Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 6 września 2014

Przemiany w Gajówce.Terre-à-terre comme Madame Ewelina Royska.


Ten obfitujący w zdjęcia post o naszym domu w Gajówce dedykuję moim  wspomagającym sąsiadkom, blogerkom i tym przemiłym koleżankom, które znalazły mnie gdzieś w wirtualnym świecie, odwiedziły i dodały otuchy.

Dur à croire qu'une aussi jolie fille puisse être si terre à terre.
Pozwoliłam sobie rozpocząć tak po francusku, żeby się lepiej poczuć na salonach w gajówce:) Całe wakacje poświęcałam czytaniu literatury klasycznej, którą uwielbiam ponad wszystko i tak zajęłam się głównie grubymi tomami powieści "Noce i dnie" oraz "Sławy i chwały". To jak powrót do źródeł i oparcie w tej wiejskiej "sielance". W telewizji też leciał serial "Noce i dnie" i moje wieczne porównanie do Barbary Niechcicowej podwójnie się objawiało, i w książce i w filmie. Za każdym razem jednak symboliczne wspomnienie Toliboskiego mieni mi się w różnych mężczyznach, ostatnio nawet Mister się załapał, ten z francusko-maltańskich czasów, bien évidemment. Oglądając Hrabinę Cosel na zamku w Stolpen też widziałam Jadwigę Barańską. Ale wracając do tego "terre à terre", Michasia, siostra Eweliny Royskiej tak ją określiła, kiedy ona przestała bywać w towarzystwie i zajęła się uprawą ziemi. Stała się taka prozaiczna. Żyjąc nieustannie w świecie literatury, bo tylko ona może być dla mnie inspiracją, zebrałam myśli i znalazłam wytłumaczenie dlaczego powinnam zająć się tą gajówkową ziemią i "posiadłością".
I muszę przytoczyć taki fragment z Iwaszkiewicza: "Pani Royska mimo lat, które mijały, nie traciła zdolności przystosowywania się do biegu życia. Jej entuzjazm nie przybladł, przygasła natomiast jej egzaltacja. Cioci Michasi nie podobała się ta nowa faza jej siostry. "Jakaż ta Ewelina staje się pospolita, terre à terre.."-powiadała swoim znajomym...Działalność pani Royskiej była zresztą jak gdyby zawieszona w powietrzu- nie przyświecał jej żaden określony cel: przecież nie dla Walerka oczyszczała majątek...Ale pani Royska nie miała wątpliwości co do swojego postępowania, tak było trzeba". Nie robię tego ani dla Magdy, ani dla Dominiki, ani nawet dla siebie. Moje literackie olśnienia stały się nagle bodźcem do pracy, "tak trzeba", dla bohaterów  "Nocy i dni", "Chłopów" i "Nad Niemnem", dla ziemi, dla domu, a przede wszystkim dla moich rodziców, którzy kochali uprawiać swoją działkę i ojciec kochał swój Daromin.Lubił jeździć na wieś. Taka  wzniosłość i  egzaltacja może i na pewno jest przesadna, ale naprawdę tylko tym tłumaczę swoją pracę na rzecz gajówki.
I dojrzałam do tego, żeby pozamieszczać zdjęcia, tak było, tak jest. Mnie również to fascynuje teraz, chociaż były chwile, że bardzo żałowałam swojej decyzji kupna tej ruiny, ale praca u podstaw, to przecież jak pozytywizm! Wakacyjna hacjenda, dacza, siedlisko, gospodarstwo,oaza , strzecha, ognisko domowe, przybytek, zagroda, własny kąt, a lary i penaty to po prostu genialne. Odległej analogii do Wiśniowego sadu też można się doszukać.

Dom z boku w momencie zakupu.

Pierwsze kopanie koło domu w zeszłym roku. Nie miałam na to siły zupełnie, wszystko było takie zarośnięte. Najpierw tym zajęli się  bliźniacy, bo ja bym łopaty nie wbiła. Nigdy nie pracowałam fizycznie i nie znoszę być praktyczna, zapobiegliwa i oszczędna. Ja nie mam siły, żeby unieść walizkę, nawet ciężki garnek na kuchni, a co dopiero kopać ziemię, wozić taczkami, albo malować ściany czy te piękne drzwi. Ręce mnie bolą, w głowie mi się kręci, a kręgosłup mi się łamie. Ale jak coś zacznę, to lubię skończyć i to szybko, bo jestem  bardzo niecierpliwa. Na szczęście moje projekty nie wymagają wielkiego poświęcenia i trudu. Efekt dosyć szybko jest widoczny. 


Ale tak to wyglądało po miesiącu. Nie czułam kręgosłupa, ale gracką wykopałam wszystkie chwasty, zgrabiłam ziemię i zasadziłam aksamitki. Ale czemu tak mało?
W tym roku odkopałam trochę więcej ziemi wzdłuż domu i zasypałam korą, zeby zapobiec chwastom. Pod koniec sierpnia posadziłam wrzosy, a wczesniej jeszcze inne kwiaty, ale nie pamietam nazw.

Drzwi wejściowe w momencie kupna.

Drzwi do stajni w momencie kupna, teraz to pomieszczenie służy nam jako narzędziownia na razie.
A teraz to mój bajkowy  świetlisty domek.
Zarosniety dom z przodu- w momencie kupna. Zauroczyły mnie wtedy odrapane tynki  i ten niemiecki fachwerk. Takie domy bywały w Bretanii i w Yorkshire.

W zeszłym roku rozpoczęłam kopanie gracką i łopatą wzdłuż ścian.
A w tym roku urosły takie piękne zioła, aksamitki....

...jakieś pnączowate, bratki, a kamyczki uwydatniają kolory kwiatów.
Drzwi boczne do budynku gospodarczego i zarośniete podłoże  rok temu.

Umalowałam wszystkie drzwi zęwnętrzne na niebiesko, to taka francuska reminiscencja.
A taka kupa kamieni olbrzymów i śmieci piętrzyła się z boku budynku gospodarczego. W zeszłym roku Mister to uprzątnął koparką. Kamienie zachował, bo są bardzo dekoracyjne.

W tym roku wszystko to wyplewiłam, wykopałam co się da, wygrabiłam kilka taczek ziemi ze śmieciami i zasypałam korą, posadziłam wrzosy.

Wrzosy lubią półcien, tu chyba mają idealnie.
W zeszłym roku jeszcze tak to wyglądało z tej strony, zanim Mister nie pozbył się śmieci i nie wyciął krzewów. Budynku nie było widać spoza chaszczy.

Na wyciętych pniach ustawiłam ozdobne "doniczki".

Budyneczek jest widoczny. Tu było idealnie posiedzieć w czasie upałów. Słonce dopiero pokazuje się ok.17.
Budynek gospodarczy, który stoi naprzeciwko domu był wiekowo zarośnięty zielskiem i dach zasłaniał widok z domu. Juz w tamtym roku Mister rozebrał  ten dach i zrobił niby taras,a w tym roku powstała moja duma beach bar. Zdjęcia poniżej.

Grządeczka przy studni, niedaleko tej wtedy  bujnej trawy i zarośli.
A te śliczne drzwiczki były obok tej zarośniętej budy powyżej. I nawet konopie wyrosły, hehe.

Oprócz grządek dookoła budynku- beach bar widać też naszą Suzankę. A trawę trzeba ścinać co tydzień, tak szybko rośnie.

Kamienie to moja pasja, zbieram je zewsząd i robię granice grządkom. Widziałam to we Francji i tak mi się podobało.

Beach bar to  moje ulubione miejsce na śniadanie i odpoczynek na hamaku.

Uwielbiam te  kanki zakupione na złomowisku, również garnków emaliowanych.

"Beach-barowe" dekoracje.
Moje śniadanie, grzanki francuskie, owoce i widoki na przyszłość z ranną refleksją.
Z prawej strony widzimy kominek na powietrzu. Wspaniale było siedzieć  sierpniowym wieczorem w świetle ognia, ktory grzał  i dodawał otuchy.

Skalniaczek się tworzy.

Zamieszczę jeszcze więcej zdjęć z wnętrz dla porównania, bo nie wiem, kiedy znów coś napiszę i chciałam zamknąć ten temat. Zacznę od drzwi, bo to moja chluba i ambicja. I koniecznie musi być Suzi na wakacjach.
Drzwi do kuchni i pokoju dziennego na dole.

Teraz jeszcze ładniej wygląda w tle, bo Mister wreszcie pomalował hol na żółto i zielono.

Drugie drzwi wejściowe w domu przed skuciem tynków.
Tak to mniej więcej wygląda teraz. I drzwi widać trochę.

Ulubione zajęcie Suzy, gryzienie kawałka drewna.

Suzy czyta ulotkę o Berlinie.

Suzanka zasypia na poduszce z Berlina i mojej torby z zakupami pamiątek.
Pokój gościnny w zeszłym roku w czerwcu, poniżej teraz.

To zdjęcie z listopada też zeszłego roku, ja się tak szybko uwinęłam z pracą wtedy. Teraz lepiej wygląda. Nie mam świeżych zdjęć tego kącika, bo zawsze się czymś zdenerwuję i wyjeżdżam wcześniej, niż zaplanowałam.
Drzwi do gościnnej sypialni na górze.

Zdjecie z zeszłego roku, teraz  lepiej wyglada, ściany są żółte i ten brąz świetnie się komponuje.
Drzwi do naszej sypialni na górze.

Zdjęcie z zeszłego roku, teraz przy umalowanych scianach i schodach drzwi wyglądają po prostu genialnie. Kocham je, te z okienkiem do łazienki.
Tak wyglądała sypialnia w zeszłym roku w sierpniu, później Mister zabrał sie do roboty i kiedy przyjechałam pod koniec września taka sypialnia mi pojawiła mi się przed oczami.

Tu miejsce wypoczynkowe.


W obecnej gościnnej sypialni najpierw był urządzony nasz pokój, tak wyglądał w zeszłym roku, ponizej teraz.

Nasz pokój dzienny połączony z kuchnią rok temu, dokładnie w czerwcu. Potem bliźniacy skuli tynki i resztki betonowej podłogi.
Duży stół na środku pokoju.
Ceglane ściany stanowią duży urok, ale ja wolałabym pomalować conajmniej dwie ściany, albo chociaż wybrane elementy. Na tym tle są nieporozumienia, Mister pozawieszał dużo dekoracji. Sama kuchnia jest jeszcze prowizoryczna, ale lubię w niej gotować i spożywać posiłki.
I to by było na tyle. Mam tam jechać pod koniec września, to zrobię najnowsze fotki i porównam z przeszłością. Nadal mam do pokazania parę drzwi, hol na górze i na dole, łazienkę. I ogród się rozrośnie, bo przywiozę zaszczepki od koleżanek.
I tak zadziałała na mnie literatura. Żyję w świecie fikcji i poezji. Realizm "Menażerii ludzkiej" mnie niezmiernie płoszy. I nie dla mnie  naturalizm, a nawet turpizm, bo nie wychowałam się na Zoli, tylko na wielkiej poezji modernizmu. I to jest mój problem. Nowe życie tak, ale według moich standardów. A to się nie da.