Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 22 września 2018

Przyjechałam do Holandii.

Przez 10 lat w latach 1994-2004 jeździłam do Anglii autobusem i zawsze przejeżdżałam przez Holandię. Najczęściej to było nad ranem, bo już około 15 byliśmy w Londynie. Jawiła mi się ta Holandia jako płaski kraj z wysokimi drzewami z daleka,  widoczną taflą wielkich zbiorników wody oraz krowami na pastwiskach.
Krowy widać nawet a autostrad, tutaj na lokalnej fietspad.

Tym oto rowerkiem przemierzałam okolice Hilversum.

































Ani się człowiek nie obejrzał, czyli wtedy przespał, a już była Antwerpia, a potem Dunkierka i Calais. I zawsze przypominał mi się film  "Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii".
I oto 14 lat od moich ostatnich autobusowych podróży do Anglii, przyjechałam na długie wakacje do Holandii. Ten kraj odwiedzają miliony turystów głownie  z powodu Amsterdamu. Stary film z lat 70. O jeden most za daleko rozsławił  Arnhem i Driel i upamiętnił na zawsze operację Garden Market. Comeniusowe wymiany jeżdżą do Hagi czy Maastricht, a erazmusowi studenci do Delft, Leiden, Utrechtu, gdzie znane uniwersytety.
A ja znalazłam się u moich znajomych Holendrów, których jeszcze poznałam, we Francji, a mieszkają oni  na obrzeżach Hilversum- holenderskiego Hollywood, w enklawie przyrodniczych i technologicznych cudów.

Rozłożysty buk w  ogrodzie.
 W ogrodzie w oczekiwaniu na zaćmienie księżyca 27 lipca, ok godziny 22, a tu ciągle było widno.

Ukryta za wysokimi kwiatami, tu ćwiczyłam jogę.
Spaceruję i jeżdżę rowerem tu w parku- lesie, wśród odwiecznych grubych pni i konarów. Ogromne wysokie drzewa, buki, dęby, lipy, klony, topole i akacje. Wielkie domy z trudem ukrywają się wśród drzew.

Posprawdzałam liście w internecie, żeby je rozpoznawać. Buki myliły mi się z topolami na początku, ale bukom wyrosły owoce i było jasne, że to buki. Ponadto topole są bardziej strzeliste i wyższe, nie na darmo mamy przysłowie wysoki jak topola, a głupi jak fasola.
 Drzewa są olbrzymie, u nas nie ma takich, bo spaliły się w czasie wojny, czy wycięto ich potem,  ale kiedyś były skoro L.Staff ich opisywał:

O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa,
W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,
Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,

Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem.


Zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu,
W bezwietrzu sennym ledwo miesza się, kołysze,
Gdy z łąk koniki polne w sierpniowym gorącu

Tysiącem srebrnych nożyc szybko strzygą ciszę.


Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza
I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa,
Z których widmami rośnie wyzwolona dusza...
O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa! 

Tak się czułam, literacko i refleksyjnie w pierwszych dniach swojego pobytu w Holandii, i ten wieczny archetyp skojarzeń. Nie uwolnię się już nigdy od swojego wykształcenia. NIC praktyczności w mojej próżnej naturze.
 Wierzby płaczące też uginają swoje gałęzie w stronę wody  w kanałach, bardziej rozrośnięte, rozgałęzione, ale tak samo płaczące.
Wśród drzew  na dużych przestrzeniach dumnie stoją piękne rezydencje. Holenderski Media Park też w pobliżu.
Dom  sąsiadów na sprzedaż za ponad 3 miliony euro.

 I takie były moje pierwsze wrażenia z Holandii.
Zawsze mnie taki żal ogarnia z powodu naszego biednego kraju. Nawet arystokratyczny francuski wypleniono ze szkoły na korzyść uniwersalnego angielskiego. A jak się porówna różne języki, to łatwo w nich odczytać cechy narodowe. Mamy niemieckie nazwy narzędzi i organizacji życia miejskiego, np ratusz, francuskie nazwy strojów i życia obyczajowego, włoską sztukę i jedzenie. Gdy codziennie słucham niderlandzkiego, rozpoznaję mieszankę języków i zauważam mnóstwo słów jednakowo brzmiących dla nas, jeśli ich pochodzenie jest francuskie, łacińskie czy greckie, np prognoza, gratulacje,alternatywa, idealny, ambiwalentny, konsekwencje itd. Buk też jest buk, bo pełno było tych drzew dookoła.
Amsterdam znałam z piosenki Brela Dans le port du Amsterdam, ale to już ancient history, bardziej może o Marsylii ten port, który kiedyś przypominał  mi bardziej Dakar ze swoją czarną ludnością.
Amsterdam jest bardzo nowoczesny,
Takie widoki z amsterdamskich kanałów.
od dawna ludzie tu przyjeżdżają na jointa , takie europejskie San Francisco, wolne i kolorowe.
No comments.

Rower  zielarsko ubrany.

Amsterdam przyciąga miliony turystów z całego świata. Najwięcej było Azjatów. Muzea są oblegane i bilety trzeba kupować on-line.

A kanały, koncerty muzyczne na platformach,  sunące łodzie z rozbawionym towarzystwem, bary, coffee shopy, restauracje wzdłuż, są absolutnie zachwycające. Ozdobione  bogatymi kupieckim kamienicami stwarzają atmosferę wiecznej prosperity par exellance.
Dworzec kolejowy- duma Amsterdamu wg projektu Pierre Cuypersa z daleka, znad kanału. Takie piękne dworce widziałam kiedyś w Indiach. Pamiętam do tej pory Victoria Station w Bombaju.

Amsterdam Centraal z bliska. Ale był wtedy upał, a ja wracałam z  Zandvoort aan Zee. Te ich podwójne litery są śmieszne.

Takie widoki na Amsterdam, gdy tylko wyjdzie się z dworca.
Ta ich zamożność jest w pewnym sensie irytująca. Domy takie  zadbane i architektonicznie stylowe.  Szyldy umiarkowane i nie pstrokate. Wszystko jest harmonijne, solidne, ekonomiczne, dalekie od bylejakości. Pociągi przyjeżdżają co do minuty i na ulicach nie ma żadnych śmieci.  Wszystkie drogi prosto wytyczone i oznaczone ze ścieżkami dla rowerów,  samochody jakby miały ban w miastach, bo niewiele ich jeździ, same rowery i piętrowe dla nich parkingi. Całokształt to narodowy charakter Holendrów, kupiecki, pragmatyczny, handlowy i usługowy.To mistrzowie świata w tej dziedzinie.
 W weekend nie włóczą się pijani Holendrzy, tylko gremialnie jeżdżą na rowerach do późnego wieczora. W Amsterdamie słychać tylko pijanych Anglików, co oni tam wyprawiają, to zgroza.
Tyle krów i koni na wolnym wybiegu nie widziałam w Polsce od dziesięcioleci.
Pomimo  doskonałej organizacji tego majętnego i zasobnego kraju z dużą przyjemnością wracałam do naszej "normalności". Poświęcę mu jednak parę postów, bo  jest wart moich refleksji. To niezwykły kraj pod względem historii, technologii i kultury. I wszyscy mówią po angielsku!
Do zobaczenia.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

Zjazd absolwentów- tyle słońca w całym mieście.

Zjazd Absolwentów i Mundial. Zawołanie We win the cup! Nasze szaliczki. Nie ma lepszej kombinacji, i jeszcze w tle planowanie mojego dwumiesięcznego wyjazdu do Holandii i Francji, zakończenie roku szkolnego w naszej szkółce, podróż do Słupska i co tam jeszcze? Decyzja emerytalna, coca cola to jest to!
Zawsze, stale i wciąż wzrusza mnie spotykanie starych znajomych z dzieciństwa. Zjazdy szkolne absolwentów to znakomita okazja na wspomnienia. Tak pisałam o poprzednim Zjeździe5 lat temu tu .
Dziewczyny z 4a,c,d. B nie ma. Koleżanka prawej przyjechała z aż Kanady. Pozostałe z Krakowa , Wrocławia i Ostrowca.
 Tym z miasta nie zawsze chce się przychodzić na zjazdy, przyjeżdżają  inni, z najodleglejszych miejsc i zagranicy. To mój piąty zjazd i na ogół pojawiają się stali bywalcy z ciekawymi meteorami co 5 lat.Np. wreszcie dotarła moja ukochana koleżanka Ela z Kopernika,
Nostalgicznie z Elą i kolegą z jej rocznika.
 obecnie w Krakowie, z którą łączą nas absolutnie wspaniałe wspomnienia z prawie miesięcznych wczasów w Bułgarii- kemping Galata koło Warny w roku 1979, już na studiach.
Snują się okularnicy...Krzemionki. 
 Ja najbardziej lubię nasz "desant" z dwójki, sąsiedniej szkoły podstawowej, skąd najlepsi uczniowie szli do  LO im. J.Chreptowicza.
Moi koledzy z rzeczonych ulic, obecnie z Warszawy.
 Z ulic Polna, Iłżecka, Mickiewicza, części Sienkiewicza przede wszystkim, bo z Kopernika, Kochanowskiego , chociaż tak niedaleko, przenoszono ich do "czwórki". Osiedle Słoneczne zaczęli wtedy stawiać dopiero. W szkołach podstawowych obowiązywała tzw. rejonizacja.
Te zjazdy to dla mnie absolutny fenomen.
Już się tutaj ściemniało na Krzemionkach. Dosłownie i w przenośni. Nasz  cały rocznik. Radek się gdzieś zapodział i Krzysiek, który należy do dwóch roczników. Czyli było 13 osób. Najwięcej z 4d i a, to były zgrane klasy.
 Organizowane od 1958r. Najpierw co 10 lat, a potem od 1988 co 5lat, bo za dużo ludzi umierało w międzyczasie i w ogóle za długa przerwa. W naszym regionie to jedyna szkoła , która organizuje zjazdy absolwentów, bo inni tak okazjonalnie się spotykają. Np. z okazji okrągłych rocznic istnienia szkoły. To wielka zasługa Stowarzyszenia Absolwentów II LO im. J.Chreptowicza i jej aktywnych członków.
Z ukochaną Marzenką z Iłżeckiej. Nawet torebki mamy takie same. Nasze wspomnienia to szkoła podstawowa i liceum oraz obozy harcerskie w Międzywodziu.
Dziewczyny z klasy 4 a, c, d. W szkole przed tablicą patrona. Z Krakowa, Wrocławia i Ostrowca.
Lubię zastanawiać się jak zmieniają się tematy naszych rozmów na przestrzeni lat. Na ogół zupełnie podstawowe, niezobowiązujące, gdzie obecnie mieszkamy, czym się zajmujemy, nawiązuje się wtedy do jakichś uczelni. Bo obowiązkowo wszyscy skończyli studia. Chwalimy i pamiętamy tych, co kiedyś jako olimpijczycy szli na studia bez egzaminów. Mamy wpojony ogromny szacunek do wiedzy i nauki. Teraz wnuki już w tematach sie pojawiają, gdzie jeszcze by tu pojechać na wakacje, jaką dietę zastosować dla zdrowią, np słoneczną lub wodą strukturyzowaną, hehe. Dyskusje mocno podlewamy whisky Chivas, żadne tam Granty czy Jamesony, Polonezami, Chopinami i temu podobnym trunkom.  Ale Wyborowa też, a jakże. Jedzenie jest wyśmienite, najlepsze ostrowieckie kateringi i hotele.
Z Jolą- szefową naszego stowarzyszenia absolwentów i Grażynką z Krakowa.

Oglądamy stare zdjęcia i niezmiennie się sobą zachwycamy wzajemnie. Jest tak wesoło i beztrosko, tyle pogodnej radości i ucieszenia. Przyjeżdża kilkaset osób, a temperatura i słońce nam teraz dopisało  fantastycznie. Całą noc przesiedziałam na Krzemionkach w bluzeczce na ramiączkach. Tańce i śpiewy przy największych przebojach minionych dekad uwielbiam najbardziej. Kryzysowa narzeczona szalała jako Dancing Queen. Pod hasłem Let`s twist again like we did last summer...
Na balu po triumfujacym Bailando.
 Koledzy z młodości, jacy oni są teraz fajni, kiedyś tacy nieopierzeni, obecni przystojniacy, że hej.
Krawaty wiążemy.
Nikt nie rozmawia o polityce, tylko tak ogólnie o życiu i co by tu jeszcze w tym zakresie, zdrowotnym, kulinarnym i rozrywkowym.
Szkoła i te oficjalne sprawy zdecydowanie już nas nie interesują, chyba, że w kontekście dorastających wnuków, czy kariery nauczycielskiej. Z mojej klasy prawie same nauczycielki, ja też jak wiadomo.
Młode roczniki też się pojawiają na zjazdach. Na zdjęciu moi uczniowie, ich urocza ciocia, też absolwentka robi nam zdjęcie..

 Przy tej znamienitej okazji chciałam się podzielić innymi refleksjami. W świecie hiperkomunikacji, gdzie bombardujemy się esemesami, twittami, mailami, „lajkami” na Facebooku, coraz mniej czasu pozostaje na podtrzymywanie głębokich więzi. Relacje społeczne zupełnie się zmieniły. Ja również zapraszałam na imprezę za pomocą wspomnianych komunikatorów. I wszyscy robili zdjęcia smartfonami,czasami nowoczesnymi aparatami fotograficznymi. Kto słyszał o selfie 5 lat temu? Taki inny czas.

Selfie tez robimy, a 5 lat temu jeszcze nie było popularne. 
 Czułam niekiedy, że powoli stajemy się jakimiś cyborgami, ludzko-techniczną hybrydą sprzężoną za pomocą interfejsów. Komputer czy smartfon włączony cały dzień, nowa społeczno-psychologiczna rzeczywistość. Pewna zależność od ludzi , którzy nie  wiem jak wyglądają.  A tutaj, w rodzinnym mieście tylu wspaniałych kamratów, sztama i koleżeństwo ze wszystkich etapów życia, zażyłość, braterstwo i przywiązanie.
W plenerze na Krzemionkach.
Internetowe przyjaźnie, nie przeniesione do realnych kontaktów, to przy nich "ersatz, cholera , nie życie", jak mówiła przy innej okazji  Agnieszka Osiecka.
 Ja najbardziej lubię spotykać moich przyjaciół z dawnej ulicy Polnej, Iłżeckiej i Mickiewicza, powtórzę raz jeszcze, kocham was za nasze dzieciństwo i młodość i mam nadzieję na kolejne spotkanie za 5 lat.
 Emocje opadły i znowu pośpiech i plany, plany.
RODO w części zastosowałam, hehe, zdjęcia bez podpisów.Prócz Eluni ii Marzenki, moich kochanych koleżaneczek z młodości.

czwartek, 17 maja 2018

Zakopane- z poezją, naturą i sztuką.

Postanowiłam pojechać do Zakopanego. Na szczytach Tatr, na szczytach Tatr, na sinej ich krawędzi wyobrażałam sobie nie strop nieba ołowiany, tylko niebo niebieskie, rwące strumienie i świerki zielone. I myślałam, znowu Szymanowski, znowu Witkacy, Kasprowicz, Tetmajer i Asnyk. Bo ja tak zawsze lubię górnolotnie.
Z Kasprowiczem namalowanym przez Witkacego.
A potem zobaczyłam  niebieskie niebo, turkusową ciszę i zielone świerki, ale  "Wszystko przyprószone jest śniegiem siwizny. I posmutniałam".
Bo są takie momenty, parę nut nagle uderza do głowy, zawraca ją, wzbudza wszystkie minione najskomplikowańsze dźwięki, i alkohole. I nagle krystalizuję się życie całe. Tak się dzieje z wyłaniającym się Giewontem i powietrze podhalańskie uderza do głowy.

Gdy byłam dzieckiem jeździłam r rodzicami na wycieczki pracownicze i pamięć o tych naprawdę fajnych imprezach zostawiła trwały ślad we wspomnieniach.
Na tej pamiętnej wycieczce w listopadzie 1971 roku mieszkaliśmy  gdzieś w Kuźnicach , bo mam stare zdjęcie. Zawieziono nas też do Morskiego Oka i mama moja w takim ogromnym kożuchu- futrze się mówiło, w którym potem chodziła całe życie. Mnie nie kupili kożuszka, który wtedy kosztował majątek.
Legendę Tatr i Zakopanego znałam od zawsze. Wychowywana ze starszym bratem, zwykle wiedziałam więcej. Taki wierszyk Tetmajera był chyba w starych podręcznikach.
"Wolno i sennie chodzą po jasnym tle błękitu, złocistobiałe chmurki z połyskiem aksamitu". Jak pamiętam Tetmajera omawiało się dokładnie w liceum. Też pewnie kształtował nasze wyobrażenie o Tatrach, moje na pewno.
A dokładniej Tatry poznałam na studenckim obozie sportowym w 1980. Polska szykowała się do gorących zmian, powstały związki zawodowe, a my chodziliśmy po górach. Ale była beztroska.
Jakie tu piękne słońce swieciło!
"Cicho, cicho nie budźmy wody, lekko z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie...i wchłaniajmy potoków szmer, co toną w jeziorze i limb szumy powiewne, i w smrekowym szept borze.."
Płonie kamienna Tatr korona,
A cisza siada między granie,
Rozleniwiała, rozmarzona.

Słońce w niebieskim lśni krysztale,
Światłością stały się granity,
Ciemnosmreczyński las spowity
W bladobłękitne, wiewne f
ale.

Wszyscy obdarzają Zakopane i Podhale niezmiennym uczuciem od lat, te góry, ten pejzaż, pawiookie stawy , muzykę. Jeszcze jeden piękny cytat:

Taki tam spokój... na gór zbocza światła się zlewa mgła przezrocza na senną zieleń gór... srebrnotęczowy sznur-potok skrzy... srebrzystoturkusowa cisza nieba... Egzaminacyje epitety Młodej Polski.
Nad Morskim Okiem schronisko jak zawsze to samo. Jak opoka.
Kiedyś byłam całkowicie przygotowana na ten wielki zakopiański świat. Czytałam Witkacego i Witkiewicza -ojca. Tetmajera i Kasprowicza.
Willa Koliba- wg projektu Witkiewicza.
Koliba- salon.
Znałam przeżycia Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej w willi na Kozińcu. Słuchałam Szymanowskiego czytając Lieberta. Obydwaj gruźlicy, przemknęli przez świat jasną smugą sztuki. Ekscytowałam się witkacowską ekstrawagancją, on mnie "pożerał".
I tak chciałam żyć, czysta forma, narkotyczne sny, nieziemskie i pozaziemskie,  i oczywiście  moja ulubiona fantasmagoria. Późniejsza wyprawa do Indii i Nepalu dopełniła całości. Nudność zwyczajnego życia była mi zawsze nieznośna.
W rezultacie, "kiedy czas nachylił się ku wieczorowi", czyli bez metafory, gdy mi lat przybywa i bliżej do starości, to wcale nie żałuję tych moich szaleństw. Tylko nie ma już tamtych ludzi. Tyle osobliwych wędrówek, wieczorów w knajpach, potańcówek czy nawet spacerów z  moimi małymi, potem dużymi córeczkami oraz uczniami. Do Zakopanego jeździło się prawie co roku.  Moje szczęśliwe życie. Jakeś mi sie prędko odmieniło. Jakeś strumyku upłynął, jakeś wysechł, jakeś zubożał, dzwoniący jak owce na hali.
A teraz wszędzie profanum vulgus.
 Sama schodzę stopniami w oko doliny, szerokimi, zielonymi stopniami głębiny.
Strążyska.

W drodze na Morskie Oko.

Taki snieg na wysokości Kasprowego.
Pariasem zdecydowanie być nie chciałam i w czasach studenckich bardzo mnie bawiły wyjazdy do Zakopca i narciarskie szusy na Polanie Szymoszkowej, Butorowym Wierchu czy Nosalu. Nie wiem skąd ja wtedy pieniądze miałam, ale chyba oszczędzało się na jedzeniu, żeby na sobotę skoczyć do Zakopca i na " do you spek English " zawsze się kogoś poznało. Dobrze, że na uczelnianych obozach kondycyjnych nauczyłam się jeździć na nartach.
Na Kasprowym szykowałam się do zjazdu, tylko buty nie te...

 Wtedy w Zakopanem to byli inni ludzie. Bardzo było przyjemnie mieszkać w hotelu i czuć się prawie wywyższonym rozmawiając po angielsku o zakopiańskiej architekturze, Szymanowskim i Witkacym. Parlami ancora de lontano sento, mów do mnie jeszcze.. To były osobliwe improwizacje. Wielkie rozmowy i wielkie popijawy. Haute volee młodej prowincjuszki.
A teraz kiedy widzę tytuły w teatrze im. S. Witkiewicza- Demonizm zakopiański,Na przełęczy, Opowieści o zwyczajnym szaleństwie- to widzę się jako Kobietę- istnienie poszczególne. Jeszcze mi w głowie jakieś ekstrawagancje i zjawy.

Chodzę sama po Chochołowskiej, Strążyskiej i Kościeliskiej ulicy i myślę,  że niczego się nie nauczyłam i nic nie rozumiem, i nic nie zapomniałam i znowu nic nie umiem.. a chciałam przecież tak wiele. Zrobić, pojąć, ukochać.. Noc płaszcz narzuca na góry, siklawy nie przestają szlochać..
Ale wspaniale było się kąpać w termalnych wodach zakopiańskiego  Aqua parku, z widokiem na Giewont. Jakby nad jeziorem Phewa w Nepalu.
W kinie Sokół oglądałam bhutański film Miód dla Dakini.
Kino jak z dawnej epoki.
 Oglądaliście kiedyś film z Bhutanu? Totalna ezoteryka, egzotyka też.
Gabinet Szymanowskiego.

W Atmie słuchałam Szymanowskiego, jakbym na nowo widziała Panny z Wilka.
Willa Atma na Kasprusiach.
Portrety Szymanowskiego wykonane przez Witkacego.
Ile tych odsłon z niepamięci?
Wiersze Tetmajera, Kasprowicza, Asnyka i Iwaszkiewicza.