Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 8 kwietnia 2017

Nepal- miraże młodości.

Postanowiłam opublikować to moje wspomnienie sprzed  wielu lat, bo wszyscy pytają, a byłaś tu i tam, i wszędzie, to co tak naprawdę najbardziej cię urzekło? Z pewnością moja dawna wyprawa do Indii i Nepalu.  Life-time holiday, Indie, Kashmir, pogranicze z Pakistanem, Bangladeshem i Nepal. Ponad dwa miesiące w innym wymiarze. Też człowiek był młody i zupełnie inne czasy.  Absolutna i nieograniczona egzotyka,  radość, beztroska zwiedzania, taka najzupełniej wielozmysłowa, jakkolwiek to rozumiecie 😀. Również  chciałam podkreślić, że moje podróżowanie to nie tylko epoka Lokatora / nomen omen z Polańskiego/, zaczęło się wieki temu. Jest jeszcze jeden powód przypomnienia  tej dawnej przygody. Gdy wracałam  teraz z Gajówki, zerwał mi się przewód hamulcowy i jakieś fragmenty życia przewinęły  się w głowie, gdy naciskam hamulec, a samochód dalej szybko sunął. Ale przepaści, ani zakrętu nie było jak w filmach, na szczęście. I tak coś mi  przemknęło, że te Indie, Nepal , Japonia, też Algieria wpłynęły znacząco na całe moje późniejsze życie. Takie wizje świetniejsze od gwiazd i wieczna afirmacja życia.

Idę na piechotę jak trochę widać, z dużym plecakiem. Wtedy była epoka slajdów, a zdjęcia aparatem Made in USRR są unikalne. Sorry za te moje zdjęcia, ale są przynajmniej naturalne. Pozostałe kolorowe ściągnięte z google, ale dobrane do sytuacji.

Granicę indyjsko – nepalską przeszłam pieszo, a potem  rikszą  na dworzec autobusowy w Birgunj. Do Kathmandu 180 km. Jest wcześnie rano, wokół autobusu kręcą się ludzie, przybywa międzynarodowych pasażerów oraz tubylców. Na dach pojazdu ładowane są niezliczone bagaże, kosze ze wszystkim, nawet ze zwierzętami. Wreszcie wśród przeraźliwych ryków klaksonu, nasz autobus trzeszcząc się na zdezelowanych resorach, startuje z dworca, jazda idzie nietęgo.


Zanim na dobre oddaliliśmy się od granicy, kierowca już coś grzebie pod maską. Po pewnym czasie droga zaczyna piąć się wzwyż. Pierwsza przełęcz odsłania wspaniałe widoki, które towarzyszyć nam będą przez kilka godzin. Dookoła góry, nie te najwyższe i najbardziej majestatyczne, ale bardzo malownicze. Wąwozy, doliny, zbocza . Nieraz po kolejnym zakręcie prawie, pod kołami autobusu jest przepastna otchłań. Ciekawie wygląda praca niby konduktora – przewodnika, siedzi na dachu, nagle gwiżdże, wali w okno, drzwi, zeskakuje w biegu, ostrzega przed nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem, wtedy to już cała ekwilibrystyka w wykonaniu kierowców i koncert klaksonów. Nie oddychamy, kiedy autobus wisi nad przepaścią. Drogi nie są pokryte asfaltem, deszcze monsunowe zmywają wszystko, skały napierają, jakby chciały zwalić się na drogę całym ciężarem. Mam wrażenie, że klaksony pełnią rolę świateł mijania oraz stopu. Cały czas przeraźliwie wyją.

Kathmandu- nirwana
Przyjechałam do Kathmandu, aż mi się nie chce wierzyć, że naprawdę tu jestem. Nepal, kraina gór o podniebnych szczytach, okrytych wiecznym lodem i wilgotnej tropikalnej dżungli. Kraj osobliwej architektury i wspaniałych świątyń, budowli o kilkupiętrowych dachach o charakterystycznie wygiętych narożnikach. Jak tu jest pięknie! Siedzimy z Iwoną w przemiłej kawiarence „ Indira” przy New Road, pijemy kawę, jemy smaczne herbatniki, palimy „John Player Special”. Akurat rozpadał się monsunowy deszcz, który już stale będzie nam przeszkadzał w zwiedzaniu, ale jednocześnie cudownie odświeżał.
Wokół przepiękna, misterna i zachwycająca buddyjska architektura z odcieniem lamaizmu. New Road prowadzi do Durbar Square, kolorowy tłum, barwne świątynie. Skansen jak prawie całe miasto, ale skansen żywy.

Weszłyśmy do sklepu z przeróżnymi produktami, a ich uroczy sprzedawcy zawładnęli nami całkowicie, nakupowałyśmy pełno pamiątek już pierwszego dnia. Przemili właściciele Osakh i Lobo odprowadzili nas do hotelu, a potem czekali na nas ponad godzinę. Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od hippisowskiej kafejki Blue Bird, która stanie się ulubionym miejscem rozpoczynania wieczornych perygrynacji. Ci kulturalni i uprzejmi nepalscy młodzieńcy urzekli nas opowiadaniami o Kathmandu, w music temple wysłuchaliśmy końcowe mantry i ofiary dla Bogów, a geometryczne mandale są dla nas cudowną inspiracją.
Z naszymi uroczymi przewodnikami po soft trawkach spacerujemy w Durbar Square, dyskutując bardzo namiętnie w cieniu buddyjskich pagód , kontemplujemy urodę  misternie rzeźbionych spatynowanych czasem, niezwykle pięknych świątyń.

 Labo i Osakh recytują mantrę, formułę magicznego zaklęcia ukrytego w modlitewnych młynkach, a my w niebyt szczęścia płyniemy z ich słowami. Po trudach samsary znowu zaczęła sie moja dobra karma. Teraz już wiem, każdy dzień w Kathmandu to kalejdoskopowa mozaika obrazów, kolorów i przeżyć
Rano wzięłam rikszę i ty razem sama pojechałam na New Road, weszłam do Art Palace, chciałam poprzymierzać parę ładnych ciuszków. Kolejny właściciel sklepu Showkat zabiera mnie na turystyczny szlak. U nich chyba taki obyczaj podrywania turystek, spragnionych mocnych wrażeń.

 Jest inteligentny i wykształcony, dużo wie o historii zabytków i pięknie modeluje głosem namawiając do randki. Cafe Indira na początek, wypiłam Star Lager i zjadłam dwa krisznuickie złote ciasteczka, a potem jego komfortowym samochodzikiem pojechaliśmy do Shwayambhunath.

Zamglone legendy buddyzmu i hinduizmu
Dolina Kathmandu, dawne terytorium trzech królestw ma swoje bogate i burzliwe dzieje, wiarygodnie udokumentowane. Niedaleko stolicy Nepalu istnieją miejsca święte, gdzie dosłownie „oko w oko” staniesz z zabytkami owianymi mnóstwem prastarych legend. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech nepalskiej architektury sakralnej, cechą niespotykaną w świątyniach buddyjskich innych krajów azjatyckich – są oczy bóstwa.

Wspomnienie tych oczu  z Nepalu będzie długo szło w ślad za mną, będę potem całe życie tęskniła za tamtą ezoterycznością. Za miastem idylliczny pejzaż, na tle pogodnego nieba odcina się sylwetka wysokiego wzgórza. Na nim błyszczy w słońcu piramidalna stupa wotywna. Prowadzą do niej 365 schodów. Według miejscowych wierzeń każdorazowa droga na szczyt wzgórza Shwayambhunath zapewnia wędrowcom lepsze wcielenie w przyszłym życiu W Nepalu wierzę w reinkarnację. Om Mani padme hum-zbawienie jest w kwiecie lotosu szepczą mnisi. Obok ghanty, świętego dzwonu symbolizującego element żeński i męski. Showkat szepce mi do ucha cudowną poezję. Ghanta odgrywa dużą rolę w tantryzmie, który połączył elementy buddyzmu i hinduizmu, oddając kult mocy boskich w postaci żeńskiej.. Posągi Buddy nacechowane są majestatem i prostotą, ale przede wszystkim spojrzeniem gigantycznych źrenic, które będą mi długo towarzyszyć we wspomnieniach.

Patan- życie jest snem
Jest 23 lipca, to dopiero trzeci dzień w Nepalu, moja dusza i ciało są tak bardzo rozkochane w tym kraju. Dzisiaj spędzam czas z moją grupą, wypożyczmy rowery i jedziemy do Patan, ciemno-drewnianej rzeźbionej misternie szkatułki pałaców i świątyń.

Patan
 Na początku bardzo się bałam, ruch lewostronny, wąskie zatłoczone ulice, dużo pieszych, samochodów, rikszarzy, cały czas noga na hamulcu, a palec na dzwonku. Pomagał mi trochę Mohi, Iwoną zajął się Isad, to dwaj przemili Pakistańczycy, którzy dołączyli się do naszej grupy. Pogoda fantastyczna, nie za gorąco, lekki wiaterek, w tle majestatyczne Himalaje, a my na patańskim Durbar Square. Ten klejnot nepalskiej architektury zapiera mi dech w piersiach. Na pierwszy rzut oka Patan zdaje być podobny do Kathamandu, zbliżona jest architektura świątyń i pałaców, kolumn i stup wotywnych, to klasyczne buddyjskie miasto.
Powstało na planie koła, oznaczającego w buddyzmie wieczny ruch.. Przed pałacem królewskim para lwów ,wszystko szczelnie pokryte bogactwem suto złoconych reliefów, małe dzwony kołyszą się pod okopami dachu. Ornamentyka tronu królewskiego i studni służącej do rytualnych ablucji jest hinduistyczna, to Wisznu i jego małżonka Lakszmi opleceni tysiącgłowym wężem nieskończoności: Świątynia Kriszny to trzykondygnacyjna budowla, składająca się z ażurowych galerii, wspartych na lekkich kolumienkach. Spoglądam na pałac i otaczające świątynie z uczuciem nieporównywalnego zachwytu, a zarazem bezradności i stadem melancholijnych myśli. Szymborska umiała to wyrazić „ „Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę, co ważne przeoczę; a resztę pomylę”.
Zawsze dzieciaki tam towarzyszyły, a to , że wszyscy się we mnie wgapiali było całkiem miłe. Osobowość celebrity wtedy  we mnie powstała, hehe.
 Nigdy nie zapamiętam, co się stało z tymi wszystkimi władcami, którzy zbudowali te architektoniczne cuda, ale ich dziedzictwo na zawsze pozostanie mi w pamięci, majestatyczne dachy wygięte jak olbrzymie skrzydła, pełne powagi, a zarazem lekkości; posągi o zagadkowym uśmiechu z łuszczącą się polichromią, bogactwo płaskorzeźb, które wypełniają szczelnie całą powierzchnię ścian i kolumn, migotanie złoceń. To wszystko było tak piękne, że chciało się płakać ze wzruszenia. Nic więc dziwnego, że dzień skończyliśmy w Blue Bird.
Moje autentyczne zdjęcie.
 Parę dymków to absolutna euforia, a potem kolejny leitmotiv, spacer po Durbar Square w Kathmandu, leniwe dźwięki z music temple, takie parne, duszne i podniecające. Chcemy również modlić się tak bardzo ekstatycznie, tylko do jakiego Boga, Buddy? Wisznu? Kryszny?
Z naszymi towarzyszami z Blue Bird i moją ukochaną koleżanką  z Rzeszowa. Niestety nie żyje już od prawie 10 lat. Jej piękne córki rozjechały się po swiecie jak kiedyś mama.


Zaklęte mantry Nepalu
24 lipca był relaksujący, rikszą na basen, woda lodowata, ale słońce upalne. Widzieliśmy też Pałac Królewski. Wiele lat potem był miejscem rodzinnej zbrodni.
Moja grzywka, taka sama.
 
Po południu Showkat zabrał mnie do Pashupatinath, nepalskiego Benares, gdzie śmierć sąsiaduje z życiem. Nie tylko z bujną zielenią porastającą wzgórza, lecz także z symbolami np. posągami lingi osadzonymi na okrągłym postumencie zwanym joni. Jedno i drugie to dwa pierwiastki żeński i męski, ten kult falliczny sięga w zamierzchłe dzieje, jest też osobliwym obrazem miejsca, którym rządzi Siwa, pan śmierci, a zarazem bóg życia. W najbardziej świętym sanktuarium w Pashupatinath znajduje się wielki linga,  kolumna o czterech twarzach, jak co najmniej nasz Światowid, to symbol nieustannie odradzającego się życia.


Następnego dnia razem z grupą pojechaliśmy do kolejnego skarbca przeszłości, królewskiego Bhaktapur, kiedy kręcono tam Małego Buddę nie stawiano żadnych dekoracji. Tutaj żyje się jak przed wieloma wiekami, ludzie obcując ze skarbami sztuki, składają ofiary, chcą się wyrwać z samsary, żeby w następnych wcieleniach doznać oświecenia.

Bhaktapur.

Kathmandu, Patan i Bhaktapur to stolice królestw, które kiedyś rywalizowały ze sobą. We wszystkich są podobne budowle, głównie z okresu średniowiecza. Przekroczywszy złotą bramę, widzę pałace i świątynie, przepych złoceń i rzeźb.. Bhaktapur był bardziej hinduistyczny niż buddyjski, stąd świątynie poświęcone hinduskim bóstwom, a najsłynniejsza to świątynia Njatapala, najwyższa budowla sakralna, strzeżona przez posągi słoni, lwów, gryfów i innych legendarnych olbrzymów. Schody prowadzą wysoko -Stairway to heaven jak śpiewają w hippisowskich kafejkach. Nad nimi skrzydła piramidalnie spiętrzonych dachów są wsparte kolumnami i gęsto pokryte koronką wyrafinowanych rzeźb. Tak niewyobrażalnie piękne, z tą patyną przygasłych kolorów mówią o przemijaniu czasu.
Złota Brama i schody do nieba oraz ghanty- święte dzwony.

Czas relaksu w Blue Bird
Wieczorem, po kolacji czekali na nas Lobo i Osakh. Kontynuowałyśmy z Iwoną nasz wieczorny rytuał, najpierw cafe Indira, herbata po nepalsku, krisznuickie złote ciasteczka, odrobina zzinu z sokiem cytrynowym, palimy tubylcze Yaki. Potem spacer po Durbar Square, wąskimi uliczkami do Blue Bird na wspólonego skręta. Przy stolikach siedzą stali bywalcy, należymy do homo cafe, wędrownego plemienia, obsiadującego kawiarniane stoliki świata. Podtrzymujemy etniczną więź zapraszaniem się na herbatę, kawę i skręta oraz opowieściami o życiu. Ciągle słychać tradycyjną muzykę z epoki dzieci-kwiatów, Cat Stevens, The Doors, The Beatles, czasami hard-rock z początku lat 70. Nasi chłopcy mówią swoje zaklęte mantry, zachęcając nas do relaksu. Każdy dzień w Nepalu był najcudowniejszy w życiu.


Wyprawa w Himalaje.
 Jeszcze tylko napiszę o wyprawie do Pokhary, gdzie objawiły mi się sięgające do nieba majestatyczne Himalaje. Czy ja naprawdę tam byłam? Uwierzcie mi, że tak.
Tego dnia wstaliśmy przed szóstą, autobus był o 7.00, przed nami 200 km do Pokhary, bazy wypadowej w Himalaje.. Nasz wehikuł wygląda, jakby miał się za chwilę rozlecieć; ale trzeszcząc i wyjąc klaksonami jakoś jedzie!.
National Geographic na żywo
Wkrótce zaczynają się tak wspaniałe widoki,, że najprościej mówiąc dech zapiera w piersiach, dookoła góry, na wyciągnięcie ręki i wiszące mosty nad rwącymi rzekami. Po drzewach skaczą małpy, słychać ptactwo. Na postojach, a było ich 3, spożywaliśmy lekkie nepalskie posiłki, najczęściej ryż na ostro z warzywami. Wcale nie przeszkadzał mi brak higieny w przydrożnych restauracjach. Wytrzymałam do 13.00 wisząc przez okno. Łączyłam naturalną klimatyzację z robieniem zdjęć i podziwianiem tego „National Geographic” na żywo.


Mamy bardzo komfortowy hotel, najlepszy w naszej dotychczasowej wyprawie pokój z widokiem na góry, których na razie niestety nie widać. Ukryły się za welonem mgły i chmur. Cudowne powietrze, chyba jestem w raju, na dachu świata czy tego raju? Tutaj słońce szybko zachodzi. Gęste, ogromne chmury wiszą nad szczytami, tworzą przerażające kształty monstrualnych smoków strzegących tajemnic górskich bogów i bogiń.

Machapucherei i tybetańskie flagi. Muszę znaleźć moje slajdy. Takie były piękne i pęlne egzotyki. Teraz jest wszędzie pełno ludzi, a 30 lat temu turystyka jeszcze nie była taka zmasowana jak teraz.

W restauracji hotelowej w międzynarodowym towarzystwie rozmawiamy czy pogoda pozwoli nam zobaczyć najsłynniejsze ośmiotysięczniki. Czy lady Annapurna odsłoni swoją piękną twarz? Pokhara to mała podgórska osada, której część zachowała atmosferę i nastrój przypominające miejscowe legendy, a druga część to komfortowe hotele a nawet lotnisko, to jedyne miejsce w Nepalu skąd można prawie z bliska oglądać fantastyczne widoki i dokąd prowadzi jakaś w miarę cywilizowana droga.
Następnego dnia znowu dyskusje, czy zobaczymy Himalaje? A góry owinęły się welonem białej mgły, która tworzy przezroczysty ekran, za którym wyraźnie prześwitują białe i srebrzyste spiętrzenia. Szybko napływają zwały ciężkich chmur i nie widać już górskich olbrzymów. Za to na naszej wysokości jest cudownie, grzeje słońce, więc idziemy nad jezioro Phewa, które jest przepiękne, wchodzi między nadbrzeżne góry, na małej wysepce jest niewielka świątynia, wzniesiona ku czci bogini Warahi, wcielenie groźnej bogini Kali. Nad jeziorem cicho i spokojnie, to kolejny raj podczas wyprawy do Nepalu.

Wioślarze namawiają nas na wynajęcie łódek i opłynięcie malowniczych brzegów jeziora. Słychać ptactwo, rechot żab i pluski wody od wiosłowania. Leżę na łódce, patrzę na królujące w wysokościach góry i marzę, jestem tu taka szczęśliwa. Czy kiedykolwiek potem, wiele lat w przyszłość byłam tak szczęśliwa i beztroska jak wtedy? Nigdy!
 

Podniebne olbrzymy
Dopiero trzeciego dnia pobytu w Pokharze zobaczyliśmy, wydawałoby się już nierealne, widmowe masywy spiętrzonych gór. O świcie obudził nas Andrzej, góry odsłoniły się w całej swej urodzie, jak baśniowe, podniebne zamczyska w srebrze i diamentach śniegu i lodu. Wymieniamy się lornetkami, każdy chce zobaczyć legendarną Annapurnę-8078m, szczyt, który onieśmiela majestatem i ogromem. Goście hotelowi zwracają nam uwagę na Machapucharei, prawie siedmiotysięcznik i Dhaulagiri-8167m, który rzadko wysuwa się spod osłony chmur. Te srebrzyste giganty mają świadomość swojej niezmierzonej wielkości, są dumne i niedostępne, niższe góry, ciemne nawet w dzień pokornie przyklękają u stóp olbrzymów sięgających nieba. To było porażające doświadczenie.



Kończą się właśnie ferie i już nie będę miała czasu na przypomnienie na kartach tego pamiętnika dawnej awanturniczo-miłosnej przygody sprzed lat. Jak mi szkoda rozstawać się z tamtymi czasami. Koniec balu panno Lalu, czas na pokład jawy. Zamykamy powtórkę z beztroskiego szczeniactwa.


Palmy więdną na słonecznym skwarze i  tak do rajów podobne miraże, a  mnie sfinks prowadzi do pustych roztoczy...

Jeśli się miało taką beztroską młodość,  to raz wystarczy.

W ciągu dwóch dni wydarzyły mi  się najbardziej stresujące życiowe wydarzenia, zamilczę co. Reset w postaci wspomnień z młodości jest doskonały, to jak hinduska reinkarnacja. A nieśmiertelność to moje dwie śliczne wnuczki.
Ganesha otoczył mnie opieką, pewnie też Anioły.





8 komentarzy:

  1. To ostatnie zdjęcie z palmą jakby Dominika szła, bo ona lubi chodzić w długich sukienkach. Pani wspomnienie niesamowite. Tyle się dowiedziałam przy okazji. Niezłe miała Pani przygody. A Dominika też lubi hinduską kuchnię. Ciekawe jaka będzie Matylda. Pozdrawiam z Krakowa. Ola.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj Nowaczek, zwariowany jak zawsze. Pewnie te skręty zdrowie ci dały, bo u mnie to już nie bardzo. Zdjęcia super, taką cię pamiętam. Gratuluje odwagi w zyciu, ale taka zawsze byłaś. 35 lat od studiów.Pamietasz? Usciski od D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesli tu znowu zajrzysz. Pamiętam, ze 35 lat od studiów i 40 od matury. Ale chyba wolałabym nie pamiętać. Natomiast zdrowie, pomimo różnych życiowych zawirowań, rzeczywiście mi dopisuje. Mamy zorganizowac jakies spotkania z okazji tych szacownych rocznic. Coś napiszę potem.

      Usuń
  3. Zazdroszcze Ci wypraw, ale nie wypadku...kurcze to jakas kumulacja niefajnej energii, czy cos w tym rodzaju. Dobrze, ze jestes wsrod zywych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pewne podróże trzeba za młodu przeżyć, bo w dojrzałym życiu inaczej się wszystko odbiera.
      A propos wypadku, na szczęście nic mi się nie stało fizycznie. Więcej było strachu, gdy chciałam skręcać i przyhamować, a tu nic i samochód jedzie. To jak w filmie, zaczełam trąbić, machać rekami jak blondynka i zjeżdżać na pobocze. Obtarłam się trochę o jakieś krzaki. Ja to rozpatrzyłam w formie opieki aniołów,albo szczęśliwy przypadek, bo gdyby sytuacja zdarzyła się na drodze szybkiego ruchu i w dół np, czy na zakręcie, na pewno wpadłabym w panikę i moje reakcja byłaby z pewnością niezrównoważona. Był teren zabudowany, tzn. wieś, ale już własciwie za wsią, bez domow i jechałam wolniej. Najgorsze jest to, ze 3 dnu wczesniej miałam przegląd, mechanik robił hamulce przednie i amortyzator. Sytuacja wytrąciła mnie zupełnie z równowagi. Tego nie mogłam przewidzieć. Nawet próbowałam żartować nerwowo, że Lokator przeciął mi przewód hamulcowy jak w filmie.
      Ale potem, gdy samochód już został zreperowany, musiałam wracać z "ochroną", bo sama się bałam. Miałam wrażenie, ze zaraz kierownica zostanie mi w rękach, bo wspominali, że też z nią coś nie tak. Z ulgą opuszczałam tamte rejony, never again hopefully, przyniosły mi wiele niedobrego. To nie była jednak energia dla mnie, chociaż takie piękne przestrzenie.Na granicy ze świętokrzyskim poczułam się dopiero bezpiecznie. Po prostu w domu i zjadłam obiad u Reja w Nagłowicach.

      Usuń
  4. Hinduska kuchnia jest naprawdę smaczna, ja często bywam w hinduskich restauracjach. Religia Indii też wydaję mi się fascynująca, ale ta ich obyczajowość raczej nie . Tamten świat wydaje się kolorowy, ale ich życie w tym kraju już do takich kolorowych i szczęśliwych nie należy zwłaszcza mam na myśli świat kobiet w Indiach …palenie żon, gwałty itp. Nie jest to bezpieczny kraj do zwiedzania a szkoda, bo można tam wiele ciekawych rzeczy zwiedzić .
    Pozdrawiam serdecznie,

    OdpowiedzUsuń
  5. Indie to dla mnie najciekawszy kraj swiata. Perla w koronie Imperium Brytyjskiego. Ma wszystkie religie i zabytki oraz cuda natury. Duzo by o tym mowic. A Nepal to dach swiata i cud swiata, absolutna niezwyklosc hindusko-buddyjska oraz przyrodnicza. Ja tam bylam ponad 30 lat temu, to byly inne czasy. Ale na pewno jeszcze pojade.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak sie sama z siebie zasmialam czytajac Glowackiego, ze TROSKLIWIE zachowuje w pamieci wydarzenia sprzed ponad 30 lat. Potem tez wydarzyly sie niezwykle podroze i przezycia. Jak np nagroda Eurotunelu. Tez dawno. Powtorze za moja tesciowa z Rzeszowa, nie wierze, ze mam tyle lat.

    OdpowiedzUsuń