Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

niedziela, 5 stycznia 2014

New Year resolutions.

 Tytuł mojego bloga stracił desygnat i wszelkie denotacje, /tak uczono mnie na filozofii i językoznawstwie, hehe/. The couple don`t enjoy the life, stali się "The misfits", jak w słynnym filmie. Nie ma chez nous, jest chez moi et chez toi.
Mój blog z założenia miał służyć moim prywatnym potrzebom. Pragnęłam pisać o Francji i moim życiu tam spędzanym nieśpiesznie i szczęśliwie. Chciałam, żeby moi przyjaciele i bliscy z rodzinnego miasta wiedzieli na bieżąco, co u mnie słychać. Chętnie ich u siebie gościłam i z ogromną przyjemnością pokazywałam uroki południowej Francji. Chciałam poznać kobiety- Polki w średnim wieku, w przedziale 50+ w związkach z obcokrajowcami. Żadnej takiej nie poznałam w świecie wirtualnym, dużo w rzeczywistym, ale i tak one reprezentowały zupełnie inne doświadczenia. Mieszkały długo za granicą, nie rozumiały moich rozterek. Poznałam dużo młodszych kobiet w związkach międzynarodowych, ale to też absolutnie odmienne przeżycia. Ja oczekiwałam innych blogowych relacji.  Blog jedynie pomagał mi wracać w moje ulubione rejony literackie. Precyzyjnie i otwarcie  wyrażałam swoje myśli. Ale kogo tak naprawdę obchodzą moje problemy? Na pewno moich  realnych przyjaciół, tych paru wirtualnych jeśli czytali uważnie moje wielowątkowe posty i z którymi nawiązałam  kontakt mailowy. Przypadek czysto wirtualnej przyjaźni jest bardzo powierzchowny. Jeśli nie zostanie przeniesiony na grunt realny, staję się sztuczną inteligencją.
Z tych leniwych dni  nad Kanałem du Midi.

 Coraz rzadziej pisałam posty, bo ostatnio zaczęłam się  zajmować moim aktywnym i satysfakcjonującym życiem realnym w rodzinnym mieście. Pisanie realizuję w lokalnej prasie, a rozległe kontakty na fb. W moim nowym-starym  życiu dzieje się więcej niż jestem w stanie ogarnąć i mogę bez wahania powiedzieć, że te codzienne,  mniejsze czy większe radości i troski są cenniejsze niż ostatnie trzy- cztery  lata. Jestem z pewnością city girl, wysokie obcasy, krótka spódnica, dekolt, makijaż. Już Jaqueline mówiła mi quel dommage,  la compagne ne correspond pas a toi, czy coś w tym stylu, wieś we francuskim Pepieux, a nasza gmina? Nasza czy inna, nieistotne.
W swoim mieście  z przyjemnością chodzę do  pracy, to moje bardzo istotne osiągnięcie. To praca, którą ja stworzyłam od początku do końca. Dodam skromnie zasługę mojego śp. ex-męża i obecnie niezastąpioną córkę. Dumą mnie napawa ta mała "uczelnia", biuro, współpracownicy i oczywiście "perła w koronie", czyli moi ukochani klienci, o których napiszę kiedyś osobny post. Lubię działać na rzecz lokalnego społeczeństwa. Uwielbiam moje wolne dni, chętnie sprzątam, robię zakupy, gotuję, chodzę do kina, muzeum, na basen, fitness, a już najchętniej  spotykam się z przyjaciółmi. Mam mnóstwo koleżeństwa z różnych okresów życia, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Objawy sympatii z ich strony wzbogacają moje życie i są nieocenioną wartością. Spotykanie się z nimi przy smacznych posiłkach, winie, niekończące się dyskusje są najprzyjemniejszym aspektem mojego życia. Moje biurowe "romanse" są szczególnie niezmiennie fascynujące. Tego najbardziej brakowało mi w ostatnich latach, tzn. nie romansów, ale spotkań :) Uwielbiam niedzielne obiadki z córkami. Cenię sobie wygodę, jak  w cytacie z Artura Perez-Reverte, już pisałam kiedyś wcześniej. Dawne czasy wymagały, żebyśmy byli spartanami, obecne sybarytami.


A tu koło mojego miasta -Szwajcaria Bałtowska- ubiegłoroczna zima. Z Dominiką.
 
Wieczorne jazdy są super, bo jest zdecydowanie mniej ludzi. Każdy czeka na taką zimę.

O tym nie będę pisała na blogu i nie poddawała komentarzom, bo nie ma takiej potrzeby. Tak płynie sobie życie.
 Dzięki blogowi nawiązałam wiele znajomości, które sobie cenię, ale wiadomo, że tego typu znajomości są ulotne. Nie myślcie, że całkiem rezygnuję z pisania. Co to, to nie. Tu realizuję swoją potrzebę ekshibicjonizmu, będę się pojawiała, ale pewnie rzadziej będę uczestniczyć w dyskusjach, bo mój głos, mój  poświęcony czas i tak znaczy prawie nic. I  niektóre dyskusje prowadzone na blogach wolę energetycznie prowadzić w rzeczywistości. Będą ewentualnie tematyczną inspiracją. Mój czas spożytkuję na praktyczniejsze czynności. Mam szczególnie jeden ważny cel w tym roku i parę pomniejszych. Takie są moje noworoczne rezolucje.
Jeśli Mister  znowu zabierze mnie kiedyś do "couture living", wtedy z pewnością wrócę do roli  rozkapryszonej primadonny, wrócę do Francji, Florydy i Włoch.  Ale na teraz welcome home. Sweet home. Nie Alabama, jakby chciał Mister.
 

12 komentarzy:

  1. Szczescia w nowym roku i spelnienia marzen, bo z pewnoscia masz jakies nowe :))
    Pozdrawiam cieplo
    Nika

    OdpowiedzUsuń
  2. no własnie, brakuje tych opowieści o Francji...:)
    W każdym bądź razie życzę Ci wszystkiego dobrego w Nowym Roku, aby to noworoczne resolutions się spełniło!:)
    No i ciesz się nowym domem i życiem w nim:)
    Będę wciąż zaglądać do Ciebie. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Key West, to coś, co nas łączy. Ja też tęsknię za Francją. Poczekamy na bogatsze czasy.

      Usuń
  3. Skoro masz życie ciekawsze od bloga to nie dziwię się Twojej decyzji.
    Powodzenia tak czy owak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam wiesz najlepiej. Pomyślnego Nowego Roku!

      Usuń
  4. Always crazy, active woman. Keep it like that! Może kiedyś i ja napiję się z Tobą wina :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To z pewnością nastąpi, gdy wybiorę się na wiosnę do Dominiki do Olsztyna. Tym razem zahaczę o Grajewo!

      Usuń
    2. Zahacz albo daj znac bo ja Olszyn odwiedze tez z checia!

      Usuń
  5. Czyli wróciłaś do roli kobiety spełnionej ;) Życie realne nie może pozostawać w cieni i oczywiście blogi są jedynie narzędziem do odkrywania realnych znajomości, ale jakże pożytecznym, nieprawdaż?
    Mimo wszystko nie mogłyśmy się z Megi nadziwić, ki czort pchnął Cię do kupienia przeuroczej co prawda, ale tak sprzecznej z Twoim temperamentem chałupki...
    Ja zjadę do R. dopiero pod sam koniec stycznia, na razie pakuję się, ogarniam i odliczam dni w mojej parszywej robocie. Wiem za to, że Padre już umówił się z Misterem na narty ;-)) czy też na piwo ;)) a najpewniej na jedno i drugie. A Ty zapewne pokażesz się w G. na Wielkanoc? to już niedługo ;-))
    Uściski, i.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nasze spotkanie było absolutnie niezwykłe. Jak randka niemalże, takie rozpoznawanie siebie w rzeczywistości.
      Hacjenda dla Mistera, żeby się nie nudził na wczesnej emeryturze, bo świętokrzyskie mu nie odpowiadało, chciał bliżej cywilizacji, czyli Berlina. A mój uprzedni stan ducha z czasów kupna tej ruderii, oddał się chyba we władzę tajemnych sił na usługach Mistera:) Po prostu zaćmienie umysłowe.
      Wielkanoc dopiero 20.kwietnia, pewnie pojawię się wcześniej:)
      Życzę wytrwałości przy finałowych pożegnaniach miasta W. Odezwę się prywatnie. Ardiola- bo jestem na innym komputerze i juz nie chce mi się logować.

      Usuń
    2. Dodam jeszcze słówko a propos nieporozumień kulturowych. Film American hustle zdobywa Złote Globy, a mnie wydawał sie taki bezmyślny i bezwartościowy. W filmie bohater jest jakby narratorem i "tłumaczy" akcję. Widziałam parę takich amerykańskich filmów, gdzie pomagają widzom zrozumieć tok filmu i narrator opowiada. Oczywiscie, nie jak to było w Ojcu chrzestnym cz.II, tylko tak jak dla idiotów wg mnie:) Inny świat.

      Usuń
  6. Cieszę się, że jest Ci dobrze. Uściski:)

    OdpowiedzUsuń