Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

niedziela, 27 lipca 2014

Książki-moje życie.

 Post ten poświęcam guciamal, której posty  zachęciły mnie do napisania poniższych zwierzeń. Mam też nadzieję na nową blogową koleżankę. Zachęcam też inne czytelniczki do opisania podobnych refleksji.
 
Mini-półeczka w gajówce.

1.Jak powstała twoja biblioteka?  
Odkąd pamiętam  w domu były zawsze książki, mam starszego brata, wychowywałam się też z  młodszym bratem Mamy, bo Babcia wcześnie zmarła. Rodzice nam sprawowali książki ze wszystkich okazji. Mój brat to dziennikarz i lokalny literat, pasjonat literatury i historii  od wczesnego dzieciństwa. Wiele książek, też poważnych lektur przeczytałam wcześniej, z racji posiadanego tego starszego rodzeństwa, niz powinnam i tym mocniej na mnie wpłynęły.
Moje życie to jak ogromny księgozbiór wypchane mitami, skojarzeniami, cytatami, taki "złudny szmer czarodziejstwa".
Studiowałam na studiach dziennych, zaocznych, podyplomowych filologię polską, angielską, europeistykę, turystykę. Chciałam studiować japonistykę, orientalistykę , słowiańskie języki, hinduizm, romanistykę. Z tych wszystkich etapów życia zbierałam książki i dużo, bardzo dużo czytałam i to w kilku językach.
I tak te irracjonalne miraże, tęsknice, mgły, udziwnienia kształtowały moją zachwianą psyche, zwodziły przez lata i nie pozwalały osiągnąć "naszej małej stabilizacji", bo "życie nasze nic niewarte, kult Bachusa i Astarte. Ha , trza znosić, fata, los, nieustannie próżny trzos. O wielkościach darmo śnić, trzeba żyć. Napoleon ten miał nos. Szopen, gdyby jeszcze żył, to by pił". I taki znany cytat na poparcie mojej tezy.


2.Czy jest jakiś ład w twojej bibliotece?
 Tak oczywiście, doskonale wiem, gdzie co się znajduje. Układam książki tematycznie i pamiętam nawet , gdzie one byly w moich kilku domach wcześniej. Mam obecnie jakby 5 domów teraz, tzn. miejsc, gdzie przebywam w różnych terminach i wszędzie posiadam tam biblioteczki, niektóre malutkie, inne większe. Ale najwięcej książek wypełnia moje biuro, bo to też jest mój dom, ukochane miejsce pracy i spotykania przyjaznych ludzi. To jest bardzo męczące, takie ciągłe przemieszczanie się i chcę to zmienić. Ale nie jest łatwo zamykać etapy życia.

3.Czy pozbywasz się książek, a jeśli tak to w jaki sposób?
 Prowadzę firmę edukacyjną, w siedzibie urządzam symboliczne wyprzedaże za złotówkę . Dużo rozdaję moim klientom, młodym i starszym za darmo w formie niby upominków. Szczególnie  książek służących do nauki i wydań dla dzieci.
Dostałam sama kiedyś, w 2000r. to bylo, 11 tysięcy książek z zaprzyjaźnionego miasta bliźniaczego z Anglii. Do tej pory te książki daję ludziom. Najcenniejsze trafiły na Uniwersytet Rzeszowski.
4.Ile wydajesz miesięcznie na książki?
Obecnie nie dużo, zależy od miesiąca, bo książki można kupować na różnych tanich wyprzedażach, np. z okazji likwidacji bibliotek, też na allegro oraz na wymianach książek. Najnowsze pozycje wypożyczam w bibliotece raczej.


5.Jakie książki musisz kupować? 

Podczas podróży zagranicznych albumy, mapy turystyczne z danych miejscowości oraz muzeów, najczęściej po angielsku lub lokalnym języku. Z przyjemnością do nich zaglądam, wracając myślą do miłych chwil. Mam je rozłożone na komodzie, stolikach, biurku, w widocznych miejscach i tak zerkam często w ciągu dnia, otwierając od niechcenia. Lubię też tomiki poezji największych autorów w oryginale, w języku, który chociaż trochę znam.
Muszę też kupować książki w związku z wykonywanym zawodem i prowadzeniem firmy, one są bardzo drogi, ale to co innego.
Tu moje przewodniki, V&A Museum, Orsay, Malta, Florence w mieszkanku na Kochanowskiego.
 
Zwróćcie uwage na te sówki podtrzymujace książki.

6.Czy pożyczasz swoje książki?
Raczej nie pożyczam,od tego są biblioteki, bo ludzie zapominają oddawać, a ja też nie pamiętam, co komu pożyczam. Kiedyś zapisywałam. Niezręcznie było sie upominać, bo czasami ludzie podpożyczali komu innemu i też zapominali komu. Pożyczam książki zawodowe, bo mam na to specjalny notes i wszystkie są oddawane.

7. Ile czytasz książek jednocześnie? 
Na ogół dwie, czasami trzy. Ta trzecia, czasami czwarta jakaś zawodowa.
 
8.Co jest dla ciebie podstawą lektury?
 Klasyka, epika i  poezja przede wszystkim, bez niej trudno mi się obejść; P. Verlaine,  Boudelaire , A.Puszkin, P.Valery, T. Miciński, Appolinaire, kobieca poezja, też T.Boy-Żeleński, S.Wyspiański. Czytam wszystkich noblistów ze szczególnym zaciekawieniem egzotyczne "przypadki". Bardzo lubię  klasyczną literaturę anglosaską, szczególnie ostatnio wrocilam do S. Maughama i rosyjską.  Nic odkrywczego chyba. Pasjonowała mnie kiedyś literatura japońska i przeczytałam wszystko, co było dostępne w polskich bibliotekach. Jak lubię kogoś, czytam wszystkie jego pozycje, w ostatnich latach to jest Arturo Perez Reverte, Umberto Eco, Haruki Murakami, Alice Munro np. W ogóle  zawsze czytałam tylko literaturę najwyższego lotu.  Z polskich pisarzy uwielbiam J. Iwaszkiewicza, z nim zwiedzałam Włochy i Sycylię, też Goethe mnie prowadził. Kocham M.Kuncewiczową za jej ogromny intelektualizm i niezwykly dar obserwacji krajów zachodnich.  Z literatury wspolczesnej czytam stale Kapuscinskiego i Manuelę Gretkowską.
9.Czy masz emocjonalny stosunek do książek?
Kocham swoje książki i patrzę na nich z czułością niemalże, też z dumą, że ich posiadam. Córki o tym wiedzą i dziwią się, gdy im coś daję, co ich interesuje. Pytają " nie szkoda ci mamo?" Starsza córka kupuje mi znakomite pozycje, np. Umberto Eco.
10.Co leży u ciebie przy łóżku?
Książki, które aktualnie czytam, książki, z którym korzystam przygotowując wpisy na bloga, jakiś album z reprodukcjami i przewodniki muzealne z ulubionych miejsc. One leżą przy łóżku, na nocnym stoliczku, na stole, w kuchni i na biurku. Wszędzie. Też w toalecie:)

11.Czytasz kryminały, thrillery, romanse, fantastykę, beletrystykę?
 Nie czytam  typowych kryminałów, fantastyki, romansów, ale np. niektóre książki  moich ulubionych autorów-W. Łysiaka, H. Murakami to doskonała ich kombinacja.
12.Czy robisz notatki w książkach (bazgrzesz, piszesz, zaginasz rogi)?
W pożyczonych nigdy. We własnych zaznaczam ołówkiem ciekawsze fragmenty.  Po zakończeniu lektury wertuję książkę raz jeszcze i wybieram z tych zaznaczonych fragmentów te godne utrwalenia i czasami przepisuję. Mam bardzo dużo zakładek kupowanych też podczas podróży, nigdy nie mam w zwyczaju zaginać rogów
13.Jak szybko czytasz?
 Książki połykam, ale czytam coraz  mniej, bo mi szkoda oczu, a audiobooków nie słucham. Czasami w radio  coś śledzę.
Jak zaczynam czytać, to kończę, Cmentarz w Pradze zabrał mi tydzien, a to gruba pozycja.

14.Czy wracasz do książek raz przeczytanych? 
 Stale wracam do dawnych książek, szczególnie do poezji, mojego kanonu, o którym wspomniałam wcześniej. Zaglądam do podróżniczych reportaży literackich, bo odnajduję tam siebie, i do wielkiej literatury, do Manna, Czechowa, Camusa, Fitzegaralda, tak we fragmentach, przeglądam, gdzie się otworzy. Czytanie klasyków zaliczam do największych przyjemności życia, a rozstanie z nimi, kiedy książka się kończy jest smutnym przejściem do rzeczywistości. Wydaje mi się, że ja nie żyję w realnym świecie, nie znoszę być praktyczna, gospodarna i przyziemna. Od młodości powiedzenie odi profanus vulgus było moim credo. Chłopaki z Politechniki czy AGH to tylko przedstawiciele typu symplex i nie dla mnie towarzystwo, tak zawsze powtarzałam. Nadal wolę intelektualistów niż tych zaradnych, dobrodusznych inżynierów. Chociaż niektórzy, 30 lat po studiach się wyrobili pod każdym względem i dawni,wrażliwi humaniści nie dorastają im do pięt. To ukłon do moich ulubionych inżynierów z AGH i Politechnik, Krakowskiej i Warszawskiej.

15.Ile piszesz dziennie?
Na blogu rzadziej niż kiedyś, bo wcześniej miałam inne spostrzeżenia i potrzeby.
Na początku tego roku napisałam taki wpis i nadal się pod nim podpisuję:   
Tytuł mojego bloga stracił desygnat i wszelkie denotacje, /tak uczono mnie na filozofii i językoznawstwie, hehe/. The couple don`t enjoy the life, stali się "The misfits", jak w słynnym filmie. Nie ma chez nous, jest chez moi et chez toi.
Mój blog z założenia miał służyć moim prywatnym potrzebom. Pragnęłam pisać o Francji i moim życiu tam spędzanym nieśpiesznie i szczęśliwie. Chciałam, żeby moi przyjaciele i bliscy z rodzinnego miasta wiedzieli na bieżąco, co u mnie słychać. Chętnie ich u siebie gościłam i z ogromną przyjemnością pokazywałam uroki południowej Francji. Chciałam poznać kobiety- Polki w średnim wieku, w przedziale 50+ w związkach z obcokrajowcami. Żadnej takiej nie poznałam w świecie wirtualnym, dużo w rzeczywistym, ale i tak one reprezentowały zupełnie inne doświadczenia. Mieszkały długo za granicą, nie rozumiały moich rozterek. Poznałam dużo młodszych kobiet w związkach międzynarodowych, ale to też absolutnie odmienne przeżycia. Ja oczekiwałam innych blogowych relacji.  Blog jedynie pomagał mi wracać w moje ulubione rejony literackie. Precyzyjnie i otwarcie  wyrażałam swoje myśli. Ale kogo tak naprawdę obchodzą moje problemy? Przypadek czysto wirtualnej przyjaźni jest bardzo powierzchowny. Jeśli nie zostanie przeniesiony na grunt realny, staje się sztuczną inteligencją.
Zaczęłam się  zajmować moim aktywnym i satysfakcjonującym życiem realnym w rodzinnym mieście. 



piątek, 18 lipca 2014

Blondynki w gajówce.

Ach, te niezapomniane wakacje! Ileż ich  szczęśliwie naspędzałam w tych kilku moich  dziesięcioleciach życia. A dzisiaj moje córki podążają na spotkanie z przygodą, obydwie do Chorwacji, ale oddzielnie. Magda niedawno opuściła Wiedeń, kolacja cesarska i tak ma być, a Dominika w kursowym autobusie na erazmusową praktykę do Splitu zmierza. Faculty of Maritime Studies oczekuje stażystki na lądzie i Adriatyku, a Magda właściwie będzie w Bośni-Hercegowinie na 12 kilometrach wybrzeża.. To dopiero nowinka.
 A mój sąsiad ostatnio mi się zwierzył, że jego pobyt w więzieniu za jazdę na rowerze pod wpływem, to były jego pierwsze wakacje w życiu. Dobry przykład na relatywność. Edward mówił, że był szczęśliwy w więzieniu, spotkał wielu ciekawych ludzi i jedzenie miał zawsze podane.
Popracuję nieco w swojej Dżalnie- ta nazwa się nie przyjęła- nikt nie pamięta tego serialu sprzed lat-niech będzie, że "ogarnę" chałupę i kawałek ziemi coś niecoś

 i rzucam się na hamak.
 Obok mam półeczkę w postaci zawieszonych sanek, stawiam tam szklaneczkę z jakimś błogim trunkiem i tak sobie rozmyślam. Ostatnio, gdzie bym chciała pojechać na tzw. wakacje. Poleciałabym do jakiejś dawnej kolonii angielskiej lub francuskiej. Np. na Mauritius- tam cudowna mieszanka narodowości, do Indii lub Nowej Kaledonii. Ale najbardziej ekscytująco byłoby do Nepalu. W Indiach w lecie oddycha się wrzątkiem, a nie powietrzem,a w Nepalu przyjemnie orzeźwiająco. Byłam, pamiętam. I chodziłabym na skręta do hippisowskich knajpek, taka moja tęsknota za wygłupami młodości.
A tymczasem do gajówki przyjechały dwie blondynki, ja trzecia i piesek Suzi, tez dziewczynka, ale brunetka. Jak bardzo cieszyła perspektywa miłych chwil, kiedy jechałyśmy razem przez prawie 12 godzin. Wyprawa z pieskiem potrzebowała dłuższych  przerw. Jadzia-znakomity kierowca, Mariola jeszcze lepszy nawigator, a ja strażnik psa i dyskutant z tylnego siedzenia.
Wszyscy w gajowce stali się domownikami, taka hacjendowa wspólnota się stworzyła.Przejawiała się we wspólnym przygotowywaniu potraw, zakupach, plewieniu, sprzątaniu, wyprowadzaniu Suzi,

 głaskaniu kotów,
 a nade wszystko w niekończących się solidarnych rozmowach na tematy życia w towarzystwie rarytasów na stole i meczy Mistrzostw w telewizji. Wieczorem na naszej "plaży"
wpatrywałyśmy sie w Pogórze Izerskie,
To nie z mojego podwórka:)
 oczekując  świetlików, śpiewających świerszczy i może spadających gwiazd, ale to chyba w sierpniu? Nasza rozkosz konwersacji trwała w nieskończoność. Biedronkowe wina., Mister mówi "cheap crap", ale doskonałe pomimo wszystko, izerskie wyroby piwowarskie dodawały pikanterii dyskusji. I w jakim celu ja mam zmieniać życie, jeśli w starym czuję się doskonale? Nie chce mi się wprowadzać nowych ludzi w mój życiorys, bo czasu by na to nie starczyło, a i tak nie stworzy się zażyłości tworzonej przez lata. Może jakiś wycinek osobowości ktoś dostrzeże. I tak rzeczywiście, i faktycznie, to  swoim człowiekiem chcę być tylko dla pewnej grupy ludzi, gdzie życie stanęło w szczęśliwszym miejscu.
Wspólnego zwiedzania było mniej, bo moje koleżanki to zagorzałe turystki chodzące po górach, a ja to lubię przemieszczać się od knajpki do baru i po mieście koniecznie, nie w naturze. Ale wreszcie przejechałam się gondolą w Świeradowie.


Dziewczyny poszły na szlak, a ja sobie posiedzialam w tym schronisku i gawędziłam ze starymi Niemcami.

Cieplice- Park Zdrojowy.

Wyszłysmy z tej kawiarni po prawej, gdzie za nic miałysmy dietetyczną moralność i bewstydnie objadałysmy się lodami, ciastkami i kawą mrozoną z alkoholem, grzeszyłyśmy do ostatniej łyżeczki.
W Lubomierzu.

Przed muzeum Kargula i Pawlaka.
Zamek Czocha.



A potem dziewczyny pojechały i zrobiło się smutno i samotnie. Lubię przyjmować gości, zajadać smakołyki, pić wino, i gadać, i gadać. I nikt nie tęsknil za Misterem i jego malkontencją w stosunku do naszego kraju. Wyjechał do Francji, tak a propos. Zobaczymy, kto jeszcze odwiedzi mnie w gajówce, wakacje trwają. Dla mnie to już ciągłe wakacje:)

wtorek, 1 lipca 2014

World Cup w moim życiu.


Radość Włochów po wygranym meczu.
Moje biuro i szkółka ma znakomitą lokalizację w mieście. I od 20 lat z dużym sukcesem utrzymujemy się na rynku. Dookoła trzy wielkie osiedla mieszkaniowe, centrum zakupowe, kilka barów i restauracji, punkty usługowe. Ale w sąsiednich lokalach często zmieniano działalność. Dla nich ta "location" nie była taka wspaniała. I od paru miesięcy mam za sąsiada poniżej tzw. Zakłady Sportowe, zastąpili sklep komputerowy. Przyjaźnimy się biznesowo z sąsiadami, jest apteka, fitness club, weterynarz i sklep "animals", dorabianie kluczy, restauracja " Pizza na Maxa", elegancki "Pewex"  i przychodnia lekarska. Z  młodym właścicielem Zakładów rozpoczęłam raz dyskusję na temat World Cup. Powiedział mi, że zazdrości mojemu pokoleniu, że byliśmy kiedyś świadkami wielkich sukcesów naszej piłki nożnej i zaczęłam mu opowiadać, a on słuchał prawie nabożnie.
W 1974 r. byłam  świeżą licealistką, czytałam zachłannie Kino, Ekran i Film, i jeździłam na Lubuskie Lato Filmowe, jedyny wtedy festiwal filmowy w Polsce, który odbywał się w ostatnim tygodniu czerwca w Łagowie Lubuskim. Na dziedzińcu zamkowym spotykało się wtedy największe polskie gwiazdy. W Sali Rycerskiej był duży telewizor i oglądano mecze. Wieczorem zamek zamykano i wtedy zaczynały się imprezy dla gwiazd i ich otoczenia. Z koleżanką wpadłyśmy na pomysł, żeby moment zamknięcia przeczekać w toalecie lub na salach zamkowych. Udało się, było pieczenie barana, oglądanie meczu Polski ze Szwecją, rozmowy z krytykami filmowymi i pijanymi aktorami, szczególnie udzielał się wtedy Jan Nowicki i Jan Himilsbach, solenizanci. Wszyscy się dziwili skąd te " młode głosy" znalazły się na imprezie. Mówiłyśmy, ze jesteśmy z DKF-u- Dyskusyjny Klub Filmowy i piszemy artykuły do szkolnej gazetki. Znałyśmy miejscowego organizatora pana Lubomira i umiałyśmy się zachować. Posiadałyśmy ogromną wiedzę o filmie polskim.
Znalazlam to zdjecie gdzies w dokumentach, jest z Łagowa z napisami z tamtych czasów. Zrobię zdjęcia zdjęciom, ale innym razem, bo te albumy gdzieś po rodzicach są pochowane.

W 1978r. Polska w fazie grupowej grała z Tunezją, a ja w lipcu tegoż roku miałam przyjemność wylądować na lotnisku Tunis-Carthage. Było już po mistrzostwach, ale rozmowom nie było końca. W Argentynie przeszliśmy do ćwierćfinałów. Moje  ówczesne wakacje, wspaniale spędzone w Tunezji i Algierii, na Saharze, były z cudownym towarzystwem rozmów o piłce nożnej. Tunezja była wtedy pierwszy raz na Mundialu, reprezentowała cały kontynent.
W 1982 r. kończyłam studia. W czerwcu zapomnieliśmy, ze nadal trwa stan wojenny w Polsce. Łazuka wyśpiewywał co chwilę słowa przedwojennego hitu  "uliczkę znam w Barcelonie, w uliczkę wyskoczy Boniek.." kontynuując " entliczek, pętliczek co zrobi Piechniczek tego nie wie nikt...". Boże, jaka to była radość w narodzie, jaki entuzjazm i duma, i piło się do nieprzytomności bimber zagryzając byle czym.
Te stare zdjęcia, pełne nostalgii, ja siebie tu pamietam, szczególnie moją grzywę.
8 lipca w czwartek miałam obronę pracy magisterskiej, dostałam piątkę. Napisałam niezwykłą pracę, nie ma mowy o skromności, o wpływach Japonii na kulturę polskiego modernizmu, przedrukowaną potem we fragmentach w Przeglądzie Orientalistycznym. Polska grała z Włochami o przejście do finału. Przegraliśmy i w sobotę graliśmy z Francją o trzecie miejsce. Był wtedy młody Platini, przyjaciel Bońka, taki chłopięco przystojny.
To jest moja impreza z okazji obrony pracy magisterskiej. Ja w środku w pomarańczowej sukience.Tez gdzieś znalazlam w dokumentach.

W 1986r. graliśmy w Meksyku. Byłam wtedy młodą mężatką i niestety dosyć szybko okazało się, że nie byłam szczęśliwą młodą mężatką. Nic nie pamiętam z tych mistrzostw.
 Potem była długa przerwa i na Mistrzostwach znaleźliśmy się dopiero w 2002 r. w Korei i Japonii. Graliśmy z Koreą, ich zawodników nazywaliśmy " duracelami" od ówczesnej reklamy, ze "duracell" doda ci skrzydeł. Oni tak fruwali na boisku i potem dofrunęli  aż do 4. miejsca. Z mężem się akurat rozstałam i mecze oglądałam z córkami i jeszcze żyjącym wtedy ojcem. W grupie mieliśmy jeszcze Portugalię i USA. Honorowo wygraliśmy tylko ze Stanami. Ale ile było emocji i szczęścia, że w ogóle tam się znaleźliśmy.
A w 2006 r. wsiadłam w wehikuł czasu i opiszę trochę dłużej, co wtedy przeżywałam. Od dwóch lat znałam już obecnego męża. Piszę pamiętniki i artykuliki do prasy lokalnej, stąd ten dokładny zapis.


26 czerwca 2006 r. w poniedziałek Włochy w Mistrzostwach Świata 
grały z Australią. Moja ówczesna wizyta na Sycylii była fantastycznie zdominowana przez piłkę nożną. Wszystkie rozmowy z Włochami, gdziekolwiek by to było i w jakichkolwiek okolicznościach najlepiej należało zacząć np. tak: Wasza drużyna jest wspaniała, jestem za Wami .Vostra squadra e meravigliosa. Sono pazza per lei . Włosi na codzień bardzo otwarci i życzliwi, stawali się od razu moimi przyjaciółmi. Lubię piłkę nożną w czasie Mistrzostw Świata, dyskusje z fanami narodowych drużyn są fascynujące. Włosi, którzy na początku zawsze brali mnie za „tedeskę” (Niemkę) i nigdy nie umieli zgadnąć mojej narodowości, byli miło zaskoczeni, że jestem z ojczyzny Bońka. Jego samego spotkałam na lotnisku w Rzymie przy odprawie do Warszawy następnego dnia po zakończeniu Mistrzostw i zachowałam się jak podekscytowana i egzaltowana nastolatka wołając „O pan Boniek!, pierwszy raz Pana widzę na żywo, wraca Pan z meczu?”..a mecz był w Monachium, a on sam też dziwnie odpowiedział „ Ja tu mieszkam”. To nie był na finałowym meczu?

A więc mecz Australia – Włochy, decydujący, który z zespołów po wygranej przechodzi do ćwierćfinałów, oglądaliśmy w ogródku pubu „Piccadilly” na Piazza di Vittorio Emmanuele w towarzystwie całej gromady ze statku oraz kilkorga włoskich przyjaciół.
 Wszyscy skłonni byliśmy kibicować Włochom, w końcu Australia nie ma prawie żadnej tradycji futbolowej, ale Jeff, inżynier ze statku jest Australijczykiem i na spotkanie przyniósł australijską flagę, którą ostentacyjnie wyeksponował, ustawiając ją na drzewcu koło oświetlonej palmy. A propos flag, sprzedawanie ich i innych narodowych akcesoriów poszczególnych drużyn było wtedy bardzo dochodowym biznesem.
 Jestem przekonana, że każdy Włoch miał swoją flagę. Przynajmniej wtedy, to państwo było najbardziej zjednoczone od czasów Garibaldiego. Australijczycy , szczególnie Mark Viduca grali ambitnie, a Włosi nie spodziewali się takiego przeciwnika i nie potrafili nawet strzelić bramki przez prawie cały mecz, dopiero w ostatniej minucie. W klubie „Piccadilly”, którego załoga „Herkulesa” nazywała „Margaritaville” (od słynnego klubu na Key West, gdzie RPM National Foundation ma swoją siedzibę), atmosfera była gorąca. Jeff, który wypił już kilka podwójnych drinków zdjął flagę z drzewca i odśpiewał swój hymn narodowy . Mecz już prawie się kończył, więc był przekonany o sukcesie swojej drużyny. Chyba Materazzi odebrał mu złudzenia strzelając bramkę, ale on tego nie widział. Chwycił za flagę i zaczął się wspinać na pobliski wysoki monument, gdzie chciał zawiesić swój triumf, dumę Australijczyków. Traktowaliśmy to, jako świetną zabawę, nie bojąc się konsekwencji. Amerykanie (większość załogi statku) czują się we Włoszech jak alianci po II wojnie światowej, pewnie i z umiarkowaną dozą ignorancji, a Australijczycy są totalnie odlotowi. Oprócz tych z Adelajdy, którzy są „en retard”. Jeffowi nic się nie stało, zszedł z pomnika, bez asysty „Carabinieri”, a Włosi bili mu brawo. Wieczór trwał dalej. Upał zelżał z 36 stopni do ok.27 i było bardzo przyjemnie. Oglądanie meczu potraktowaliśmy jako dłuższy aperitif, a teraz czas na dinner lub, jak to mówią Włosi: e ora di cenare.
  Chłopaki ze statku przyjaźnią się z Włoszkami, Carmen jest z Neapolu, Francesca z Palermo, a Giacoma z Trapani.
 Kim taki wesoły, obok Carmen i Giacoma oraz Edgar. To ujęcie mnie pogrubilo, czego nie toleruję. Poniżej już jak należy.
Z moimi Włoszkami, Francesca i Giacoma. Każdy spacer konczył się plażą, stąd to moje pareo.I na upał najlepsze.
  W tamtym towarzystwie już nie spędzę gorących wieczorów na drinku w „Bar Colonna”, który nazywaliśmy Barceloną albo Picadilly, czy na kolacji Da Pepe, Da Davido w Trapani, mieście dwóch Mórz – Tyrreńskiego i Śródziemnego.
Przed statkiem "moich chłopaków" w Trapani. Wybieram się na plażę.
Z urządzeniem, które Kim obsługiwał, remote operated vehicle. Penetrował dno morza w poszukiwaniu skarbów.

Ten gorący czas Mistrzostw piłki nożnej był naprawdę fantastyczny, wszędzie wielkie ekrany, flagi, transmisje w różnych językach (to już na Malcie) wspólne oglądanie, stawianie zakładów, radosne ekscytowanie się pytaniem „To dzisiaj za kim będziemy kibicować?”
 Pewnego razu, już na Malcie oglądaliśmy mecz o 3. miejsce Niemcy Portugalia. Byliśmy we włoskiej restauracji „Tre marie”, zajadaliśmy „Today’s goodies”–Lasagne e prawn, i  cieszyliśmy się z jedynego gola Portugalii. Rodziny niemieckie, które siedziały dookoła patrzyły na nas z nienawiścią. Tylko my klaskaliśmy po golu Louisa Figo ,a może młodego, przystojnego Ronaldo, nie mówiąc „ endschuldigen sie bitte”
Mecze oglądało się też na powietrzu, szczególnie te wieczorne. Tutaj ranne sprzątanie.
Po jakimś meczu z chłopakami ze statku.

Natomiast mecz finałowy Francja-Włochy oglądaliśmy też na Malcie we włoskiej restauracji „ Da Giuseppe”. Ja byłam za Włochami, a Kim za Francją. Maltańczycy kibicowali Włochom, międzynarodowe towarzystwo poubierane we flagi narodowe, bawiło się rewelacyjnie.
Fabolous players – oglądamy transmisję po angielsku, zawsze śmieszyły mnie te nazwiska („materac” „ maruda”, „bufon” „delpiero i „totti”...frutti), a potem na końcu  ta słynna scena Zinadine-Materazzi..
  Tamte wzruszenia, szczegóły upalnego lata przechowamy sobie z Kimem na zawsze. Chociaż on sam meczami tak bardzo się nie ekscytował (amerykańskie podejście), ale bawiło go moje zaangażowanie i entuzjazm.


 Powiem tak, Boże, jak na tej Malcie było pięknie i jaka ja wtedy byłam szczęśliwa. Każdego dnia byłam "oszalała z miłości'.



Ale nadszedł rok 2010 i mistrzostwa w RPA. Naszej drużyny nie było niestety. Moja koleżanka, która przyjaźni się z  zagorzałym fanem Holandii była na meczu finałowym. Wygrała Hiszpania. Zaraz po mistrzostwach spędziliśmy z Kimem wakacje na Costa Dorada. Atmosfera tamtej hiszpańskiej szczęśliwości nadal nam się udzielała.
Tarragona, gdzie zaklinaliśmy czas. Zdjęcie obok zegara słonecznego.

 I kolejne mistrzostwa  roku 2014 powitały nas, ale niestety oddzielnie. Kim we Francji świętuje ich sukcesy w Beziers, a ja tutaj wspominam. A moja córka nadsłuchuje portugalskiego, wspominając swój Erazmus w Algarve University. Na finał, nawet półfinał będziemy razem, ale czy wskrzesimy dawny entuzjazm?  Komu będziemy kibicować? Trzeba by pojechać do Goerlitz i będzie wesoło. Tak blisko. Sąsiedzi na pewno będą zwyciężać. Bycie we Włoszech, czy Hiszpanii, gdy szaleje  Mundial, to naprawdę znaczące doświadczenie i bardzo podniecające. Może za cztery lata znajdziemy się w jakimś godnym miejscu, aby powrócić do do tych wspaniałych, neoreligijnych futbolowych emocji.
 I 40 lat przeminęło w moich retrospekcjach. A mnie jeszcze w głowie per aspera ad astra i jutro popłyniemy daleko. Żeby się coś działo. Kim też taki dreamer i engine boat kupuje we Francji, to popłyniemy.
Może i wy czytelnicy powspominacie swoje Mundiale?