Moja lista blogów

czwartek, 8 stycznia 2026

Trzech Króli z Królem życia.

       Zauważam, że coraz mniej ze swoimi przyjaciółmi rozmawiamy. Wysyłamy  krótkie wiadomości i zdjęcia via telefon, Messenger, WhatsApp, Signal. Maili nawet nie chce się pisać, bo za długie. Dlaczego się nie spotykamy? Bo każdy obwarowany jest swoimi umówionymi spotkaniami. Najczęściej z rodziną, dziećmi, wnuczętami, swatami, starszymi żyjącymi rodzicami, wyjazdami do sanatorium, wycieczkami do  SPA, prelekcjami. Niektórzy jeszcze czasowo pracują. Ja też.  Mam  męża zamiejscowego. Inni mają partnera dojeżdżającego. Zdarza się mieć wolny czas, wtedy czytamy książki, oglądamy telewizję, sprzątamy dom, robimy zakupy, mamy różne zorganizowane zajęcia.  Powoli odchodzimy od rytuałów wspólnych  spotkań. Aż dziwne mi się to wydaje, mnie, takiej towarzyskiej osobie.  Czasami nawet  nie chce  mi się zadzwonić i umówić z koleżankami, bo im ciągle coś nie pasuje. Przeglądam telefon i zastanawiam się z kim chciałabym się spotkać.

W związku z tym ostatnie święto Trzech Króli spędziłam sama.  W ubiegłych latach było tak wesoło. Dzieci ubierałam w korony, które same robiłyśmy. W cieście ukrywałam migdała, szykowałam jakieś upominki. A teraz zima nam dopisała, córki ruszyły na narty.  Zabrały mi moje małe skarby.  Właściwie to uwolniły mnie od obowiązków. Obok mojego miasta są doskonale zorganizowane stoki narciarskie. Sama uwielbiałam jeździć, ale skręciłam sobie kolano i koniec tej przyjemności.

Przed obiadem wyszłam na spacer. Nastawiłam sobie wcześniej przygotowane mięso z warzywami. Z zamrażarki wyjęłam ciasto świąteczne, a białe gruzińskie wino włożyłam na półkę w lodówce.

W małym starym lasku.

Mieszkam w starej dzielnicy miasta, na osiedlu zwanym "Sienkiewiczowskim", gdzie pod koniec lat 50. zaczęto stawiać pierwsze bloki w moim mieście. Po drugiej stronie idąc  schodami w dół ulicą Czerwińskiego, dochodzimy do ulicy Kuźnia. Tak tak, kiedyś tu była prawdziwa kuźnia. W końcu jesteśmy w hutniczym mieście. A tuż obok mamy prawdziwe fińskie domy. Czy słyszeliście o takich domach, mieliście lub macie u siebie w mieście? 

Występowały kiedyś głównie na Górnym Śląsku, a także w Gdańsku i Warszawie. Sprowadzono je głównie z Finlandii za węgiel i koks, aby złagodzić tzw. głód mieszkaniowy po wojnie./trwa od 80 lat/ Pomysłodawcą transakcji wiązanej z Finami był  ówczesny minister górnictwa i energetyki. 

Polska za sprzedany węgiel do Finlandii w latach 50. otrzymywała domki składane z prefabrykatów. Powstawały całe osiedla tych domków, przede wszystkim w okolicach kopalni i dostawali je zasłużeni przodownicy pracy. W Gdańsku -Wrzeszczu ulicom, przy których budowano fińskie domki nadano nazwy kopalniana Górnicza Koksowa.  guciamalpewnie coś o tym wie. 

Polska otrzymywała je również jako reparacje wojenne za pośrednictwem ZSRR. Przykładowe domki fińskie były lokowane na peryferiach miast, często nie było tam kanalizacji, a ubikacje znajdowały się na podwórku i również komórki na węgiel. Ale posiadały piękne ogródki i dużą powierzchnię. Były zachwycające w tamtych czasach. Ludzie zapomnieli, że domki w moim mieście postawione były na działkach należących  kiedyś do żydowskich właścicieli. Tam  był tartak braci Heine.

U nas zmodernizowane domki fińskie stoją do dzisiaj, aczkolwiek służą jako lokale zastępcze dla ludzi w potrzebie.  A obok wyremontowano już współczesny budynek jako Dom sąsiedzki, służący jako świetlica, tak się kiedyś mówiło.

Potem poszłam dalej, bo akurat ruszał orszak królewski z jednej parafii. Słychać było śpiew kolęd. Stanęliśmy przy ulicy z paroma osobami i robiliśmy zdjęcia.



Obok mnie zdjęcia robił taki miły facet. Zagadałam go mówiąc, ale fajna impreza i pogoda nam dopisała. A on chyba tylko na to czekał i zaczął monolog opowiadając o całym swoim życiu. Od razu zorientowałam się, że to samotny człowiek i chce podzielić się z kimś swoim  satysfakcjonującym życie. Jesteśmy prawie sąsiadami i mieszkamy na dwóch starych osiedlach Sienkiewiczowskich, on w tzw. czerwonych blokach, a ja w białych.  Od wielu lat są otynkowane, a nazwa pozostała od czerwonej i białej cegły. Ja mieszkam tutaj od niedawna, i białą cegłę nawet odsłoniłam👍👏tu w świątecznym wydaniu.

 Znam  tylko najbliższych sąsiadów.

Przedstawiamy się. Witek przyznaje, że ma blisko 70 lat, ale nadal pracuje. Ale na Śląsku, gdzie pracodawca płaci mu za mieszkanie. Teraz jest na zwolnieniu z powodu operacji na zaćmę. Bardzo jest dumny ze swojej pracy i z lekceważeniem mówi o tych, którzy siedzą w domach na kanapach korzystając wcześniej z socjalnych zasiłków, oglądając telewizję i narzekając na swojej emerytury.

Z satysfakcją mówi o swoich dwóch synach, wnuczętach, ale rzadko ich ogląda, a najczęściej wtedy, gdy potrzebują jakiś drobnych napraw w domu. On sam jest specjalistą od maszyn i urządzeń. Rozwiódł się w wieku dojrzałym po pięćdziesiątce. Widuje się czasami  ze swoją byłą żoną na uroczystościach rodzinnych. Rozstali się po przyjacielsku. Witek jest spokojny, zrównoważony, dobrze wygląda i mówi, że nic nie chciałby zmienić w swoim życiu. Nie próbuję nawet szukać jakiejś towarzyszki do życia. Dobrze się czuje sam. Spędził w tym mieszkaniu  całe życie, bo kiedyś mieszkał tu z rodzicami. Nie spotyka się ze swoimi dawnymi kolegami, bo nie odpowiada mu czas spędzany przy telewizji, piwie czy nadmiernych posiłkach. On lubi spacerować po mieście i pracować. Jeździć na wczasy.  Bardzo chwalił swojego śląskiego pracodawcę. Zorientowałam się, że to małe przedsiębiorstwo, ale bardzo dobrze  zarządzane.

Wolnym spacerem ulicą Kuźnią doszliśmy do Czerwińskiego i tam się rozstaliśmy. Witek nie proponował mi kawy czy herbaty. Odszedł spokojnie do bloku nr 12. A ja z pośpiechem ruszyłam do swojego mięsa nastawionego długo wcześniej.  Okazało się wyśmienicie miękkie, ale nie wysuszone. A gruzińskie białe wino Kazbek Peak doskonale dopełniało całości.  Sernik na ciepło był też wspaniałym deserem. 

A potem poszłam na drugi spacer. Najpierw do parku, niedaleko domu,


a potem ulicą Iłżecką na Rzeczki i doszłam  prawie do skraju Puszczy Iłżeckiej  czyli Gutwinu. My mówimy "Goodwin". Doskonałe toponimia w nazwach.

Stary domek na Rzeczkach.
Dobrze się czułam sama. I słońce w kapeluszu😀

 Czy macie podobne rozmyślania?  Czy nadal pracują  wasi znajomi będący w wieku emerytalnym?

PS Piątek, 9 stycznia. I nagle znalazł się czas, żeby spotkać się z paroma znajomymi. Dlaczego?  Bo przyszliśmy na pogrzeb koleżanki. Od prawie 30 lat należę do Towarzystwa Absolwentów II LO im. J. Chreptowicza w moim mieście i jestem dosyć aktywną członkinią. Nasze liceum istnieje od początku XX wieku.  Ogromną dumą "chreptusa" są zjazdy szkolne organizowane od  końca lat 50. Co 5 lat. Oraz coroczne walne zebrania, gdzie  również spotyka się spore grono absolwentów. Znamy  wielu ludzi różnych roczników. Szczególnie, gdy zostali w naszym mieście. Koleżanka, która nagle zmarła była 9 lat starsza i mieszkała w moim bloku.  Czasami pomagałam jej zanieść zakupy na górę. Miała problemy z chodzeniem, a od lat  nie opuściła żadnego zebrania, ani zjazdu. Zawsze zastanawiałam się jak wychodzi na swoje 4 piętro.

Po pogrzebie  w cztery osoby poszliśmy do restauracji na obiad. Muszę przyznać, że spędziłyśmy razem bardzo miły czas. Nasz kolega Irek zabawiał nas wspomnieniami z wcześniejszych  spotkań i innym męskim gadaniem  prawie pod hasłem wino, kobiety i śpiew, a my podsumowałyśmy świąteczno-noworoczny czas. Jedną koleżankę znam od podstawówki, i obozów harcerskich, a drugą od liceum i do tego łączą nas od lat kontakty zawodowe. Znała też kiedyś mojego pierwszego męża RIP. Jeździli razem na kolonie językowe. Ale czasy. Pamiętam jak  spotkaliśmy wszyscy jeszcze na Radwana. Te nasze szkolne przyjaźnie są naprawdę wspaniałe. Zawsze mogę polegać na naszej ekipie, gdyby była potrzeba.

Ustaliliśmy wspólnie,  że my chcemy swoje pogrzeby na wesoło. Żeby koleżeństwo wspominało nas w ostatnich pożegnaniach jako królów życia. A dlaczego się nie mówi królowa życia, ale jest królowa balu, a życie to bal przecież.

 


32 komentarze:

  1. Dobrze widzę? Zostawiłaś gar z mięsem na gazie i wyszłaś z domu, nie podając adresu?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak. W piekarniku na 100 stopni, żeby doszło, jak to się u nas mówi 😃 nie gar, tylko naczynie żaroodporne z przykryciem. Wiele razy tak robię, gdy wychodzę na spacer przed obiadem.
      Ale uświadomiłaś mi, że gdyby mi się coś stało z utratą świadomości, to nie trzeba tak postępować.
      Dzięki. Już nie będę zostawiać dań na gazie. Jeśli będę pamiętać, bo bo było moje regularne zachowanie. Zazwyczaj nastawiam na czas, na główne gotowanie. A potem żeby się grzało. Aa, piekarnik w tym mieszkaniu jest elektryczny. Przypomniało mi się 🤣 ale kuchenka gazowa.

      Usuń
    2. Nie cierpię piekarnik elektrycznego, nie umiem się z nim zaprzyjaźnić. Zupełnie przestałam piec. Marzę o powrocie do poczciwej kuchenki gazowej.

      Usuń
  2. Kiedyś życie było spokojniejsze i chyba mniej możliwości aktywnego spędzania czasu. Gdy umawiam się z koleżanką na kawę, to na ostatnią chwilę, bo nie wiadomo, co wypadnie. Ile razy przekładałam spotkania, bo wnuk zachorował, koleżanka musiała cos załatwić, nawet do syna dzwonię gdy wiem na pewno, że jest wolny, bo młodzi mają sporo pracy i różne terminy spotkań poza pracą.
    z moich znajomych nikt nie pracuje na emeryturze, może jedna osoba, ale raczej musi. Każdy jest aktywny na swój sposób, dlatego tak trudno się umówić w większym gronie, każdy ma swoje przyzwyczajenia.
    Z reguły wiele robimy wspólnie z mężem, osobom samotnym łatwiej się umawiać na spotkania, choć nie zawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym czasie około świątecznym jest tyle różnych imprez, że nie do wiary. Wróciłam akurat z Osiedlowego Domu Kultury, o którym wcześniej pisałam recenzję. Była fajna impreza wielopokoleniowa. Byłyśmy we trzy rodziny z córkami. Czułam się jak w filmie To właśnie miłość 🤣 I masz rację, że ludzie mają różne preferencje przecież. Ja na przykład lubię chodzić do kina, i często nie mam z kim, bo moje niektóre koleżanki wolą te naiwne, chodź bardzo zabawne komedyjki z teatrów warszawskich, które przyjeżdżają na prowincję bardzo często. W ogóle na to nie chodzę. Na szczęście gusta muzyczne mamy zbliżone i zawsze coś wspólnego znajdziemy.
      Dużo moich znajomych pracuje u siebie, nawet jeszcze starszych ode mnie, szkoda zostawiać własną działalność, gdy dzieci nie chciały jej przejąć, bo najczęściej powyjeżdżały do większych miast. Ja przekazałam córce naszą szkółkę, ale nasz lokal traktuję jak drugi dom i nie mogę rozstać się z tą pracą. To jest wykluczone. Ale nie pracuję dużo i wtedy kiedy chcę.

      Usuń
    2. Kiedy praca jest częścią naszego życia i realizuje wiele naszych zainteresowań, to dlaczego jej nie kontynuować, ludzie pracują nie tylko dla pieniędzy:-)

      Usuń
    3. O, a ja pracuję już tylko dla pieniędzy, bo muszę coś jeść. Gdybym mogła nie pracować, nigdy bym nie pracowała. Praca (I góry) to ZŁO!

      Usuń
    4. Oj, lubisz prowokować 😃 w moim województwie za tydzień znowu ferie 🤣 A ja wróciłam 3 godziny z koncertu Haliny Frąckowiak, w bardzo nietypowym miejscu. Siadłam i szybko napisałam post "na brudno" Ale jutro już zamieszczę, bo jeszcze zdjęcia powybieram. Miejsce ci się pewnie spodoba 🤣

      Usuń
    5. Ale gdzie tu prowokacja? Nie cierpię pracy, gór i rowerzystów 😅
      Czyżby koncert odbył się w OŚ?!

      Usuń
    6. Przeczytaj na moim drugim blogu, którego adres jest w profilu 😃
      A brak sympatii do tak powszechnych czynności i uwielbianych miejsc, to jakby pewna ułomność 🤔
      To ja będę prowokacyjna 🤣

      Usuń
    7. Serio? Znam gosze przejawy braku empatii 🤣

      Usuń
  3. Hej ja mam znajomych w różnym w wieku w tym i pracujących emerytów i jakoś sobie radzą. Co do znajomości-czasem nasi znajomi odchodzą w cień bo albo czas zweryfikował tę znajomość a czasem po prostu okazali swoją prawdziwą twarz. Tak to w życiu bywa.

    OdpowiedzUsuń
  4. W trochę starszym wieku przyjaźnie rozpływają się z innych powodów. Wiele moich koleżanek przeprowadziło się, np. do innych mężów, partnerów albo tam, gdzie dzieci. Ludzie mają różne schorzenia i nie chce im się. Albo zajmują się starszymi rodzicami lub wnuczętami. Na emeryturach zmieniają się również finansowe kwestie.
    Jedna moja przyjaciółka, znamy się całe życie, mam ochotę napisać o niej opowiadanie wyprowadziła się przed świętami aż do Szczecina. Wdowa, sprzedała mieszkanie, dom na wsi w ciągu miesiąca i zaczęła nowe życie w zupełnie innym miejscu Polski. Tam już kupiła sobie wlasne mieszkanie. Wróciła do swojej miłości z wczesnej młodości, który też został wdowcem. Szczecin zdecydowanie jest ładniejszy od mojego miasta. 🤣

    OdpowiedzUsuń
  5. Domki fińskie - pamiętam, były w Warszawie i to w centrum miasta, za parkiem Ujazdowskim - wikipedia podaje, że już w marcu 1945 r Warszawa dostała ich 405 - reparacje wojenne od Finów.
    Pięknie spędzony dzień chociaż trochę szkoda, że rodzina się rozjechała .
    Praca na emeryturze - wśród moich znajomych to popularna sprawa. Wiele prac pozwala na kontynuację do późnego wieku.
    Ja miałem trochę pecha - nie lubiłem układów w swojej ostatniej pracy i przeszedłem na emeryturę z dokładnością do 1 dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To miło, że pamiętasz o domkach fińskich ♥️ u nas to teraz są traktowane jako zabytek.
      W USA byłam zadziwiona kelnerkami, które były dobrze po sześćdziesiątce i nie tylko w tych popularnych barach z wagon seats, które znamy z filmów, ale również w eleganckich restauracjach. W sklepach i biurach widziałam również dużo pracujących starszych ludzi. Kim mówił, że to głównie z powodu niskich emerytur muszą sobie dorabiać. Nikt nie może ich dyskryminować, chcą pracować, to pracują. Ale się niezręcznie czułam, gdy obsługiwała mnie taka starsza osoba. Jakbym miała wyrzuty sumienia , że tam jestem.

      Usuń
  6. Ja znam mnóstwo osób na emeryturze, którzy pracują ale rzecz się dzieje w Niemczech i to są niemieccy emeryci. Powody mają różne, finansowe albo nie wyobrażają sobie siedzieć w domu a praca zawodowa zapewnia im i zajęcie, i kontakt z ludźmi. Bardzo fajnie spędziłaś czas sama, nie wszyscy tak potrafią, dla wielu brak towarzystwa do zrobienia czegoś jest świetną wymówką żeby tego nie robić. Ja tam też lubię być sama, nie przeszkadza mi to w niczym. Lubię też niezobowiązujące rozmowy z nieznajomymi.
    Przytulnie masz tam u siebie, stół zachęca żeby usiąść i napić się herbaty. Albo gruzińskiego wina.
    Wysyłam Ci ogrom serdeczności ze świata zasypanego śniegiem. Fajnych kolejnych dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas też piękny śnieg. A wieczorem było minus 10. Jak za dawnych czasów prawie. Pamiętam jak w latach 80. zamykali szkoły z powodu mrozu, ale wtedy to było ponad minus 20. A teraz, gdy za dużo śniegu, bo nie ma jak dojechać. Sanna to z traktorem najczęściej, a nie z konikami jak kiedyś.
      Tak, na zachodzie niektórzy ludzie pracują długo, bo chcą. Tam są inne stosunki w pracy. Dorabiałam sobie kiedyś w wakacje w UK, w fabryce ciastek. W czasie przerwy czy przy taśmie, to była naprawdę przyjemne miejsce. Pracowało tam dużo ludzi starszych ode mnie. Byli bardzo sympatyczni i weseli. Żałowałam, że i tak nie miałam siły, siedzac przy taśmie i pakując te ciasteczka. Bo ręce trzeba było jednak lekko unosić i czułam napięcie w kręgosłupie. Wytrzymałam trzy tygodnie 🤣
      A wino gruzińskie polecam, półwytrawne białe i czerwone.
      I znowu mamy weekend 👏👍

      Usuń
  7. nie kultywuję tego święta... dla mnie Święta trwały od 21/XII do 04/I... a ten dzień wolny spędziłem sobie spokojnie, relaksowo: książka /autobiografia Ozziego Osburne'a, ostatnie lata jego życia/, potem jakiś film, trochę Ziela, nieco muzy, takiej dużej i prawdziwej, potem spacerek i wyczesanie kota, tego srebrnego, kudłatego...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
  8. O święcie Epiphany pierwszy raz usłyszałam we Francji, bo zjadłam migdała w cieście i dostałam koronę. U nas to wtedy nie był jeszcze dzień wolny. Głupio się czułam, że nie wiedziałam o co chodzi, ja pochodząca z kraju katolickiego. Reasumując, dla mnie od paru lat to był pretekst, żeby zabawić się z wnuczętami w korony i jakiegoś orzeszka w cieście. Czasami mieliśmy jeszcze brytyjskie crackery i stamtąd braliśmy korony 👍
    A dzień widzę spędziłeś pożytecznie, jeśli muza, dobra książka i jeszcze do tego zioło. Gdy przyjadę w cieplejsze dni na Dolny Śląsk, to koniecznie musisz do nas przyjechać i poczęstować mojego Gospodarza. Z pewnością będzie bardzo szczęśliwy. Pokaże ci swoją hodowlę przy okazji 🤣

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. samo święto znane było od dawna, ale dotyczyło tylko wyznawców, czyli nie mnie... ja się z tej bajki wypisałem już jako dziesięcioletni dzieciak i nie wyznaję żadnej religii, a mój światopogląd nie ma nazwy, bo nigdy nie było i nie ma potrzeby, ani sensu go nazywać... za to święto państwowe, dzień wolny od pracy był do 1960 roku, a potem, jak pisze Wiki, odzyskało ten status w 2011 roku...
      ale ten kraj nie jest katolicki, tylko co najwyżej chrześcijański... katolików identyfikujących się ze swoim związkiem wyznaniowym jest około 40%, drugie 40% to są własnowiercy, czyli wierzący po swojemu, większość w chrześcijańskim stylu... reszta to inne odmiany chrześcijaństwa zrzeszone w swoich osobnych kościołach, są też wyznawcy religii niechrześcijańskich, a także osoby areligijne, bezwyznaniowe... popularnie się mówi "ateiści", ale to jest błędna nazwa... bo primo ateizm nie jest światopoglądem, tylko jego drobnym fragmentem, a secundo tacy np. buddyści też są ateistami... światopogląd to o wiele szersze pojęcie, nie sprowadza się jedynie do kwestii, czy jakieś bozie istnieją, czy nie istnieją...
      hodowla, czy uprawa?... uprawa jest wtedy, gdy kupujemy nasiona i dbamy o to, co z nich zaczyna rosnąć... potem robimy zbiory i na tym uprawa się kończy... za to hodowla jest wtedy, gdy rozmnażamy dalej te nasze rośliny... nie jest to takie łatwe, bo nasiona kupowane w head shopach są przeważnie systemu sensymilla, takie rośliny prawie wcale nie wydają na świat nasion w naszych warunkach... ale można na przykład klonować: odcinamy małą gałązkę, traktujemy ją ukorzeniaczem i wsadzamy do gleby, albo do doniczki hydroponicznej, a wtedy, jak wszystko pójdzie dobrze, powstaje nowa, osobna roślina...

      Usuń
    3. Uprawa. Jeśli w ogóle powinniśmy o tym mówić 🤣 wszystko to robi dla zdrowia i nawet dobrze się czuje pomimo rozmaitych chorób i wieku.
      Ja byłam wychowywana w niereligijnym domu, bo rodzice pracowali w służbach. Nawet jeden dziadek też nie uznawał kościoła chociaż mieszkał w Sandomierzu, gdzie siedziba biskupa i pełno kościołów. Nie chcieli go pochować w latach 80. Ale jego synowe chciały kościelnego pogrzebu i uprosiły księdza z parafii. Moja mama, oprócz przymusu z dawnej pracy też obraziła się na Boga z powodu straty małego dziecka.
      Wiedziałam oczywiście o święcie Trzech Króli w tamtych czasach, nawet z nauki angielskiego o Mędrcach ze Wschodu. Ale daty chyba nie znałam. Byłam doskonale indoktrynowana w okresie licealnej młodości, Ale zaczęłam poznawać obcokrajowców, dzięki ogromnym zainteresowaniu językowym, to otworzyły mi się szersze perspektywy. Takie kombatanckie wspominki 🤣

      Usuń
  9. Guciamal o fińskich domkach wie niewiele, poza tym że istnieją i nawet ich nie oglądałam. Może dziś się tam wybiorę i zobaczę, jak to wygląda dzisiaj.
    Co co dalszej części wpisu- starość - no ale jeśli to sformuowanie cię uwiera to dojrzałość wiąże się z tym, że niestety wielu znajomych się wykrusza, niektórzy kapcanieją, siedzą w domu pod telewizorem, albo dają się zaprząc w rolę babci-opiekunki do dzieci (nie mylić z pomocą i czasową opieką) i robiącą obiadki dla rodzinki. Jeśli to lubią i się w tym spełniają to ok- tyle, że dla nas przestają mieć czas. Inni coraz bardziej chorują, a ich stan zdrowia nie pozwala na większą aktywność, a jeszcze innym się nie chce, czują się niepotrzebni, zramolali, a wszystko wydaje bez sensu. No i są aktywni znajomi, z którymi ciężko się umówić, bo mają dziesiątki aktywności. I ja zauważam, że powoli wykrusza się grono znajomych, jedna z koleżanek zaczyna latać po lekarzach i odwołuje kolejne spotkania, inna wykręca się obowiązkami zawodowymi i wnukami. Na szczęście w ich miejsce wchodzą nowi. Choć pewnie przyjdzie taki czas, że i oni będą mniej chętni na spotkania. Ja niemal wymusiłam na swojej siostrze, abyśmy przynajmniej raz w miesiącu spotykały się na kawie i ploteczkach, bo choć mieszkamy tak blisko wciąż brak czasu na spotkania (ona aktywna zawodowo, dzieciata, żeniata i z dużym gronem znajomych). Co do pisania maili to pisałyśmy aktywnie z Magdą od lat, odkąd ona się przeprowadziłą do Gdańska piszemy sporadycznie. Teraz to już nawet trzeba się informować o wysłaniu maila, bo o ile do niedawna dzień zaczynałam od przeglądu poczty, teraz zaglądam na nią, jak kupię bilety, czy już przyszły.
    Co do emerytów pracujących- oni właśnie mają najmniej czasu na spotkania. Mam dwie pracujące emerytki, wiecznie zabiegane, wiecznie zmęczone, zajęte i przekładające spotkania. Może są zadowolone z takiego sposobu życia, nie mam pojęcia. Ciągłe zmęczenie i brak sił na cokolwiek i jak mówią, one nie mają już marzeń. Natomiast te na emeryturze niepracujące mają więcej czasu i niemal wszystkie są zadowolone z życia, poza tą, co to zaczęła latać po lekarzach w poszukiwaniu nowej choroby. Ale to tylko obserwacja moich znajomych, nie musi być to reprezentatywna grupa do obserwacji. Dla mnie spacer samej nie jest niczym nadzwyczajnym, często go uskuteczniam i to z dużą radością, bez przykrości, choć oczywiście lubię się spotykać z przyjaciółkami i koleżankami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dziękuję za wyczerpujące refleksje. Tak wygląda rzeczywistość w pewnym wieku. Najbardziej aktywny czas to był między 45-55, gdy najbardziej człowiek był świadomy swoich potrzeb i możliwości. Umiał wykorzystywać czas.
    Moje pracujące koleżanki nie są zmęczone, bo idą do biura na parę godzin tygodniowo i dobrze przy tym zarabiają. A to jest własną działalnością, to wysyłają zarządzenia i sprawdzają. Ale wszyscy mają jakieś dodatkowe zajęcia, oprócz tych rodzinnych, sporty kultura społecznikowstwo. Ciężko się ,"złapać", chyba że chodzi się na te same zajęcia, kulturalne czy sportowjuż. Ja Żałuję trzech koleżanek, z którymi się już rozminęłam. A stało się tak. Jedna to nauczycielka, która na emeryturze pojechała do Warszawy bo tam miała dwie córki. Wynajęła sobie mieszkanie i miała mnóstwo propozycji jako nauczycielka języka polskiego. Druga to pielęgniarka, zaczęła nowe życie po rozwodzie i wyprowadziła się do pięknego domu na wieś. W tym czasie jej córki rozjechały się po Polsce. A gdy chciałyśmy się umawiać, to często się składało, że wtedy miały przyjechać i córki z dziećmi. A gdy ona coś proponowała, że na przykład po pracy się spotkamy, to ja byłam zajęta. A trzecia to koleżanka z działalnością gospodarczą, dwie córki w Warszawie, wtedy ona i tam rozpoczyna swoją działalność, tutaj na miejscu same pracownice kontynuują. A ona tak krąży, ale bardziej jest już duchem w Warszawie. Z tymi koleżankami znałam się od rozpoczęcia pracy zawodowej, razem jeździłyśmy na różne wycieczki, wczasy z dziećmi gdy były mniejsze. Urządzałyśmy fajne imprezy. Każda była inną osobowością. Brakuje mi ich, ale poszłyśmy już inną drogą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dla mnie o dziwo najbardziej aktywny okres życia jest teraz, odkąd jestem na emeryturze. Dopóki pracowałam wracałam do domu wykończona, tak zmęczona i sfrustrowana, że nie miałam siły i ochoty na nic, tylko odrobić kolejne obowiązki (rodzinne) i spać i oby do weekendu lub urlopu. No, ale ja nie lubiłam swej pracy, nie dawała mi satysfakcji, stresowała (i jak spotykam się teraz z pracującymi jeszcze w tej firmie koleżankami to powtarzają to co ja kiedyś mówiłam i widzę, jakie są szare, zgaszone, smutne). Ale przyznaję, że ta praca dobrze mnie zabezpieczyła na ten okres życia, więc można powiedzieć, że zawsze jest coś za coś, nie muszę czekać na promocje w Biedronce :) A jestem teraz tak pełna energii i tak aktywna, jak byłam w okresie około studenckim i krótko po.

      Usuń
    2. To trzeba korzystać z tego dobrego zabezpieczenia, co ty pięknie realizujesz, bo ok. 30 lat w stresie w nielubianym miejscu mogło zostawić spustoszenia w organizmie. Rozmawiałyśmy na ten temat. Moja siostra cioteczna, tego zbliżonego dawnego miejsca pracy, zaszyła się na wsi już 7 lat, a budynek przesławnego urzędu omija szerokim łukiem. Trzeba filozoficznie do tego podejść. Ja mam trochę na odwrót, bo moim zabezpieczeniem jest Gospodarz😃. Niech żyje 100 lat, i dłużej ode mnie 👍Teraz jestem u córki w mieszkaniu, które ona opuszcza/dawne mieszkanie moich rodziców/ na rzecz domu na wsi i płakać mi się chce nad tymi wszystkimi przeprowadzkami. Bo widzę tutaj jeszcze ślady moich rodziców nieżyjących od 20 lat. Oh, życie

      Usuń
  11. Spotykam się dość często z rodziną i znajomymi. Lubię takie bezpośrednie spotkania. Prowadzę też lokalny klub seniora i tam się porządnie wyżywam towarzysko. Innych też do tego zachęcam. Choć jednocześnie widzę, że im jestem starsza tym potrzebuję więcej wyciszenia. Tyle, żeby równowaga była.
    Trzymaj się ciepło!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, choć napisałam, że prowadzę teraz bardzo aktywny tryb życia to czasem, jak pisze Ula przydaje się trochę wyciszenia, muszę na dzień czy dwa włączyć tryb samolotowy w telefonie i nie ma mnie dla nikogo, jestem sama dla siebie.

      Usuń
    2. Celne podsumowanie. Dziękuję bardzo. Potrzebne nam jest wyciszenie czasami.
      A bezpośrednie spotkania z rodziną i ze znajomymi są bardzo ważne. Ja też staram się być aktywna w różnych grupach społecznych. Robię to co lubię. Nadal nauczam i urządzam prelekcje. Staram się być sponsorem na rzecz imprez kulturalnych dla dzieci i młodzieży. I piszę sobie różne felietony na ten temat. Czysta przyjemność.

      Usuń
    3. Gratuluję takiej aktywności!!!

      Usuń
  12. To prawda, że na Śląsku są małe osiedla (? znam jedno) z fińskich domków.

    Jeśli nawalają inne formy kontakty, zawsze pozostają maile ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Moja siostra cioteczna, która przeprowadziła się ze Śląska w okolice Sandomierza, gdzie mieliśmy kiedyś wspólnych dziadków, bardzo tęskniła za swoim Bytomiem i dawnym życiem. Jej starszy syn też. Dopiero po śmierci swoich rodziców i teściów przestali tam regularnie jeździć.

    OdpowiedzUsuń