny  i pragnienia jakoś się ze sobą zetknęły. Bo jemu już pracować się nie chce, jest   zabawny i ma fantazję, a ja chętnie wypełniam jego oczekiwania o wygodnym życiu, czyli  o niepracowaniu,  o dużym domu, czyli duży telewizor, duży ogród, smaczne posiłki i  miła kobieta. Ja to wszystko zapewniłam w Polsce, bo na Francję już brakło mu funduszy. Ja mam inne ambicje, dla mnie to jakieś działanie, nieustanna praca i nauka, też dom, i ogród. Nieraz się uzupełniamy. Ja jestem pokoleniem blokowym i mi nie przeszkadza mała powierzchnia i sąsiedzi, a on tego NIENAWIDZI.
I teraz wrócę do myśli z początku postu,  sama nie wiem dlaczego, ale od wczesnej młodości  drażniła nudność  zwyczajnego życia, taka codzienność, która  panowała niepodzielnie naszym umysłem, taka mrówcza troska i zapobiegliwość i te ważne wartości dla innych zdawały się dla mnie, jak dla Wyspiańskiego   „ tak by nam się serce śmiało do ogromnych wielkich rzeczy, a tu pospolitość skrzeczy”. A Kim reprezentuje zupełną odwrotność polskich ideałów w każdym aspekcie. I dlatego stale deprecjonuje w swoich wypowiedziach nasze drogocenne walory. Pamięta o trudnej dla nas  historii, ale nie może zrozumieć naszej akceptacji bylejakości , kiepskich manier i braku otwartości na świat.

A teraz, kiedy już trochę się uspokoiłam w tym swoim nienasyceniu i dążeniu do rzeczy wielkich, to w końcu doceniam to całe moje życie w Polsce,bo tutaj miałam bardzo dobrą bazę, nawet moje indoktrynacyjne postsowieckie wychowanie, ale liceum ze  100-letnią tradycją, ten mój szary blok, sentymentalne polskie niedopracowane filmy, katolicyzm obecny w naszym życiu, zawodzenia kościelne, chociaż ja sama nie byłam wychowana w tym duchu, ale jest to obecne w naszej literaturze, nasza biedna prowincjonalność i konserwatywność, nasze kieleckie i rzeszowskie. Pamiętam, jak pijani poeci zawsze to wspominali, jesteśmy zanurzeni  po uszy w naszej historii i umęczonej duszy,  i straszliwie mnie drażni  narzekanie Kima na wszystko w Polsce. Coś mi się odmieniło w myśleniu. Nie mogę akceptować tych jego narzekań i prawie pogardy do Polski.Teraz słucham w TV Kultura w programie Hala odlotów, dyskusji o polskiej architekturze, bronią blokowiska jako symbolu, można  zabudować  te miejsca siedliskami w stylu wiejskim, wkomponować domy kultury, biblioteki i ogódki niby-jordanowskie, wyśmiewają dworki i słusznie, bo co to za dworki, jak szereg ich stoi? Tęsknią za szarą płytką po gargamelowych domach prywatnych, a najlepszy jest snieg, bo ujednolica przestrzeń publiczną. Trochę nabroiliśmy we wczesnym kapitalizmie tą brzydotą budowlaną, tym przesadnym bogactwem  rezydencji prywatnych- stwierdzili.

Nasz nowy dom poniemiecki przynajmniej doskonale pasuje do rejonów, gdzie się znajduje. 
Architektonicznie i geograficznie  rejony Dolnego Slaska są piękne. Parę zdjęć poniżej, domy naszych najbliższych sąsiadów, są Polacy, ale tez  Austriak z żoną Polką, Niemka z uroczym B&B, Holender utracjusz i paru innych oryginałów.



Miałam napisać, co tak bardzo Kima drażni, ale już mi się nie chce, bo on sam mnie drażni. Najbardziej to drogi i kierowcy i że ludzie się nie uśmiechają, chodzą zombie po ulicach, i że wszędzie są płoty i psy szczekające,ochrona w sklepach, jakby sami złodzieje dookoła. Lubi polskie jedzenie, jak wszyscy obcokrajowcy, tzn. on docenia ceny tych naszych dań w restauracjach, szczególnie lubi sznycle  i placki po węgiersku. Kim sam jest doskonałym  kucharzem, jego specjalność to kuchnia meksykańska i hinduska, piecze  też smakowite indyki, gęsi i kaczki. Ale kapusta i ziemniaki są u niego w pogardzie zupełnej.
Kotek dla Kima.



Jalna w Gajówce.

Ostatnio imię Kim w kontekście północnokoreańskich strachów często pojawia się w mediach i znajomi nieraz mi się pytają skąd u mojego Kima takie imię. On sam niezbyt go lubi i dziwił się, że rodzice mu takie nadali. Mama na niego woła Kimmie. Jest taki znany muzyk  amerykański Kim Wilson z zespołu Fabulous Thunderbirds, nawet w jego wieku prawie. Ford Thunderbird to luksusowy kabriolet, jeździliśmy takim po Florydzie, tak mi się przypomniało. A imię Kim bardziej kojarzy się z żeńską formą- amerykańska gwiazdka Kim Kardashian regularnie pojawia się w towarzyskich relacjach, pamiętamy też Kim Bassinger, Kim Novak, Kim Wilde, a i wspomnianą dynastię Kimów z Korei. To tak gwoli wyjaśnienia.
Zachwycam się niezmiennie tą klamką, zamkiem i w ogóle drzwiami w Gajówce.

 A od dzisiaj zacznę Kima nazywać Misterem z powodu jego ważności i niestety dystansu, który stworzył.
A te kontakty na przekrętkę, uwielbiam. Wyobrażam sobie te drzwi odnowione, będą niezwykłe.

Kijki czekają na nordic walking.
 Zima się skończyła i Mister powędrował w dolnośląskie. Doczekałam się, bo przedłużające się niskie temperatury powietrza wpływały bardzo niekorzystnie na temperaturę naszego związku. Ograniczona powierzchnia mojego mieszkania zaburzała  nasze wygórowane poczucie wolności. Wyruszył pomarańczowym transporterem z rocznika mojego byłego "kierowcy" Jacka najpierw w kierunku Leszna, GPS wskazał mu drogę na Katowice?, albo jego chęć zatrzymania się w pewnym  hotelu skierowała go w te stronę,  już kiedyś  tam przebywał w drodze do O-ca i mu się bardzo podobało. Potem jechał na Opole, Wrocław. Na autostradzie zapowietrzyła mu się pompa paliwowa. Nie omieszkałam powiedzieć, a nie mówiłam, jak się kupuje junka, to się można spodziewać takich przygód. Najpierw serwis myślał, że to całkiem pompa paliwowa wysiadła, i go wzięli na lawetę, a potem okazało się, że benzyna wyciekała, a wskaźnik nic nie pokazywał. Telefonicznie konsultowałam się z mechanikami i było to nawet zabawne, ale w rezultacie kosztowało sporo pieniędzy, szczególnie transport z autostrady! Koło Leszna w Osiecznej odebrał  urządzenia zamówione wcześniej na allegro i oczywiście został w lokalnym pensjonacie Rogatka, który okazał się bardzo wygodnym hotelem. Tam natychmiast poznał jakiegoś Holendra, który kupił w Morownicy pałac do remontu,  tam wciągnęli się w rozmowę,  pasjonujące tematy rozwijały się w miarę wypijanych piw. Holender się dziwił, że wszystko w Polsce jest na moje nazwisko i to Mistera zastanowiło. I nie chodzi bynajmniej o dom, tylko o samochód, bo on nim tylko będzie jeździł, a najbardziej o ziemię. Moje tłumaczenia  związane z moim kontem i  łatwością kupna bez współwłasności obcokrajowca, ktory na razie w Polsce nie istnieje, nagle okazało się dla niego niewystarczające. Chciał się poczuć prawdziwym Misterem na włościach.
A drzwi wejściowe są po prostu boskie! Słońce od frontu świeci cały dzień. Teraz  drzwi już są trochę zmodernizowane, ale Mister nie przesłał mi najnowszego zdjęcia.
Dzisiaj zajmowałam się trochę układaniem w domu i rozmyślaniem. Cieszyłam się, że jestem sama w domu. Przespałam się po południu, to moje najmilsze chwile od dzieciństwa, te drzemki po obiedzie, tak słodko położyć się z powrotem do łóżka.  Tak myślałam, że  niektóre seriale amerykańskie, które u nas cieszyły się ogromnym powodzeniem, np kultowa  Pogoda dla bogaczy, dla Mistera  przeszły bez echa. A w niezupełnym oderwaniu pojawił mi się w pamięci  serial Jalna o rodzinie Whiteoake`ów, o którym byłam przekonana, że była to francuska produkcja. Na początku nawet tytułu nie mogłam sobie przypomnieć, kojarzyłam tylko sagę rodzinną, tyle się naszukałam w internecie pod różnymi hasłami, podpowiedziała mi strona popularnych seriali  lat 70. W USA serial znalazł się na jakiejś bardzo odległej pozycji i Kim wcale go nie znał. A na mnie ten serial kiedyś zrobił kolosalne wrażenie. Tak niewiele telewizyjnych  rozrywek mieliśmy wtedy. Teraz już wiem, ze to była kanadyjska produkcja i pewnie dlatego mówili po francusku i po angielsku. Jalna nawiązuje do miasta w Indiach, gdzie brytyjski  założyciel posiadłości stacjonował w czasach kolonialnych.
A Jalna była kiedyś dla mnie sandomierską posiadłością pewnego młodzieńca, pana z Dwikóz  na  jabłoniowych sadach sandomierskich. Spotykaliśmy się jakiś czas dawno temu, jeździłam do niego pociągiem na wagary i na  młodzieńczą erotyczną eksplorację. Może się wydawać, że znowu mnie przejęła przykra myśl przemijania czasu, ale nie tym razem, tamten chłopak niewiele dla mnie znaczył, bawiłam się nim instruowana przez moją znakomicie wykształconą koleżankę.
Tym razem Jalna natchnęła mnie do potraktowania Gajówki znacznie poważniej niż wcześniej, podobnie jak Mister to poczuł. Czekają tam na mnie stosy listów, w tym podatki od nieruchomości,  różne inne opłaty, bo zapomniałam podać adresu do korespondencji. Nie sądziłam, że zima tak długo będzie trwała.
Chciałabym, żeby Gajówka stała się moją Jalną. Dominika z Magdą  mogłyby kontynuować.

Illusions perdues czyli przedłużony weekend na Boże Ciało w Gajowce.

Córka mówi klientom i znajomym, że mama pojechała do Gajówki, a oni nie odbierając tego jako nazwy własnej,  pytają: gdzie? Do leśniczówki? Ładnie brzmi też zagajnik, to może i knieja, i bór?  Gajówka przestała pełnić pierwotną funkcję mieszkania dla służby leśnej i stała się śródleśną osadą. U nas około 40 domów. A ja stamtąd mam blisko, najpierw do Żagania, a potem do Opola i Wrocławia. Tam mam rodzinę, moich ulubionych kuzynów i wspomnienia wspólnego życia.
A od Mistera ciągle słyszę: You are nuts, neurastenic aging woman. Tramwaj zwany pożądaniem po mnie przyjechał na ostatni przystanek, a mój Mister, jak Stanley dla Blanche,  nie pasuje czasami do mojego świata. Bardzo chciałam znaleźć się w Gajówce, nawet zameldowałam się tymczasowo w gminie Mirsk, zaczęłam kopać grządki , malować pokój , szlifować drzwi  i codziennie zmywałam na mokro, żeby nie było kurzu. Znalazłam solidną siłę roboczą, jak mówiła Małgosia, solidna siła, ale droga. Mnie się wydawało, że tyle zrobili i tak szybko, to należy im się stawka po 300 zł dziennie. Inni robili by tę pracę przez 3 dni.
Mister szykuje dom na sprzedaż, a nie na wspólne życie. Taka jego wersja zupełnie mi nie pasuje i zapowiedziałam sprzeciw. Wyjeżdżam for a while  i przestaję się angażować, bo w jakim celu marnować moje emocje? Jak można zostawić to niezwykłe siedlisko? Wyobraźnia podpowiada stworzenie zagrody  i przybytku na miarę pogranicza, z wartością dodaną w postaci mojego Anglo-Amerykanina.  Tacy tu są wspaniali sąsiedzi, miastowi na wsi, ekscentrycy i wizjonerzy, ekolodzy i artyści. A lokalni też niebywali. Na szczęście podatek od sprzedaży  wstrzyma Mistera od pochopnych decyzji.  A póki co, pokażę wam kilka zdjęć ze zmian tam zachodzących.
Front room przed skuciem tynków. 35m2

Bliźniacy z Mirska, Bolek i Leszek. Bardzo pracowici i solidni. Robota im się w rękach pali. Stawkę mają za wykonanie pracy, mozna negocjować, ale ja nie znałam obowiązujących stawek i chyba przepłaciłam. Ale jestem bardzo zadowolona.

Pokój gotowy do izolacji poziomej i malowania.
Tutaj ja gracką coś próbowałam wykopać. Cały dzień mi zeszło.

Leszkowi zeszło może z godzinę na okopanie domu z boku i przodu. Bolek w tym czasie kosił  i wycinał wszystko dookoła domu. Najładniejsze widoki są ze strychu.Takie tam prowizoryczne okno i szklane dachowki.

Winogron zostawilismy, chociaż ślimaki go strasznie zjadają. Jest najpiekniejszą zasłoną i ozdobą tych tynków. Dom będzie odkopany  na głebokość ok.2 metrów i odsłoni majestatyczny kamień, z którego został zbudowany.
Rozbieranie dachu budynku gospodarczego, który zasłaniał widok z okien  tymczasowej sypialni.

A tu Mister urządził taras z widokiem, na dole w razie deszczu. Drzewo jest cieniem, będzie trochę poobcinane. Tu, jak bunkier, żartuje moja kolezanka, he,he.
Z ziemi wykopanej z front roomu, chłopcy podszykowali teren pod taras.

Japoński ogród:) Srodkiem płynął niby strumyczek po obfitych deszczach.
Z betonu wykopanego w pokoju zrobilismy tymczasową ścieżkę. Teren i tak bedzie wyrównany nie za długo i dom  też z tej strony odkopany. Wtedy pokaże się niemiecka potęga. A w skrzynkach  teraz już są pelargonie.
Moja część sypialni. Podłoga autentyczna. Wyszorowałam na kolanach.
Światełka na budynku służacym jako taras dolny i górny.
Światełko nad drzwiami frontowymi z informacją o numerze domu.

Jakby living room. Jeszcze przed malowaniem. To coś po lewej to wbudowany hot tube, czy jak to nazwać? Pojemnik na wodę, ma połączenie z dolną kanalizacją. Stół na  dużej skrzyni, którą niedługo wyremontuję.


 Rabatki z boku domu, wyobraźcie sobie ten odkopany kamień na domu do ok.2 metrów i odnowione deski. Bosko!
Udekorowane okna. Mister uwielbia kwiaty, to taki początek dopiero. Bo i tak teren wokół domu będzie kopany i wyrównywany.
Ryneczek w Mirsku, restauracja Paprotka, gdzie często jadamy i korzystamy z wi-fi.

Mirsk.

Gajówka, kiedy kwitły bzy. Krzew koło domu. A dla tych widoków warto wstawać rano i pić kawę na tym nowym "tarasie".

Mister i jego samochód opisywany wcześniej, TOS.

Uliczka w Żaganiu.
Ale powiem Misterowi na koniec łacińskie przysłowie ślubne, żeby było optymistycznie : Ubi tu Caius ibi ego Caia.