Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 8 marca 2014

Realna kompletność przeciwko wirtualności.



 Pomyślałam, że dla wyjaśnienia mojej nie frekwencyjności na blogu zamieszczę artykulik z mojej lokalnej prasy.
Jak ważna jest przyjaźń- karnawał  Stowarzyszenia Absolwentów II LO.
Na piątek 28-go lutego czekałam z niecierpliwością. Nawet zapodałam sobie dietę, żeby zmieścić się w moją kusą kreację.  Fryzjerka i kosmetyczka też o mnie zadbały. A podziw moich kolegów wpatrzonych we mnie w tańcu- bezcenny! Dziękuję Ci Tadziku. W końcu, chociaż upłynęło już parę dziesiątek lat od matury, moja waga i radość życia umiarkowanie są niezmienne.
Z Marzenką.

Ale zanim rozpoczęły się rzeczone tańce, najpierw odbyło się zebranie sprawozdawcze za rok 2013., w którym uczestniczyło kilkudziesięciu członków. Wiele osób przyjechało z odległych miejscowości. Skarbnik Stowarzyszenia poinformowała zebranych o stanie finansowym naszego zrzeszenia, które się znakomicie prezentuje. Organizacja ma spore oszczędności ze składek, darowizn i nadwyżek ze Zjazdu. Pisałam tu http://ardiola.blogspot.com/2013/07/reunion-party-ix-zjazd-ii-lo.html Pieniądze przeznaczane są na szczytne cele, stypendia dla młodzieży, zakupy drobnych sprzętów na rzecz szkoły, obchody jubileuszów absolwentów i nauczycieli, składanie kwiatów podczas świąt narodowych oraz smutne okoliczności- ostatnie pożegnania.
Prezes Stowarzyszenia  przedstawiła plany na najbliższy rok, udział w Dniu Patrona Szkoły,  oraz min.wycieczkę śladami Joachima Chreptowicza na Białoruś.
Dyrektor szkoły  podziękował Stowarzyszeniu za pracę na rzecz liceum, za cenne prezenty, które służą młodzieży i nauczycielom. Wyraził  swoją i pracowników szkoły wdzięczność za nasze głębokie  zaangażowanie w sprawy liceum.
A potem, kiedy już spożyliśmy smaczną kolację, rozpoczęły się tańce, takie typu do grającej szafy grosik włóż. Hity z ostatnich dekad począwszy od lat 50. Let`s  twist again like we did last summer, let`s twist again like we did last year, nie mogło zabraknąć La Bamby, Abby, Paula Anki, Maryli Rodowicz, Czerwonych Gitar, Skaldów, aż do Lady Punk, Kazika, Perfectu, Budki Suflera oczywiście. Celebrowaliśmy stare i jeszcze starsze znajomości towarzyskie.
Przy tej znamienitej okazji chciałam się podzielić moimi refleksjami. W świecie hiperkomunikacji, gdzie bombardujemy się esemesami, twittami, mailami, „lajkami” na Facebooku, coraz mniej czasu pozostaje na podtrzymywanie głębokich więzi. Relacje społeczne zupełnie się zmieniły. Ja również zapraszałam na imprezę za pomocą wspomnianych komunikatorów. A kto się na niej pojawił? Ludzie średniego i starszego pokolenia, których nie  zaprasza się tylko za pomocą internetu, oni mają w sobie jeszcze naturalną potrzebę spotkań. 

Rozmawiają, okazują zainteresowanie i nie tylko dlatego, że to są emeryci i mają dużo czasu. Ich złożone relacje międzyludzkie nie zastępują systemy techniczne maili i lajków na FB. Obecnie większość ludzi woli relacje intymne z maszynami, takie to proste, możesz się wyłączyć kiedy chcesz, nie angażujesz się, wyślesz uśmiech, napiszesz lakoniczny komentarz. Nie ma kultury bezinteresowności, bo tego wymaga przyjaźń. Przyjaźnimy się z ludźmi o podobnym statusie finansowym, bo jak tu powiedzieć o wyprawie do Kenii, zakupach w Dubaju, kiedy koleżankę z podwórka, czy szkoły nie stać na kolację w restauracji. Nowa cywilizacja stawia wiele przeszkód przyjaźni, bo więź może stać się kłopotliwa, lepiej się nie angażować. Trudno o przyjaźń w dawnym tego słowa znaczeniu. Lepiej skupić się na sobie i na swoich przyjemnościach. Być indywidualistycznym egoistą,
Myślałam podobnie do niedawna. Pomagał mi w tym fakt poślubienia obcokrajowca, częste wyjazdy do innej rzeczywistości, mieszkanie za granicą. Oddalałam się od przyjaciół realnie i metaforycznie, ale na szczęście szybko zrozumiałam, że największą wartością jest moje  życie w Polsce i rodzinnym mieście. 
A to z innej imprezy, jeszcze z okazji Trzech Król. U mnie w domu z koleżankami z "12"- stki i bratową, też szkolną koleżanką:)

Zachód mi się jawił jako cywilizacja przyjemności, tam nie rozmawia się o poważnych sprawach, nie wypada się zwierzać na smutno, szczególnie w mojej anglosaskiej kolonii we Francji. U nas uwielbiam „bycie człowiekiem oświeconym”, bo ciągła edukacja jest moim ideałem i spotkanie moich aktywnych przyjaciół  ze Stowarzyszenia oraz innych całkowicie wypełnia moje potrzeby.
 Czułam niekiedy,że powoli stawałam się jakimś cyborgiem, ludzko-techniczną hybrydą sprzężoną za pomocą interfejsów. Komputer czy smartfon włączony cały dzień, nowa społeczno-psychologiczna rzeczywistość. Pewna zależność od ludzi , którzy nie  wiem jak wyglądają. "Alone together" jak w książce Shirley Turkle- od niej moje refleksje. A tutaj, w rodzinnym mieście tylu wspaniałych kamratów, sztama i koleżeństwo ze wszystkich etapów życia, zażyłość, braterstwo i przywiązanie. Internetowe przyjaźnie, nie przeniesione do realnych kontaktów, to przy nich  surogat i ersatz.. cholera , nie życie, jak mówiła przy innej okazji  Agnieszka Osiecka.
Ale Pinterest lubię, IMDb tudzież parę innych stronek i blogów wspaniałych pasjonatek w różnych dziedzinach, vide niebieskachata.blogspot.com  Jakkolowiek by chcieć zwiać od internetu, w dzisiejszych czasach  jest to już niemożliwe. Ten konserwatyzm okazałby się zacofaniem. A stąd tak blisko do naszego Klerykowa, hehe. 100 lat im zeszło, żeby Żeromskiego zapatrywanie odwrócić i nadal syzyfowe prace gdzieniegdzie. Żal.
PS Po dyskusjach na lokalnym rynku w związku z tym artykulikiem, chciałam dodać ogólną konkluzję paru moich znajomych. Trudno utrzymywać  przyjacielskie kontakty z ludźmi z jednej klasy, szkoły, podwórka, którzy zatrzymali się na pewnym etapie rozwoju i zgoda na to wielka. Moja intencją, do której stale wracam w swoich refleksjach, jest konfrontacja moich  nowych znajomości za granicą,   i tych starych, zażyłych w miejscu wieloletniego zamieszkania. Cenię je sobie ponad wszystko. I w gronie przyjaciółek mam osoby z Siennieńskiej, gdzie się urodziłam i mieszkałam 6 lat i Polnej, gdzie spędziłam dzieciństwo i młodość. A dalej  w życie to już dziesiątki kontaktów. Mój wiek również sprzyja  pewnej nostalgii.

6 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwsze - promieniejesz dziewczyno! Wyglądasz rewelacyjnie. Widać, że TEN swojski klimat Ci służy.

    Cała reszta postu to szczera prawda, jednak młode pokolenie (to młodsze niż moje) nie ma chyba żadnego porównania, bo oni tę techni kulturę już zastali...

    Ja już też nie potrafię żyć bez netu (tzn. potrafię, ale nawet nie chcę), jednak nie jestem mu podporządkowana. Nie mam jednak, tak jak Ty, utrwalonych przyjaźni z dawnych (szkolnych, studenckich) lat, stąd dla mnie najlepszym, realnym środowiskiem jest rodzina. Nie tylko, że mąż i dzieci, ale rodzina w szerszym znaczeniu.

    Pozdrawiam Ardiolko serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Bardzo mi pomogłaś. Bardzo niekomfortowo czuję się ze swoimi róznymi decyzjami. Coż, aging przysparza wielu rozczarowań.

      Usuń
    2. Wyglądasz niezwykle szykownie w tej sukience!

      Przyjaźnie szkolne - ilu ludzi tyle historii.
      Internet, Pinterest, Facebook cenię tym bardziej im więcej kilometrow dzieli mnie od rodziny i przyjaciół. Pomagają podtrzymać więzi gdy w świecie realnym jest to fizycznie niemożliwe. Bycie cyborgiem podłączonym do sieci mi nie przeszkadza.
      Myślę, że większym problemem niż technika okazali się ludzie z którymi łączyła mnie kiedyś przyjaźń. Nasza była szczera, szaleńcza i młodzieńcza, bezinteresowna. Dziś nasze kontakty stały się powieszchowne aż do bólu - ludzie gnający w jakimś szalonym pędzie przed siebie nie są wstanie znaleźć dla innych godziny aby się spotkać... Czas jest tylko na pracę, fuchy, zlecenia i swoją wąsko pojętą rodzinę (mąż, czasem dzieci). Nawet fora społecznościowe wykożystują jedynie do celów komercyjnych... Niby pokolenie +/- 40latków powinno jeszcze pamiętać świat bez bezdusznej techniki, bez wyścigu szczurów, japiszonów i pracocholizmu. Dziwnych ludzi spotkałam w szkole i na studiach - niby kreatywni i szaleni artyści a w rzeczywistości ludzie uwiązani do mamony. To się zdziwiłam...
      I powoli dojrzewam aby mieć ich w dupie (choć tylu lat znajomości żal). Nie mam czasu i siły aby przez kilka lat bezowocnie wykonywać głuche telefony, pisać maile na które nikt nie napisze szczerej odpowiedzi. Nie ilość lecz jakość relacji międzyludzkich zaczeła nam się na obczyźnie liczyć. Pozostawiam sobie luksus regularnych kontaktów z rodziną i corocznych spotkań z pewnym zaprzyjaźnionym małżeństwem które jest w stanie podarować nam choć jeden wieczór swego cennego czasu. To dla nich wracamy z radością do rodzinnego miasta. Jak wtedy smakuje każde żywe słowo spite z ust przyjaciela!

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. Muszę przyznać,ze bardzo się staram, żeby zachować wagę i sylwetkę, a szczególnie przed ważnymi imprezami.
      Każdy chce wygodnie żyć i okazać to atrakcyjną fotką na fb.Chyba twoje pokolenie jest najbardziej widocznym beneficjantem przemian ustrojowych i też zakładnikiem nowego życia.
      Ja, chociaż 50+ tez muszę obecnie z niektórymi znajomymi umawiać się na miesiąc z góry, potem im coś wypada i następny miesiąc schodzi i tak uzbiera się pół roku, a oni nadal są niedostępni. To ludzie związani z korporacjami, albo prowadzący własną aktywną działalność. Jako należąca do grup wymienionych, jeszcze do niedawna, podobne grono należało do ścisłej grupy moich przyjaciół Czasami odwiedzali mnie we Francji. Potem moja sytuacja trochę się zmieniła, ja przepisałam działalność na córkę, zwolniłam obroty, żeby w końcu zamieszkać z poślubionym małżonkiem.. Znajomości się zmieniają z wolna. Na spotkanie z tymi aktywnymi jeszcze dłużej trzeba czekać. I telefony im ciągle dzwonią w czasie spotkania. Ja równiez mam ten nawyk czekania na klienta pod telefonem, bo nadal córce pomagam w prowadzeniu działalności.
      Ale, mieszkając w jednym mieście całe zycie, mam dziesiatki innych znajomości, bo zawsze byłam bardzo towarzyską osobą. Dbalam o moich znajomych, często spotykaliśmy w domach, nie restauracjach, dzwoniliśmy do siebie i to są ludzie, których znam od dziecka, od podwórka na naszych ulicach. Razem dorastaliśmy, pamiętamy swoich rodzicow, rodzeństwo, nasze dzieci, kiedy się rodzily. Chodzę na zjazdy szkolne od 15 lat. To jest więź niezwykła. Niektórzy zadzierają nosa, ale co tam. Ja ich nawet rozumiem. Dzięki mojemu mężowi, staremu hippisowi, mam dystans do wszystkiego. On "doesnt give a shit", toleruje indywidualizm, oprócz głupoty.
      Z niektórymi znajomymi idziemy razem przez 5-10 lat, bo taki okres życia się trafił, np wyjątkowej prosperity, a inni towarzyszą nam całe życie i ja mam szczęście takich przyjaciół posiadać w moim rodzinnym mieście. A studenckie kontakty też kultywuję, u mnie jest łatwiej, bo to prawie sami nauczyciele, a wakacje sprzyjają odwiedzinom, nawet gdzieś daleko.
      A, gdy się mieszka za granicą i w związku z obcokrajowcem, to zupełnie inna sprawa. Ze mną niby tak było, ale prowadziłam cały czas działalność w Polsce i wyjazdy do męża, stanowiły tylko wakacje dla mnie.
      Ale muszę przyznać, że też mi szkoda niektórych nie kontynuowanych znajomości. Ja próbowałam wiele razy, i w tym przypadku nie chodzi juz bynajmniej o czas. Osiągnęłyśmy z tymi koleżankmi zupełnie inne etapy ścieżki zyciowej.

      Usuń