Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Moja enerdówkowa /n/ostalgia.

Przebywając czasami tak blisko granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, jak kiedyś nazywano granicę z NRD, żeby nie używać słowa niemiecka, nie bez przyczyny wracam myślami do dawnych czasów. Ostalgia to dla Niemców, bo ost-wschód, dla nas to enerdowskie wspominki.
Germaniści na studiach to było moje ulubione kumplostwo, Jako filolodzy mieliśmy chyba jakieś wspólne wykłady z psychologii, filozofii czy estetyki. W akademiku na piętrze mieszkałam z germanistami i w tym gronie byli też chłopcy, w których kochałam się na zabój. Jeden z nich nawet został moim mężem! Wołano na niego "Klaus" wtedy. Moja najserdeczniejsza przyjaciólka z roku też wyszła za mąż za germanistę, kolegę "Klausa"- Artura "Ui". Niedawno ceremoniowali 31.rocznicę ślubu. Studenci germanistyki bawili się wystawianiem wówczas wielu musicali i sztuk Brechta. Byliśmy w tym samym roku świadkami na swoich ślubach. Mój pierwszy mąż nie żyje już od wielu lat i te studenckie czasy to jakby inna epoka, ale wyświetla mi się fotograficznie. Germanistyka miała jakieś uczelniane kontakty z Rostockiem, oni spędzali tam semestr, czy miesiąc, albo byli wychowawcami na koloniach, organizowano też OHP. Chłopcy zaliczali chętne wyzwolone "Helgi". Ja jeździłam na wycieczki i były to wyjątkowe wyprawy w tamtych czasach. Ale się człowiek obkupił! A buty Salamandry to  był absolutny hit i szyk. Człowiek się czuł jakby wrócił ze zgniłego zachodu. W siatkach tłukły się małe butelki piwa i konserwy, ale potem były wytworne imprezy w akademiku. Pracowałam również w almaturowskich hotelach/ w naszych akademikach/ podczas wakacji i również grupy enerdowskie często się pojawialy. U nas swobodniej się zachowywali, bo u siebie byli takimi służbistami. Przez parę lat  wielkie paczki słał mi Lutz Mobius z Beucha, też świeczki i papier toaletowy, były lata 80-te. Szukałam go ostatnio przez internet, ale wszystko po niemiecku. W NRD najbardziej rozrywkową grupą studentów byli młodzieńcy z a Afryki, ja pamiętam takich  z Senegalu, czarowali pięknym francuskim, znali tez angielski i oczywiscie niemiecki. Ileż  dyskotekowych wygłupów z ich udziałem pamiętam, szczupli, wysocy, bardzo przystojni i mieli gest,  nie żałowano im rządowych stypendiów.
W Berlinie kiedyś poznałam kogoś z otoczenia Guntera Grassa, młodego asystenta,czy kogoś, tak sie przynajmniej przedstawiał, Helmut miał na imię i był absolutnie wyjątkowo inteligentny, a ja na takich reaguję bardzo entuzjastycznie. Od tamtych klimatów lubię angielski z akcentem niemieckim, tez i duńskim. To były czasy oskarowego  filmu Blaszany bębenek, dużo o nim wiedziałam, bo grał tam Daniel Olbrychski i w ogóle był sezon i moda na Guntera Grassa. Byliśmy , a jakże, w restauracji  na wieży telewizyjnej.
Z rodzinką z Zagania jeździłam do Cottbus i Drezna, ale i z rodzicami, i wtedy byłam młodsza, więc szaleństw żadnych nie odnotowałam, tylko niezmierną radość z dziecięcych zakupów, mazaków, notesików, napojów w małych buteleczkach, u nas takich nie było. Najbardziej pamiętam kakao na zimno.
Takie to były incydencje, epizody i koleje losu, chociaż biedne lata 80-te, ale epoka studencka, która dla mnie nadzwyczajnie obfitowała w rozmaite przygody.
Z Misterem też byłam w Berlinie, wracalismy z Miami, przez Londyn. Staliśmy, jak kiedyś sie mówiło w najwytworniejszym hotelu w Berlinie, Kempinski - koło Bramy Branderburskiej. Ale ten czas, chociaż nieodległy, bo 4 lata tem, w gajówkowym kontekście, wydaje się być bardzo efemeryczny.Bardziej zamierzchły niż te studia 30 lat temu:)
A teraz mieszkam sobie 40 km od granicy niemieckiej i wycieczki śladami np. Hrabiny Cosel i saksońskich władców to na nowo coś dla mnie fascynującego, literatura i historia, pierwszorzędna kombinacja dla mnie.
Serdecznie witamy!
Drezno w dawniejszych latach kojarzyło mi się ze słynnym nalotem dywanowym aliantów w 1945r. i filmem "Dziś w nocy umrze miasto". Obecnie  najpiękniejsze miasto baroku” lub „Florencja Północy”, znajduje się tu wiele zabytków i muzeów, słynna jest  Galeria ObrazówZwinger  (Gemäldegalerie Alte Meister) uznawana za jedną z najsłynniejszych w świecie. Stanowi swoisty symbol nie tylko Drezna, ale i całej dawnej Saksonii. Jest to zespół pałacowy, dawniej mieszczący się pomiędzy wewnętrznymi i zewnętrznymi murami miasta, dziś centrum kulturalne i obraz dawnego przepychu królewskiego.Obok stoi Opera Semper.
kawa Pompadour naprzeciwko gmachu Opery.

Opera Semper.
Wejscie do Zwinger.

Zwinger.
Zwinger


Zwinger
Czar Drezna  przenosił mnie w moje ulubione obszary literackie. Przypomniało mi się,że to tutaj Adam Mickiewicz napisał III część „Dziadów". W swoich listach piękno Drezna sławił Juliusz Słowacki. W Dreźnie tworzył także Karol May, autor słynnego wśród wszystkich fanów dzikiego zachodu „Winnetou". Koncert dawał Ryszard Wagner. Wreszcie bombardowanie miasta podczas II wojny światowej zainspirowało Kurta Vonneguta do napisania powieści „Rzeźnia numer pięć".
Spacer wzdłuż Dresdener Schlosser  zabiera nas i w naszą historię, królowie Wettynowie byli i naszymi królami i zapisali sie też  na kartach literackich. Przewodnik nie mogł nie wspomnieć o Hrabinie Cosel i jej Pałacu dobudowanego do krolewskiej budowli.
Elegancki pomost do komnat Hrabiny Cosel.


Drezno tak mnie zadziwiło, jak kiedyś Praga, a bo wszyscy tylko zachwycają się  Francją, Włochami, a nasi sąsiedzi, kiedys państwa wielkich Cesarstw, Królestw też obfitują w niezwykłe miejsca. I tak sobie pomyslałam, ze na randki z męzem chetnie jezdziłabym do Drezna, tez mają hotel Kempinski , rejsy po Łabie są takie romantyczne i aleksandryjskie nastroje zapewnione.Przeewodnik nawet zachecał.


Jakby Florencja

Moje koleżanki na wycieczce.

Stajnie Królewskie.
A schody tu prowadzily jakby Hiszpańskie czy Odesskie

Hofkirsche-barokowy koścół z kryptą Wettynów.
A innym razem zwiedzałam twierdze i zamki Saksonii i zaczęłam od Stolpen, gdzie więziono Hrabinę Cosel.


 
Komnaty Hrabiny Cosel w Stolpen jako więźnia.


Hrabina Cosel w czasach świetnosci jako metresa Augusta Mocnego. A potem 49 lat, az do smierci była więźniem w twierdzy Stolpen

Twierdza Stolpen.

 A następnie pojechaliśmy podziwiac  Bastei,  imponujące naturalne skalne miasto , położone nad rzeką Łabą w pobliżu uzdrowiska Rathen i malowniczej wioski Niederrathen,

nasz lunch
 to największa atrakcja turystyczna i krajobrazowa na terenie Szwajcarii Saksońskiej (Sächsischen Schweiz).


Te spektakularne formacje skalane powstały miliony lat temu w wyniku erozji wodnej i wznoszą się dziś majestatycznie na blisko 200 metrów nad poziom doliny rzeki Łaby.


W pierwszej połowie XIX wieku wybudowano tu efektowny blisko 80 metrowy kamienny most, Łączący skały z ruinami dawnego średniowiecznego Zamku Neurathen.



Spacer pośród tych niesamowitych form skalnych dostarcza niezapomnianych wrażeń. Widoki z mostów oraz zawieszonych na skałach licznych platform widokowych na przełom Łaby i okolicę, potrafią przyprawić o zawrót głowy każdego miłośnika górskich wycieczek.



Na terenie Bastei znajduje się także skalny amfiteatr -Felsenbühne Rathen, w którym w sezonie letnim organizowane są różnego rodzaju spektakle i przedstawienia.\

Amfiteatr z góry.

W czasie wakacyjnym lub w okresach świątecznych Bastei są  oblegane przez rzesze turystów, co widać na zdjęciach.
Wycieczka trwała, pogoda obdarzała nas słonecznymi względami, a leniwy rejs po Łabie to  zupełna aprobata wycieczkowych wrażeń.
Zaczęłam od deseru.


Potem odszukałam łódź ratunkową.

I podziwiałam widoki.



też musiałam się gdzieś przeglądać i zachwycac się moją zgrabną figurką. Statek mianował się Dresden.
I  po tym orzeźwiającym rejsie pojawilismy sie w twierdzy Konigstein,
ktora stanowi jedyny w swoim rodzaju przykład europejskiego kunsztu budowy twierdz,  wywiera niezapomniane wrażenie na wszystkich, na mnie też. Położona  jest na płaskowyżu wznoszącym się 247 metrów nad poziom Łaby.
Ponad 750 lat historii stworzyło twierdzę z imponującym zespołem budowli obronnych w stylach architektonicznych późnego gotyku, renesansu, baroku i stylu budowlanego panującego do końcu XIX. wieku.






A za murami takie miłe miasteczko.



I próbowałam byc modelką, ale fotograf coś za daleko odszedł.
W poszukiwaniu czegoś do zjedzenia i picia.
 
 Taaki klucz do mojego serca, hehe. 


niedziela, 10 sierpnia 2014

Kronika olsztyńska.

 Post ten poświęcam Ali, mojej dawnej bliskiej powinowatej, od lat serdecznej przyjaciółki. Tydzień spędzony na Mazurach to był doskonały ratunek i pociecha na mój  "exodus" z gajówki, na moje czasowe odstąpienie od tamtych marzeń. A kapitulacją zupełną może być Adriatyk u córki.
Towarzystwa w mazurskich wycieczkach  dotrzyma nam Konstanty Ildefons Gałczyński i jego Kronika Olsztyńska.

Rano słońce, rano pogoda,
idziemy do kąpieli.
Sama radość! Sama uroda!
Jak tu się nie weselić?


Plaża nad jeziorem Wałpusz.

Plaża miejska w Szczytnie.

Jezioro Narty.


Z sosny słychać dzięcioła stuk.
A tutaj ryby bryzg! Spod nóg. 

Jezioro  Wałpusz.



Ech, bracia, wpław! I płynąć, pływać,
aż tam, gdzie z drugiej strony
wiatr, roześmiany wiatr przygrywa
na sitowia strunach zielonych.
Gdy trzcina zaczyna płowieć,
a żołądź większy w dąbrowie,
znak, że lata złote nogi
już się szykują do drogi. 

Stąd zaczynamy przygodę z kajakowaniem.

Krutynia w Spychowie.





Kieruję na szuwary.

Jak się stąd wydostać?



Lato, jakże cię ubłagać?
prośbą jaką, łkaniem jakim?
Tak ci pilno pójść i zabrać
w walizce zieleń i ptaki?
Ptaków tyle, zieleni tyle.
Lato, zaczekaj chwilę. 

Zamyślona Ala.

Czyżby ostatnie promienie słoneczne tego lata?  Nie, sierpień nas rozpieszcza  upalną pogodą.

A jakie snopki dorodne, zapraszają do zdjęcia.


 

W samym środku rozległe jezioro,
nad jeziorem gwiazd modrych kilkoro,
a na brzegu posępna olszyna; 


 Jak Wenus pachnie szałwia.
Ptak siada na ramieniu.
Komar płacze w promieniu.
W dzień niebo się zaśmiewa,
a nocą się rozgwieżdża,
gwiazdy w gniazda spadają.
Żal będzie stąd odjeżdżać. 


Migawki z jeziora Narty.




Na olszynie nieruchome ptaki,
a w zatoce zębate szczupaki, 


Jeden ze smacznych obiadów spożywałyśmy w Szwaderkach koło Olsztynka, gdzie podają rybki prosto z jeziora i stawów hodowlanych. A przecież moja córka studiuje rybactwo w Olsztynie i ten temat jest jej szczególnie bliski. Zajadałyśmy smażonego lina z sałatką koprowo-kapuścianą. Co za boski smak.



Można samemu sobie złowić rybki, jeśli sie posiada stosowną kartę  uprzywilejowanego członkostwa.


 I dla córci specjalna dedykacja u mnie, najsłynniejszy cytat z Gałczyńskiego. Tyle przygód jeszcze przed nią. W tamtym roku studia erazmusowe w Portugalii, teraz praktyka w Instytucie Oceanografii w Splicie. Potem Szkocja, Kanada, czas na życiowe przygody.
Jutro popłyniemy daleko,
jeszcze dalej niż te obłoki,
pokłonimy się nowym brzegom,
odkryjemy nowe zatoki;

nowe ryby znajdziemy w jeziorach,
nowe gwiazdy złowimy w niebie,
popłyniemy daleko, daleko,
jak najdalej, jak najdalej przed siebie.
 


Takie piękne chaty mazurskie widziałam, w Spychowie i wiosce Klon, jakby skansen. Chatki dawnych  rybaków, może też strażników leśnych, jak u Gałczyńskiego. Obecnie wiejskie biblioteki, lub lokalne drobne wytwórnie spożywcze. 
 Dobrze jest nad jeziorem
nawet porą deszczową.
Leśniczy wieczorem
lampę zapala naftową,
po chwili we wszystkich pokojach
naftowe lampy płoną
a cienie od rogów jelenich
rozrastają się w nieskończoność.
Psy szczekają.
Trąbki północy bliskie.
A chmury pędzą po niebie
jak wielkie psy myśliwskie
Noc się wypogodziła.
Księżyc mruczy i świeci.










Spływają krople z ula.
Woda z jabłoni kapie.
Hej, deszcz po polach hula,
bo nie ma żadnych zmartwień.


Błyska się. Piorun broi.
Lasowi moknie broda.


Burze grzmiały piorunami codziennie wieczorem, w nocy, nad ranem. Orzeźwiały się upalne leśne polany, ścieżki miejskie i wiejskie,  plaże nad jeziorem, ochładzały mieszkania. Zmartwienia też pojawiały się tuzinami, ale dało się ich przegadać, oswoić, pocieszyć. Nasz zapał w debacie o życiu na zasadzie  doświadczeń wieloletniej przyjaźni, liczonej dziesiątkami lat, zbliżonych profesji, chociaż różnych pracodawców, wydawał się w tym względzie bardzo znaczący. Tematy przesuwały się lawinowo i kalejdoskopowo. Jak miło było wspominać Francję z profesjonalistką. Oglądałyśmy nawet teatr Kobra.
Nowy dzień wstawał słoneczny i beztroski.

 O przyjaciele moi,
jutro znowu pogoda! 

Do łóżek musiałyśmy się przeganiać, bo żadna nie chciała kończyć dyskusji i tyle jeszcze do powiedzenia, przekazania, oszołomienia, że ktoś czuje podobnie i rozumie, a Gałczyński powie tak:

jeszcze tyle byłoby do pisania,
nie wystarczą tu żadne słowa:
o wiewiórkach, o bocianach,
o łąkach sfałdowanych jak suknia balowa,
o białych motylach jak listy latające,
o zieleniach śmiesznych pod świerkami,
o tych sztukach, które robi słońce,
gdy się zacznie bawić kolorami; 

 
I Klenczon zaśpiewa " Wróćmy nad jeziora,
Na wędrowny rejs;
Znajdziesz tam cel swojej drogi
Wśród szumiących drzew"



Mnie  chyba został tylko nastrój z przeboju Wandy Warskiej "Róże, róże są tylko róże".

A w tym ogrodzie róże zachwycały.

I lawenda piękniejsza niż we Francji.

I na koniec mała czarodziejka z zaczarowanego ogrodu powie sekrety życia.


Jest małą Madzią, Dominiką i Karoliną. I już wiem o co chodzi.