Moja lista blogów

środa, 1 marca 2023

Ciotki. Letnia wizyta w 1972. Wspomnienie inspirowane opowiadaniem Alice Munro "Pokrewieństwa".

Na początku muszę przeprosić, że nie tworzę paragrafów od nowego wiersza, ale blogspot się pozmieniał i nie mogę sobie poradzić. Ojciec miał cztery siostry i jednego brata. Bratowa czyli ciotka Jaśka, rocznik 1925 zachowywała się wyniośle i jej opinie były niepodważalne. Ciocia Andzia, czyli Hanna, była piękna i bardzo miła. Przyszła na świat w 1932roku. Na zdjęciu jako młodziutka dziewczyna.
Ciocię Marysię mało pamiętam, bo zmarła, gdy miałam 8 lat, a ona 40. Wydarzyło się to w 1966 roku. Była chrzestną mojego brata, który z okazji I komunii dostał mnóstwo prezentów i pamiętam bardzo przystojnego wujka, jej męża. Ciocia zmarła w sierpniu, pogrzeb był u dziadków i wszyscy płakali. Potem wiem z opowiadań mamy i wiele razy utrwalanych przez ciotki, że wujek rok po śmierci swojej pięknej żony po raz drugi wstąpił w związek małżeński i miał kolejno troje dzieci. Takie to smutne mi się wydawało przez lata, gdy byłam dzieckiem, potem nastolatką, że tak płakał na pogrzebie, a potem zaraz się ożenił. Wujek Zbyszek Kołodziejski w swoich różnych wcieleniach był podobny do Gerarda Philipe. Na zdjęciu ciocia z mężem kilka lat przed śmiercią.
Ciotka Jaśka, właściwie Joanna, która urodziła się jako drugie dziecko w rodzinie dziadka, wiejskiego kowala w Darominie, wyrosła na skromną i bardzo pracowitą osobę. Zaraz po wojnie wydano ją za mąż za chłopaka z sąsiedztwa. Władek był beztroski, chętny do prostych rozrywek i to ona latami utrzymywała całą rodzinę. Po paru latach podjęła decyzję wyjazdu na tzw. ziemie odzyskane, gdzie wcześniej pojechał najstarszy z rodzeństwa wujek Józek, urodzony w 1921 roku. Walczył w akowskiej partyzantce i bezpieczniej było przeczekać w tamtych rejonach. Po ojcu nazywano go „ Kowalik” i wiele osób nie znało jego prawdziwego nazwiska. Najmłodszą z rodzeństwa była ciotka Zośka, urodzona w 1934 roku, ale zapisana już w kolejnym roku, została odmłodzona o rok kalendarzowy. W dzieciństwie bałam się ciotki, bo krzyczała i zabraniała nam wszystkiego, np. jedzenia czereśni, bo będą nas brzuchy boleć. Nie posłuchałam raz i boleści mnie złapały, również i po zjedzeniu nadmiernej porcji naleśników. Ciotka była konkretna, stanowcza i dużo wymagała od wszystkich. Z tej przyczyny często kłóciła się ze swoim mężem, wujkiem Stachem, który nie był zwyczajny słuchać się swojej żony. Lubił śpiewać Que sera, sera, co będzie, pokaże czas..i bawić się na wiejskich potańcówkach. Na zdjęciu młoda ciocia z mężem.
Na jednej z zabaw mój ojciec zwany Gienkiem, chociaż na pierwsze miał Maciej, poznał siostrę Stacha piękną Wandę i o mało co nie byłoby mnie na tym świecie. Wanda była temperamentna, ale kłótliwa. Fascynacja trwała krótko. Niedługo potem w swojej pracy dzielnego milicjanta w Sandomierzu ojciec przyjrzał się dokładnie swojej koleżance w biurze. I tak moja mama, dla innych ciocia Marysia lub Marynia, ładna i raczej spolegliwa, grzecznie uległa dosyć szybko stała się żoną Gienka. Ślub był cywilny i wszyscy spodziewali się, że małżeństwo było wcześniej skonsumowane, ale się zawiedli. Mój starszy brat nie urodził się na Gody, ale przyszedł na świat miesiąc później. Milicyjne małżeństwo wzięło ślub kościelny razem z chrzcinami swojego pierworodnego syna. Był rok 1955. Na zdjęciu rodzice.
Wszyscy z rodzeństwa w swoim nazewnictwie utrzymali pewną wiejską zwyczajowość nadawania przydomka czy zgrubiałego imienia. Józef był Józkiem, Józwą, „kowalikiem”, Joanna była Jaśką, Maciej był Gienkiem, Hanna Andzią, Zofia Zośką. Na brata mamy, też Józefa zawsze mówiliśmy Józiu. Pewnego lata, które nie było upalne, mój ojciec postanowił odwiedzić swoje rodzeństwo mieszkające w zachodniej części kraju i ruszyliśmy w daleką wakacyjną podróż. Był początek lat 70., gierkowskie zmiany, otworzono wtedy dla powszechnego ruchu granicę z NRD. Pociąg powiózł nas ze Skarżyska do Wrocławia przez Kluczbork, potem do Legnicy, a następnie do Żagania, gdzie mieszkała ciocia Andzia. Ciotka Hanna, nazywana ciocią Andzią w mojej pamięci jest ładną i elegancką kobietą oraz bardzo dla nas uprzejmą. Ciocia jest szczupła i bardzo zgrabna, chodzi w modnych letnich czółenkach na obcasie, ma wtedy 40 lat. Nosi ładne, szyte na miarę kreacje lub kupowane na granicy. Na zdjęciu ciocia Andzia z prawej,jej szwagierka, następnie ciotka Jaśka z Wrocławia oraz ciocia Marysia w wieku ok.30 lat. Zdjęcie robione ponad 60 lat temu, a dziewczyny jakby współczesne.
Rodzina cioci mieszka w poniemieckim czterodzinnym domu z ogrodem, mieszkanie jest duże i gustownie urządzone. Młodszy synek cioci ma mnóstwo zabawek. Z radością pozbywam się swoich 14 lat i chętnie się z nim bawię. Na ojca ciocia mówi Gieniu, na mamę Marysia. Mąż cioci to przemiły wujek Piotruś. Obydwoje pracują w biurze i mają tzw. kierownicze stanowiska, jak to mówiła moja mama. Żagań jawi mi się jako sielskie, szczęśliwe miasteczko dzięki serdecznej i kochanej cioci Andzi. W tamto pamiętne lato ciocia zorganizowała nam wycieczkę do NRD z prywatnym tłumaczem.Tamto wrażenie bycia za granicą, obserwowanie umiejętności przechodzenia z jednego języka na drugi, wielce przypadło mi do gustu. W Żaganiu chodziliśmy do kawiarni, z wizytami do rodziny lub znajomych, zwiedzaliśmy różne zabytki. Urok cioci był wtedy dla mnie zniewalający. A potem życie się potoczyło. Ciocia Andzia zachowała swoją klasę przez wszystkie nadchodzące lata. Wujek Piotruś zmarł w 1984 roku. Przez pewien czas ze swoim drugim mężem mieszkała w Zielonej Górze, gdzie chętnie uczęszczała na zajęcie do UTW, jeździła do sanatoriów i nadal czarowała swoim urokiem i wdziękiem. Ciemna karnacja, naturalny , ciepły sposób bycia zjednywał znajomych i przyjaciół. Ciocia zmarła w 2014 roku przeżywszy 82 lata. Odeszła spokojnie i cicho, zasnęła, mieszkając przed śmiercią u swojej córki Joli. Następnym przystankiem w naszej wakacyjnej podróży roku 1972 był Wrocław, gdzie od końca lat 40. mieszkał brat ojca, wujek Józef ze swoją żoną Janiną.
Poświęcę wspomnienie ciotce Jaśce, która wprawdzie nie łączy się z nami więzami krwi, ale najdłużej została w naszej rodzinie i była skarbnicą wiedzy o nas, oczywiście wg swojej interpretacji. Ciotka Jaśka była wyniosła i zaborcza, nazywana czasami „dziedziczką” z Mazowsza, bo zawsze podkreślała swoje pochodzenie. W tamtych czasach, gdy trwała nasza wakacyjna przygoda, miała 47 lat. Była nauczycielką zawodu, bardzo energiczna, szczuplutka, zgrabna, taka ruchliwa. Ciągle gadała i uważała, że wszystko wykonuje najlepiej. Rodzina zajmowała wygodne, duże mieszkanie niedaleko od dworca, na ulicy Borowskiej. W jednym pokoju stało pianino, na którym grała córka cioci Małgosia, ale wtedy jej nie zastaliśmy i w ogóle przez wszystkie lata dzieciństwa, młodości nie znałam mojej stryjecznej siostry. Poznałyśmy się dopiero w Paryżu, gdy obie zbliżałyśmy się do 40-stki. Ciotka Jaśka z miejsca zorganizowała nam czas, toż we Wrocławiu jest co robić i zwiedzać. Pamiętam mosty i Ostrów Tumski, chyba dlatego, ze nazwa kojarzyła się z naszym Ostrowcem. Ale najbardziej byłam wdzięczna ciotce, że kupiła nam bilety do opery i zobaczyłam Halkę, naszą narodową operę. Już wtedy sztuka najwyższych lotów wydawała mi się bardzo pociągająca. Ciocia Jaśka bardzo lubiła się rządzić, często też wypowiadała niezbyt grzeczne sądy o innych członkach naszej rodziny, jeśli uważała, że zajmują niższą pozycję od niej. Była apodyktyczna i nie znosiła sprzeciwu. W pewnym sensie imponowała mi jej postawa. Jako nauczycielka zawodu umiała też doskonale szyć i podpowiadała mojej mamie, ale nigdy nie dała jej jakichś modnych wykrojów czy katalogów. Była egoistyczna, zapatrzona w siebie i swoją rodzinę. Ale z miłością mówiła o zmarłej szwagierce czyli cioci Marysi, która też mieszkała we Wrocławiu. Wtedy upłynęło tylko 6 lat od jej śmierci. Z lekceważeniem i pogardą wypowiadała się natomiast o mężu zmarłej cioci, który miał nową rodzinę. Akcentowała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, a on niby próbował podtrzymywać kontakty. Wujek Józek, sam wyniosły wobec mojego ojca, jego 7 lat młodszego brata, przy swojej żonie był potulny i posłuszny. Zawsze nazywał ją Jasią. Ciotka w kolejnych latach po naszej podróży była świadkiem wielu dziesiątek lat naszej rodziny i Wrocławia. Bardzo angażowała się w politykę i przemiany społeczne, głównie komentując, a działając, gdy wystąpiła prywatna potrzeba. Przeżyła swojego męża o 30 lat, swojego syna, a nawet francuskiego wnuka, który tragicznie zginął w górach. Do końca zachowała jasność umysłu, despotyczny charakter, wzrok i zręczność. Widziałam się z nią 2 lata przed śmiercią i pokazywała mi kreacje uszyte przez siebie. Zmarła w 2022roku w wieku 97 lat. Następnie pojechaliśmy do Namysłowa. Z tej wizyty najbardziej pamiętam moją siostrę cioteczną Grażynę, śliczną córkę cioci Jaśki. Wstydziłam się jej trochę, była starsza o trzy lata, co w tym wieku było prawie przepaścią. Zabrała mnie samą do kawiarni, a mnie to bardzo krępowało. Ciocia Jasia cały czas pracowała, przynosiła ze stołówki jakieś smakołyki, była znakomitą kucharką, wieczorem piekła ciasto, rozmawiała z mamą w kuchni. Przykro mi teraz, że ta skromna, cicha, spokojna osoba nie utrwaliła się w mojej dziecięcej pamięci. Była zupełnie inna niż jej rodzeństwo. Taka łagodna w obyciu, nie czuła się ważna.
Może zmarła ciocia Marysia była do niej podobna? Nie absorbowała sobą, mówiła cicho, ale mało się odzywała. W poniemieckim domu było dużo pokoi i zakamarków. Intrygował mnie stryszek, na który można się było dostać tylko po drabinie. Weszłam tam zaciekawiona, ale zejść się bałam, bo drabina się ruszała. Miał tam tajemny pokój mój brat cioteczny, starszy ode mnie o 7 lat. Ta różnica wieku już przerażała. Nie pamiętam , czy odkrył moją tam obecność. W ogrodzie ciocia chowała kury i panowała wiejska, sielska atmosfera. Dom był otoczony drewnianym płotem z furtką. Piesek radośnie szczekał, ale karnie chodził do budy. Moja mama bardzo darzyła wielką sympatią ciocię Jaśkę. Lubiły sobie szeptać w kuchni przy delikatnych nalewkach czy herbacie. Ciocia bardzo dobrze gotowała i piekła. Nie przypominam sobie, żeby nas kiedykolwiek odwiedziła w Ostrowcu, pewnie spotykaliśmy się u dziadków. Jej mąż, wujek Władek zwykle przesiadywał w ogrodzie, albo pracował, mało się znaliśmy. Na zdjęciu siostry ojca na pogrzebie swojej matki, mojej babci Anieli w 1979roku. Od prawej ciotka Zośka, Jaśka i Andzia. Ciocia odeszła nagle, nie chorując wcześniej, nie robiąc nikomu kłopotu, w pewien bardzo gorący sierpniowy dzień 1991 roku. Przeżyła 67 lat. C
c Czułyśmy ulgę z mamą, że wcześniej odwiedziłyśmy ciocię w czasie naszego cyklicznego rodzinnego objazdu. Serdecznie się wtedy pożegnałyśmy. Po pogrzebie zatrzymaliśmy się z rodzicami w Częstochowie. Ostatni przystanek naszej letniej wyprawy miał miejsce w Bytomiu przy ulicy KRN. Nazwa ulicy wskazywała na osiedle w blokowisku. Tak też było. W przeciwieństwie do swojego rodzeństwa ciotka Zośka nie pojechała na tzw. ziemie odzyskane, ale przybyła z rodziną na Górny Śląsk dopiero w połowie lat 60. Wujek Stach wcześniej przyjechał tu do pracy. Czteroosobowa rodzina dostała małe, ale przytulne mieszkanko na drugim piętrze z dużym balkonem. W małej kuchni ciocia Zośka ekspresowo przygotowywała smaczne posiłki. Szczególnie pamiętam słynne zalewajki. W pokoju stał piec i bardzo mnie to dziwiło, bo u nas w blokach było centralne ogrzewanie. W Bytomiu pamiętam głównie robienie zakupów. Z powodu towarzysza Gierka Śląsk był świetnie zaopatrzony. Ciotka była w swoim żywiole. Po paru latach mieszkania w Bytomiu stała się ważna i niezastąpiona dla rodzinki z prowincjonalnego miasta. Znała sklepy z materiałami, a to najbardziej interesowało moją mamę. Z bratem chodziliśmy po księgarniach. Może to tu rozpoczął życie nasz słynny rodzinny żart, brat woła na ojca- tato, daj na Chłopów, ojciec na to- chłopi są i tak bogaci. Bałam się ciotki Zośki, więc byłam grzeczna. Nie pamiętam jak my wszyscy zmieściliśmy się w tym małym mieszkaniu, ale ciotka to pewnie opracowała, zarządziła, a my wykonaliśmy. Dzieci pewnie były na wakacjach u dziadków. Ciotka często kłóciła się z moim ojcem o drobiazgi. Mama się dziwiła o co im chodzi. Ojciec był starszy od ciotki Zośki o 7 lat, a ona i tak w dyskusjach z nim miała ostatnie zdanie. Ciocia Zosia ciężko pracowała w swoim zakładzie pracy, również na zmiany, daleko dojeżdżała. Była mocną, stanowczą osobą, nie rozczulała się nad swoim losem, nie bała się przeciwności losu. Swoje dzieci wychowywała krótko i bez roztkliwiania się. Każdy miał wyznaczone zadanie do wykonania. Na zdjęciu trzy mocne kobiety w wieku sześćdziesięciu paru lat i kuzyn z Opatowa. Od prawej ciocia, Andzia, Jaśka i Zośka.
Ciocia Zosia przeżyła swoich dwóch mężów, w tym pierwszego, ojca swoich dzieci o 36 lat. Tę silną i niezniszczalną kobietę zabił nowotwór płuc w 2016roku, przeżyła 81 lat. To była bardzo przykra wiadomość dla mnie. Myślałam, że jej silny charakter wszystko przezwycięży. Mieszkanie na Górnym Śląsku pokazało swoje ciemne strony. Do tej pory brakuje mi jej mocy w rodzinie. Pewnie siostry spacerują na niebiańskich mostach beztrosko, w pięknych rękawiczkach i zwiewnych sukieneczkach, jak tu na odrzańskim moście we Wrocławiu w roku 1960.
Mój ojciec zmarł w 2004roku przeżywszy 76 lat. Zawsze z miłością mówił o swoich siostrach, a o bratowej z szacunkiem, często się odwiedzali, chociaż mieszkali daleko od siebie, pisali listy, pocztówki. Moja mama odeszła wcześniej, bo w 2001 roku i przeżyła tylko 69 lat. Bardzo zawsze lubiła rodzinę swojego męża. Jako ciotka dla mojego ciotecznego rodzeństwa ze strony ojca, mam nadzieję, że zachowała się w miłej pamięci.

7 komentarzy:

  1. Rozpłakałam się na koniec. Pięknie piszesz i wzruszasz. Mówiliśmy też ciocia Mania na Twoją mamę. I my powoli dochodzimy do wieku w jakim umierali nasi rodzice. Życie leci i ktoś na górze nam układa. Zdjęcia z lat 60.są bardzo liryczne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też się wzruszyłam czytając Twoje wspomnienia rodzinne. Pięknym językiem napisane. Namalowałaś słowem cudowne obrazy z przeszłości bliskich Ci osób. Ciekawe jest tez, jak ocenia i odbiera te osoby dziecko, dorastająca nastolatka, no i dziś z perspektywy czasu. Masz zdjęcia, to też przybliża te postaci. Mnie zaciekawiło też to, że rodzina była tak ze sobą zaprzyjaźniona, odwiedzała się
    i to było takie normalne. Sprowokowałaś mnie do wspomnień o "moich ciotkach i wujkach". Spróbuję pogrzebać w mojej pamięci....Brawo💕

    OdpowiedzUsuń
  3. No fajnie powspominać. Faktycznie, to ja bałam się ciotki Jaśki z Wrocławia, bo ona jak przyjechała do nas, to rządziła się. Natomiast Twój tata Gienek i moja mama mieli charaktery po dziadku Wawrzyńcu, dlatego ciągle się kłócili, ale chyba byli z sobą najbardziej blisko, bo często się widzieli. Ciocia Andzia była najładniejsza z sióstr i miała z nich najlepsze życie, poślubiła bardzo dobrego męża. Moja mama była nerwowa, bo ojciec mówił, że jakoś to będzie, a ona musiała twardo stąpać po tym ziemi. Miała dobre serce, zawsze wspierała biednych i potrzebujących.
    ❤️

    OdpowiedzUsuń
  4. Aż szkoda, że ja nie mam żadnych takich starych zdjęć i wspomnieć :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Napisałam to wspomnienie głównie dla mojego rodzeństwa ciotecznego, wszyscy, którzy przeczytali są wzruszeni, było nas jedenaścioro. Jeden brat zmarł dosyć młodo. Z Wrocławia, jak kiedyś nasza ciocia, ale to nie była jego matka. Wszyscy utrzymujemy ze sobą bliskie kontakty, jak kiedyś nasi rodzice, chociaż niektórzy się wyłamują. Dwie osoby mieszkają za granicą, pozostali w miejscach urodzenia. Jedna wróciła na tzw. ojcowiznę czyli do domu dziadków. Wszyscy lubimy ją odwiedzać wspominając nasze dzieciństwo i różne śmieszne wydarzenia z tamtych lat.
    Zachęcam do czytania Alice Munro i Annie Ernaux, są nostalgiczne i refleksyjne.

    OdpowiedzUsuń
  6. Los kobiet był zawsze trudniejszy od losu męskiego, mniej satysfakcjonujący a mężczyźni mogli być bawidamkami i mieli więcej wolności, mniej odpowiedzialności itd..
    Bardzo ciekawą historie opisałaś, fajne miałaś ciocie.;-)

    Przykro mi, że twoi rodzice tak szybko odeszli. To zawsze spory cios dla dziecka bez względu na wiek … Pozdrawiam ciepło.

    Ps ; Messenger mi padł na facebooku , nie mogę go otworzyć i nie wyświetla mi sie treść wiadomości . Istna masakra .

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja też mam kłopoty z blogspotem. Ale nie chce mi się już szukać rozwiązań.
    Tak kobietom było wtedy na pewno trudniej. Zawsze mi się chciało płakać nad losem mojej Mamy, która straciła w wypadku domowym swoją 1.5 roczną córeczkę, a trzy lata potem swoją Mamę, moją babcię Helenę, która miała tylko 48 lat. Gdy Rodzice przeprowadzili się ze swojego rodzinnego miasta, mama potem zawsze pracowała poniżej swoich kwalifikacji.
    Każda rodzina ma swoje wzloty i upadki.

    OdpowiedzUsuń