Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

wtorek, 22 listopada 2011

Butrinti-Troja w miniaturze. Albania.

Wędrówki do miejsc początków naszej cywilizacji nie mają końca. Gdzież bowiem znajdziemy kres fascynacji kulturą Grecji, Rzymu, Bizancjum czy Islamu?
Widziałam wiele miejsc godnych zadumy, które wzruszały i zadziwiały swoją pięknością. Każda podróż napełnia mnie znaną mi ekscytacją, radosnym wewnętrznym drżeniem, jakby cała moja wiedza przeczytana wcześniej rozkręcała się w głowie jak taśma filmowa. Mój ulubiony bohater wczesnej młodości Schliemann, genialny samouk poszukujący Troi i pałacu króla Minosa, zamienia się w George`a Robba, współczesnego selfmademan`a, inteligentnego milionera, którego pasją stała się archeologia. Na jego statku „Hercules” , co parę miesięcy odbywam fascynujące podróże, po których z wielkim trudem wracam do rzeczywistości. Nieustannie się dziwię jaką piękną klamrą  spinają się moje marzenia i obecne doświadczenia.
Podczas ostatnich wakacji widziałam Troję w miniaturze i czułam się , mówiąc przesadnie, jak Eneasz z epopei Wergiliusza, który tak to opisywał:
„ Nie szukajcie Auzonii, co nam w każdej porze wstecz ucieka, kształt Ksantu i przez was stawiana widzicie Troję- oby pod lepszą osłoną wróżb bożych i zdradnego Greka nie tak bliską! Płyniemy morzem, skąd falą do Italii najbliższa jest droga”.
30km jechaliśmy z Sarandy do Butrinti. Droga wiodła bardzo wąskimi ulicami, ciasnymi wąwozami w góry Dynarskie. Jeśli ktoś kiedyś słyszał, że w Albanii nie ma dróg ,to potwierdzam ten fakt w całości. To tylko wytyczone wąskie szlaki pokryte jakimś rozsypującym się asfaltem, a po nich jeżdżą głównie stare, ogromne Mercedesy, BMW lub jeepy. Zapomina się o strachu, wisząc gdzieś nad przepastnym urwiskiem, kiedy widzi się krajobraz gór Dynarskich, dzikich i bezkresnych, bez śladu współczesnego domostwa. To jakbyś cofnął się o kilka tysięcy lat. Wyobraźnia to, jak wspominam w każdym felietonie jedyny wehikuł czasu, który przenosi choć ułudnie w tamten czas.
Butrinti leży na półwyspie otoczonym M.Jońskim, a od lądu chroni go jezioro o tej samej nazwie. Miasto ukryte jest wśród gęstego lasu ogromnych drzew, których kora pokryta jest lianami z liśćmi, a wokoło bujna śródziemnomorska roślinność. Mnie to przypominało niezmierzone przestrzenie przedhistorycznych ziem. Miasto otoczone jest potężnym murem, a ta fortyfikacja datowana jest na VII w. p.n.e.
Butrinti przechowuje pamięć kilku kultur, jest niezwykłym miejscem. Melancholijna przechadzka po teatrze greckim była powrotem na lekcje polskiego. Z teatru poszłam kładką do sanktuarium Asklepiosa /Eskulapa/ Przypomniała mi się wyspa Kos, gdzie Hipokrates nauczał swoich uczniów, jak zwykle te moje furtki pamięci, a świątynia Asklepiosa też była tam imponująca.
Kontynuowałam  spacer po grecko-rzymskiej agorze.Może by tak wstąpić do frygidarium, czyli do zimnej części rzymskich łaźni?
W tym upale zatraca się bunt duszy .
Westybul z mozaiką pokrytą niezwykłymi geometycznymi wzorami już czeka na zrzucenie szat. Otoczone jońską kolumnadą prytaneum zaprasza na posiłek w towarzystwie rzymskich oficjeli, a nimfy z groty-światyni ucieszą się z naszego towarzystwa. A teraz pójdziemy do rzymskiego domu, gdzie gospodarz przywita nas w atrium. Salve!
Minerwa oczekuje nas w swoim sanktuarium. Gimmazjum to monumentalny budynek, który służył pro publico do późnych lat starożytności.
Wyróżniają go niezwykłe mozaiki z różnymi motywami i posągi bóstw. Stałam oniemiała przed wspaniałościami tego starożytnego miasta i otaczającej je natury. Lazurowe niebo, turkusowe morze, w oddali ogromne bukiety fioletowego kwiecia na drzewach, rozłożyste palmy z grubymi pniami i szerokim wachlarzem liści, uroczy gaj pinii, liliowych rododendronów, cyprysów, ogromnych kaktusów, wszystkiego w bród i słońce panujące wszędzie. Chciałoby się skryć w cieniu, ale ono przecieka przez listowie, pali bezlitośnie swoją mocą.
Wieczysta obojętności klasycznego piękna tego umarłego starożytnego miasta, jego ponadbytowość, wzniosłość zmusiła mnie do refleksji. Po co to wszystko?. Wspaniałe wysiłki, genialne hipotezy, ta nasza walka ze światem?
I tak króciutko a propos mojego nicka, Ardiola to imię pewnej uroczej  młodziutkiej pani archeolog Alikaj, którą poznałam w Albanii. Była w wieku mojej córki i bardzo mi się spodobała ze względu na swój entuzjazm, wiedzę i osobowość.




3 komentarze:

  1. Nie byłem w Łodzi, ale podejrzewam, że jest o wiele brzydsza od Lyonu :) Nie wiem co widzę w nim takiego niezwykłego, podoba mi się nawet bardziej od Marsylii... Może dlatego, że to pierwsze miasto we Francji jakie zwiedziłem? Nie wiem, jakiś taki sentyment mnie łączy z Lyonem :)Pewien czar... Może świadomość, że jest to najstarsze miasto we Francji sprawia, że mam ochotę tam wracać... A nocny spacer nad Rodanem i Saoną to uczta dla mojego ducha :)
    A Paryż to wiadomo - czar miasta. A do tego dochodzi fakt, że tam poznałem moją dziewczynę, tam zaczęliśmy ze sobą chodzić, może dzięki czarowi tego miasta w ogóle zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Związek zakończył się katastrofalnie, ale pozostały miłe wspomnienia :)

    Estaremos en contacto :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ach.powiało mi tutaj u Ciebie gorącym latem............i tu tkwi problem....przytlacza mnie deszcz.i zamaist pisac, malować to ucieklam w ksiązki......czytam idlatego mnie ARDIOLKO KOCHANA NIE MA ONLINE.......ale juz wracam do swiata zywych..Kamil zakochany w Lyon?.no coż.brr..ja niestety nie...ja we Francji kocham tylko katarska Langwedocję.buziaki

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudny opis :) obudził we mnie wspomnienie minionego lata :)

    Pozdrawiam serdecznie
    Ewa

    OdpowiedzUsuń