Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 8 kwietnia 2017

Nepal- miraże młodości.

Postanowiłam opublikować to moje wspomnienie sprzed  wielu lat, bo wszyscy pytają, a byłaś tu i tam, i wszędzie, to co tak naprawdę najbardziej cię urzekło? Z pewnością moja dawna wyprawa do Indii i Nepalu.  Life-time holiday, Indie, Kashmir, pogranicze z Pakistanem, Bangladeshem i Nepal. Ponad dwa miesiące w innym wymiarze. Też człowiek był młody i zupełnie inne czasy.  Absolutna i nieograniczona egzotyka,  radość, beztroska zwiedzania, taka najzupełniej wielozmysłowa, jakkolwiek to rozumiecie 😀. Również  chciałam podkreślić, że moje podróżowanie to nie tylko epoka Lokatora / nomen omen z Polańskiego/, zaczęło się wieki temu. Jest jeszcze jeden powód przypomnienia  tej dawnej przygody. Gdy wracałam  teraz z Gajówki, zerwał mi się przewód hamulcowy i jakieś fragmenty życia przewinęły  się w głowie, gdy naciskam hamulec, a samochód dalej szybko sunął. Ale przepaści, ani zakrętu nie było jak w filmach, na szczęście. I tak coś mi  przemknęło, że te Indie, Nepal , Japonia, też Algieria wpłynęły znacząco na całe moje późniejsze życie. Takie wizje świetniejsze od gwiazd i wieczna afirmacja życia.

Idę na piechotę jak trochę widać, z dużym plecakiem. Wtedy była epoka slajdów, a zdjęcia aparatem Made in USRR są unikalne. Sorry za te moje zdjęcia, ale są przynajmniej naturalne. Pozostałe kolorowe ściągnięte z google, ale dobrane do sytuacji.

Granicę indyjsko – nepalską przeszłam pieszo, a potem  rikszą  na dworzec autobusowy w Birgunj. Do Kathmandu 180 km. Jest wcześnie rano, wokół autobusu kręcą się ludzie, przybywa międzynarodowych pasażerów oraz tubylców. Na dach pojazdu ładowane są niezliczone bagaże, kosze ze wszystkim, nawet ze zwierzętami. Wreszcie wśród przeraźliwych ryków klaksonu, nasz autobus trzeszcząc się na zdezelowanych resorach, startuje z dworca, jazda idzie nietęgo.


Zanim na dobre oddaliliśmy się od granicy, kierowca już coś grzebie pod maską. Po pewnym czasie droga zaczyna piąć się wzwyż. Pierwsza przełęcz odsłania wspaniałe widoki, które towarzyszyć nam będą przez kilka godzin. Dookoła góry, nie te najwyższe i najbardziej majestatyczne, ale bardzo malownicze. Wąwozy, doliny, zbocza . Nieraz po kolejnym zakręcie prawie, pod kołami autobusu jest przepastna otchłań. Ciekawie wygląda praca niby konduktora – przewodnika, siedzi na dachu, nagle gwiżdże, wali w okno, drzwi, zeskakuje w biegu, ostrzega przed nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem, wtedy to już cała ekwilibrystyka w wykonaniu kierowców i koncert klaksonów. Nie oddychamy, kiedy autobus wisi nad przepaścią. Drogi nie są pokryte asfaltem, deszcze monsunowe zmywają wszystko, skały napierają, jakby chciały zwalić się na drogę całym ciężarem. Mam wrażenie, że klaksony pełnią rolę świateł mijania oraz stopu. Cały czas przeraźliwie wyją.

Kathmandu- nirwana
Przyjechałam do Kathmandu, aż mi się nie chce wierzyć, że naprawdę tu jestem. Nepal, kraina gór o podniebnych szczytach, okrytych wiecznym lodem i wilgotnej tropikalnej dżungli. Kraj osobliwej architektury i wspaniałych świątyń, budowli o kilkupiętrowych dachach o charakterystycznie wygiętych narożnikach. Jak tu jest pięknie! Siedzimy z Iwoną w przemiłej kawiarence „ Indira” przy New Road, pijemy kawę, jemy smaczne herbatniki, palimy „John Player Special”. Akurat rozpadał się monsunowy deszcz, który już stale będzie nam przeszkadzał w zwiedzaniu, ale jednocześnie cudownie odświeżał.
Wokół przepiękna, misterna i zachwycająca buddyjska architektura z odcieniem lamaizmu. New Road prowadzi do Durbar Square, kolorowy tłum, barwne świątynie. Skansen jak prawie całe miasto, ale skansen żywy.

Weszłyśmy do sklepu z przeróżnymi produktami, a ich uroczy sprzedawcy zawładnęli nami całkowicie, nakupowałyśmy pełno pamiątek już pierwszego dnia. Przemili właściciele Osakh i Lobo odprowadzili nas do hotelu, a potem czekali na nas ponad godzinę. Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od hippisowskiej kafejki Blue Bird, która stanie się ulubionym miejscem rozpoczynania wieczornych perygrynacji. Ci kulturalni i uprzejmi nepalscy młodzieńcy urzekli nas opowiadaniami o Kathmandu, w music temple wysłuchaliśmy końcowe mantry i ofiary dla Bogów, a geometryczne mandale są dla nas cudowną inspiracją.
Z naszymi uroczymi przewodnikami po soft trawkach spacerujemy w Durbar Square, dyskutując bardzo namiętnie w cieniu buddyjskich pagód , kontemplujemy urodę  misternie rzeźbionych spatynowanych czasem, niezwykle pięknych świątyń.

 Labo i Osakh recytują mantrę, formułę magicznego zaklęcia ukrytego w modlitewnych młynkach, a my w niebyt szczęścia płyniemy z ich słowami. Po trudach samsary znowu zaczęła sie moja dobra karma. Teraz już wiem, każdy dzień w Kathmandu to kalejdoskopowa mozaika obrazów, kolorów i przeżyć
Rano wzięłam rikszę i ty razem sama pojechałam na New Road, weszłam do Art Palace, chciałam poprzymierzać parę ładnych ciuszków. Kolejny właściciel sklepu Showkat zabiera mnie na turystyczny szlak. U nich chyba taki obyczaj podrywania turystek, spragnionych mocnych wrażeń.

 Jest inteligentny i wykształcony, dużo wie o historii zabytków i pięknie modeluje głosem namawiając do randki. Cafe Indira na początek, wypiłam Star Lager i zjadłam dwa krisznuickie złote ciasteczka, a potem jego komfortowym samochodzikiem pojechaliśmy do Shwayambhunath.

Zamglone legendy buddyzmu i hinduizmu
Dolina Kathmandu, dawne terytorium trzech królestw ma swoje bogate i burzliwe dzieje, wiarygodnie udokumentowane. Niedaleko stolicy Nepalu istnieją miejsca święte, gdzie dosłownie „oko w oko” staniesz z zabytkami owianymi mnóstwem prastarych legend. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech nepalskiej architektury sakralnej, cechą niespotykaną w świątyniach buddyjskich innych krajów azjatyckich – są oczy bóstwa.

Wspomnienie tych oczu  z Nepalu będzie długo szło w ślad za mną, będę potem całe życie tęskniła za tamtą ezoterycznością. Za miastem idylliczny pejzaż, na tle pogodnego nieba odcina się sylwetka wysokiego wzgórza. Na nim błyszczy w słońcu piramidalna stupa wotywna. Prowadzą do niej 365 schodów. Według miejscowych wierzeń każdorazowa droga na szczyt wzgórza Shwayambhunath zapewnia wędrowcom lepsze wcielenie w przyszłym życiu W Nepalu wierzę w reinkarnację. Om Mani padme hum-zbawienie jest w kwiecie lotosu szepczą mnisi. Obok ghanty, świętego dzwonu symbolizującego element żeński i męski. Showkat szepce mi do ucha cudowną poezję. Ghanta odgrywa dużą rolę w tantryzmie, który połączył elementy buddyzmu i hinduizmu, oddając kult mocy boskich w postaci żeńskiej.. Posągi Buddy nacechowane są majestatem i prostotą, ale przede wszystkim spojrzeniem gigantycznych źrenic, które będą mi długo towarzyszyć we wspomnieniach.

Patan- życie jest snem
Jest 23 lipca, to dopiero trzeci dzień w Nepalu, moja dusza i ciało są tak bardzo rozkochane w tym kraju. Dzisiaj spędzam czas z moją grupą, wypożyczmy rowery i jedziemy do Patan, ciemno-drewnianej rzeźbionej misternie szkatułki pałaców i świątyń.

Patan
 Na początku bardzo się bałam, ruch lewostronny, wąskie zatłoczone ulice, dużo pieszych, samochodów, rikszarzy, cały czas noga na hamulcu, a palec na dzwonku. Pomagał mi trochę Mohi, Iwoną zajął się Isad, to dwaj przemili Pakistańczycy, którzy dołączyli się do naszej grupy. Pogoda fantastyczna, nie za gorąco, lekki wiaterek, w tle majestatyczne Himalaje, a my na patańskim Durbar Square. Ten klejnot nepalskiej architektury zapiera mi dech w piersiach. Na pierwszy rzut oka Patan zdaje być podobny do Kathamandu, zbliżona jest architektura świątyń i pałaców, kolumn i stup wotywnych, to klasyczne buddyjskie miasto.
Powstało na planie koła, oznaczającego w buddyzmie wieczny ruch.. Przed pałacem królewskim para lwów ,wszystko szczelnie pokryte bogactwem suto złoconych reliefów, małe dzwony kołyszą się pod okopami dachu. Ornamentyka tronu królewskiego i studni służącej do rytualnych ablucji jest hinduistyczna, to Wisznu i jego małżonka Lakszmi opleceni tysiącgłowym wężem nieskończoności: Świątynia Kriszny to trzykondygnacyjna budowla, składająca się z ażurowych galerii, wspartych na lekkich kolumienkach. Spoglądam na pałac i otaczające świątynie z uczuciem nieporównywalnego zachwytu, a zarazem bezradności i stadem melancholijnych myśli. Szymborska umiała to wyrazić „ „Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę, co ważne przeoczę; a resztę pomylę”.
Zawsze dzieciaki tam towarzyszyły, a to , że wszyscy się we mnie wgapiali było całkiem miłe. Osobowość celebrity wtedy  we mnie powstała, hehe.
 Nigdy nie zapamiętam, co się stało z tymi wszystkimi władcami, którzy zbudowali te architektoniczne cuda, ale ich dziedzictwo na zawsze pozostanie mi w pamięci, majestatyczne dachy wygięte jak olbrzymie skrzydła, pełne powagi, a zarazem lekkości; posągi o zagadkowym uśmiechu z łuszczącą się polichromią, bogactwo płaskorzeźb, które wypełniają szczelnie całą powierzchnię ścian i kolumn, migotanie złoceń. To wszystko było tak piękne, że chciało się płakać ze wzruszenia. Nic więc dziwnego, że dzień skończyliśmy w Blue Bird.
Moje autentyczne zdjęcie.
 Parę dymków to absolutna euforia, a potem kolejny leitmotiv, spacer po Durbar Square w Kathmandu, leniwe dźwięki z music temple, takie parne, duszne i podniecające. Chcemy również modlić się tak bardzo ekstatycznie, tylko do jakiego Boga, Buddy? Wisznu? Kryszny?
Z naszymi towarzyszami z Blue Bird i moją ukochaną koleżanką  z Rzeszowa. Niestety nie żyje już od prawie 10 lat. Jej piękne córki rozjechały się po swiecie jak kiedyś mama.


Zaklęte mantry Nepalu
24 lipca był relaksujący, rikszą na basen, woda lodowata, ale słońce upalne. Widzieliśmy też Pałac Królewski. Wiele lat potem był miejscem rodzinnej zbrodni.
Moja grzywka, taka sama.
 
Po południu Showkat zabrał mnie do Pashupatinath, nepalskiego Benares, gdzie śmierć sąsiaduje z życiem. Nie tylko z bujną zielenią porastającą wzgórza, lecz także z symbolami np. posągami lingi osadzonymi na okrągłym postumencie zwanym joni. Jedno i drugie to dwa pierwiastki żeński i męski, ten kult falliczny sięga w zamierzchłe dzieje, jest też osobliwym obrazem miejsca, którym rządzi Siwa, pan śmierci, a zarazem bóg życia. W najbardziej świętym sanktuarium w Pashupatinath znajduje się wielki linga,  kolumna o czterech twarzach, jak co najmniej nasz Światowid, to symbol nieustannie odradzającego się życia.


Następnego dnia razem z grupą pojechaliśmy do kolejnego skarbca przeszłości, królewskiego Bhaktapur, kiedy kręcono tam Małego Buddę nie stawiano żadnych dekoracji. Tutaj żyje się jak przed wieloma wiekami, ludzie obcując ze skarbami sztuki, składają ofiary, chcą się wyrwać z samsary, żeby w następnych wcieleniach doznać oświecenia.

Bhaktapur.

Kathmandu, Patan i Bhaktapur to stolice królestw, które kiedyś rywalizowały ze sobą. We wszystkich są podobne budowle, głównie z okresu średniowiecza. Przekroczywszy złotą bramę, widzę pałace i świątynie, przepych złoceń i rzeźb.. Bhaktapur był bardziej hinduistyczny niż buddyjski, stąd świątynie poświęcone hinduskim bóstwom, a najsłynniejsza to świątynia Njatapala, najwyższa budowla sakralna, strzeżona przez posągi słoni, lwów, gryfów i innych legendarnych olbrzymów. Schody prowadzą wysoko -Stairway to heaven jak śpiewają w hippisowskich kafejkach. Nad nimi skrzydła piramidalnie spiętrzonych dachów są wsparte kolumnami i gęsto pokryte koronką wyrafinowanych rzeźb. Tak niewyobrażalnie piękne, z tą patyną przygasłych kolorów mówią o przemijaniu czasu.
Złota Brama i schody do nieba oraz ghanty- święte dzwony.

Czas relaksu w Blue Bird
Wieczorem, po kolacji czekali na nas Lobo i Osakh. Kontynuowałyśmy z Iwoną nasz wieczorny rytuał, najpierw cafe Indira, herbata po nepalsku, krisznuickie złote ciasteczka, odrobina zzinu z sokiem cytrynowym, palimy tubylcze Yaki. Potem spacer po Durbar Square, wąskimi uliczkami do Blue Bird na wspólonego skręta. Przy stolikach siedzą stali bywalcy, należymy do homo cafe, wędrownego plemienia, obsiadującego kawiarniane stoliki świata. Podtrzymujemy etniczną więź zapraszaniem się na herbatę, kawę i skręta oraz opowieściami o życiu. Ciągle słychać tradycyjną muzykę z epoki dzieci-kwiatów, Cat Stevens, The Doors, The Beatles, czasami hard-rock z początku lat 70. Nasi chłopcy mówią swoje zaklęte mantry, zachęcając nas do relaksu. Każdy dzień w Nepalu był najcudowniejszy w życiu.


Wyprawa w Himalaje.
 Jeszcze tylko napiszę o wyprawie do Pokhary, gdzie objawiły mi się sięgające do nieba majestatyczne Himalaje. Czy ja naprawdę tam byłam? Uwierzcie mi, że tak.
Tego dnia wstaliśmy przed szóstą, autobus był o 7.00, przed nami 200 km do Pokhary, bazy wypadowej w Himalaje.. Nasz wehikuł wygląda, jakby miał się za chwilę rozlecieć; ale trzeszcząc i wyjąc klaksonami jakoś jedzie!.
National Geographic na żywo
Wkrótce zaczynają się tak wspaniałe widoki,, że najprościej mówiąc dech zapiera w piersiach, dookoła góry, na wyciągnięcie ręki i wiszące mosty nad rwącymi rzekami. Po drzewach skaczą małpy, słychać ptactwo. Na postojach, a było ich 3, spożywaliśmy lekkie nepalskie posiłki, najczęściej ryż na ostro z warzywami. Wcale nie przeszkadzał mi brak higieny w przydrożnych restauracjach. Wytrzymałam do 13.00 wisząc przez okno. Łączyłam naturalną klimatyzację z robieniem zdjęć i podziwianiem tego „National Geographic” na żywo.


Mamy bardzo komfortowy hotel, najlepszy w naszej dotychczasowej wyprawie pokój z widokiem na góry, których na razie niestety nie widać. Ukryły się za welonem mgły i chmur. Cudowne powietrze, chyba jestem w raju, na dachu świata czy tego raju? Tutaj słońce szybko zachodzi. Gęste, ogromne chmury wiszą nad szczytami, tworzą przerażające kształty monstrualnych smoków strzegących tajemnic górskich bogów i bogiń.

Machapucherei i tybetańskie flagi. Muszę znaleźć moje slajdy. Takie były piękne i pęlne egzotyki. Teraz jest wszędzie pełno ludzi, a 30 lat temu turystyka jeszcze nie była taka zmasowana jak teraz.

W restauracji hotelowej w międzynarodowym towarzystwie rozmawiamy czy pogoda pozwoli nam zobaczyć najsłynniejsze ośmiotysięczniki. Czy lady Annapurna odsłoni swoją piękną twarz? Pokhara to mała podgórska osada, której część zachowała atmosferę i nastrój przypominające miejscowe legendy, a druga część to komfortowe hotele a nawet lotnisko, to jedyne miejsce w Nepalu skąd można prawie z bliska oglądać fantastyczne widoki i dokąd prowadzi jakaś w miarę cywilizowana droga.
Następnego dnia znowu dyskusje, czy zobaczymy Himalaje? A góry owinęły się welonem białej mgły, która tworzy przezroczysty ekran, za którym wyraźnie prześwitują białe i srebrzyste spiętrzenia. Szybko napływają zwały ciężkich chmur i nie widać już górskich olbrzymów. Za to na naszej wysokości jest cudownie, grzeje słońce, więc idziemy nad jezioro Phewa, które jest przepiękne, wchodzi między nadbrzeżne góry, na małej wysepce jest niewielka świątynia, wzniesiona ku czci bogini Warahi, wcielenie groźnej bogini Kali. Nad jeziorem cicho i spokojnie, to kolejny raj podczas wyprawy do Nepalu.

Wioślarze namawiają nas na wynajęcie łódek i opłynięcie malowniczych brzegów jeziora. Słychać ptactwo, rechot żab i pluski wody od wiosłowania. Leżę na łódce, patrzę na królujące w wysokościach góry i marzę, jestem tu taka szczęśliwa. Czy kiedykolwiek potem, wiele lat w przyszłość byłam tak szczęśliwa i beztroska jak wtedy? Nigdy!
 

Podniebne olbrzymy
Dopiero trzeciego dnia pobytu w Pokharze zobaczyliśmy, wydawałoby się już nierealne, widmowe masywy spiętrzonych gór. O świcie obudził nas Andrzej, góry odsłoniły się w całej swej urodzie, jak baśniowe, podniebne zamczyska w srebrze i diamentach śniegu i lodu. Wymieniamy się lornetkami, każdy chce zobaczyć legendarną Annapurnę-8078m, szczyt, który onieśmiela majestatem i ogromem. Goście hotelowi zwracają nam uwagę na Machapucharei, prawie siedmiotysięcznik i Dhaulagiri-8167m, który rzadko wysuwa się spod osłony chmur. Te srebrzyste giganty mają świadomość swojej niezmierzonej wielkości, są dumne i niedostępne, niższe góry, ciemne nawet w dzień pokornie przyklękają u stóp olbrzymów sięgających nieba. To było porażające doświadczenie.



Kończą się właśnie ferie i już nie będę miała czasu na przypomnienie na kartach tego pamiętnika dawnej awanturniczo-miłosnej przygody sprzed lat. Jak mi szkoda rozstawać się z tamtymi czasami. Koniec balu panno Lalu, czas na pokład jawy. Zamykamy powtórkę z beztroskiego szczeniactwa.


Palmy więdną na słonecznym skwarze i  tak do rajów podobne miraże, a  mnie sfinks prowadzi do pustych roztoczy...

Jeśli się miało taką beztroską młodość,  to raz wystarczy.

W ciągu dwóch dni wydarzyły mi  się najbardziej stresujące życiowe wydarzenia, zamilczę co. Reset w postaci wspomnień z młodości jest doskonały, to jak hinduska reinkarnacja. A nieśmiertelność to moje dwie śliczne wnuczki.
Ganesha otoczył mnie opieką, pewnie też Anioły.





czwartek, 23 marca 2017

Co się stało z moją klasą?

  Z dedykacją dla Agnieszki, która zainspirowała mnie do napisania tego postu.
Będąc młodą / nie lekarką/ nauczycielką, wypełniałam rolę wychowawczyni w pewnej fajnej klasie. To akurat była moja jedyna klasa, którą prowadziłam przez 4 lata i bardzo się z nimi zżyłam. Potem jeszcze krótko pracowałam w państwowej szkole i nie miałam wychowawstwa dłużej niż dwa lata. Uczyłam  już wtedy  angielskiego i to był zupełnie inny kontakt niż na języku polskim i kółkach teatralnych.
Jacek Kaczmarski, którego 60-tą rocznicę urodzin obchodzimy w tych dniach, gdy pisał swoją słynną piosenką,  miał dwadzieścia kilka lat, a tyle w niej goryczy. Odniosę się najpierw do mojej  rzeczywistej klasy.
 Co się stało z naszą klasą
Pyta Adam w Tel-Avivie,
Ciężko sprostać takim czasom,
Ciężko w ogóle żyć uczciwie -
Co się stało z naszą klasą?
Wojtek w Szwecji, w porno klubie
Pisze - dobrze mi tu płacą
Za to, co i tak wszak lubi
ę./ Marta z mojej klasy wyjechała do Danii na początku lat 80., lub wcześniej, uczyła się z nami tylko rok, bardzo ładna była. Mieszkała w moim bloku, to sąsiedzi gadali. Jej Mama wcześnie zmarła i nie przyjeżdżała do kraju.

Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, Bożenka była w Kanadzie, ale wróciła. Miała  doskonałe warunki u siebie w Wadowicach.
Bo tam mają perspektywy,
Staszek w Stanach sobie radzi
,/ piękna Ania, krótko była w naszej klasie, też wyjechała do USA, jej starszy ex- mąż wrócił do Polski niedawno, ona się świetnie podobno urządziła/
Paweł do Paryża przywykł,/ Lidka mieszka w Niemczech od skończenia studiów, po fizjoterapii. Ambitna bardzo.
Gośka z Przemkiem ledwie przędą, nie mieliśmy takich przypadków u nas. Niektóre dziewczyny nie miały   
W maju będzie trzeci bachor,     dzieci i adoptowały w późniejszym wieku. Wcześniej jeździły dużo po świecie i dobrze im się wiodło i wiedzie nadal.
Próżno skarżą się urzędom,
Że też chcieli by na zachód,


Za to Magda jest w Madrycie
I wychodzi za Hiszpana,/
Jola, doskonała germanistka, po studiach wyszła za mąż za starszego Niemca, którego poznała na Targach Poznańskich, tam studiowała, prowadzi  obecnie w Bawarii dużą firmę po śmierci męża, ma syna Jana
Maciek w grudniu stracił życie, dziewczyny mniej zajmowały się polityką
Gdy chodzili po mieszkaniach,
Janusz, ten, co zawiść budził,   Gośka była bardzo zdolna, niestety zmarła  prawie10 lat temu
Że go każda fala niesie,
Jest chirurgiem, leczy ludzi,
Ale brat mu się powiesił,


Marek siedzi za odmowę, nasza klasa była żeńska, to nie wiemy, jak tam chłopaki sobie w wojsku radzili
Bo nie strzelał do Michała,
A ja piszę ich historię
I to już jest klasa cała.
Jeszcze Filip, fizyk w Moskwie -
Dziś nagrody różne zbiera,
Jeździ, kiedy chce do Polski,
Był przyjęty przez premiera.


 Ja jestem z pokolenia  Jacka Kaczmarskiego, ale  nigdy wcześniej nie miałam takich tragicznych rozmyślań w związku ze swoją prawdziwą klasą, chociaż niektórzy " w grobie", ale to tak procentowo los zabiera ludzi i w każdej dekadzie kogoś ubywa z przyczyn chorobowych czy też lekkomyślnego trybu życia. Moja klasa wchodziła w życie w ponurej dekadzie lat 80-tych. Ale jakby to rozpatrzyć losowo, ci, którzy doszli do matury z nami, wszyscy skończyli studia potem. W większości nauczyciele, urzędnicy, bo to była klasa humanistyczna. Siebie bym też umieściła w piosence jako ta, co nagrody zbiera, była przyjęta przez premiera/ wspomnienie mojej  międzynarodowej nagrody Eurotunelu,  przyjęta przez premiera UK i prezydenta Francji, glorious time, hehe.  Na 29 osób, około 15, jak dobrze liczę, zostało w swoich rodzinnych miejscach niedaleko naszego miasta, sporo dziewczyn mieszkało w internacie. Trzy są  w Krakowie. Bożenka w słynnych Wadowicach. Nie mam ostatniej wiedzy o wielu z nas.  Matura 1977. Ostatni raz w większym gronie spotkałyśmy się w 20-lecie matury.
Jak się tu rządzę i palcem wskazuję!  I nogi też jak zawsze wyeksponowane:) Na zdjęciu nie ma Ewy, ale była. Chyba robi zdjęcie. Moja przyjaciółka Małgosia zmarła już prawie 10 lat temu./ w zielonym/. Od prawej po mnie, Ela,Ania, Danusia, Iza, Jola, Malgosia, Beata, Ela.
Nie chwaląc się- ja to zorganizowałam, z pomocą Ewy pewnie. W naszym mieście zostało 10 osób, jak dobrze policzę.  Mam ogłosić wydarzenie na facebooku. Może się i teraz  zbierzemy z całym rocznikiem, których też sporo w Ostrowcu? Taka znacząca rocznica.
A teraz ad rem.
Kiedy objęłam  swoje pierwsze wychowawstwo w klasie 4b, byłam młodą mężatką, zaczął się trzeci rok mojej pracy zawodowej i miałam roczną córeczkę Magdę. Uczyłam wtedy języka polskiego, mieszkałam najpierw w tzw. M2, a potem, prawie w wybory 4 czerwca, zamieszkałam w M4 na Rosochach, i miałam nowy samochodzik, prosto z salonu  brązowy Fiat 126p. Dojeżdżałam do  szkoły na obrzeża miasta, do dzielnicy Koszary i  pracowałam tam łącznie 8 lat. W tym rok byłam na urlopie macierzyńskim, gdy urodziła się Dominika.
Lata 80-te to były ciężkie czasy, takie biedne i siermiężne, ale jakoś sobie radziliśmy. Niewesoło i przygnębiająco ja to znosiłam, pomimo, że moje warunki życiowe były całkiem przyzwoite. Jak na tamte czasy oczywiście. Małżeństwo od początku nie układało się tak, jak sobie wyobrażałam. W związku z tym, zajęłam się swoimi pasjami i oddawałam się pracy jak najlepiej umiałam. Moja praca magisterska była poświęcona wpływom Japonii na polską literaturę modernizmu. To była moja młodość i reminiscencje dawnego  głębokiego uczucia.



1990r.czerwiec. 8b konczy szkołę. Poznajecie ich poniżej? Przystojniaczek Pawełek najmniej się zmienił po latach, nawet dżinsowa koszula w podobnym stylu, a dziewczyny tylko zmieniły kolor włosów. Ja w środku jako wychowawczyni.


Moja klasa na szczęście nie ma doświadczeń Jacka Kaczmarskiego. Oni wchodzili w życie w drugiej połowie lat 90. To były już zupełnie inne czasy, ale pozwolę sobie pozostać w atmosferze barda Solidarności, oddając mu  pewne uszanowanie, podziw i uznanie. Ale dlaczego wyjechał do Australii? Też chciał żyć wygodniej.



Tak wyglądamy po 27 latach. Później jeszcze dołączyła Ela i Tomek.

ja też taka sama:) Z Agnieszką.
Odnalazłam klasę całą - emigracja- nie wygnanie, w kraju w szczęściu/ na wygnaniu, w kraju, w grobie/
Ale coś się pozmieniało, Każdy sobie rzepkę skrobie. Muszę Kaczmarskiemu zaprzeczyć.
Moi uczniowie  w równowadze i stałości żyją w swoim  rodzinnym mieście , niektórzy są nadal przyjaciółmi. Mamy jedno klasowe małżeństwo. Magda i Paweł. Ta wewnętrzna harmonia, pewien ład duchowy to zasługa ich zamieszkania, tak myślę socjologicznie. W większości wszyscy mieszkali w domach prywatnych i znacząco zakorzenieni byli w tych okolicach.
Na zabawie szkolnej, z pewnością 30 lat temu. Ja w tureckiej sukience, wtedy wielki szyk.


Odnalazłem całą klasę, wyrośniętą i dojrzałą
Rozdrapałam młodość naszą, lecz w ogóle nie bolało
  Tak, w ogóle nie bolało... Refleksje po spotkaniu ciągle w moich myślach i dlatego napisałam ten post, życie moje i ich też.

Moje ulubienice z japońskiego teatrzyku. Dwie Moniki i Agnieszka. Te atrakcyjne kobiety,  jako dzieci były  dla mnie pełne wyjątkowego uroku i czaru. One wyjechały z miasta, nie tylko dlatego , ze z bloku były wg mojego socjologizowania, ale "ogromne, wielkie rzeczy" ciągnęły ich w świat.

Monisia 30 lat wcześniej.  Powyżej w środku. Spiewała niezapomnianą piosenkę...akai gurasujo...znajdę jeszcze gdzieś słowa.
Znalazłam słowa w oryginale pisane przez dawnego Yasufumi-San. W starym pamiętniku.Posluchajcie.

Już nie chłopcy, lecz mężczyźni, już kobiety, nie dziewczyny
Młodość szybko się zabliźni, nie ma w tym niczyjej winy
Wszyscy są odpowiedzialni, wszyscy mają w życiu cele
Wszyscy w miarę są normalni, ale przecież to niewiele/ ...mówił Kaczmarski, a ja powiem, że  to wspaniale, i o to chodzi, że jesteśmy normalni
Grzesiu i Paweł jakby bliżniacy teraz. Inżynierowie.  Upodobnili się do swoich ojców, których dobrze pamiętam, kiedy byli w wieku ok.40. Paweł w Krakowie. Grzesiek w Celsie.


Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci
Gdy wśród tych nieobcych twarzy szukam ciągle twarzy dzieci
Czemu wciąż przez ramię zerkam, choć nie woła nikt: "kolego!"
Że ktoś ze mną zagra w berka, lub przynajmniej w chowanego
Lub przynajmniej w chowanego...
 Mój słynny teatrzyk japoński. Od prawej dwie Moniki, Beatka, Gosia, tajemnicza hurysa i Agnieszka. Kimiko, piękna gejsza była bohaterką tego przedstawienia.
A tu Marcin z młodszej klasy, chyba z Agnieszką. Piękne dekoracje malowała Mama Agnieszki. Siedzieli naprzeciwko was na tym zdjęciu.


 Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie
I korzenie oczywiście na wygnaniu, w kraju, w grobie
W dół, na boki, wzwyż ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo
Kto pamięta,  że to w końcu jedno i to samo drzewo...

I w tej kwestii moja klasa  jest zupełnie odmienna od przeżyć Kaczmarskiego. 18 osób kończyło ósmą klasę, z czego  obecnie  9 osób mieszka nadal w rodzinnym mieście i często niedaleko swojego dawnego miejsca zamieszkania, gdzie wybudowali nowe domy, lub wyremontowali rodziców domostwa. Np. na ulicy Skośnej czy w Sudole. Rozmawiałam z Wiolką  w żółtym domku na  Kątach, jak powiedziała Ela. Od razu się poznałyśmy.
Ja też zawsze z książkami, Monika. Czy niemieckie, czy polskie, czy inne. Chyba masz to po mnie:)
Moje dzieci  kumplują  się i spotykają.
 Trzy osoby mieszka za granicą/ Grecja, Włochy, Norwegia/,  sześć osób w innych polskich miastach / Kraków, Warszawa, Kielce, Lublin/. Ale wszyscy doskonale pamiętają  o swoich korzeniach i często wracają do swojego rodzinnego miasta, gdzie mają nadal żyjących rodziców, czy inną rodzinę.
A na stracenie,/ dosłownie prawie/ to tylko Tomek , który w Motorcrossie angażuje sie ciałem i duchem.
Dziewczyny z Tomkiem.


Na fejsbukowy  apel koleżanki, która przyjechała z Włoch z wizytą do rodziców, pojawiło się 10 osób na spotkaniu zaplanowanym w kilka dni. To było bardzo wzruszające, bo na ogól młodzież licealna łatwo się zbiera, ale z podstawówki, to już trudniej się zorganizować.
To była dobra klasa i rodzice tacy zaangażowani i odpowiedzialni. Przyjaźniłam się z niektórymi przez lata, bo byli niewiele starsi ode mnie. Dobrze wychowali swoje pociechy, które  kontynuują ich odpowiedzialne postawy rodzinne. Conajmniej połowa skończyła studia wyższe, już zajmują odpowiedzialne stanowiska w pracy, mamy właścicieli sklepów, stoisk i  różnych firm usługowych. Oddają się też rozmaitym  życiowym pasjom,.tu Monika.
Lektura Ziarkówki.
.Tu Tomek pokazuje swoje talenty.
 Niektórzy  mogą się pochwalić już 20-letnimi dziećmi. Ci za granicą też mają swoje nowe ojczyzny.  Agnieszka z Rafałem już ponad 20 lat w Grecji i Włoszech
Rodzinka Agnieszki w Rimini.

Takie widoki ma Agnieszka ze swojego domu. Collazione/ sniadanie, hehe/
Rafał w swoim Loutraki. Też do ojca podobny.

Zaprasza nas na takie zachody słońca. Rodzice Rafała są fotografami. Przejął po nich umiejętności.
 Grzesiek świeży mieszkaniec w Norwegii. Zdjęć na razie brak. Natomiast drugi Grzesiek ma takie urocze  dzieciaki.
Mamy się znowu spotkać w okolicy Świąt Wielkanocnych. To coś dopiszę wtedy. A Beata bawi na Wyspach Kanaryjskich i dlatego do nas nie dołączyła, już się wtedy szykowała zapewne,
Zupełnie wygląda jak jej Mama w tym wieku, która w tamtych czasach podróżowała do USA. Jezdziła tez  z klasą  i naszym teatrzykiem na różne konkursy w odległe miejsca w Polsce. Ja wtedy spodziewałam się Dominiki.

Wykorzystałam zdjęcia z FB mojej klasy. Mam nadzieję, że OK.

PS Kolejne spotkanie klasowe 22 kwietnia i w tej samej restauracji, było również pełne wspomnień i refleksji. Pojawiło się prawie takie samo grono. Tym razem z Grecji zawitał Rafał i tak nas  zmobilizował.
 Od lewej wychowawczyni czyli ja, dwie Moniki, Beatka, Magda i Ela.
Piotrek robił zdjęcia.

sobota, 25 lutego 2017

Zapomnijcie o Herostratesie.

Ileż ja się naszukałam, żeby znaleźć autora sztuki Zapomnijcie o Herostratesie. Na polskich stronach  nic nie ma. Oglądałam tę sztukę wiele lat temu w Teatrze Narodowym, a Herostratesa grał Zbyszko z Bogdańca, czyli Mieczysław Kalenik. Już wtedy, chociaż miał zaledwie trzydzieści parę lat, był tęgawy i przysadzisty. Nic nie zostało z dawnego Zbyszka. Sztukę napisał  genialny rosyjski dramatopisarz Grigorij Gorin, znalazłam jego  nazwisko na angielskich stronach. Jego aforyzmy przeszły do potocznego języka i w czasach pierestrojki był uwielbiany za swój niebanalny język. Niestety zmarł w 2000r, w wieku zaledwie  60 lat.
Zapomnijcie o Herostratesie napisał w 1972 roku i za niedługo potem grali go na polskich scenach.
Całe swoje życie używałam  metaforycznie tego tytułu w odniesieniu do osób, które wypadły z mojego towarzyskiego obiegu. Tak dla siebie, bo niewiele osób mnie rozumiało, bo pomimo wszystko, tak jak w sztuce, gdy narzucają nam zapomnienie, tym bardziej pamiętamy. Ale ja używałam tego tytułu dosłownie, nie w relacji do sztuki.
Szkoda mi i nie godzę się na to,  że z pewnymi ludźmi  bardzo oddaliliśmy się, albo zmieniliśmy się tak bardzo , że niemożliwe jest porozumienie między nami. A poniektórych trzeba po prostu zapomnieć.
Nawet wybranym na blogowisku już nie chce się być on-line. Tak mi szkoda, bo przyzwyczaiłam się do nowego koleżeństwa.
  Inni odeszli na zawsze i kilkoro już z grona moich najbliższych znajomych. Moja przyjaciółka z Rzeszowa Iwona,  taka  cielesna i piękna, towarzyszka moich indyjsko- nepalskich przygód. Mąż lekarz , a ona umiera na serce. To nie mogło się wydarzyć, a jednak.  A Małgosia?  Sexology professor, prócz tego wybitna intelektualistka w naszym towarzystwie, Niemyte dusze i Ballada bezludna. Wabią tam w zaświatach wiecznych młodzieńców.
 Odczuwam szczególną nostalgię, gdy umierają artyści, z którymi byliśmy od dziecka. Często są w wieku Rodziców, których nie mam już od ponad 10 lat. Wydawało się,  że tacy zabawni, ekscentryczni, wyjątkowi i będą nieśmiertelni. Tak długo  byli z nami poprzez kino, telewizję, radio czy prasę. Stare  satyryczne arcydziełko telewizyjne "To jest twój nowy syn" z Danutą Szaflarską i Krystyną Sienkiewicz puścili na Kulturze. Nie mogłam się napatrzyć na pięknie dojrzałą Szaflarską i młodziutką Sienkiewicz. W filmie pojawił się też Czesław Wołłejko i Bogumił Kobiela. Bobka już nie ma od prawie 50 lat i zawsze będzie niezdarnym Piszczykiem z Zezowatego szczęścia. A gdzie sobie poszedł inżynier Karwowski? I dlaczego Madzia Karwowska taka poważna i stara teraz?  Nawet Franka Dolasa zabrały nieubłagane Parki. A z jakiej racji Maria Czubaszek nie mogła nas dłużej i zasłużenie bawić swoją ekstrawagancją? Takie wszystkie śmierci nie w porę. A ja się  dziwię, jak dziecko. I francuski Michel Delpech nie zaśpiewa więcej Pour un flirt avec toi
je ferais n'importe quoi
Pour un flirt avec toi
je serais prêt à tout
pour un simple rendez vous
Pour un flirt avec toi
pour un petit tour 

Jak ja lubiłem tę piosenkę przed laty, nie wspominając nieodżałowanego Joe Dassin, którego nie ma już od 1980r. Wszyscy kiedyś  nucili Aux Champs-Élysées
Aux Champs-Élysées
Au soleil, sous la pluie
À midi ou à minuit
Il y a tout ce que vous voulez
Aux Champs-Élysée.

W naszym kraju podczas ancient regime piosenki francuskie miały uprzywilejowaną pozycję.  A innych przebojów trzeba było słychać w Radio Luxemburg. Kombatantka się odezwała. Hehe.
Nigdy nie byłam praktyczna i rozsądna i dobrze mi z tym było. Tak też dobierałam przyjaciół. Ci poukładani, racjonalni, logiczni i zdroworozsądkowi wzbudzali mój podziw nawet, ale długo nie szliśmy wspólną ścieżką z powodu bardzo odmiennego stosunku do wielu spraw. To z pewnością obydwie strony czuły podobnie.
 A teraz mam swoją nieśmiertelność w postaci  dwóch cudownych wnuczek.
Ich matki, malutkie kiedyś dziewczynki  też były ulubienicami swoich rodziców i dziadków,
Madzia i Dominisia na swoich urodzinach. Obie z lipca.
i siebie też pamiętam jako ukochaną córę Alusię.
Z moim starszym braciszkiem Andrzejkiem.

Alusia tymczasem urosła i sama została babcią. Nie do wiary. Matyldzia ma już roczek.

Ewci roczek był cztery miesiące temu.
Dzięki Ewci i Matyldzi mam znowu odwagę na jakieś szaleństwa, one muszą mieć dziadka! Szczególnie Matyldzia, bo Ewcia już  jednego ma. I jak wam się  podoba? Spytam po szekspirowsku.
All the world's a stage,
And all the men and women merely players:
They have their exits and their entrances.

I zakończę Tuwimem:
Rzuciłabym wszystko, rzuciłabym od razu, osiadłabym  jesienią w Kutnie lub Sieradzu...i dumała długo w lęku i tęsknicy: czego ja tu szukam w Kutnie lub Łęczycy?
Coś wymyślę, nie na darmo jestem mistrzynią improwizacji. I zapomnijcie o Herostratesie. Nie mam bynajmniej na myśli swoich starych znajomków ze stowarzyszenia szkoły średniej czy emeryckiej grupy nauczycielskiej.
Wróciłam niedawno ze spotkania karnawałowego Chreptusów. I takie różne refleksje się pojawiły. Stowarzyszenie prężnie działa. Towarzystwo zawsze przednie. A za dwa tygodnie z emerytami na Bal w Savoy`u. Takie ekstrawagancje i zbytki w Lublinie.
PS, 15 marca- umiera Wojciech Młynarski w wieku 76 lat i kto zaśpiewa Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę, W co się bawić? i Jesteśmy na wczasach? Stanowczo za wcześnie nas opuścił. Mój ojciec też zmarł w wieku 76 lat. Ale róbmy swoje.