Moja lista blogów

niedziela, 17 grudnia 2017

Małomiasteczkowa Francja czyli nie pojadę więcej do Paryża.

Zagrożona nieuniknionym procesem zwanym z angielska aging podjęłam pewne wnioski, które mają być w służbie  jej królewskiej Mojej mości. Fejsbukowe i onetowe  mądrości, zaśmiałby się ktoś, ale mnie służą i odpowiadają, po pewnych małych transformacjach, bien sur.
Wczoraj byłam w Rzeszowie na pogrzebie wyjątkowej kobiety i tak całe życie przeleciało mi w myślach podczas mszy pożegnalnej, ponieważ Zmarłą była moja ukochana Mama, chociaż tylko Teściowa. Moja rodzona mama nie żyje od 2001r, Ona mi ją zastąpiła. Zawsze mnie wspierała i służyła pomocą naszej rodzinie w ciężkich chwilach pożycia z jej nieżyjącym już synem. W ostatnich latach byłyśmy jak koleżanki, zwierzałyśmy się i rozmawiałyśmy o  życiu. Kibicowała mi w związku z drugim małżeństwem. Była tylko 22 starsza, pracowała do  końca. Za wcześnie odeszła. Wiele razy powtarzała, że żałuje niepodjęcia pewnych radykalnych kroków, że zbyt bardzo poświęcała się innym, zamiast myśleć o sobie. Może tak tylko mnie mówiła, bo znała moje egoistyczne podejście do wielu spraw i chciała mnie popierać w ten sposób? A ja bezsprzecznie i z całą pewnością  nie chciałbym żałować swoich decyzji i różnych postanowień i Jej ostatnia z nami rozmowa we wrześniu zostanie mi na zawsze w pamięci.
 I ad rem,  a po francusku revenons a nos muttons, chciałabym, żeby powtarzane  je ne regrette rien w obliczu spraw ostatecznych było wypowiadane świadomie.
Miałam szczęście, że w młodości i trochę potem odwiedziłam parę niezwykłych miejsc w świecie i nie muszę teraz o nich marzyć,  czy męczyć się wielogodzinnymi lotami do Azji czy Afryki, nie wspominając Ameryki.  Chociaż niektórym Polska wystarcza, i niech im będzie. Podobnie, jak 90% procent Amerykanów, którzy nie ruszają się ze swojego kraju uważając go za raj, pewnie utracony Miltona.
Ten Paryż, czy Rzym, Londyn, Barcelonę rozpatruję w ramach podróży męczących, jak conajmniej  kabaret skeczów męczących, bo to trzeba pojechać  na lotnisko i potem z lotniska wrócić do domu, często w godzinach nocnych lub bardzo rannych, i podróż parogodzinna. Moje najbliższe lotnisko to Rzeszów, ale nie zawsze mam stamtąd loty. Potem z tego zagranicznego lotniska, odległego od centrum trzeba dostać się gdzieś do jakiegoś hotelu, zwykle uniwersalnego i takiego samego wszędzie, bo małe zaciszne hoteliki, w starym znakomitym stylu  są gdzieś daleko od centrum, albo poukrywane i nie każdy ma do nich dostęp.
Taki hotelik rodem ze starych romansów, w Olonzac.
 Potem trzeba podróżować metrem i oglądać codziennie miliony osób, jak mrówki przemieszczające się i doznające neoreligijnych przeżyć w restauracjach czy wokoło zabytków. I wszędzie każdy gada do siebie przez swoje nowoczesne urządzenia.
Takie tłumy w małym Olonzac w dzien targowy, a Paryż wypełniają miliony,  a w inne dni  idylla spokoju, ponizej...
cafe de la poste w Olonzac.
En bonne compagne w Homps.

Jak wszystko się zmienia, pospolicieje, traci swoją elegancję i przywilej podróżowania. Te jednostajne współczesne miasta z jaskrawymi sklepami, jednakowe wszędzie, to już absolutnie nie te miejsca pełne arcydzieł żywcem przeniesionych z literatury.  Powtórzę za  Iwaszkiewiczem, który z kolei cytował Balzaka, że Paryż dzięki nieustannej pokusie i zbytkom, jest spadkobiercą Niniwy, Babilonu i cesarskiej Romy. Ach cóż to było za miasto! I te pokusy bardziej przemawiają w wieku niekoniecznie balzakowskim.
Paryż z Prusa , Orzeszkowej czy Żeromskiego- spacery wielkiego świata na Polach Elizejskich drgających od strojnych kobiecych strojów, to wiadomo inna epoka, ale Paryż moich podróży młodzieńczych też był inny. Gdy francuski młodzieniec podrywał po francusku gdzieś w drodze do Musee d`Orsay to była elegancja -Francja par exellance, a teraz  terrorysta i czarnuch, a na Polach Elizejskich zapory przeciw wjazdom na chodniki i żołnierze z karabinami. Wojna cywilizacji.
I gdy mówię do dumnych mieszkańców Albionu, zamieszkujących powszechnie południową Francję, ou sont les neiges d`antan, oni nie rozumieją, a właściwie nie znają francuskiego. Wiem, zwracam się do nieodpowiednich ludzi, albo sama jestem z zakurzonej epoki.Tak, pamiętam stan wojenny i widziałam imperialne europejskie stolice  w tamtych odległych czasach. "Dziś , kiedy jesteśmy starzy i niepotrzebnie mądrzy, miło odnajdywać w sobie dawne pasje, zamiłowania i entuzjazmy".
Ale urok Francji nadal do  mnie przemawia, ale ten z małomiasteczkowej, spokojnej, sennej Francji. Harmonijnej i zatrzymanej w czasie.To jak wymowne głosy Gombrowicza, reportaży młodego Herberta czy Łysiaka, powieści Gretkowskiej. Późna jesień, a pejzaże " słodkiej Francji" są zniewalające. U nas też,  prawie zima, a trawy zielone, klimat nam wreszcie służy, jak się kiedyś mówiło: pogoda dla bogaczy.
Kanał Południowy, genialna myśl techniczna  Paula Riqueta z 1681, łączy Tuluzę ze środziemnomowrskim Sete, 241 km.

na mostku w Homps
Jest chłodno i wieje, ale słonce przebija się z całą mocą.

 Podróże kształcą, powiada przysłowie, kształcą, ale za każdym razem inaczej. Te same miasta, te same widoki ogląda się w innym oświetleniu czasu, z innymi ludźmi i z innymi własnymi przeżyciami, warunkami.
U przyjaciół.

Tak zielono w listopadzie, u nas teraz jest podobnie, chociaż grudzień.
  Człowiek odmiennie patrzy na samego siebie i na własne sprawy. Ostatnia moja podróż do Francji, to ludzie, ich domy, otoczenie, już nie szukanie estetycznych wzruszeń, ale ludzi, ich emocji, uczuciowości, przyjaźni, spokoju.
Dom Jacky w Beziers.

Oryginalnie ocieniony dom znajomych z Pepieux.
 Jak dobrze skwitować, nie ma turystów, toż to plaga naszych czasów. W małych francuskich miasteczkach, do których wracam z nieporównaną radością, zastaję znajome przyjazne miejsca, chociaż z innymi ludźmi, to słońce i niebieskie niebo nie sprzyja żałobnym myślom. Bo niektórzy odeszli na zawsze.
Do małomiasteczkowej Francji dojeżdżam pociągiem z lotniska i siedzę wygodnie w TGV, oddalając się od zgiełku i świateł wielkiego miasta, i to zdecydowanie wolę. Cóż, aging...
Puste plaże Narbonne, jak naszej Juraty...

Ale wieje...
Dom  znajomych w Homps.
Dom z Matką Boską w Narbonne.

Okiennica jak dobra rama do zdjęcia.

Szkoda, ze u nas nie ma restauracji z nazwą czasopism z epoki pozytywizmu, jak np Wędrowiec, Niwa, Tygodnik Ilustrowany jak tu w Carcassonne.  Historyczne Cite zawsze tętni życiem.





3 komentarze:

  1. To taka kokieteria z tym starzeniem się? Bo na zdjęciach widzę fajną babkę.
    Mnie też męczą wielkie miasta, ale raz trzeba ich zobaczyc, nie? I jakie tam są niezwykłe muzea.
    RIP dla Tesciowej. Mało takich osob w tamtym pokoleniu.Mam na myśli te kolezanki.
    Pozdrowienia z Wakefield.

    OdpowiedzUsuń
  2. Alu, dobre wspomnienia to nasze wielkie bogactwo. Też miałam wspaniałą Teściową.
    Fajnie się "Ciebie" czyta. Wróciły wspomnienia... La vie est belle. Amities

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. La vie est belle en Languedoc to był tytuł mojego blogu na onecie kiedys.
      Tak, najważniejsi są ludzie wokół nas, ale miło też być w pięknych miejscach.Te posty o Francji to na pamiątkę moich przyjaciół, i wiem,że będę tam wracać. Muszę pokazac Francję teraz wnuczkom.
      Ja się czuję nadal pełna sił witalnych, ale wiek już poważny. I ograniczy mnie w pewnym sensie.

      Usuń