Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

wtorek, 14 listopada 2017

Angielsko-francuskie przyjażnie w Aude- Herault.

Kiedy zaczynałam pisać tego bloga ponad 6 lat temu, moją intencją było przedstawiać  Francję, basically region zwany Langwedocja- Rousillon, moje francusko-angielskie zmagania językowe, życie obyczajowe "kolonii" anglosaskiej we Francji i takie różne historyczno-społeczne opowiastki. Tymczasem Mr Wilson wybrał życie hippisa  w Polsce i w trójkącie bermudzkim na granicy niemiecko-czesko-polskiej odnalazł swoje miejsce na ziemi ze swoimi alternative thinkers, które absolutnie nie okazało się moim miejscem na ziemi, désolée. I tak po paru latach nieobecności postanowiłam wrócić tam, gdzie czas płynął  wg uświęconego  filozoficznego i kulinarnego rytuału.
 Późne śniadanie, aperitif przed lunchem z widokiem na...
.... Lac de Jourraes, 3 km od Pepieux, gdzie wieczorkiem chodzilismy się kąpać kiedyś w lecie.
 wycieczka w piękne historyczne miejsce, lunch, niekończące się dyskusje, spacerek wzdłuż wąskich uliczek lub plażą, refleksje w cieniu platanów. Przed kolacją pewne rozrywki duchowo-fizyczne, tańce, joga, studiowanie Biblii, artystyczne atelier.
Studiowanie Biblii.
Potem kolacja, dużo wina, jeszcze więcej opowieści. O życiu, religii, filozofii, sztuce, toż jesteśmy w kraju największych filozofów, a  kolonialni zdobywcy Anglicy mają co opowiadać. Francuzi edukują cały świat. I są do tego predestynowani i chapeau bas. Chodzi o to, że niektóre pejzaże, widok pewnych ludzi, niezmiennie piękna muzyka  daje wrażenie szczęścia, oczyszcza psychikę i przywodzi na myśl dawne miłe wspomnienia.  Le bonheur impossibile des âmes. Ach ten francuski i haute volée
Moje koleżanki zapewniły mi idealną kalkę tamtego życia rozbudziły chęć na powrót w tamte beztroskie rejony.
Jaqueline jest Francuzką, poznałam 10 lat temu. Jest nauczycielką i właścicielką szkoły językowej, idealnie jak ja. Jesteśmy w zbliżonym wieku. Lepszego towarzystwa nie mogłam, sobie wyobrazić. Jaquęline mówi do mnie mieszanką francusko-angielską  i doskonale się rozumiemy. Ona w sposób szczególny upiększała wcześniej  moje życie we Francji, jakby na luksusowym  Cours de civilisation française de la Hobson Ecole. Pisałam o tym tututaj.
Wiosna 2012, gdy jeszcze winorośla w zimowym snie.
 I tym razem Jaqueline zabrała mnie tam, gdzie zwykle. Najpierw na Plac Madelaine w Beziers, gdzie słynny kościół ku pamięci masakry Katarów,

1209 masakra Katarów i mieszkańców Beziers przez krzyżowców. Mówili, zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna naszych.
 potem na aperitif do swojego domu, a następnie do Narbonne Plage, gdzie tyle pięknych reminiscencji i refleksji.
W ogrodzie na Diderota. Rafael, syn Jacky, którego pamiętam jako dziecko jeszcze.
Na plaży w Narbonne. Rozbieramy się do zdjęcia, haha.
Kiedy tam jestem nie odczuwam prawdziwości mojego życia, Zasłona Mai się odkrywa, jak często to określam, a czysta kontemplacja sztuki jest nieskończoną przyjemnością i uspokojeniem. To wyjątkowo egoistyczna  postawa, ale irracjonalizm Schopenhauera, impulsy i instynkty zawsze mnie fascynowały. Z trudem toleruję tę zapobiegliwą praktyczność życia w Polsce. Ale cóż, muszę pracować i zarabiać, żeby zasłużyć na małą cząstkę wolności mojej woli. I tak jestem ustawicznie ograniczana, ale niezmiennie próbuję wyrywać się z tych granic na ile to jest możliwe.
Yvonne jest Angielką z Londynu, mieszka we Francji - Lezignan Corbiere od 17 lat. Poznałam ją w 2011 na kursach języka francuskiego. Ona włożyła dużo serca w naszą znajomość, dodawała otuchy, zapraszała na różne imprezy, gdzie czułąm się ważna i bardzo mile widziana. Yvonne jest aktywnym członkiem ESCF-English Speaking Christian Fellowship z siedzibą w Homps.

Yvonne pierwsza z lewej na brocante- targi staroci, jeszcze , gdy mieszkaliśmy we Francji. 2012r.
To wyjątkowa osoba, pełna ciepła, naturalnie dobra i wypełniona optymizmem, taka prawie święta dla mnie. Zawdzięczam jej wsparcie, dobre rady, naukę ekumenizmu, ale też naukę radości życia, tańca, pieczenia brownie, picia herbaty i lekkiego rose, bo the sun is over the .yardarm
Tea u Yvonne, lipiec 2012. Obowiązkowa domowa konfitura
Z Yvonne u przyjaciół w Poilhes na towarzyskim sales. Hallowenowe dekoracje.
Fajna impreza takie sales`y. Znajomi zbierają i przynoszą ubrania, ktore im się znudziły, a jedna osoba organizuje wyprzedaż u siebie,  zyski na jakiś dobry cel. Przy okazji herbata i ciasto, tez wspólne.
 Moje obecne francusko-hiszpańskie wakacje w dużej mierze są związane z Homps, poprzez ESCF i sąsiadujący z organizacja dom, gdzie na początku spędziłam dużo  miłego czasu na zajmujących dyskusjach o  powojennej polskiej emigracji w UK, o filmie i pasjach życiowych. 
Żal mi było , że nie spotkałam Margaret, it would have been fun to see you- jak sama Margaret napisała, ale miała poważne obowiązki wobec swojej rodziny. Margaret z Siran, nauczycielka z Londynu również  poświęcała mi  kiedyś dużo swojego cennego czasu. Uczyłyśmy się razem francuskiego i filozofowałyśmy o małżeństwie w pepieuxowskim domu na dole. Zimno tam było, a ja podgrzewałam świeczkami, hehe. Ships passing in the night- ona mnie nauczyła. I tu l`as voula, Georges Dandin.

    "Ships that pass in the night, and speak each other in passing, Only a signal shown and a distant voice in 
     the 


Nie spotkałam też Niki z Perpignan- z blogu Francuskie i inne notatki Niki, ale na pewno innym razem w Amicale Polonaise.
Jadłysmy lunch w ESCF, a z okna taki widok- kościół katolicki w Homps i kozy opod murkirm. 

Mam niezwykłą potrzebę przebywania z ludźmi, dyskutowania, wspominania, wymieniania poglądów, brać po prostu udział we wszystkim. Uschłabym intelektualnie bez tego. Pojechałam do Francji, żeby spotkać się z ludźmi, bo bardzo za nimi tęskniłam.
Na towarzyskich sales. Z przyjaciółmi z dawnego hrabstwa Humberside, gdzie  Scunthorpe i tamte okolice, to też jakby mój kolejny dom. Keep having fun as they say.



Z Naomi, która kiedyś uczyła mnie francuskiego. Ale to były zabawne lekcje dzięki uczestnikom, szczególnie dociekliwy był Damian i jego zona Patricia. Tu na tańcach w Pepieux.
Na tańcach ludowych w Pepieux. W lokalnym domu kultury, gdzie chodziłam do kina i na koncerty.
Pojechałam przejść się po brukowanych uliczkach, oglądać dziedzińce i mury obronne, gotyckie ozdobniki architektoniczne, a na każdym kroku dostojeństwo  dobrej koniunktury.  Imponujące frontony, czary i uroki i wiem, że jest wspaniale. Winorośla i taki miły francuski język, je vous en prie madame...c`est magnifique, c`est impeccable et comme Mac Arthur/ or Terminator/ je reviendrai, bien sure.


5 komentarzy:

  1. No właśnie, jak Cię blogowo poznałam, pisałaś właśnie z Francji :-). Na pewno wspaniale było tam wrócić - co widać po opisie i zdjęciach - taki inny, kolorowy świat.

    A czy pan Wilson nadal mieszka w Pl???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Portugalii są małe kamienne domki za 20 tysięcy euro, podobnie we Włoszech. I życie tam tańsze. We Francji dwa razy droższe. Tamten styl życia taki beztroski. I słońce swieci do ostatniego promienia. Wielki czas mojej prawdziwej emerytury się zbliża i wtedy coś postanowię. A do tej pory będę odwiedzać tamte rejony dla ewentualnej inspiracji.
      A Mr Wilson kupił sobie mały domeczek nad Jeziorem Złotnickim koło Gryfowa Sląskiego, 15 km od Gajówki, którą odwiedza obserwując co z nią robią nowi właściciele.

      Usuń
  2. "Kiedy tam jestem nie odczuwam prawdziwości mojego życia, Zasłona Mai się odkrywa, jak często to określam, a czysta kontemplacja sztuki jest nieskończoną przyjemnością i uspokojeniem. To wyjątkowo egoistyczna postawa, ale irracjonalizm Schopenhauera, impulsy i instynkty zawsze mnie fascynowały. Z trudem toleruję tę zapobiegliwą praktyczność życia w Polsce"

    Zapobiegliwa praktycznosc zycia w Polsce. Wiesz co Ala? Chyba faktycznie ...e tam nie bede gadac, ale ja tak praktycznie zyje Niemczech... po prostu do emerytury mam hektar i musze bo inaczej nie ebdziemy zyc na dobrym pouziomie, a praca na zachodzie nie nalezy do latwych ze wzgledu na wymagania. Oni pracuja inaczej.

    PO protu obracasz sie w srodowisku emerytow, ktorzy spowolnili ...nie pedza maja czas na aperitif przed lunchem, po lunchu...na winko, snucie opowiesci, filozofowanie i nie stresuje ich, ze jutro trzeba wstac i .....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że tak jest. Widać wiek na zdjęciach. To emerycki angielski raj na południu Francji. Ten dla klasy średniej, pracowniczej, bo zamożniejsi mieszkają w Prowansji, a tu Langwedocja. 5 lat temu było dla mnie za wcześnie dla mnie i miałam wyrzuty sumienia, że tak nic nie robię. Moja kolezanka Francuzka nadal pracuje, ja też i na pewno nie zaprzestanę po otrzymaniu emerytury. Lubię swoją pracę na szczęście i zawsze mogę pare godzin w tygodniu dorabiać. Ja jeszcze bardziej lubię języki i tam mi sie podoba to mieszanie języków, z francuskiego na angielski. Duzo tez tam jest Holendrow, a oni mówią ze swoim innym akcentem, dla mnie jakby niemieckim. A tam francuski jest pod wpływem hiszpanskiego, właściwie katalońskiego i to się słyszy. Zawsze pasjonowała mnie lingwistyka.

      Usuń
  3. " i tam mi sie podoba to mieszanie języków, z francuskiego na angielski." :

    Tak, to sie fachowo nazywa Franglish...hehe.

    Pozdrawiam z nowej emigracji w Prowansji, hmmm a raczej z Marsylii.

    Maciek,

    http://znadsrodziemnego.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń