Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

piątek, 22 września 2017

Najlepszy adres w miescie.

Takiej długiej przerwy w pisaniu nie miałam nigdy wcześniej. Nawet w Anglii pisałam posty na smartfonie, a teraz tak zeszło. Już nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie powrócę do blogowania i odwiedzania moich blogowych kolezanek..
Trzy miesiące trwało kilka różnych przeprowadzek, zmian pracy w naszej rodzinie, czy operatorów internetowych, które zakłóciły nasze zwykłe bytowanie. Dominika z Matyldzią długo żegnały się z Olsztynem i przez Świętokrzyską Polanę w Zagnańsku, znalazły się na Kochanowskiego, Magda ze Słonka pojechała na Jaśminową, a ja z Gajówki i Kochanowskiego na Słonko. I tym sposobem wylądowałam pod najlepszym adresem w mieście, jeżeli by rozpatrywać blokowe rezydencje, hehe. Wszystko mam w zasięgu, park, miejsce pracy, banki,urzędy, miejskie i powiatowe, parę  mniejszych supermarketów, lekarzy, dentystów, basen, mały bazarek z najświeższymi dostawami, super sklepy mięsne, kilka zakładów fryzjerskich i kosmetycznych, kościół, poczta, restauracje, bary i co tam jeszcze? Proszę dopisywać kto wie. Dla mnie wszystko. Nie muszę używać samochodu. Tzw. Słonko jest teraz centrum miasta prawie, budowane z głową na początku lat 70. jest oddalone od ulicy i bardzo ładnie zagospodarowane. Mieszkałam tu kiedyś z rodzicami i taki powrót pod ich niebiańską opiekę bardzo mi odpowiada. To chyba będzie już mój ostatni adres w Ostrowcu, chociaż w świecie to na pewno nie.
Tak po kolei wg wpisów na facebooku. Piękny pogodowo czerwiec najbardziej uroczysty był w dniu moich imienin, ale bynajmniej nie z tej okazji. Dominika się obroniła i uzyskała tytuł magistra inżyniera w zakresie zarządzania gospodarką wodną, ochroną środowiska wodnego i weterynarią rybną.
Sądząc z uśmiechow wszyscy sie cieszyli.
Obrona w czwartek, a w sobotę już do pracy.  Zachęcam do wizyty, całe wakacje tam spędziła, a ja zabawiałam się z Matyldzią. Oceanarium w Zagnansku koło Kielc i cały kompleks turystyczny.
to tutaj
Moje blogowanie ostatnio stało się takie rodzinne i urzeczywistnia się, co jest najważniejsze w moim życiu, aczkolwiek przebłyski moich   upodobań uwidoczniają się także.  Iwaszkiewicza w Stawisku  po drodze do Olsztyna musiałam odwiedzić i zakupić parę książek. A teraz po raz kolejny czytam Sławę i chwałę, to takie moje estetyzowanie i Szymanowski jako Edgar,
Gabinet pisarza w Stawisku.
Moje małe gwiazdeczki rosną i są absolutnie cudowne. To wspaniale obserwować ich rozwój. A te cztery miesiące różnicy jeszcze teraz są widoczne i to jest bardzo zabawne oraz rozkoszne.
Na początku lipca, Ewcia zajęla krzeseło Matyldzi.

Czytamy książki.

Takie było gorąco w połowie sierpnia. Golaski z babcią.


Mamy swój domek, a Ewcia znowu zajęła wózek Matyldzi, sama się do niego wspięła.

 Magda  na swoje 33.urodziny i rok po ślubie przeprowadziła się do własnego domu, to zdecydowanie znakomite osiągnięcie w tym chrystusowym wieku.
W jadalni z widokiem na kuchnię.
Z okazji różnych rocznic zakończenia mojej edukacji odbyło się parę koleżenskich imprez, z czego najmilsze było spotkanie przyjaciół ze szkoły podstawowej nr2 im.T.Kościuszki. Prześcigaliśmy się pamięcią o naszym patronie, widać, że sami wzorowi uczniowie się spotkali:) Kolega -oficer straży miejskiej  pamiętał, że Kościuszko dostał Order Cincinnati z napisem "Omnia reliquit servare republicam" i nie uwierzycie, ale recytowaliśmy wiersz Na Krakowskim Rynku  wszystkie dzwony biją, cisną się mieszczanie z wyciągniętą szyją, na Krakowskim Rynku tam ludu gromada, Tadeusz Kosciuszko tam przysięgę składa.  
Mieliśmy doskonałych wymagających nauczycieli. Taka niezwykła więź i  zażyłość może byc tylko możliwa, gdy spędzi się ze sobą lata szkolne i dzieli wspólne podwórko. Podobnie na spotkaniu licealnym popisywałyśmy się znajomością dzieł literackich oraz umiejętnościami wnucząt. I tak absolwentki, które się zebrały, to same późniejsze nauczycielki, hehe. Bo spotkanie akurat odbyło sie w zakończenie roku szkolnego.
Przyjaciele z podstawówki dwójki, głównie z ulic Iłżecka, Polna i Mickiewicza, bo to czasy tzw.rejonizacji. W upalny lipcowy dzień skryliśmy się w kamiennych murach.

Klasowe koleżanki z okazji 40-lecia matury! Unbelievable. W restauracji koło mojej szkółki, bo widac nasze muralia. W tej samej sukience mi się nawet trafiło.
Kolezanki z 12stki w gościnie u mojej bratowej, tez z 12stki! Szkoły już niestety nie ma, podobnie jak wspomnianej dwójki, ale nauczycielki zostały i ile wspomnień. Zlikwidowano 5 szkół w moim miescie w ostatnich latach. Powstały w tym miejscu stowarzyszenia, i budynki są wykorzystywane.
Z moją uczennicą na wspominkach. Obecnie tez nauczycielka i prężnie zarządza lokalną szkołą.

Na balu absolwentów różnych roczników mojego liceum. Tu ze starszymi kolegami,  znakomitymi tancerzami, widać to z wiekiem przychodzi.
Lato trwało, a ja wybrałam się nad nasz kochany Bałtyk, nad którym nie byłam 13 lat! Od 2005 do teraz spędzałam wakacje nad innymi morzami, ciepłymi i czasami bez fal, zupełnie nie orzeźwiały i na ochłodę trzeba było chodzić do klimatyzowanych pomieszczeń. Bałtyk się ucieszył z mojego wyboru i obdarzył mnie wyjątkową pogodą. Gdy tylko przyjechałam do Jastrzębiej Góry, przeszłam się odwiedzić Zeromskiego w Rozewiu. Nasz krajan na Pomorzu, zawsze mnie to wzrusza i ten Wiatr od morza.
Niezła fotka mi się udała, nie?

Z Żeromskim nostalgicznie.

"Morze zmywa nieskończonym chlustem cokolwiek w duszy człowieka jest bojaźnią wobec tyrana lub wobec tłumu, cokolwiek jest przesądem, zabobonem, co jest zastarzałym błędem myśli, z choroby lub głupoty narosłym.
Morze odmywa i odkurza wszystko, co jest przemijające, podatne, słabe, sypkie, co się da odłamać, oderwać, rozprószyć.
To, co po pracy tych fal w człowieku postanie, jest już naprawdę trwałe i niewzruszone jak skała" . Takie smętkowe myśli Żeromskiego znalazłam.

Molo w Juracie. Już żadnej bojaźnie we mnie nie ma, świat nalezy do mnie. Trzeba dobrze odczytywać klasyków.

Tak się cieszę. Z pewnoscią morze mnie obmylo i odkurzyło, to, co przeminęło. Żeromski miał rację.

"Od morza w tym roku powiało silnie. Wokół Wybrzeża skupiały się myśli całej Polski. Tu gromadziły się trudne do przewidzenia  chmury. Potem prognoza poprawiła się. Powiało. Wiatr od morza. Wiatr w żagle."
Tak to już jest, że dzieła sztuki, książki powstałe niekiedy przed wiekami nagle aktualizują się, zyskują na znaczeniu. Tytuł morskiego, wybrzeżańskiego eposu Żeromskiego podzielił ten los. Stał się hasłem wywoławczym. Trafną metaforą czasu przemian. Jego szklane domy też wybudowano. Kocham Żeromskiego jak Iwaszkiewicza za piękny, staroświecki język, jak również wypełniony oryginalnymi, wyszukanymi neologizmami. Ta latarnia poniżej też go inspirowała.
O potędze krzyzackiej Żeromski też pisał, a ja pierwszy raz pojechałam do Malborka. Dziesiątki  razy byłam w młodości nad morzem, czy na Warmii i Mazurach. Widziałam tak wiele innych krzyżackich zamków, najczęściej tego rozpowszechnionego przez Sienkiewicza w Szczytnie, ale dziwnym trafem omijałam Malbork. Et, voila, here Iam:
I nasze piękne upalne wakacje trwały, gdzie tylko byłam, czy w domu, czy gdzieś na wyjeździe towarzyszyło mi słonce. Już nawet miałam tego dosyć, bo  cały czas też się przeprowadzałyśmy i nieprzerwanie te rzeczy trzeba było pakować, znosić i wynosić, i bezustannie sprzątać.
Dominika pracowała w wakacyjnym kurorcie, a ja podróżowałam z Matyldzią po koleżankach i rodzinie. I obowiązkowo co weekend u Magdy.
Bajkowy domek mojej kolezanki.

Matyldzia odpoczywa wśród kwiatów nad Kamienną.
Takie smieszne minki na selfie.

Taki mam namiocik! U Karoliny i Weroniki.
Wreszcie upragniony najlepszy adres w mieście stał się moim udziałem i delektuję się najświeższym towarem warzywno-owocowym ze Słonka, tudzież innymi smakołykami piekarniczo-mleczarskimi. Cząstka pepieuxowskiego domu znalazła tu miejsce nawet.
Brakuje paru butelek wina.

z francuskiego vide greniere za 10 euro, hehe.
Małe panieneczki rosną i już do naszej szkółki przychodzą, tyle się tu dzieje na nowo.
W biurze.
Koniec wakacji dla nas, to nowe wyzwania i inspiracje. Nigdy mi nie żal, że się kończą, naprawdę! Uwielbiam, gdy pojawiają się nowi klienci, nasi uczniowie młodzi i starsi.
Tak pilnie słuchamy.
 W obfitości materiał do kształtowania i szlifowania, do zabawy psychologicznej i wyrażania poglądów. Już wiem, że z Tomkiem i Łukaszem będę miała dużo pedagogicznej satysfakcji.
I fb na tapecie, jak wszedzie w biurze...


niedziela, 11 czerwca 2017

Komu łatwiej uczyć się języków obcych?

Wyobrażacie sobie sytuację, gdy nie macie  dostępu do autentycznych materiałów językowych, czyli w praktyce brak internetu? Jeszcze ok. 25 lat temu uczyliśmy się języka tylko na podstawie podręcznika, dosyć schematycznego, ale z dobrą gramatyką i ewentualnie na piosenkach. Gazety, czy książki  przemycane zza granicy latami służyły jako materiały metodyczne. Mam do tej pory francuski książki przywiezione z Algierii w 1978r.
Kończy się kolejny rok szkolny, 35 lat  szkolnej pracy za mną, albo dłużej, bo już na pierwszym roku   dorabiałam sobie ucząc języka angielskiego. Nie pamiętam, jak zdobyłam pierwszych klientów, studiowałam  przecież wtedy polonistykę, but I recollect my students very well- ale ich sobie dobrze przypominam. To był Rzeszów i wszyscy moi uczniowie mieli rodziny w USA.  Zawsze częstowali mnie smakołykami amerykańskimi, malutkie paróweczki w konserwie to był absolutny hit dla mnie, albo bułeczki obłożone szynką konserwową. Chyba w studium językowym się ogłosiłam, bo mnie lektorka chwaliła od początku, nawet zwolniła z zajęć. Chodziłam potem na francuski i też bardzo się starałam, podobnie na rosyjskim i łacinie. Nie dostałam się wtedy na filologię angielską , chociaż egzamin  był zdany przyzwoicie. Dostać się na anglistykę w latach 70. to było mistrzostwo świata.  UMCS zaproponował polonistykę w swojej rzeszowskiej filii, pojechałam, zobaczyłam, ale to była WSP, veni, vidi, vici w rezultacie. Zwiedziłam pół świata dzięki studiowaniu w małej społeczności, łatwiej się było załapać na tzw. promesy dolarowe.
A studia z zakresu języka angielskiego kontynuowałam  już w demokracji. Nawet regularnie w UK.
Pod hasłem Polak potrafi. Polish Barbecue.

Mało Anglików zaczyna pracę o 6 rano, a ja już na stacji.

Ale ad rem. Komu łatwiej się uczyć języków obcych? Moich uczniów mogę liczyć już w tysiące. W szkole językowej mieliśmy dużo perełek, obecnie gdzieś w świecie na eksponowanych stanowiskach. Też wśród ostrowieckich nauczycieli. Big hug to you all.Oni charakteryzowali się wyjątkowym talentem językowym. Pamiętam jak John Robinson, nasz pierwszy nauczyciel ze Scunthorpe,
Mam szczególny stosunek do Scunthorpe. Anglicy się smieją. Co ty widzisz w tym hutniczym  brzydkim mieście? Oni pierwsi zapoznali mnie z UK w 1994r.
nazywał ich junky, czyli tacy na haju, ale pozytywnie, bo junk/y/ ma raczej negatywne konotacje.
Ludzie, którzy zadają pytania, są dociekliwi,  tacy ciekawscy badacze -curious, inquisitive, searching- uczą się łatwiej. Oni studiują język totalnie i zapamiętują całe struktury. Lubią powtarzać i bawią się swoją wiedzą. Zapisują każde nowe słówko w kolokacjach, układają zdania i używają je w wypowiedziach. Ciężko pracują.
 Ludzie ciekawi świata, towarzyscy, życzliwi, otwarci dla inności  uczą się łatwiej. Na każdym etapie, nawet po paru lekcjach można zastosować język w konwersacji. Uczyłam się języka niemieckiego w 7i 8 klasie. Pojechaliśmy na wycieczkę do Warszawy i na tarasie Pałacu Kultury usłyszałam "szprechanie". Od razu chciałam się sprawdzić. Spytałam pewnie, wie heist du, wo wohnst du, wie alt bist du i na pewno powiedziałam sehr schon na widok z tarasu. Zufrieden, zadowolona? Ja byłam z siebie  bardzo zadowolona.
Na rosyjskim dawali nam jakieś adresy z ZSRR i korespondowałam z "padrugami" latami. Z Tuły Natasza, a z Oranienburskiej obłastii- Raja. Pamiętam jak się cieszyłam, kiedy dostałam w 5 klasie pierwszy list. Paczkami się nawet wymienialiśmy.  Mój brat chodził do szkoły imieniem partyzanta radzieckiego. Jako wzorowy uczeń był w grupie dzieci, które pojechały na Ural, bo stamtąd  pochodził ten partyzant. Był też w Moskwie, a potem na granicy Europa-Ural pozował do zdjęcia z karabinem. Co to była za wyprawa! Jeśli ktoś mówi, że za komuny uczono nas rosyjskiego, a nikt nic nie umie, to nieprawda, bo mieliśmy  doskonałych nauczycieli wtedy i kto się chciał nauczyć, okazywał ciekawość, pomijając politykę, to się nauczył i to świetnie. To była nauka wielozmysłowa. Uczyliśmy się piosenek, scenek nu pagadi i literatury pięknej. Przyznam, że zmuszano nas do udziału w olimpiadzie rosyjskiego. Ale przynajmniej człowiek się czegoś nauczył w takich okolicznościach. Do tej pory mogę cytować Puszkina, Lermontowa,  Okudżawy czy Wysockiego to obowiązkowo.
Teraz też dzięki dostępowi do internetu uczymy wielozmysłowo. ŚP Ela Sołtysowa mówiła mi, że jestem mistrzynią wielozmysłowego uczenia. Nasze lekcje też zawierały posiłki, słuchanie piosenek, przypominanie literatury i podróżnicze wspominki.
A teraz mamy total immerse, czyli totalne zanurzenie w języku dzięki współczesnej technologii.
Czyli podobna cecha charakteru, która ułatwia uczenie- chęć poznania innego narodu, jak jedzą, kiedy, co? Co lubią, jakie sporty, muzykę, film, jakie mają poglądy itd. Niekoniecznie to muszą być Anglicy, mam na myśli wszystkich obcokrajowców, z którymi możemy zagadać.  Zawsze wiesz o co zapytać, ale sama też masz swoje pasje i dzielisz tym z ludźmi. Jeśli sama  nie wiesz, co powiedzieć, niczym się nie interesujesz, to czym będziesz rozmawiać? Ludzie pozytywnie nastawieni, weseli, którzy zawsze mają coś do powiedzenia w rozmaitych sytuacjach, zachwycą się pogodą, posiłkiem, dziećmi, zabytkiem, organizacją spotkania, uczą się łatwiej.
Music live on Thursday. Trzeba się zabawić.

Ale pracować też trzeba.

 Nie ma co ukrywać, nauka języka obcego to ciężka praca  trzeba mu poświęcić parę lat życia. Nie ma co liczyć na cudowne metody, ogłaszane gdzieś tam. Ludzie zorganizowani, planujący, perfect organisers uczą się łatwiej. Poświęcają wyznaczony czas na regularną naukę, notują, odrabiają prace domowe, tłumaczą sobie w obie strony, uczą się na pamięć, zadają pytania, korzystają z każdej okazji, żeby mówić w danym języku. Zaczepią kogoś w kurorcie, zagadają w sklepie, gdy usłyszą obcy język. Takie oczywiste, skąd jesteś i czy podoba ci się w Polsce? Bądź ciekawski.
Na imprezie lokalnego council. Zawsze chodziłam i też do kościoła.

Z Wietnamczykami, z którymi dzieliłam mieszkanie.

Dobry nauczycięl też ułatwia uczenie, teraz mamy wybór. Nauczyciel powinien być motywujący, sympatyczny, umiejący dobrze tłumaczyć, zaangażowany, przygotowany do lekcji.
Te rozważania komu łatwiej uczyć się języków dotyczą dorosłych uczniów bardziej, bo szkolna młodzież inaczej się uczy. I głównie na  podstawowym etapie nauki.  Bo, gdy osiągniemy pierwszy stopień, to kolejnym nie pomoże otwarta osobowość i ciekawość świata, zostaje tylko CIĘŻKA PRACA. Powtarzanie, ćwiczenia, wkuwanie. Drilling.
A czytelnicy jakie mają doświadczenia i opinie na ten temat?


niedziela, 4 czerwca 2017

Co się dzieje?

 Z okazji rocznicy naszych pierwszych wolnych wyborów trochę refleksji na temat demokracji.
Demokracja amerykańska zbudowana jest na rzezi Indian i krwawicy afrykańskich niewolników. Demokracja brytyjska i francuska na kolonialnym wykorzystywaniu szerokiego świata. Gdzie Nowa Kaledonia, Gwadelupa, West Indies , a gdzie Europa?
Metysi- nowa rasa Ameryki Łacińskiej powstała po wymordowaniu Indian i innych miejscowych plemion, dokonanym przez Hiszpanów i Portugalczyków.
Czy więc dobro może być zbudowane tylko na tym, co złe? Pytał kiedyś Kapuściński. Dalej pisał już dobrze ponad 10 lat temu, że w Trzecim Świecie rośnie świadomość niesprawiedliwości, nierówności i krzywdy. Ale ta świadomość nie przekłada się na działania, ale na zorganizowaną, ukierunkowaną nienawiść, bezwzględność po uwolnieniu dyktatorskiego reżimu. Wtedy myślał  o Iraku, potem przyszła uwolniona od reżimu Libia, po niej  Syria, która  też chciała się uwolnić, i zaczęły się wszystkie nieszczęścia  związane z islamskimi terrorystami. A w tym rejonie skupienie mnogości konfliktów.
Zawsze  w UK czy Francji nieprawdopodobnie fascynowałam się  wielokulturowością, która tam w najwyższym stopniu była  widoczna. Zakładałam okulary w metrze i z nieopisaną przyjemnością obserwowałam tych ludzi. Cały świat się przeglądał. Ale ta jedność w różnorodności niestety się kończy. Nie mogę uwierzyć w ataki w UK przeprowadzone w przedziale dwóch tygodni.
  Byłam przekonana, że Anglia stworzyła wyjątkowe planetarne społeczeństwo. Nawet znowu myślałam, żeby tam pojechać i popracować trochę.

Okazuje się, że nie ma jedności w różnorodności, bo sama natura nas podzieliła, dając nam różne języki, różny kolor skóry i różne wizje Boga Stąd utworzenie jednej rodziny ludzkiej, jednej wspólnoty, jest mrzonką, bo to cel sprzeczny z naturą. A nawet jeśli gdzieś powstanie jedna wspólnota, będzie ona krucha i tymczasowa.
Takie plakaty są na stacjach autobusowych w UK. Walczą z nienawiścią rasową.

Kaplica dla wolnomyślicieli, czyli z przeznaczeniem dla wszystkich. Można wynająć i spotykać się.
Anglicy są wyjątkowi  dla swojej kolorowej ludności. Oni traktują ich jak swoich,  Pakistańczycy i Hindusi robią kariery lepsze niż nie jeden biały Brytyjczyk.   Przecież merem Londynu jest Sadiq Khan, muzułmanin o pakistańskich korzeniach.
Tak mi szkoda, co się dzieje teraz na świecie. Przywilej podróżowania nie jest już dzisiaj tak przyjemny, jak dawniej.  Ale to wszystko tzw.Bliski Wschód rozpoczął, niegdyś piękny Lewant, zawsze niestabilny i obfitujący w konflikty. Śródziemnomorska uroda, taka przecież doskonała i nieskończenie piękna, staje się oznaką niebezpieczeństwa. Bo Allah akbar.
A tak mnie bawiło Salam Alejkum w Bradford czy Batley, gdy mówili mi na przystankach.
Co więcej życie toczy się dalej. Anglicy muszą odprawić swój weekendowy rytuał...
.... czyli iść do restauracji, zjeść smaczny posiłek i wypić dobre wino...

...a plebs upija się na umór w barach. A terroryści ostatnio zakłócili im enjoying the evening.
Dlaczego ten Islam tak się zradykalizował? Skąd ta pogarda, zaciekłość, okrucieństwo? Ta cała globalizacja okazała się anarchizacją i destabilizacją. I świat stał się coraz mniej przewidywalny. Szczególnie jak rządzi Donald Trump, wcześniej zaczął Bush Junior. A przecież każdy chce normalnie żyć. Na zachodzie zawsze irytował mnie ten ich nadmiar wszystkiego. Ta ich hiper- konsumpcja, konsumeryzm właściwie. Bo po co mieć 30 sosów,  50 soków, po 100 kaw i herbat do wyboru?! Nie wspominając innych paradoksów luksusu.Pozbawienie człowieka wszelkich granic, jest nie do wytrzymania
Gdy pomyślę o Syrii i obrazach z Aleppo, to trudno bez wyrzutów sumienia zająć się relaksem. Natomiast dla wielu ludzi ofiary już nie budzą współczucia. Z kolei biedni uchodźcy stają się utożsamiani z terrorystami. Tylko dlatego, ze mają piękną oliwkową cerę.
 Oni giną, toną, umierają, barbarzyństwo się rozszerza, a u nas się żyje , chociaż populizm nas zalewa. Ale co zwykły człowiek może zdziałać? Brać w wyborach to na pewno.
W ciągu tych dwóch miesięcy, gdy się nie odzywałam, tyle spraw rodzinnych się zadziało. Oprócz trudnych refleksji o  życiu, trzeba było normalnie egzystować jakoś, planować, działać, pracować. Były święta wielkanocne, chrzciny Matyldzi,

Z córkami i kuzynką Malgosią.
 moje kolejne urodziny, parę lukratywnych kontraktów w szkole, dobra praca dla Dominiki się pojawiła na horyzoncie. W związku z tym kilka wyjazdów do Zagnańska
Zagnańsk, Swietokrzyska Polana. Park Miniatur.
i moich do Olsztyna. Tu w Kortowie nad jeziorem.
 Ukoronowaniem była sprzedaż Gajówki,  moja mała   przeprowadzka  do rodzinnego miasta, to wiadomo, a  Lokatora do Golden Pond wg niego, a według mnie  do Cape fear. Takie nasze różne widzenie świata nie jest zaskoczeniem,we are so different.
Magda za chwilę wprowadzi się do swojego domu, ja wrócę na Słonko i pewnie kochający Rodzice otoczą mnie  spirytualną opieką. Francuskie dekoracje ozdobią moje stare kąty.
A przed nami wakacje.  Zajęcia kończymy w połowie czerwca. I co się będzie jeszcze działo?
Wczoraj o mało co nie umarłam. Dosłownie. To się dopiero działo. Przeżyłam silny wstrząs anafilaktyczny po zażyciu antybiotyku amoksiclav. To był prawdziwy amok. Trwało wszystko ok.pół godziny. Pogotowie szybko przyjechało i mnie uratowało. Opuchnięte tkanki gardła o mało co nie zamknęły mi krtani. Przeraziłam się nie na żarty. Śmiertelny lęk. W ten sposób dowiedziałam się, ze jestem uczulona na penicylopochodne antybiotyki.
Już drugi raz w ciągu dwóch miesięcy byłam zagrożona nagłym zejściem. 30 marca przewód hamulcowy mi  się zerwał podczas jazdy. Jakaś przestroga?
Na szczęście mam już swoją nieśmiertelność w postaci tych ślicznotek.

sobota, 8 kwietnia 2017

Nepal- miraże młodości.

Postanowiłam opublikować to moje wspomnienie sprzed  wielu lat, bo wszyscy pytają, a byłaś tu i tam, i wszędzie, to co tak naprawdę najbardziej cię urzekło? Z pewnością moja dawna wyprawa do Indii i Nepalu.  Life-time holiday, Indie, Kashmir, pogranicze z Pakistanem, Bangladeshem i Nepal. Ponad dwa miesiące w innym wymiarze. Też człowiek był młody i zupełnie inne czasy.  Absolutna i nieograniczona egzotyka,  radość, beztroska zwiedzania, taka najzupełniej wielozmysłowa, jakkolwiek to rozumiecie 😀. Również  chciałam podkreślić, że moje podróżowanie to nie tylko epoka Lokatora / nomen omen z Polańskiego/, zaczęło się wieki temu. Jest jeszcze jeden powód przypomnienia  tej dawnej przygody. Gdy wracałam  teraz z Gajówki, zerwał mi się przewód hamulcowy i jakieś fragmenty życia przewinęły  się w głowie, gdy naciskam hamulec, a samochód dalej szybko sunął. Ale przepaści, ani zakrętu nie było jak w filmach, na szczęście. I tak coś mi  przemknęło, że te Indie, Nepal , Japonia, też Algieria wpłynęły znacząco na całe moje późniejsze życie. Takie wizje świetniejsze od gwiazd i wieczna afirmacja życia.

Idę na piechotę jak trochę widać, z dużym plecakiem. Wtedy była epoka slajdów, a zdjęcia aparatem Made in USRR są unikalne. Sorry za te moje zdjęcia, ale są przynajmniej naturalne. Pozostałe kolorowe ściągnięte z google, ale dobrane do sytuacji.

Granicę indyjsko – nepalską przeszłam pieszo, a potem  rikszą  na dworzec autobusowy w Birgunj. Do Kathmandu 180 km. Jest wcześnie rano, wokół autobusu kręcą się ludzie, przybywa międzynarodowych pasażerów oraz tubylców. Na dach pojazdu ładowane są niezliczone bagaże, kosze ze wszystkim, nawet ze zwierzętami. Wreszcie wśród przeraźliwych ryków klaksonu, nasz autobus trzeszcząc się na zdezelowanych resorach, startuje z dworca, jazda idzie nietęgo.


Zanim na dobre oddaliliśmy się od granicy, kierowca już coś grzebie pod maską. Po pewnym czasie droga zaczyna piąć się wzwyż. Pierwsza przełęcz odsłania wspaniałe widoki, które towarzyszyć nam będą przez kilka godzin. Dookoła góry, nie te najwyższe i najbardziej majestatyczne, ale bardzo malownicze. Wąwozy, doliny, zbocza . Nieraz po kolejnym zakręcie prawie, pod kołami autobusu jest przepastna otchłań. Ciekawie wygląda praca niby konduktora – przewodnika, siedzi na dachu, nagle gwiżdże, wali w okno, drzwi, zeskakuje w biegu, ostrzega przed nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem, wtedy to już cała ekwilibrystyka w wykonaniu kierowców i koncert klaksonów. Nie oddychamy, kiedy autobus wisi nad przepaścią. Drogi nie są pokryte asfaltem, deszcze monsunowe zmywają wszystko, skały napierają, jakby chciały zwalić się na drogę całym ciężarem. Mam wrażenie, że klaksony pełnią rolę świateł mijania oraz stopu. Cały czas przeraźliwie wyją.

Kathmandu- nirwana
Przyjechałam do Kathmandu, aż mi się nie chce wierzyć, że naprawdę tu jestem. Nepal, kraina gór o podniebnych szczytach, okrytych wiecznym lodem i wilgotnej tropikalnej dżungli. Kraj osobliwej architektury i wspaniałych świątyń, budowli o kilkupiętrowych dachach o charakterystycznie wygiętych narożnikach. Jak tu jest pięknie! Siedzimy z Iwoną w przemiłej kawiarence „ Indira” przy New Road, pijemy kawę, jemy smaczne herbatniki, palimy „John Player Special”. Akurat rozpadał się monsunowy deszcz, który już stale będzie nam przeszkadzał w zwiedzaniu, ale jednocześnie cudownie odświeżał.
Wokół przepiękna, misterna i zachwycająca buddyjska architektura z odcieniem lamaizmu. New Road prowadzi do Durbar Square, kolorowy tłum, barwne świątynie. Skansen jak prawie całe miasto, ale skansen żywy.

Weszłyśmy do sklepu z przeróżnymi produktami, a ich uroczy sprzedawcy zawładnęli nami całkowicie, nakupowałyśmy pełno pamiątek już pierwszego dnia. Przemili właściciele Osakh i Lobo odprowadzili nas do hotelu, a potem czekali na nas ponad godzinę. Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od hippisowskiej kafejki Blue Bird, która stanie się ulubionym miejscem rozpoczynania wieczornych perygrynacji. Ci kulturalni i uprzejmi nepalscy młodzieńcy urzekli nas opowiadaniami o Kathmandu, w music temple wysłuchaliśmy końcowe mantry i ofiary dla Bogów, a geometryczne mandale są dla nas cudowną inspiracją.
Z naszymi uroczymi przewodnikami po soft trawkach spacerujemy w Durbar Square, dyskutując bardzo namiętnie w cieniu buddyjskich pagód , kontemplujemy urodę  misternie rzeźbionych spatynowanych czasem, niezwykle pięknych świątyń.

 Labo i Osakh recytują mantrę, formułę magicznego zaklęcia ukrytego w modlitewnych młynkach, a my w niebyt szczęścia płyniemy z ich słowami. Po trudach samsary znowu zaczęła sie moja dobra karma. Teraz już wiem, każdy dzień w Kathmandu to kalejdoskopowa mozaika obrazów, kolorów i przeżyć
Rano wzięłam rikszę i ty razem sama pojechałam na New Road, weszłam do Art Palace, chciałam poprzymierzać parę ładnych ciuszków. Kolejny właściciel sklepu Showkat zabiera mnie na turystyczny szlak. U nich chyba taki obyczaj podrywania turystek, spragnionych mocnych wrażeń.

 Jest inteligentny i wykształcony, dużo wie o historii zabytków i pięknie modeluje głosem namawiając do randki. Cafe Indira na początek, wypiłam Star Lager i zjadłam dwa krisznuickie złote ciasteczka, a potem jego komfortowym samochodzikiem pojechaliśmy do Shwayambhunath.

Zamglone legendy buddyzmu i hinduizmu
Dolina Kathmandu, dawne terytorium trzech królestw ma swoje bogate i burzliwe dzieje, wiarygodnie udokumentowane. Niedaleko stolicy Nepalu istnieją miejsca święte, gdzie dosłownie „oko w oko” staniesz z zabytkami owianymi mnóstwem prastarych legend. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech nepalskiej architektury sakralnej, cechą niespotykaną w świątyniach buddyjskich innych krajów azjatyckich – są oczy bóstwa.

Wspomnienie tych oczu  z Nepalu będzie długo szło w ślad za mną, będę potem całe życie tęskniła za tamtą ezoterycznością. Za miastem idylliczny pejzaż, na tle pogodnego nieba odcina się sylwetka wysokiego wzgórza. Na nim błyszczy w słońcu piramidalna stupa wotywna. Prowadzą do niej 365 schodów. Według miejscowych wierzeń każdorazowa droga na szczyt wzgórza Shwayambhunath zapewnia wędrowcom lepsze wcielenie w przyszłym życiu W Nepalu wierzę w reinkarnację. Om Mani padme hum-zbawienie jest w kwiecie lotosu szepczą mnisi. Obok ghanty, świętego dzwonu symbolizującego element żeński i męski. Showkat szepce mi do ucha cudowną poezję. Ghanta odgrywa dużą rolę w tantryzmie, który połączył elementy buddyzmu i hinduizmu, oddając kult mocy boskich w postaci żeńskiej.. Posągi Buddy nacechowane są majestatem i prostotą, ale przede wszystkim spojrzeniem gigantycznych źrenic, które będą mi długo towarzyszyć we wspomnieniach.

Patan- życie jest snem
Jest 23 lipca, to dopiero trzeci dzień w Nepalu, moja dusza i ciało są tak bardzo rozkochane w tym kraju. Dzisiaj spędzam czas z moją grupą, wypożyczmy rowery i jedziemy do Patan, ciemno-drewnianej rzeźbionej misternie szkatułki pałaców i świątyń.

Patan
 Na początku bardzo się bałam, ruch lewostronny, wąskie zatłoczone ulice, dużo pieszych, samochodów, rikszarzy, cały czas noga na hamulcu, a palec na dzwonku. Pomagał mi trochę Mohi, Iwoną zajął się Isad, to dwaj przemili Pakistańczycy, którzy dołączyli się do naszej grupy. Pogoda fantastyczna, nie za gorąco, lekki wiaterek, w tle majestatyczne Himalaje, a my na patańskim Durbar Square. Ten klejnot nepalskiej architektury zapiera mi dech w piersiach. Na pierwszy rzut oka Patan zdaje być podobny do Kathamandu, zbliżona jest architektura świątyń i pałaców, kolumn i stup wotywnych, to klasyczne buddyjskie miasto.
Powstało na planie koła, oznaczającego w buddyzmie wieczny ruch.. Przed pałacem królewskim para lwów ,wszystko szczelnie pokryte bogactwem suto złoconych reliefów, małe dzwony kołyszą się pod okopami dachu. Ornamentyka tronu królewskiego i studni służącej do rytualnych ablucji jest hinduistyczna, to Wisznu i jego małżonka Lakszmi opleceni tysiącgłowym wężem nieskończoności: Świątynia Kriszny to trzykondygnacyjna budowla, składająca się z ażurowych galerii, wspartych na lekkich kolumienkach. Spoglądam na pałac i otaczające świątynie z uczuciem nieporównywalnego zachwytu, a zarazem bezradności i stadem melancholijnych myśli. Szymborska umiała to wyrazić „ „Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę, co ważne przeoczę; a resztę pomylę”.
Zawsze dzieciaki tam towarzyszyły, a to , że wszyscy się we mnie wgapiali było całkiem miłe. Osobowość celebrity wtedy  we mnie powstała, hehe.
 Nigdy nie zapamiętam, co się stało z tymi wszystkimi władcami, którzy zbudowali te architektoniczne cuda, ale ich dziedzictwo na zawsze pozostanie mi w pamięci, majestatyczne dachy wygięte jak olbrzymie skrzydła, pełne powagi, a zarazem lekkości; posągi o zagadkowym uśmiechu z łuszczącą się polichromią, bogactwo płaskorzeźb, które wypełniają szczelnie całą powierzchnię ścian i kolumn, migotanie złoceń. To wszystko było tak piękne, że chciało się płakać ze wzruszenia. Nic więc dziwnego, że dzień skończyliśmy w Blue Bird.
Moje autentyczne zdjęcie.
 Parę dymków to absolutna euforia, a potem kolejny leitmotiv, spacer po Durbar Square w Kathmandu, leniwe dźwięki z music temple, takie parne, duszne i podniecające. Chcemy również modlić się tak bardzo ekstatycznie, tylko do jakiego Boga, Buddy? Wisznu? Kryszny?
Z naszymi towarzyszami z Blue Bird i moją ukochaną koleżanką  z Rzeszowa. Niestety nie żyje już od prawie 10 lat. Jej piękne córki rozjechały się po swiecie jak kiedyś mama.


Zaklęte mantry Nepalu
24 lipca był relaksujący, rikszą na basen, woda lodowata, ale słońce upalne. Widzieliśmy też Pałac Królewski. Wiele lat potem był miejscem rodzinnej zbrodni.
Moja grzywka, taka sama.
 
Po południu Showkat zabrał mnie do Pashupatinath, nepalskiego Benares, gdzie śmierć sąsiaduje z życiem. Nie tylko z bujną zielenią porastającą wzgórza, lecz także z symbolami np. posągami lingi osadzonymi na okrągłym postumencie zwanym joni. Jedno i drugie to dwa pierwiastki żeński i męski, ten kult falliczny sięga w zamierzchłe dzieje, jest też osobliwym obrazem miejsca, którym rządzi Siwa, pan śmierci, a zarazem bóg życia. W najbardziej świętym sanktuarium w Pashupatinath znajduje się wielki linga,  kolumna o czterech twarzach, jak co najmniej nasz Światowid, to symbol nieustannie odradzającego się życia.


Następnego dnia razem z grupą pojechaliśmy do kolejnego skarbca przeszłości, królewskiego Bhaktapur, kiedy kręcono tam Małego Buddę nie stawiano żadnych dekoracji. Tutaj żyje się jak przed wieloma wiekami, ludzie obcując ze skarbami sztuki, składają ofiary, chcą się wyrwać z samsary, żeby w następnych wcieleniach doznać oświecenia.

Bhaktapur.

Kathmandu, Patan i Bhaktapur to stolice królestw, które kiedyś rywalizowały ze sobą. We wszystkich są podobne budowle, głównie z okresu średniowiecza. Przekroczywszy złotą bramę, widzę pałace i świątynie, przepych złoceń i rzeźb.. Bhaktapur był bardziej hinduistyczny niż buddyjski, stąd świątynie poświęcone hinduskim bóstwom, a najsłynniejsza to świątynia Njatapala, najwyższa budowla sakralna, strzeżona przez posągi słoni, lwów, gryfów i innych legendarnych olbrzymów. Schody prowadzą wysoko -Stairway to heaven jak śpiewają w hippisowskich kafejkach. Nad nimi skrzydła piramidalnie spiętrzonych dachów są wsparte kolumnami i gęsto pokryte koronką wyrafinowanych rzeźb. Tak niewyobrażalnie piękne, z tą patyną przygasłych kolorów mówią o przemijaniu czasu.
Złota Brama i schody do nieba oraz ghanty- święte dzwony.

Czas relaksu w Blue Bird
Wieczorem, po kolacji czekali na nas Lobo i Osakh. Kontynuowałyśmy z Iwoną nasz wieczorny rytuał, najpierw cafe Indira, herbata po nepalsku, krisznuickie złote ciasteczka, odrobina zzinu z sokiem cytrynowym, palimy tubylcze Yaki. Potem spacer po Durbar Square, wąskimi uliczkami do Blue Bird na wspólonego skręta. Przy stolikach siedzą stali bywalcy, należymy do homo cafe, wędrownego plemienia, obsiadującego kawiarniane stoliki świata. Podtrzymujemy etniczną więź zapraszaniem się na herbatę, kawę i skręta oraz opowieściami o życiu. Ciągle słychać tradycyjną muzykę z epoki dzieci-kwiatów, Cat Stevens, The Doors, The Beatles, czasami hard-rock z początku lat 70. Nasi chłopcy mówią swoje zaklęte mantry, zachęcając nas do relaksu. Każdy dzień w Nepalu był najcudowniejszy w życiu.


Wyprawa w Himalaje.
 Jeszcze tylko napiszę o wyprawie do Pokhary, gdzie objawiły mi się sięgające do nieba majestatyczne Himalaje. Czy ja naprawdę tam byłam? Uwierzcie mi, że tak.
Tego dnia wstaliśmy przed szóstą, autobus był o 7.00, przed nami 200 km do Pokhary, bazy wypadowej w Himalaje.. Nasz wehikuł wygląda, jakby miał się za chwilę rozlecieć; ale trzeszcząc i wyjąc klaksonami jakoś jedzie!.
National Geographic na żywo
Wkrótce zaczynają się tak wspaniałe widoki,, że najprościej mówiąc dech zapiera w piersiach, dookoła góry, na wyciągnięcie ręki i wiszące mosty nad rwącymi rzekami. Po drzewach skaczą małpy, słychać ptactwo. Na postojach, a było ich 3, spożywaliśmy lekkie nepalskie posiłki, najczęściej ryż na ostro z warzywami. Wcale nie przeszkadzał mi brak higieny w przydrożnych restauracjach. Wytrzymałam do 13.00 wisząc przez okno. Łączyłam naturalną klimatyzację z robieniem zdjęć i podziwianiem tego „National Geographic” na żywo.


Mamy bardzo komfortowy hotel, najlepszy w naszej dotychczasowej wyprawie pokój z widokiem na góry, których na razie niestety nie widać. Ukryły się za welonem mgły i chmur. Cudowne powietrze, chyba jestem w raju, na dachu świata czy tego raju? Tutaj słońce szybko zachodzi. Gęste, ogromne chmury wiszą nad szczytami, tworzą przerażające kształty monstrualnych smoków strzegących tajemnic górskich bogów i bogiń.

Machapucherei i tybetańskie flagi. Muszę znaleźć moje slajdy. Takie były piękne i pęlne egzotyki. Teraz jest wszędzie pełno ludzi, a 30 lat temu turystyka jeszcze nie była taka zmasowana jak teraz.

W restauracji hotelowej w międzynarodowym towarzystwie rozmawiamy czy pogoda pozwoli nam zobaczyć najsłynniejsze ośmiotysięczniki. Czy lady Annapurna odsłoni swoją piękną twarz? Pokhara to mała podgórska osada, której część zachowała atmosferę i nastrój przypominające miejscowe legendy, a druga część to komfortowe hotele a nawet lotnisko, to jedyne miejsce w Nepalu skąd można prawie z bliska oglądać fantastyczne widoki i dokąd prowadzi jakaś w miarę cywilizowana droga.
Następnego dnia znowu dyskusje, czy zobaczymy Himalaje? A góry owinęły się welonem białej mgły, która tworzy przezroczysty ekran, za którym wyraźnie prześwitują białe i srebrzyste spiętrzenia. Szybko napływają zwały ciężkich chmur i nie widać już górskich olbrzymów. Za to na naszej wysokości jest cudownie, grzeje słońce, więc idziemy nad jezioro Phewa, które jest przepiękne, wchodzi między nadbrzeżne góry, na małej wysepce jest niewielka świątynia, wzniesiona ku czci bogini Warahi, wcielenie groźnej bogini Kali. Nad jeziorem cicho i spokojnie, to kolejny raj podczas wyprawy do Nepalu.

Wioślarze namawiają nas na wynajęcie łódek i opłynięcie malowniczych brzegów jeziora. Słychać ptactwo, rechot żab i pluski wody od wiosłowania. Leżę na łódce, patrzę na królujące w wysokościach góry i marzę, jestem tu taka szczęśliwa. Czy kiedykolwiek potem, wiele lat w przyszłość byłam tak szczęśliwa i beztroska jak wtedy? Nigdy!
 

Podniebne olbrzymy
Dopiero trzeciego dnia pobytu w Pokharze zobaczyliśmy, wydawałoby się już nierealne, widmowe masywy spiętrzonych gór. O świcie obudził nas Andrzej, góry odsłoniły się w całej swej urodzie, jak baśniowe, podniebne zamczyska w srebrze i diamentach śniegu i lodu. Wymieniamy się lornetkami, każdy chce zobaczyć legendarną Annapurnę-8078m, szczyt, który onieśmiela majestatem i ogromem. Goście hotelowi zwracają nam uwagę na Machapucharei, prawie siedmiotysięcznik i Dhaulagiri-8167m, który rzadko wysuwa się spod osłony chmur. Te srebrzyste giganty mają świadomość swojej niezmierzonej wielkości, są dumne i niedostępne, niższe góry, ciemne nawet w dzień pokornie przyklękają u stóp olbrzymów sięgających nieba. To było porażające doświadczenie.



Kończą się właśnie ferie i już nie będę miała czasu na przypomnienie na kartach tego pamiętnika dawnej awanturniczo-miłosnej przygody sprzed lat. Jak mi szkoda rozstawać się z tamtymi czasami. Koniec balu panno Lalu, czas na pokład jawy. Zamykamy powtórkę z beztroskiego szczeniactwa.


Palmy więdną na słonecznym skwarze i  tak do rajów podobne miraże, a  mnie sfinks prowadzi do pustych roztoczy...

Jeśli się miało taką beztroską młodość,  to raz wystarczy.

W ciągu dwóch dni wydarzyły mi  się najbardziej stresujące życiowe wydarzenia, zamilczę co. Reset w postaci wspomnień z młodości jest doskonały, to jak hinduska reinkarnacja. A nieśmiertelność to moje dwie śliczne wnuczki.
Ganesha otoczył mnie opieką, pewnie też Anioły.