Wiosna w tym roku przyszła nagle, jakby chciała nadrobić te długie mroźne miesiące, i w progu wiejskiego domu powitał mnie zapach świeżo parzonej kawy, miauczenie kota, zapach rąbanego drewna i przyroda budząca się do życia. Na wsi widzę każdą zmianę – pękające pąki rododendronów, rano w cieniu mróz na szybie w szopie, stosy liści, zwierzątka na kamerce. Takie duże też, ale jeszcze w oborach.
Miasto, gdy się mieszka w bloku, wszystko zaciera. Na wsi mam poczucie naturalnego upływu czasu, co w dojrzałym wieku raczej mnie przygnębia. Znałem cię Alicjo wyższą ponad ziemskie troski, jakby powiedział poeta.
Powitała mnie też cisza, przerywana jedynie ciężkim oddechem człowieka,
który przez lata jak „nieznośna lekkość bytu” żył, jak chciał. Patrzę na
Gospodarza-małżonka i widzę, jak kruche
jest to nasze panowanie nad światem. Nie
zawsze będzie jak się chce. Ale trzeba walczyć.
Przyjechałam tu z głową pełną planów, nowych zamiarów, o kwiatkach, o malowaniu mebli na taras i o wakacjach, które tu zawsze wesołe i głośne. Tymczasem życie trochę stanęło w miejscu. Bratki miały nadać radości.
Stoję na ganku i patrzę na ten krajobraz, który obiektywnie jest przyjemny. Trawa już zielona, spokój, słońce przebijające się przez liście starej lipy – wszystko wygląda jak z obrazka, który sama sobie kiedyś wymyśliłam.
Świat potrafi się odrodzić po każdej zimie, jaki truizm, to i my przetrwamy ten marzec. Już dobrze wiem, że wiosna to nie tylko kwiaty – to przede wszystkim cierpliwość. Wydawało mi się, że osiągnęłam pewien dualizm duszy, czerpiąc z miasta i wsi. Poniżej na mojej grombie snieżynki przyglądają się rododendronom i pieris jak sprawdziłam w PlantNet,
W mieście jestem nowoczesną kobietą, która korzysta z miejskiego życia, chodzi do fryzjera, kosmetyczki, na spotkania. Na wsi staję się "kobietą ziemi" – w starym swetrze, koszuli flanelowej z rękami w ogrodzie. Ta zmienność ról sprawiała, że życie nie było monotonne. A jednak teraz zamiast ulgi, czuję niepokój. Dojrzałość ma to do siebie, że odziera nas ze złudzeń. Kiedyś myślałam, że zmiana dekoracji urozmaici życie. Że ucieczka na wieś, do tej rzekomej sielanki, to fajna odskocznia. Chyba tylko w lecie.
Takie nostalgiczne, malownicze domy u sąsiadów i mnóstwo przebiśniegów, śnieżynek. A jaki chłód w zimie.
Dziś widzę, że po prostu szukałam imponderabilii / ulubione słówko z młodości/. Ten dom z ogrodem, choć taki romantyczny i nastrojowy, na przedwiośniu jest jeszcze surowy, zimny, Każda skrzypiąca deska przypomina mi o chwilach, gdy mówiłam „tak”, choć myślałam „nie”. Czy temu domu, czy poprzednim.
Chyba żałuję tych wszystkich kompromisów, które brałam za mądrość życiową.
Ubolewam nad czasem spędzonym na budowaniu fundamentów pod życie, które nie
jest moją bajką. Zastanawiam się, ile w
moich wyborach było autentyczności, a ile próby przypodobania się wyobrażeniom
o tym, co powinnam była wtedy zrobić, bo
tak wypadało.
To nie jest kwestia braku wygód czy odległości
od miasta – to kwestia braku przynależności. To nie jest moje życie, chociaż
mam umiejętność szybkiego "zakorzeniania się" tam, gdzie akurat
jestem.
W mieście cenię funkcjonalność, dostępność, na wsi – przedmioty z duszą i naturę. Mam ich tu pod dostatkiem. Chociaż ostatnio swoje małe mieszkanie zamieniłam w salę wystawienniczą, jak powiedziała wnuczka, gdy wszystkie turystyczne pamiątki ulokowałam w szklanej witrynce. A natura i jej ciągłość mnie przeraża. Fascynowała tylko w Islandii. Ale balans emocjonalny umiem osiągnąć, co widać na załączonym zdjęciu. Dzień Kobiet w Świeradowie-Zdrój.👍 Looking good.👏
A jak u Was, już o tym kiedyś pisaliśmy, miasto czy wieś? Na życie, na wakacje. A żale, kompromisy? Plany?









Ja zawsze na wsi. Urodzona, wychowana i nadal tu jestem. Choć ta moja obecna ma 4 tysiące mieszkańców, więc taka na granicy, ale kiedy bywałam u siostry w mieście, było mi tam zawsze ciasno i duszno. Zresztą i ona uciekła na wieś. Chyba wieś mamy w krwi z dziada pradziada. Dobrze, że Ty znalazłaś balans, bo wtedy można czerpać z obu to co mają najlepsze:)))
OdpowiedzUsuńJest u ciebie tyle radości, entuzjazmu, optymizmu, szczerości, że chce się czytać.
Usuń4 000 mieszkańców to już spora wieś. Tutaj na Dolnym Śląsku są takie gminy, małe miasteczka. To mi się podoba, ale nasz dom jest na prawdziwej wsi.
Wybory życiowe, przynależność - poruszasz istotne tematy.
OdpowiedzUsuńJa mam poczucie, że w większości przypadków nie miałem wyboru, los podtykał mi tylko jedną drogę.
Chyba był to bardzo życzliwy los.
Pozdrawiam.
Wspaniale to spuentowałeś. Los był dla ciebie życzliwy.
UsuńU mnie były wiedźmowe podszepty, A może to, a może tamto?
Chociaż moja największa zasługa i satysfakcja, to życie w mieście, szkoła językowa od ponad 30 lat, działalność kulturalna na różnym polu i społeczny podziw mojej osoby.
Ale zawsze gdzieś chciałam uciekać w różne strony.
Każdy ma inną perspektywę, każdy widzi co innego. Ja zachwycam się domem i regionem, twoimi podróżami ,Ty widzisz bardziej przyziemne rzeczy, ale to normalne.
OdpowiedzUsuńChyba wiele z nas staje w rozkroku między oczekiwaniem, a spełnieniem. to znaczy chyba, że chcemy żyć pełnią życia i godzić wiele jego aspektów, a nie zawsze to możliwe.
Mieszkam w mięsie od zawsze, bywałam na wsi u rodziny i do końca nie wiem, czy mogłabym zamieszkać poza miastem, choć na wakacje bardzo chętnie...
Wielu dobrych wyborów Ci życzę na teraz i na kolejne lata!
Podsumowując, to nie jestem przecież nieszczęśliwa, bo mam co chciałam 🤣 zawsze z przyjemnością jadę z jednego domu do drugiego, i z powrotem. Tylko teraz męczy mnie ta odległość. Mogłam wybrać mądrzej. Np. nie przewidziałam że będę tak tęsknić za wnuczętami. ♥️
UsuńTy jesteś wszechstronna. Pięknie dostrzegasz szczegóły, i w mieście i na wsi, w naturze.
Przepięknie napisane Ardiolo.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o mnie to jestem tworem miejskim /urodzona w ukochanej Warszawie i całe życie tu mieszkająca/ ale moje myśli są w lasach i na polach. Dlatego tak często jeżdżę na działkę na RODOS :-) i tam nasłuchuję odgłosów natury i podziwiam piękno. No i przytulam się do drzew...
Lubię też czasami wyjechać do innych pięknych miast za granicą. No i największą moją miłością są Tatry. które nazywam Najpiękniejszymi Górami Świata.... no i jeszcze miasteczko Kazimierz nad Wisłą...
I na dodatek jestem domatorką.... trochę wędrującą...
Serdeczności pozostawiam :-)
Dziękuję♥️
UsuńA ja znalazłam dla ciebie i siebie taki cytat:
jestem potomkiem urbanizacyjnych poglądów Arystotelesa. To mój świadomy udział w procesie historycznym, kocham mistyczne , pełne wzruszeń stare ciepłe miasta, gdzie ludzkie zdolności przez wieki kształtowały ich urodę. Tylko nie wiem kto napisał, bo znalazłam, to w moim dawnym felietonie, tylko w cytacie.
Z mojego rodzinnego miasta chciałam uciec, ale niedaleko jest z kolei Sandomierz, rodzinne miasto rodziców i kuzynów. Też nad Wisłą. tak lubię, jak ty Kazimierz.
u mnie zawsze było miasto na życie, a wieś na wakacje... od paru lat sprawy zamieniły się miejscami i tak ma być... jestem zadowolony, mimo pewnych drobnych upierdliwości z tej zmiany wynikających...
OdpowiedzUsuńchoćby teraz: jeden z kotów mi właśnie grubo zaniemógł... w mieście szedłem z nim na drugą stronę ulicy i po temacie... na wsi muszę zasuwać 50 kilometrów, właśnie zaraz jadę, bo dopiero tam jest naprawdę dobry fachowiec, który mi sprawę ogarnie jak należy... ale to nie jest argument, żeby wszystko odkręcać i do tego miasta wracać...
p.jzns :)
Moim problemem jest to, że od 20 lat żyję w dwóch domach. A na miejscu, w mieście w tzw.blokach przeprowadzałam się cztery razy. Gdy byłam młodsza, to wydawało mi się to nawet fascynujące. Taka zmiana życia za każdym razem. Porządki. A przecież mogłam wybrać za pierwszym razem, mieć ładny przestronny dom na przedmieściach. Nawet była wpłacona zaliczka. Ale wtedy myślałam, że ten dom mnie jakoś ograniczy. Bo nigdy nie interesowały mnie ogrody działki itd. Wydawało mi się to takie przyziemne, bardzo praktyczne. Ta moja krótkowzroczność mnie teraz męczy. A obecna dojeżdżanie do wiejskiego domu 500 km też jest ponad moje siły.
OdpowiedzUsuńTak, mój Gospodarz z kotem jeździ do Jeleniej Góry, 45 km. ale szybciej wstanie do weterynarza, niż do swojego lekarza 🤣
ma podobnie... jak kot chory to nie patrzę na wydatki, czy inne koszta... a na swoje zdrowie zaczynam już skąpić...
Usuń*/mam...
Usuńp.s. ale w sumie na tym to polega... ja się dupencjom nie dam tak opętać, mimo że bardzo mnóstwo je lubię, jak daję kotom :)
UsuńMoja Kim to przesadził z miłością do kota, bo nie chciał go zostawić, zamiast samemu iść do szpitala. Jest klapka dla kota w drzwiach sąsiedzi by przychodzili go karmić raz na dzien. A do mnie też nie chciał przyjechać, bo nie będzie kot mieszkał w bloku. Choroba się rozwinęła i mogą być przykre konsekwencje.
Usuńzaraz, karmić kota raz dziennie i już?... a kuwetę ogarnąć? /jeśli nie wychodzący/... a pobyć z tym kotem, pobawić się, pogadać?... to są ważne sprawy... bycie cat-sitter to odpowiedzialne zajęcie... byle jakim tam sąsiadom takiego zadania się nie powierza... kot to nie kobieta, którą wystarczy nakarmić, napoić, przelecieć i wypuścić na pole, żeby sobie pobiegała... kot to nie czajnik, który wystarczy odkamienić raz na jakiś czas... kot to kot...
Usuńaha, kobietę trzeba jeszcze umyć... na przykład wodą ze szlaucha... ale tak naprawdę, to powinna sama to umieć... higiena to podstawa...
UsuńLOL...
kot w sumie też się sam myje... tylko te bardziej kudłate trzeba czesać... ale w tym momencie znowu powraca kwestia cat-siiterki/ra, który musi umieć to ogarnąć...
Usuńbo wyobraźmy sobie sułtana, który miał tych kobiet w ciul, nawet nie wiedział ile, że nie wszystkie miał czas przetestować... to jak miał je myć?... tylko pogonić gromadą na plac i tym szlauchem tak... ale sułtan ma przecież wiele innych rzeczy do roboty... gnębienie ludu i mordowanie krewnych to nie jest wcale takie proste zajęcie...
UsuńChoćby Kotka na gorącym dachu, a poor Big Daddy mój Gospodarz.
UsuńUrodziłam się w mieście, którego nie znam. Rosłam na wsi, dorastałem, a teraz starzeję się w mieście. Moja wieś powoli staje się miasteczkiem, a żal. Mnie żal, bo tambylcy się cieszą. Zrezygnowałam z życia tam z czysto praktycznych względów. Tu mam pod nosem służbę zdrowia , teatry i nie muszę odśnieżać chodnika. Tam najchętniej odwiedzam cmentarz.
OdpowiedzUsuńBardzo fajna refleksja o tym chodniku i śniegu. W tym roku tego doświadczyliśmy🤣
UsuńA koło naszej szkółki musiałyśmy sprzątać. Szeroką łopatą zebraliśmy na kupę. Później to zamarzło i zabrało nam jedno miejsce parkingowe prawie na miesiąc.
W sytuacji zagrożeń dobrze mieć dom na wsi, bo wygodniej można przeżyć. Ale lepiej o tym nie myśleć.
Co najbardziej lubię w mieście, to wychodzić wieczorem i mam ludzi wokół. Do galerii, kina, gdziekolwiek. Na wsi jest pustka.
Zagrożenia bywają różne. Nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy łatwiej przeżyć. Hołduję powiedzeniu, że co ma być, to będzie.
UsuńMiłego weekendu. 🍀🐦⬛🌷😘
Jestem mieszczuchem z urodzenia oraz zamieszkania. Całe życie zawodowe: Na wsi i dla wsi! I to najjaśniejszy rys w moim życiorysie. Każdego ranka jechałam "pod prąd" - ludność wiejska do pracy w mieście a ja na odwrót:)) I to było wspaniałe. Na wsi spotkałam wspaniałych ludzi - nie tylko współpracowników ale i przyjaciół. Życie na wsi było łatwiejsze i przyjemniejsze i sama siebie nie rozumiem dlaczego nie zdecydowałam o zmianie miejsca zamieszkania.
OdpowiedzUsuńWieś polecam i promuję z całego serca.
Ale pewnie tam nadal przyjeżdżasz do dawnych znajomych? Ja mam właściwie takie rozdwojenie jaźni. Lubię jeździć na wieś, gdzie spędzałam czasami wakacje u dziadków, ale tak na krótko ze względów nostalgicznych, na cmentarz, jak mówi wcześniejsza koleżanka. Na obiad do siostry ciotecznej. Tam gdzie sama kiedyś pracowałam, to żeby się przespacerować.
OdpowiedzUsuńTeraz mieszkanie poza miastem jest modne. Ale te dojazdy są takie męczące. Moja córka teraz mieszka 15 km od miasta. Już narzeka. Ja najbardziej bym chciała mieć mały domek w mieście średniej wielkości jak moje miasto. Może jeszcze zrealizuję ten plan.
Podobnie jak u Ciebie, mieliśmy dom (w sensie miejsce zamieszkania) całoroczny i taki letniskowy. To działało jakieś 25 lat, aż przestało. Nie było źle, ale zmęczyło mnie spędzanie wakacji w towarzystwie meszek, komarów, prac wokół obejścia. Dzieci też już nie chciały tam jeździć, gdy podrosły. Zachowałam w pamięci wszystkie miłe chwile, ale powrotu już bym nie chciała.
OdpowiedzUsuńDziękuję za wspomnienie. Moi rodzice mieli działkę letniskową, dosłownie 300 m od zamieszkania, po drugiej stronie ulicy były piękne ogrody działkowe. Po ich odejściu ani ja ani mój brat, nie chcieliśmy zająć się tym zadbanm, ładnym ogrodem.Też jestem bardziej miastowa. Nie chce mi się pracować w ziemi, ale czasami się poświęcam. Ne lubię tych różnych owadów fruwających.
OdpowiedzUsuńTeraz zajmę myśli kulturalnymi sprawami, bo i tak kwestia ewentualnej sprzedaży dolnośląskiego domu chyba nie będzie teraz realizowana.
pozdrawiam i miłego weekendu.
Dylematy i to całkiem podobne mam i ja. Dzieci na wylocie, małżeństwo w rozpadzie i główkuję czego JA tak naprawdę chcę. Warszawę kocham (status "to skomplikowane"), ale mnie coraz bardziej męczy i chodzi mi po głowie jakieś sympatyczne miasto, z gatunku piętnastominutowych, co to wszystko ma, łącznie z dobrym dojazdem do stolicy. Tylko boję się czy ja introwertyczka nie będę tam samotna jak palec, czy odważę się "wyjść do ludzi" oraz czy jednak nie będzie mi tam za nudno i nie będę co chwila jeździć do Warszawy. Plusem na pewno są ceny, byłoby mnie stać na nieduży domek lub (skłaniam się ku tej opcji) wygodne mieszkanie, w którym na razie mogłyby mieszkać i dzieci, o ile by sie zdecydowały na codzienne dojazdy na studia. Alternatywnie mam pomysły typu Toruń, Lublin czy Trójmiasto, ale to chyba pozostanie na etapie oglądania nieruchomości na Otodom😅
OdpowiedzUsuńWieś wiejska nigdy mnie nie ciągnęła, dobrze znam, spędzałam wakacje, miałam rodzinę, mam groby - i jednak jest to specyficzna społeczność. Natomiast też trochę żałuję, że 20-25 lat temu nie kupiliśmy domu. Teraz w tym wieku i dla (potencjalnie) jednej osoby dom nie wydaje mi się pociągającą opcją, raczej by mnie przerosło samodzielne dbanie.
Twoja dolnośląska wieś urocza, czy ja dobrze rozumiem, że mąż na stałe tam, a Ty 500 km dalej?
Tak wypadło. Związek na odległość, bez powodzenia, ale w pewnym wieku to się wybacza. Jednakże nie polecam.
OdpowiedzUsuńW Toruniu mnóstwo turystów, bo miasto urocze. Lublin też ogromny, i wszędzie daleko. Trójmiasto tak samo duże jak Warszawa 🤣Radom by cię mógł zadowolić. Z pewnością tańsze mieszkania niż gdzie indziej, bo miasto cały czas się wyludnia. Ale bardzo się starają, żeby było kulturalnie i ładnie, przynajmniej w centrum.
Ja to już dam sobie chyba spokój z przeprowadzkami. córki mają duże domy, w razie czego mnie przygarną, gdybym miała problemy zdrowotne. A teraz przeznaczę pieniądze na przyjemne SPA lub inne podróże. Nawet do koleżanek które są w różnych punktach Polski 👍👏
W 2020 roku mieszkałam przez 8 miesięcy na wsi, w wynajętym domu. Powrót do miasta był traumatyczny, wyłam chyba przez miesiąc albo i lepiej.
OdpowiedzUsuńAkurat były czasy pandemii, to na wsi fajnie można było to przetrwać. W czerwcu byłam wtedy parę dni Przybyszówce. Dla mnie to zawsze było wsią, a teraz jest miastem.
OdpowiedzUsuńTak, Przybyszówka była podmiejską wsią, ale już dość dawno jest przyłączona do Rzeszowa i zamieniła się w dzielnicę.
UsuńJak wieś to polecam super wieś z krzywdą ludzką jaka musiała się przenieść. Chodzi mi o super wioseczkę-Nieboczowy. Teraz jest na niej zbiornik retencyjny Racibórz jakiś tam ale wieś przeniosła się i niby jak urzędnicy mogli sobie to wyobrazić-musiano też przenieść groby ze Starych Nieboczowów do Nowych a teraz ludzie żyją tam w homogenicznych domkach w tejże oto wsi... Do dziś mnie straszy opuszczonego domu i pokoju dziecięcego okno omalowane przez dzieci a na nim napis:"Mama,Ala i Wiki"...
OdpowiedzUsuńPod tym postem tego Szarego Burka wyszukaj to straszące mnie po nocach okno:
OdpowiedzUsuńhttps://www.szaryburek.pl/2017/09/05/nieboczowy-opuszczona-wies/
To okno to znak krzywdy ludzkiej jaka dotknęła również dzieci...
Takie straszne historie też mają miejsce, niestety, Wszystkie wielkie zbiorniki wodne doświadczyły podobnych zatopień. Ja cokolwiek pamiętam jak budowano Solinę.
OdpowiedzUsuńKiedy dokonujemy wyborów to wydaje mi się, że rzadko mamy świadomość konsekwencji, albo o nich się nie myśli, że wybieramy coś z jego zaletami, ale też i wadami (coś, czy kogoś). Ja podobnie jak Lechu zostałam pokierowana przez los. Nigdy nie zakładałam życia w pojedynkę, a dziś uważam to za najlepszy dla mnie wybór, z moim indywizualizmem, bezkompromisowością w pewnych sferach życia, zaborczością. Ale to dostrzegam dopiero teraz, dawniej bywało chwilami smutno. A co do środowiska w jakim żyję- miasto tylko i wyłącznie- tu czuję się jak ryba w wodzie, tu mam wiele możliwości wyboru tego, co ciekawi, świetne warunki dojazdowe (tramwaj, autobus, pociąg, a nawet samolot czy statek:). Stąd łatwiej ruszać mi w świat. Może patrzyłabym na to inaczej będąc osobą zmotoryzowaną, a że nie jestem zdana jestem na publiczną komunikację. Oczywiście często mi przeszkadza i irytuje zgiełk wielkiego miasta, ciągłe korki- ale z drugiej strony dokąd mnie się dziś spieszyć, mogę żyć spokojnie i powoli. Troszkę brakuje mi tu miejsc zielonych, na wsi - takie mam wyobrażenie (a przecież dzisiejsze wsie wyglądają inaczej niż te z czasu mego dzieciństwa - jak okiem sięgniesz zielono i kolorowo, a w mieście betonowo. Ale mam morze na wyciągnięcie ręki i kilka parków. Na wsi owszem miałabym spokój i zieleń, ale nie wiem, czy przy moich potrzebach poznawania świata by mi to wystarczyło. Jak widzę Uli wystarcza, wiele podróżuje a ma swoje zaplecze w miejscu zakorzenienia, ale przecież jesteśmy inni i nie każdy czuje to samo. Znam osoby, które nie lubią podróżować, nie interesuje je wystawa czy wykład i spełniają się w zwykłym codziennym życiu, rano śniadanko, potem zakupy, obiadek, rozmowa z sąsiadką, serial w telewizji. I to też może przynosić satysfakcję- taki spokój i powtarzalność, brak konieczności podejmowania decyzji.
OdpowiedzUsuńReasumując wydaje mi się, że mam cudowne życie, robię co lubię i jestem w miejscu- może nie idealnym, ale takim w którym się dobrze czuję. Mieszkam w wielkim mieście, ale moje osiedle jest ciche i spokojne, a z okna mam widok na zielony skwerek, świeci mi słoneczko, a ja popijam kawkę i myślę trochę o tym, co zapakować do walizki, a trochę o tym, o czym będę rozmawiała z gośćmi, którzy przyjdą za godzinkę.
Nasze wybory nie zawsze są od nas zależne, nie zawsze są właściwe, dopóki można je zmienić zmieniajmy, a jak nie - trzeba zaakceptować i cieszyć się z tego co przynosi dzień (poza tym, co smutne i tragiczne przynosi też dobre chwile. Zawsze jak ogarnia mnie przygnębienie staram się mówić sobie, pomyśl, za dziesięć lat będziesz wspominała dzień dzisiejszy z rozrzewnieniem i tęsknotą).
Ale się wymądrzam, a są też dni kiedy wyję z bezsilności, kiedy codzienność i zobowiązania przyginają kark do ziemi.
No proszę i znowu się rozpisałam. Brakuje mi korespondencji :)
OdpowiedzUsuńAle miło czytać historię zadowolonej osoby i tak przyjemnie uzasadniłaś wszystko. Już by się chciało zasiąść na tej kawce z widokiem na zieleń. i spakować na kolejną fajną podróż.
OdpowiedzUsuńLudzie spełniają się w różny sposób, to oczywiste. Zawsze starałam się przebywać z ludźmi o podobnych zainteresowaniach i poglądach. Ale teraz różnicuje nas czas spędzany z wnuczętami, mężami czy schorowanymi rodzicami jeszcze. I takie różne refleksje w związku z tym.