Moja lista blogów

piątek, 23 grudnia 2022

So here it is Merry Xmas, everybody`s having fun...

Co roku w naszej językowej szkółce przygotowujemy wspólne śpiewanie jakiejś świątecznej piosenki i nagrywamy wspólnie z dziećmi i rodzicami. Taka zupełna improwizacja, bo nigdy nie ma kiedy przećwiczyć. Na ogół ja wybieram swój ulubiony hit. Tym razem w radio puszczali coś sprzed lat i przypomniał mi się zespół Slade. Tak kiedyś lubiłam na dyskotekach Far far away i Everyday. Mój śp mąż śmiał się ze mnie, bo on wtedy takich darciuchów nie słuchał. Był ponad glamrockowe gusta, będąc słuchaczem Pink Floyd czy Led Zeppelin. Też ich lubiłam.
Tu mamy fragment refrenu, jakość słaba, bo to przekazywanie na maila tak zmienia. So here it is Merry Xmas, everybody`s having fun, look to the future now, it`s only just begun.. Bardzo dumna jestem z naszej szkółki, bo to już prawie 30 lat na rynku, dzieci stały się nauczycielkami i wnuczęta już się uczą. Nawet wnuczęta moich dawnych najwcześniejszych uczniów. Quand le temps passe vite. A ja odkąd pojawiła się w rodzinie najmłodsza latorośl, z powrotem lubię święta. Miałam okres nielubienia gdy poumierali Rodzice, potem pierwszy mąż, a dzieci były nieznośnymi nastolatkami. Dekada przeleciała, prawie dwie i znowu jest bardzo miło, jak wtedy gdy sama byłam dzieckiem. Córki mieszkają w dużych domach czy mieszkaniach i to one urządzają święta, albo jadę do mojego wiejskiego gospodarza i tam już zupełna beztroska. Tylko prezenty trzeba kupować, ale o tym myślę już od listopada i powoli z ogromną przyjemnością pakuję je w wytworny sposób. Dzisiaj dzień spędziłam na czytaniu książek, które sama sobie zakupiłam na gwiazdkę.
Historie tegorocznej noblistki przypominają mię samą. To mię,to takie przedwojenne jeszcze użycie. Podoba mi się. Annie Ernoux też jest trochę podobna do innej noblistki- Alice Munro. Obydwie nauczycielki ojczystych języków. Dojrzewały w trudnych latach powojennych. Podobieństwa do Annie Ernoux upatruję w tragicznej historii utraty starszej siostry i swoich narodzin po takiej ogromnej stracie. Wielka miłośc ojca, jego duma, gdy córka kończy studia, słabość matki, którą przygniotła na zawsze śmierć małej córeczki. Gdy dorosłam i miałam juz swoje dzieci, też córki, bałam się pytać o tamto tragiczne rodzinne wydarzenie. Nigdy nie pytałam rodziców, tylko ciocie i zwykle strasznie płakałam nad losem mojej mamy. Może i mnie by nie było, gdyby nie tamta śmierć. W zamian byłam otoczona wielką miłością, troską , ale starszy brat mnie nie lubił, bo był zadrosny. Rodzice zdecydowanie mnie faworyzowali. I tak mi to zostało, ta dawna rozpieszczona dziewczynka. Do wiejskiego siedliska nie chciało mi się jechać, pewnie w ferie się wybiorę. Namówię kogoś na narty na Stogu Izerskim w Świeradowie. Domek oświetlony, bo Gospodarz ma swoje wspomnienia i u niego Santa Claus is coming to town...
A ja wracam do czytania. Przez allegro i z biblioteki zamówiłam jeszcze inne ksiązki i w moim ulubionym gniazdku oddaję się swoim przyjemnościom.
Żebym nie była posądzona o totalne lenistwo, to powiem, że zrobiłam śledzie, upiekłam mięso, ugotowałam kompot z suszu i bigos. Resztę szykują córeczki. So this is Christmas for weak and for strong, the reach and the poor ones, the war is so long.. a very merry Xmas and a happy New Year, let`s hope it`a a good one without any fear..Tak śpiewał kiedyś John Lennon, zawsze aktualne. Miłego rodzinnego świętowania, wspólnego wesołego kolędowania, oraz refleksji i uspokojenia. I na koniec updating, już wigilijn
a fotka z córkami i wnuczętami.

niedziela, 11 grudnia 2022

Jak ja lubię Mundiale, a wy?

Post oparty na wspomnieniach pisanych w 2014 roku, trochę zmieniony i zaktualizowany. Moje biuro i szkółka ma znakomitą lokalizację w mieście. I od prawie 30 lat z dużym sukcesem utrzymujemy się na rynku. Dookoła trzy wielkie osiedla mieszkaniowe, centrum zakupowe, kilka barów i restauracji, punkty usługowe. Ale w sąsiednich lokalach często zmieniano działalność. Dla nich ta "location" nie była taka wspaniała. I od paru miesięcy mam za sąsiada poniżej tzw. Zakłady Sportowe, zastąpili sklep komputerowy. Przyjaźnimy się biznesowo z sąsiadami, apteki już nie ma, fitness club, weterynarz i sklep "animals", dorabiania kluczy nie ma, restauracja " Che fico" obecnie, ciastkarnia, elegancki "Pewex" i przychodnia lekarska. Z młodym właścicielem Zakładów rozpoczęłam raz dyskusję na temat World Cup. Powiedział mi, że zazdrości mojemu pokoleniu, że byliśmy kiedyś świadkami wielkich sukcesów naszej piłki nożnej i zaczęłam mu opowiadać, a on słuchał prawie nabożnie. >1974. RFN</b> Byłam świeżą licealistką, czytałam zachłannie Kino, Ekran i Film, i jeździłam na Lubuskie Lato Filmowe, jedyny wtedy festiwal filmowy w Polsce, który odbywał się w ostatnim tygodniu czerwca w Łagowie Lubuskim. Na dziedzińcu zamkowym spotykało się wtedy największe polskie gwiazdy. W Sali Rycerskiej był duży telewizor i oglądano mecze. Wieczorem zamek zamykano i wtedy zaczynały się imprezy dla gwiazd i ich otoczenia. Z koleżanką wpadłyśmy na pomysł, żeby moment zamknięcia przeczekać w toalecie lub na salach zamkowych. Udało się, było pieczenie barana, oglądanie meczu Polski ze Szwecją, rozmowy z krytykami filmowymi i pijanymi aktorami, szczególnie udzielał się wtedy Jan Nowicki i Jan Himilsbach, solenizanci. Wszyscy się dziwili skąd te " młode głosy" znalazły się na imprezie. Mówiłyśmy, ze jesteśmy z DKF-u- Dyskusyjny Klub Filmowy i piszemy artykuły do szkolnej gazetki. Tak było, naprawdę. Znałyśmy miejscowego organizatora pana Lubomira i umiałyśmy się zachować. Posiadałyśmy ogromną wiedzę o filmie polskim.
Polacy jak wiadomo zajęli w Mundialu III miejsce, a Grzegorz Lato był królem strzelców. 1978. Argentyna. Polska w fazie grupowej grała z Tunezją, a ja w lipcu tegoż roku miałam przyjemność wylądować na lotnisku Tunis-Carthage. Zdjęcie radosne, gdy dostałam się na studia w tymże roku.
Było już po mistrzostwach, ale rozmowom nie było końca. W Argentynie przeszliśmy do ćwierćfinałów. Moje ówczesne wakacje, wspaniale spędzone w Tunezji i Algierii, na Saharze, były z cudownym towarzystwem dla rozmów o piłce nożnej. Tunezja była wtedy pierwszy raz na Mundialu, reprezentowała cały kontynent. Tarak Tamine był gwiazdą, naprawdę pamiętam jego imię, nie googlowałam. 1982. Hiszpania. Kończyłam wtedy studia. W czerwcu zapomnieliśmy, ze nadal trwa stan wojenny w Polsce. Łazuka wyśpiewywał co chwilę słowa przedwojennego hitu "uliczkę znam w Barcelonie, w uliczkę wyskoczy Boniek.." kontynuując " entliczek, pętliczek co zrobi Piechniczek tego nie wie nikt...". Boże, jaka to była radość w narodzie, jaki entuzjazm i duma, i piło się do nieprzytomności bimber zagryzając byle czym. 8 lipca w czwartek miałam obronę pracy magisterskiej, dostałam piątkę. Napisałam niezwykłą pracę, nie ma mowy o skromności, o wpływach Japonii na kulturę polskiego modernizmu, przedrukowaną potem we fragmentach w Przeglądzie Orientalistycznym.
Polska grała z Włochami o przejście do finału. Przegraliśmy i w sobotę graliśmy z Francją o trzecie miejsce. Był wtedy młody Platini, przyjaciel Bońka, taki chłopięco przystojny. 1986. Meksyk. Meksyk. Byłam wtedy młodą mężatką i niestety dosyć szybko okazało się, że nie byłam szczęśliwą młodą mężatką. Nic nie pamiętam z tych mistrzostw. Potem była długa przerwa i na Mistrzostwach znaleźliśmy się dopiero w 2002 r. w Korei i Japonii. Graliśmy z Koreą, ich zawodników nazywaliśmy " duracelami" od ówczesnej reklamy, ze "duracell" doda ci skrzydeł. Oni tak fruwali na boisku i potem dofrunęli aż do 4. miejsca. Mecze oglądałam z córkami i jeszcze żyjącym wtedy ich ojcem. W grupie mieliśmy jeszcze Portugalię i USA. Honorowo wygraliśmy tylko ze Stanami. Ale ile było emocji i szczęścia, że w ogóle tam się znaleźliśmy. Byłam w Londynie w 2002 w czerwcu i David Beckham był najjaśniejszą gwiazdą. Na zdjęciu z przystojnym barmanem, juz wtedy z Ukrainy, rozmawialiśmy o życiu.
Ale Anglicy odpadli dosyć wcześnie. 2006. Niemcy. Wsiadłam w wehikuł czasu i opiszę trochę dłużej, co wtedy przeżywałam. Od dwóch lat znałam już obecnego męża. Moja ówczesna wizyta na Sycylii była fantastycznie zdominowana przez piłkę nożną. Lubię piłkę nożną w czasie Mistrzostw Świata, dyskusje z fanami narodowych drużyn są fascynujące. Włosi, którzy na początku zawsze brali mnie za „tedeskę”(Niemkę) i nigdy nie umieli zgadnąć mojej narodowości, byli miło zaskoczeni, że jestem z ojczyzny Bońka. Jego samego spotkałam na lotnisku w Rzymie przy odprawie do Warszawy następnego dnia po zakończeniu Mistrzostw i zachowałam się jak podekscytowana i egzaltowana nastolatka wołając „O panBoniek!, pierwszy raz Pana widzę na żywo, wraca Pan z meczu?”.a mecz był w Monachium, a on sam też dziwnie odpowiedział „ Ja tu mieszkam”. To nie był na finałowym meczu? A więc mecz Australia – Włochy, decydujący, który z zespołów po wygrane przechodzi do ćwierćfinałów, oglądaliśmy w ogródku pubu „Piccadilly” na Piazza di Vittorio Emmanuele w towarzystwie całej gromady ze statku oraz kilkorga włoskich przyjaciół.
Jeff, inżynier ze statku jest Australijczykiem i na spotkanie przyniósł australijską flagę, którą ostentacyjnie wyeksponował, ustawiając ją na drzewcu koło oświetlonej palmy. A propos flag, sprzedawanie ich i innych narodowych akcesoriów poszczególnych drużyn było wtedy bardzo dochodowym biznesem.Jestem przekonana, że każdy Włoch miał swoją flagę.
Przynajmniej wtedy, to państwo było najbardziej zjednoczone od czasów Garibaldiego. Australijczycy szczególnie Mark Viduca grali ambitnie, a Włosi nie spodziewali się takiego przeciwnika i nie potrafili nawet strzelić bramki przez prawie cały mecz, dopiero w ostatniej minucie. W klubie „Piccadilly”, którego załoga„Herkulesa” nazywała „Margaritaville” (od słynnego klubu na Key West, gdzie RPM National Foundation ma swoją siedzibę) czas płynął bardzo przyjemnie. Ten gorący czas Mistrzostw piłki nożnej był naprawdę fantastyczny, wszędzie wielkie ekrany, flagi, transmisje w różnych językach (to już na Malcie) wspólne oglądanie, stawianie zakładów, radosne ekscytowanie się pytaniem „To dzisiaj za kim będziemy kibicować? Pewnego razu, już na Malcie oglądaliśmy mecz o 3. miejsce Niemcy Portugalia. Byliśmy we włoskiej restauracji„Tremarie”, zajadaliśmy „Today’s goodies”–Lasagne e prawn, cieszyliśmy się z jedynego gola Portugalii. Rodziny niemieckie, które siedziały dookoła patrzyły na nas dziwnie. Tylko my klaskaliśmy po golu Louisa Figo ,a może młodego, przystojnego Ronaldo, niemówiąc „ endschuldigen sie bitte” Natomiast mecz finałowy Francja-Włochy oglądaliśmy też na Malcie we włoskiej restauracji „ Da Giuseppe”. Ja byłam za Włochami, a Kim za Francją. Maltańczycy kibicowali Włochom, międzynarodowe towarzystwo poubierane we flagi narodowe, bawiło się rewelacyjnie. Fabolous players – oglądamy transmisję po angielsku, zawsze śmieszyły mnie te nazwiska („materac” „ maruda”, „bufon” „delpiero i „totti”...frutti), a potem na końcu ta słynna scena Zinadine-Materazzi. Poniżej zdjęcia z Malty.
Tamte wzruszenia, szczegóły upalnego lata przechowamy sobie z Kimem na zawsze. Chociaż on sam meczami tak bardzo się nie ekscytował (amerykańskie podejście), ale bawiło go moje zaangażowanie i entuzjazm. Powiem tak, Boże, jak na tej Malcie było pięknie i jaka ja wtedy byłam szczęśliwa. Ale nadszedł rok 2010 i mistrzostwa w RPA. Naszej drużyny nie było niestety. Moja koleżanka, która przyjaźniła się z zagorzałym fanem Holandii była na meczu finałowym. Wygrała Hiszpania. Zaraz po mistrzostwach spędziliśmy z Kimem wakacje na Costa Dorada. Atmosfera tamtej hiszpańskiej szczęśliwości nadal nam się udzielała. Zdjęcia potem znajdę. Kolejne mistrzostwa w 2014 Brazylia powitały nas niestety oddzielnie. Polska nie grała. Kim we Francji świętował sukcesy w Beziers, a ja w Gajówce, niedaleko niemieckiej granicy kibicowałam Niemcom. A moja córka nadsłuchiwała portugalskiego, wspominając swój Erazmus w Algarve University. Żałowałam, że nie pojechałam chociaż Goerlitz . Tak blisko. Sąsiedzi szaleli. Bycie w zwycięskim kraju , gdy szaleje Mundial, to naprawdę znaczące doświadczenie i bardzo podniecające. Pojechałam za dwa tygodnie na wycieczkę do Saksonii. Do Stolpen, twierdzy Konig i stateczkiem po Łabie.
Też było fajnie powrócić w rozmowach do tych wspaniałych, neoreligijnych futbolowych emocji. Mówię trochę po niemiecku, auserdem, wszyscy znają angielski. Mnie jeszcze w głowie per aspera ad astra i jutro popłyniemy daleko. Żeby się coś działo. 2018 Rosja. Też dla mnie szczególny rok, bo okrągła rocznica urodzin, do tego zjazd szkolny w czerwcu. Rozmowy trwały. Stawialiśmy zakłady i świetnie się bawiliśmy. Pamiętam co za szaleństwa wzbudził entuzjazm mundialu, oglądanie meczu na randce z moim szkolnym kolegą, to jak return to eden. Po prostu essa, mówiąc współcześnie. Wszyscy mieli nadzieję na wyjście z grupy, wszak Japonia, Senegal to, co to za przeciwnicy? Ale gra była beznadziejna i nawet ostatni mecz z Japonią, wprawdzie wygrany, ale we wstydliwym stylu. Wielką niespodzianką mundialu w Rosji była drużyna Chorwacji, która zajęła II miejsce ustępując Francji. Cała Polska kibicowała Chorwacji, a obecność pięknej pani prezydent na finałowym meczu pewnie nikt nie zapomni. W moim życiu nastąpiły duże zmiany, bo wcześniej urodziły się dwie wnuczki, a moje osobiste plany zeszły na plan drugi.
Walczyłam o siebie, wyjechałam do Holandii na parę miesięcy, tam kibicowaliśmy Belgii o 3 miejsce. Chciałam jeszcze coś dla siebie zawojować. Too late. O zdrowie już tylko trzeba walczyć. 2022 Katar. W grupie mamy Meksyk, Argentynę i Arabię Saudyjską. Mamy też Roberta Lewandowskiego! Najlepszego piłkarza ever. Sensacyjnie wychodzimy z grupy po 36 latach i gramy z Francją. Nawet udało mi się obstawić wynik 3:1 na rodzinnym spotkaniu. Jako wygraną zażyczyłam sobie sushi, bo przypomniałam sobie wizyty w Sushi Midori 4 lata temu.
Mecze oglądam z wnuczką i córką, skandowałyśmy Chorwacja Chorwacja. Nadal marzymy i planujemy. Strona wakacyjnych piratów cały czas na pulpicie. Te radości sportowców są takie budujące. Uwielbiam patrzeć na radość wygrywających i ten pozytywny patriotyzm. Gdy grali Z Arabią, byłam w teatrze. Niezłą fotkę zrobiła mi koleżanka.
Aż samemu czegoś wielkiego chce się osiągnąć. Stawiałam na finał Anglia Argentyna, jak w wojnie o Falklandy. A teraz, jakie numery, znowu Francja i Chorwacja. To może w takiej kolejności. Chorwacja Argentyna Francja Maroko. I prawie 50 lat przeminęło w moich retrospekcjach. Pamiętam tak dokładnie, bo zawsze ten mundial był kiedyś w wakacje, zawsze się gdzieś wyjeżdżało. Ale teraz siedzę w domu, bo święta trzeba przygotować. Miałyśmy gdzieś jechać z Dominiką i Matyldą, do Kima za daleko, ale za późno o tym pomyślałyśmy. Może i wy czytelnicy powspominacie swoje Mundiale?

sobota, 26 listopada 2022

Czy lubicie słuchać jazzowej muzyki?

Odpowiadam jak na pytanie facebooka, jak sie czujesz-świetnie. Lecz również melancholijnie, trochę posmutniała i tęsknice wcześniejszych lat pojawiają się w pamięci. Zaduszki Jazzowe mają długą historię w naszym kraju, to "The story of Polish jazz". Też najstarszy festiwal jazzowy w Europie, a wszystko kiedyś zaczęło się w Krakowie. Poniżej przebój kultowej grupy Breakout w naszym rodzimym wykonaniu, Andrzej Chochół Band, Iwona Stańczak śpiew na Jazzowych Zaduszkach. Mira Kubasińska pochodziła z Ostrowca, Tadeusz Nalepa z Rzeszowa. Porównywałam się tak kiedyś z dawno niezyjącym mężem.
Od 1954 roku muzyka jazzowa wpisała się na stałe w życie kulturalne Krakowa, a w póżniejszych latach w wielu miastach Polski. Razem z nimi się rozwijała, często przechodziła ciężkie chwile, ale przede wszystkim – razem z nimi czyli polskim miastami i miasteczkami przetrwała i wychowała kolejne pokolenia twórców i miłośników jazzu. Pielęgnując tę niezwykle piękną tradycję organizowania koncertów jazzowych w okresie zadusznym w Polsce, jesienią każdego roku najrozmaitsze miejsca kultury rozbrzmiewają dźwiękami jazzu. Czuję się nawet dumna, że w naszym skromnym miasteczku również od lat mamy Zaduszki Jazzowe i w historii tej imprezy, wg mojej skromnej pamięci, znaczącą kartą zapisał się niestrudzony propagator jazzu Andrzej Chochół, mój kolega z szalonych studenckich lat. W tym roku Kraków chwali się udziałem Stanisława Sojki, a ja pamiętam koncert Sojki i jego słynny wtedy przebój Tolerancja- Życie nie tylko po to jest by brać..już na początku lat 90-tych w hotelu Łysica. Pierwsze Zaduszki odbyły się jeszcze w historycznej Kryształowej pod koniec lat 80-tych, następnie w Łysicy, a potem chyba przez wiele lat w Perspektywach, a następnie znowu w Gromadzie czyli Akademii. Mnóstwo gwiazd mogliśmy zobaczyc w Ostrowcu. Pamiętam Krystynę Prońko, Mirę Kubasińską w Perspektywach i Wyspę śpiewaną na stojąco oraz jazzmanów z Kielc, ale nie najsłynniejszego czyli Włodka Pawlika. On był, ale chyba z innej okazji. Nie uczestniczyłam we wszystkick koncertach,chociaż bardzo lubię muzykę jazzową tę w wersji klasycznej. Nie będę oryginalna, gdy przytoczę tytuł On the sunny side of the street i Won't you stop and take a little time out with me just take five oraz Sing Sing-everybody start to sing. Klasyka klasyk. W pamięci się pojawiają te wszystkie filmy jazzowe w tym i polskie, jak "Był jazz" albo ostatni "Ekscentrycy". Siedzę w nocy i tak myślę o minionych latach. Life can be so sweet on the sunny side of the street...
Zdjęcie z imprezy z następnego dnia w Pałacu Wielopolskich w Częstocicach z wernisażu wystawy Ukraina przed wiekami, ale wczoraj byłyśmy na koncercie, a tam nie sfotografowałyśmy się:)) A tu z telewizją lokalną przynajmniej. A wiecie, że na tereny Ukrainy od strony Morza Czarnego doszli nawet Grecy?!

sobota, 19 listopada 2022

Espagnol, francais, English, italiano.

 A dzisiaj post a propos mojej profesji, coś inspirującego o językach. W końcu jestem właścicielem szkoły językowej.

Na zakończeniu roku szkolnego.

Zawsze powtarzam moim uczniom,  studiujcie języki poprzez piosenki, one są niewyczerpanym źródłem inspiracji, łatwo wpadają do ucha i długo z niego nie wypadają. Weźmy przykład znanej piosenki  i zaśpiewajmy wspólnie z Jose Feliciano 

 Besame,  besame mucho,

Como si fuera esta noche la última vez,
Besame , besame mucho,
Que tengo miedo a perderte, perderte despues 2x

Quiero sentirte muy cerca mirarme en tus ojos verte junto a mí
Piensa que tal vez mañana yo ya estare lejos, muy lejos de te

Treść tej piosenki jest zaskakująco prosta, naiwna i bardzo infantylna, po angielsku brzmi to mniej więcej tak:

Kiss me, kiss me a lot,
As if tonight it is the last time
Kiss me, kiss me a lot,
For I'm scared to lose you, to lose you afterwards
I want to feel you very close, see myself in your eyes, see you near me
Think that maybe tomorrow I'll already be far, very far away from you.

Po hiszpańsku brzmi  lepiej, romantyczniej i  bardziej erotycznie. Język angielski niesie inne możliwości językowe, dobry jest w piosenkach rockowych, chociaż przeczą temu takie sławy jak Frank Sinatra/ posłuchajcie Volare/ i Dean Martin/ posłuchajcie Italian love song/. Obydwaj byli z pochodzenia Włochami i wznieśli amerykańską piosenkę pop na wyżyny…włoskie. To tak, jak Elvis spiewał w stylu czarnego wokalisty.

 A jak wygląda Besamo mucho po francusku? Zupełnie inaczej! Francuzi to mistrzowie piosenki solowej. Nikt by się nie odważył i nie kompromitował takim infantylnym tekstem, jak ten hiszpański.

Dalida swoją poetycką  i uniwersalną wersję ozdobiła tylko w refrenie kultowym rozkazem „besamo mucho”. Posłuchajmy.

Cette chanson d'autrefois je la chante pour toi

Besame, besame mucho
Comme une histoire d'amour qui ne finirait pas

On l'a chantée dans les rues sous des ciels inconnus
et dans toute la France
On la croyait oubliée et pour mieux nous aimer
voilà qu'elle recommence

Besame, besame mucho
Si dans un autre pays ça veut dire “embrasses-moi
?
Besame, besame mucho
Toute ma vie, je voudrais la chanter avec toi

On ne demande à l'amour ni serment de toujours
ni décor fantastique
Pour nous aimer il nous faut simplement quelques mots
qui vont sur la musique.

Jej wersja też nie jest  tak bardzo wyrafinowana, ale znacznie rozbudowana w porównaniu z hiszpańską. Mówi o historii miłości, która nigdy się nie kończy, a zdarza się na nieznanych ulicach miast całej Francji i w innych krajach. A jeśli chcemy powiedzieć „ pocałuj mnie”, to lepiej zabrzmi  „besame mucho”.




Na nieznanych ulicach miast francuskich. Córka i ja.

Porównajmy jeszcze jedną znaną piosenkę, szlagier międzynarodowy, Che sara i Que sera:

Śpiewa Johnny Fontana,

Paese mio che stai sulla collina
Disteso come un vecchio addormentato;
La noia, l'abbandono,_il niente
Son la tua malattia,
Paese mio ti lascio, io vado via.

Che sara, che sara, che sara
Che sara, della mia vita, chi lo sa!
So far tutto o forse niente,
da domani si vedra
E sara, sara quel che sara.

Gli amici miei son quasi tutti via,
E gli altri partiranno dopo me,
Peccato, perche stavo
bene in loro compagnia
Ma tutto passa, tutto se ne va.

 Śpiewa Jose Feliciano,


Pueblo mio, que estas en la colina
tendido como un viejo que se muere

la pena, el abandono, son tu triste compañia
pueblo mio te dejo sin alegria.

Que sera, que sera, que sera
que sera de mi vida, que sera
si se mucho o no se nada
ya mañana se vera, y sera
sera, sera lo que sera.

Ya mis amigos, se fueron casi todos
y los otros partiran despues que yo.
Lo siento porque amaba su agradable compañia
mas es mi vida tengo que marchar.

Nawet laik widzi ogromne podobieństwa w tych dwóch językach, pięknych jak piękne są Włochy i Hiszpania.

Florencja.

Tarragona. Katedra św Tekli. Gotyk kataloński.

W tym towarzystwie zespół Die Toten Hosen  w piosence Alles aus liebe może tylko śpiewać po niemiecku i brzmi lepiej niż Ich troje

Und alles nur, weil ich dich liebe

Und ich nicht weiß, wie ich's beweisen soll

Komm, ich zeig dir, wie groß meine Liebe istUnd bringe mich für dich um

Drezno. Jedno z najpiękniejszych barokowych miast.

A ja zachęcam Państwa wszystkimi sposobami do nauki języków obcych. Nauka  języków  przedłuża życie naszego mózgu, warto w niego zainwestować! 

Nie ma dla mnie większego szczęścia niż świadomość, że mogę się komunikować we wszystkich wspomnianych językach.

 

wtorek, 15 listopada 2022

Panny znad Wilka cd

  Villa Wolfkeri to dawna nazwa mojej wioski a z z 1305r., w kolejnych wiekach  nazywała się Wolfkersdorf, Wilcza Góra po wojnie. Podoba mi się ta nazwa sprzed wieków. Przez Villę, starą wieś łańcuchową płynie potok Wilka i malowniczo rozkładają się ponad dolinką Wzgórza Radomickie o wysokości do 400m.  Powstanie wsi związane jest z górującym nad nim zamkiem Podskale, który  w 14w.  był siedzibą rycerzy-rabusiów. Niedługo cieszył się złą sławą. Wkrótce został zburzony i nigdy nie odbudowany. A ruina wygląda obecnie jak wielka skała.


Co za awantura.  Ale to nie koniec chichotu historii. Około roku 1500 właściciele wsi Talkenbergowie budują pałac, który przetrwał  wojny napoleońskie, stacjonowały tam wojska francuskie. W niedalekim Lwówku jest pomniczek upamiętniający pobyt Napoleona.  A potem w w XIX wieku właścicielem renesansowo-klasycystycznego pałacu w Wolkersdorf stał się rosyjski feldmarszałek książę Iwan Dybicz Zabałkański, właściwie  Hans Karl Friedrich Anton von Diebitsch, który tłumił nasze Powstanie Listopadowe. Natomiast w czasie II wojny światowej istniał tu Tajny Ośrodek Luftwaffe czyli  Instytut Badawczy Medycyny Lotniczej, również prowadzono badania  nad wpływem radioaktywnego promieniowania. 

Domek w dolince, bajkowy śnieg przykrył  dawniejszą historię.

Przyjeżdżałam w pobliże tych rejonów jako dziecko i nastolatka. Mieszkała tu moja ciocia, która na tzw. Ziemie Odzyskane przybyła z kieleckiego, ale rezydują tu ludzie, którzy zjechali aż z byłej Jugosławii z Novego Martynca /Bośnia/. Ich przodkowie przybyli do Bośni z naszej Galicji za czasów Cesarstwa Austro-Wegier. Ubodzy chłopi z najbiedniejszych rejonów Cesarstwa przesiedlono do zalesionych terenów Bośni. Tam mogli wykarczować  las i stworzyć dom dla swoich rodzin. Stworzono im lepsze warunki do życia niż w Galicji. Tak przetrwali kilkadziesiąt lat zachowując język i tradycje, też religię. Przyswoili również miejscowe zwyczaje. I tak wspaniała mieszanka  reemigrowała do Polski po II wojnie. Na swoich festynach, typu np Piecenica, folklor bałkański doskonale uzupełnia polskie tradycje i liubimsja jedno drugie. Na zdjęciach poniżej rzeczony festiwal w paru ujęciach.





 Pamiętam tamtejsze czasy, kiedy tu bywałam za młodu, w zasadzie w dzieciństwie. Zawsze mi się wydawało, że życie będę miała inne, obfitsze, bogatsze, niezwyklejsze niż wszyscy. Tu zaczęłam o tym myśleć, bo tytułem przykładu może być moja pierwsza podróż zagraniczna do pobliskiego  enerdowskiego Zgorzelca, czy potem Cottbus- Chociebuż po naszemu.  Chciałam potem podróżować do innych krajów i mówić obcymi językami. Do NRD pojechaliśmy z panem Polańskim, który mówił po niemiecku  i bardzo mnie to fascynowało, gdy przechodził tak z języka na język. Marzyłam i ja tak mówić. Nasz tłumacz był z pochodzenia serbołużyckim Niemcem, został po wojnie w Polsce, tu założył rodzinę i czuł się Polakiem, ale kultywował dawne tradycje. Dostałam od niego wtedy książkę o Budziszynie. Może gdzieś znajdę i pokażę. W cztero-rodzinnym domu mieszkali ludzie przybywający z różnych regionów dawnej Polski, z Ukrainy, Białorusi, kieleckiego  i ten najciekawszy pan, Serbołużyczanin. Poniżej zdjęcia sprzed dokładnie 50 laty. Cottbus. Rowery, prawie jak teraz w Holandii. I sztandarowe samochody tamtych czasów, trabant i wartburg oraz zabytkowy autobus. Ludzi sporo na ulicach, takie przyjemne letnie popołudnie. Pojechaliśmy tam pociągiem. Bardzo lubiłam jeździć do mojej rodziny w zielenogórskie, wtedy tak się mówiło. I na Dolny Śląsk.



 


 Wiele marzeń się ziściło, a niektóre z nich zapisano w tym pamiętniku z Cottbus, gdzie zaczęły się rozmaite fantazje na temat przyszłości.

Jak to Jola w Pannach z Wilka mówiła, nie prowadziłam niemoralnego życia czyli bezcelowego, bez uzasadnienia.

Szkoda, że z niektórymi nie byliśmy na wspólnej orbicie, bo obracaliśmy się w innych sferach, dosłownie i metaforycznie:) Tylko żal, ze wszystko mija i odpływa. Wszystko można zobaczyć z perspektywy czasu, jak łódź oddalająca się na zakręcie rzeki. Cytat.

Ale tu rośnie nowe piękne życie. Moja panna znad Wilka.


środa, 9 listopada 2022

Panny znad Wilka.

 Tytuł najzupełniej z opowiadania Iwaszkiewicza, bo ja teraz mieszkam, bardziej bywam, pomieszkuję nad rzeczką Wilka. Z tej przyczyny nazywam domek Riverhouse.  Całe wakacje tam spędziłam i teraz powspominam trochę.

Bardzo lubię pić herbatę z mlekiem, gdy jest gorąco. Wszyscy się dziwią, nawet Kim się podśmiewuje,  a to przecież angielski zwyczaj, i zdobywcy kolonizatorzy chętnie herbatkę nomen omen po angielsku pijali w Indiach i gdziekolwiek indziej. Zaparzam w czajniczku najmocniejszą Earl Grey lub Black Tea i do tego odrobina mleka z dzbanuszka. Na targach staroci wyszukałam delikatne filiżanki z sygnaturką Staffordshire, Fine Bone China Crown, dzbanuszek do mleka z Limoges France, a czajniczek z Chodzieży. Mam jeszcze filiżanki Yamasen Fine Porcelain, Royal Osborne  from England i oczywiście cudeńka z Bolesławca. Wszystko na targach staroci w Jeleniej Górze.

 Poniżej kawa, kieliszek proseco z malinami. Moja odmiana kir royal. Dzbanuszek z byłego NRD. Dumne piwonie z ogródka.


Kawałek bułeczki z dżemem pomarańczowym dopełniał rytuału. Jacuzzi dobre w każdym czasie, angielski termometr wskazujacy 105 stopni wg Fahrenheita wołał wspomnieniami dawno zakurzonych niepamięcią wakacji. Lifetime holiday in India. Kim się oburzał, a pobyty na Florydzie  to nie były lifetime holiday?

 Śniadania na wsi, nawet gdy upał i "ognista szpada słońca przebija mi rzęsy i rani obolałe oczy"  może być wspaniałe. 

Masełko i jajka,  twaróg i chleb prosto od gospodyni z naprzeciwka, Świeżuteńkie, do tego szczypiorek, ogórki, rzodkiewki. W miseczkach czekają poziomki i maliny. Jest bosko, 105 Fahrenheita i w jacuzzi i na zewnątrz, wydaje się że " niebo pękło wzdłuż i wszerz, by lunąć ogniem". Natomiast basen z daszkiem ma tylko 20 stopni Celsjusza.  Strach wskakiwać. Mati nogi tylko moczyła.

Ale do jacuzzi o każdej porze się wskakiwało.



Kim lubił przysłuchiwać się Matyldzi, gdy się ze mną przekomarzała, lubił patrzeć na nią, nagrywać ją, gdy nagle wstawała od stołu i tańczyła. Wdzięczyła się do niego.  On zaś uśmiechał się i z niedowierzaniem kręcił głową, że to dziecko może być takie słodkie. Zaglądała do jego laptopa i rysowała mu, co widzi na ekranie. A serce podbiła mu zupełnie, gdy bawiła się z jego kotem Freddy. Bo to ON jest dla niego najważniejszy.


Takie odrealnione historie, gdy za oknem listopadowe słońce.

niedziela, 6 listopada 2022

Dolarowy zawrót głowy

 


Wydarzyło to się w latach 70., kiedy w Polsce otwierano pierwsze pewexy. Starsza pani Walentyna, mama Stefci, a wyglądała jak jej babcia, zawsze to zastanawiało Anię,  weszła do pokoju, gdzie dziewczynki się bawiły i powiedziała  z radością, wiecie, że  w naszym mieście otwierają sklep dolarowy? Ania była częstym gościem w domu Stefci przy ulicy Iłżeckiej, chodziły razem do szkoły podstawowej, pomagały sobie wzajemnie w lekcjach. Ania, już wtedy 12-letnia świetnie rozumiała radość pani Walentyny. Jej mąż od lat przebywał w USA, a ona z córką wygodnie zamieszkiwały piętro kamienicy przy wspomnianej ulicy Iłżeckiej.   Ania wielokrotnie była świadkiem, gdy przychodziły olbrzymie paczki z USA i ją także obdarowywano małymi upominkami, najczęściej słodyczami. Dziewczynka lubiła przebywać w tym ładnym mieszkaniu, urządzonym bardzo gustownie i ze smakiem, które kojarzyło się z amerykańskimi filmami i serialami oglądanymi z rzadka w telewizji, jak np. Koń który mówi czy Bonanza. Filmy, chociaż z innej epoki, to w polskiej TV ukazywały się w innym czasie. Stefcia miała swój duży pokój, podzielony na część sypialnianą i gabinet do lekcji. Tam dziewczynki zwierzały się ze swoich sekretów. Podkochiwały się w tych samych chłopakach,  Andrzeju i Witku. W 7i 8 klasie urządzały zabawy w butelkę oraz sylwestra. Spożywali ukradkiem zakazane drinki z kredensu mamy.  Najbardziej ich intrygowała wódka ze złotą słomką. Za dolary od Stefci  już trochę starsza Ania kupiła sobie Super Rifle  i bluzeczkę boucle. Bardzo była zadowolona, chodziła potem całe liceum w tej modnej odzieży. Dolary sprawiały, że świat realny był w jaśniejszych barwach, ładniejszy i weselszy.
 Na zdjęciu dziewczynki w wieku 15 lat, amerykańskie sukieneczki z krempliny, wtedy na zakończenie roku chodziło się w białych bluzeczkach, wyróżniały się zawsze.


 Przed wyprowadzką z rodzinnego miasta Stefcia  sprzedała Ani  trochę dolarów w koleżenskiej cenie, co było i tak drogo, jakby na nową drogę życia. Stefcia wyjechała do ojca na Florydę, a Ania na studia.

W tym samym czasie w bloku obok Stefci kamienicy otworzono w mieście drugi pewex.  W drugim mieszkaniu  w tej kamienicy  u teściów zamieszkała Dorotka, świeżo poślubiona, czarująca ukochana  Zenka. Obydwoje małżonkowie byli absolwentami warszawskich uczelni i podjęli pracę w wielkiej lokalnej hucie. Śliczna Dorotka często przeglądała się w witrynach pewexu. Nomen omen, zanim urządzono ten pachnący, czyściutki sklep, wcześniej była tu pralnia chemiczna.

Dziewczyna wspominała Warszawę i beztroskie tam życie. W niedługim czasie urodziła dwoje dzieci i tak skromnie kontynuowali mieszkanie u rodziców, z bratem za ścianą,  serdeczną teściową i zgodnym teściem. Babcia kochała swoje wnuczki ponad życie. Mając dwóch synów, to te dwie słodkie istotki umilały jej codzienne trudy, które były udziałem całego społeczeństwa w tamtych czasach. Takie uogólnienie jest smutnym potwierdzeniem  trudnych lat 80.

Dolary, wówczas bardzo drogie, trudno było znaleźć w portfelu Dorotki. Czasami kochający mąż kupował bony od pracujących w hucie obcokrajowców, żeby sprezentować ubóstwianej żonie  jakiś drobiazg z pewexu, np kultowe wtedy perfumy Masumi, w aerozolu i ze złotymi napisami.  Zenek był cenionym specjalistą i po kilku latach pracy w hucie małżonkowie dostali  przestronne mieszkanie pracownicze. Dziewczynki poszły do przedszkola, Dorotka wróciła do pracy. Teściowa zmarła niedługo potem. Żal za nią trwał długie lata.  Zenek często wyjeżdżał  służbowo, również za granicę. Pobory zamieniane na dolary dawały dużo radości rodzinie.  Lata leciały jedno za drugim.  W nadchodzących latach małżonkowie zbudowali i urządzili piękny dom. W portfelach oprócz dolarów zaczęły się pojawiać euro, funty i korony.

 Dziewczynki dorosły i rozjechały się po świecie.  Nawet złotówka  stała się walutą wymienialną.  W końcu minęło 50 lat od czasów opisywanych na początku.

 Wnuczęta  Dorotki rzadko zaglądają do domu dziadków. Mieszkają w dalekich stronach i płacą kartami kredytowymi z dolarami na koncie.

Dorotka niechętnie przegląda się w lustrze swych lat.  Ale Zenek patrzy na nią z tym samym ubóstwieniem.

Ania i Dorotka poznały się kiedyś jako dojrzałe już kobiety. I odnalazły wspólne okruchy pamięci  z tamtych minionych lat. Lekarkę z kamienicy, która krzyczała na pacjentów, przystojnego pływaka i Grażkę z bratem.  I ruch uliczny w obie strony, bo od lat ta ulica jest jednokierunkowa.  Pewexy straciły swój desygnat i obecnie  żartobliwie oznaczają sklepy z odzieżą używaną. Doskonała nazwa.

Obie kobiety  z niechęcią patrzą na zegar swych lat. Jak mówiła Pawlikowska-Jasnorzewska. Stefcia pozostała beztroską Amerykanką.

niedziela, 30 października 2022

Czy można życie przeżyć raz jeszcze?

 Wracam do pisania na blogu. Rozleniwiłam się używając smartfona  i jego głosowego zapisywania. Po przerwie taki refleksyjny wpis.

W Sandomierzu, rodzinnym mieście Rodziców.

Zawsze mnie prześladuje ta myśl bardzo banalna, ale czasami może przeszkadzać w długie bezsenne noce, że pewne momenty krzyżowe w życiu mogą mieć znaczenie tak decydujące. I wszystko układa się zależnie od małego momentu, od jednej decyzji. Ta refleksja nurtuje mnie od paru dni i jest właściwie powtarzalna w okolicy 1.Listopada.

Spacerując po cmentarzu,  ze smutkiem spoglądam na groby swoich znajomych, czasami przyjaciółek, sąsiadów z różnych okresów życia. Patrzę na twarze zgromadzone wokół grobu,  twarze dawnych dzieci, a teraz dorosłych, czy tych dawnych dorosłych, a obecnie przedwcześnie postarzałych ludzi, przybitych troskami codziennego życia, czy też genetycznie obdarzonych zdrowotnymi ułomnościami.  Wyjątkowa, prawie letnia pogoda służy spacerom, rozmowom, spotkaniom  na cmentarnych  alejkach.

Dla  Eli jeden moment był ostateczny i decydujący. Ja sama  przyczyniłam się do tej decyzji, faktycznie byłam jej wykonawcą. W pewnym sensie  zmieniłam tor jej życia. I choć odległy to czas, to nie przykurzył się niepamięcią. Obie nie dostałyśmy się na studia w pierwszym terminie. Była wtedy możliwość składania odwołań na uczelnie, gdzie jeszcze były wolne miejsca.  Usłyszałam  w radiu o Białymstoku, a w tamte wakacje poznałam bardzo fajną dziewczynę stamtąd, nazywała się Ałła Stryżko, to osobliwe imię pamiętam.To mnie zachęciło do wyjazdu. Całonocna podróż do tego odległego miasta jest zachowana w pamięci sfrustrowanej wtedy maturzystki. I Ela postanowiła zostać w tym  Białymstoku, uczelnia była wtedy filią UWarszawskiego.  Ja ostatecznie wybrałam filię UMCS, która okazała się inną uczelnią, ale o tym kiedy indziej. Całe dalsze życie Eli było uwarunkowane tym jednym momentem.

Z pewną inną koleżanką z naszej klasy witałyśmy na świecie Jana, syna Eli, a potem Marcysię. Podziwiałyśmy artystyczny talent Eli i jej gustowne pokoje w domu przy Wyspiańskiego, a potem na Stawkach. Jednakże mąż przywieziony prawie z Kresów nie przyniósł wiele szczęścia rodzinie.

A teraz nie ma już Eli na tym świecie, nie ma też Andrzeja, jej męża. Dorosły Jan stoi nad grobem Mamy i dziadków z synem Adamem, który odziedziczył to imię po dziadku, ojcu  Eli. Podobieństwa w tej rodzinie są uderzające.

Czy gdyby nie ten szalony nocny wypad maturzystek do Białegostoku, życie Eli potoczyłoby się innym torem? 

Tyle liści na cmentarnych alejkach i wokół grobów, ale czy wypada, żeby nimi bawiły się dzieci, rzucały wesoło w górę i uciekały przed liściastym deszczem?

Idąc dalej spotkałam dorosłe dzieci mojego kolegi spod trzepaka. Jego kręconą czuprynkę zobaczyłam we włosach wnuka. Bardzo z nim sympatyzowałam w wieku 13-14 lat. Jego brat chodził z moim bratem do szkoły. Mieszkali przy Iłżeckiej, gdzie ja z kolei miałam koleżankę z klasy i nasi rodzice też się znali.  Punktem zwrotnym dla kręconego amorka i Martusi była szkoła średnia. Ona jako wzorowa uczennica w podstawówce, widziała się tylko w jednym liceum i tam spotkali się już na poważne. I tak sąsiedzi spod bloków związali swoje losy na zawsze. A czy mogło być inaczej? Ja mieszkałam wtedy przy Polnej i chodziłam do „dwójki” ci z Iłżeckiej chodzili do „szóstki”.  Najbliższym liceum był Chreptowicz. Ja też byłam w tym liceum, ale w innej klasie. A ich zauroczenie przetrwało szkołę średnią i studia. Byli z pewnością dla siebie jedynymi miłościami.

A teraz spotykamy się na cmentarzu trzy  lata po śmierci Martusi i nawet radośnie śmiejemy się, a przedmiotem naszej wesołości jest dostojny wygląd Kordiana, syna Martusi. Bardzo postawny, wzrost amerykańskiego  gwiazdora, prawie łysy, w ciemnych okularach, jakby zszedł z kadru gangsterskiego filmu. On natomiast z zadziwiającym, ale bardzo miłym, specjalnym feblikiem do swojej dawnej nauczycielki i poczułam się jak  w Paryżu dawno temu. I tak spacerowaliśmy po cmentarzu jakby po pięknym parku, mówiąc o tym czego już nie ma.

A potem nasze zasłuchanie i zapatrzenie w dawny świat, całe sentymentalne dzieciństwo ich i moje, przerwało spotkanie innych znajomych i każdy, tak nawet beztrosko i pośpiesznie poszedł do swoich grobów z zawołaniem na koniec, jesteście na FB, Instagramie? to się znajdziemy.

A czy moje życie zależało od jakiegoś krzyżowego momentu, jednej decyzji? Pewnie  twierdząca odpowiedź  licealistki na pytanie Do you speak English?, zadane kiedyś w stolicy przez ludzi z zachodu Europy. I potem całe tego konsekwencje.


W epoce przedokularowej ponad dekadę temu. Lubię to zdjęcie, bo pamiętam to zwiedzanie. W tle miasteczko z czasów pierwszych Gallów.

 

piątek, 28 października 2022

Pamiętnik z czasów zarazy. Karuzela z misterami cd.

    Pisane w czerwcu 2020roku.
Czasy zarazy wypełnione miłością, czułością i tęsknotą oraz miłym odprężeniem. Wreszcie zasługuję na emeryturę. 
 Ale nie tylko mężczyźni mogą się poczuć zaszczyceni  z powodu tych miłych emocji.
Jednakże wróci pamięcią do paru z nich wspomnianych w poprzednich postach.
W telewizji puścili Something gotta give / Lepiej poźno niż poźniej/ i przypomniała jej się pierwsza randka z amerykańskim mężem w Paryżu. Na kolację zaprosił ją do modnej wtedy restauracji Le Grand Colbert. Dwa lata po premierze filmu restauracja była zawsze wypełniona Amerykanami, a plakat z Jackiem Nicholsonem i  Diane Keaton zmuszał do rezerwacji stolika na wiele dni przed umówiona kolacją.
Ale twarz zajaśniała  tego wieczoru.
A nie tak dawno ludzie mieli żal do wiosny, że znowu nastała.
 Zdziwieni byli i obwiniali ją za to, że  spełniła jak co roku swoje obowiązki.
 A ja nie mam urazy do  widoku o widok  na olśnioną słońcem zatokę. 
Potrafię sobie nawet wyobrazić,  ze jacyś inni, nie my
 siedzą w tej chwili na obalonym pniu brzozy.
 
Obfita była wiosna w czasie zarazy. Szczęśliwy wybuch wiosny pomimo wszystko. W czasie wojen też jest wiosna, lato, a nawet polska jesień.
I tak czekała, patrzyła na zegar swych lat,  za oknem świat zszarzał i zbladł, a może już za późno na gości?
O, nie.
Szkoda byłoby nie pojechać znowu do Amsterdamu i być cząstką tej  światowej społeczności. Koło Kanału zjeść lunch i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Z całym światem.
 Natomiast jeden za drugim pojawiali się inni goście. Skąd się wzięli? Ze wspomnień, ze zjazdów, z drogi, od znajomych, rodziny, przyjaciół.
 Andrzejek to jak od poety Kochanowskiego,  nomen omen ona mieszka teraz przy Kochanowskiego, Reja,  Szymonowica, Karpińskiego.
Otóż mój dom ubogi, też lepione ściany,
Też okna różnofarbne, piec niepolewany,
I niska strzecha moja!.. Wszystko tak jak było,
Tylko się ku starości więcej pochyliło!
Szczęśliwy! kto na małym udziale przebywa,
Spokojny siadł przy stole wiejskiego warzywa;
Z swej obory ma mięso, z ogrodu jarzynę,
Z domu napój, i wierną przy boku drużynę.

Smakołyki obiadowe  i nalewki.

Zaraz zasiądą do stołu.
U Andrzejka wydaje się, że zaraz zaturkocze powóz i pojawi się przed gankiem.  Wysiądą miastowi stęsknieni za wiejską sielanką. Drzewa szumią, kwiaty pachną i taki  staroświecki urok dookoła. Wypełniona spiżarnia, suszona dziczyzna i  kolorowe winne słoje, tudzież nalewki w buteleczkach. Dżemy, ogóreczki, kompoty. Trzeba tu przyjeżdżać raz na miesiąc. Czerpać z tej obfitości i spełniać potrzebę dobrego zaopiekowania.
Niektorzy po wielu latach wracają  zza granicy. Kolejny Andrzejek, prawie jak ex- mąż. Wrocił z Pays des Cathares. Le temps est la vie.  Irreversible et irremplacable. Perdre son temps c`est perdre sa vie. Bawi francuskim.

Kanał Południowy.

Nowa miłość to ciekawość. Noce spędzane już nie na pieszczotach, ale na opowiadaniu sobie życia. Całego życia. Ileż już przeżyła takich opowiadań. Zresztą opowiadała tylko to, co uważała za materiał do spodobania się.  Nigdy nie mówiła źle o swoich byłych i wtedy pojawiało się pytanie, to dlaczego się rozstaliście? Unikając  nagłej prawdy,  czyli po prostu swojego znudzenia się osobą, swoim nienasyceniem, zawsze krążyła wokół  finalnej niezgodności charakterów, rozminięcia oczekiwań i takie tam. A nowa miłość to entuzjazm w oczach, to oddawanie  siebie na nowo, przedstawianie siebie jak  trochę innej osoby. I już ona jest jak światowidz od Gretkowskiej. Wiele twarzy, wiele życiorysów. Upiększanie, co przyjdzie na myśl, a i trzeba mieć to na względzie co się mówi, bo niektórzy  pamiętają.  Nowa miłość to czarująca  nieznaność gustów. Ulubione potrawy, napoje i sposób spędzania czasu. Jaką błogość można osiągnąć wiedząc, że druga strona akceptuje wszystko.
Sprobowałby nie zaakceptować.  

A tu czekają w kolejce koledzy z młodości
 Te pierwsze miłości najważniejsze To bardzo romantyczne
ale nie mój przypadek. Coś między nami było i nie było,
działo się i podziało. Nie drżą mi ręce,
kiedy natrafiam na drobne pamiątki

Nasze jedyne spotkanie po latach to rozmowa dwóch krzeseł
przy zimnym stoliku

Inne miłości głęboko do tej pory oddychają we mnie.
Tej brak tchu, żeby westchnąć.

A jednak właśnie taka, jaka jest,
potrafi, czego tamte nie potrafią jeszcze:
niepamiętana, nie śniąca się nawet,
oswaja mnie ze śmiercią. 

Studenckie koleżaneczki w 1983. Autorka z wyglądu jak Osiecka.

Koleżanki  w 1981, sylwester.  Niektórzy oswajają ze śmiercią. 

Jest na pewno dla niej  mąż i nie-mąż.  Zauważa się czasami aneksje żon przez byłych mężów. Bo nigdy nie zapomni się tego wrażenia i natężenia   wszystkich sił witalnych, gdy podjęło się decyzję poślubienia osoby. A w wieku dojrzałym jest to stokroć mocniejsze. Coś nieskończenie pięknego i odradzającego  ciała  i umysły.
Flower power na Florydzie na parę dni przed ślubem. Wyraźnie odrodzona wśrod palm.
  Powiedziała górnolotnie ze swoją wyrazistą egzaltacją. Taki gorący i cichy erotyzm nosi  się w sobie całe życie.

Może kiedyś, nieoczekiwanie,przyjdzie list ten. I nic się nie stanie.

Tylko patrząc w oczy Panu Bogu rzeknę z cicha: "za późno, mój Panie!"
 
Ani ten, ani tamten. Ani drugi, ani pierwszy. Będzie jeszcze zupełnie
 inaczej. O tym ona jest przekonana. I na koniec mała trawestacja
 dawnej jej dalekowschodniej pasji.
 Przecież póki mam twarz różową
bez kurzych łapek na skroni,
marzyć o tym lub owym nikt mi nie wzbroni.
Otóż: Chcę jechać do nowej miłości,
najłatwiej tam i najprościej sen nowy mi się wyśni.
Może jakiś szumiący dostojnik nieznany, wspaniały i piękny
w ramionach jedwabiem strojnych nauczy mnie nowych tajemnic?
Jakich? Tajemnic laki, herbaty, płaskich jak liść kapeluszy,
pagód i smoków rogatych, i mojej własnej duszy. 
Dwie połówki pomarańczy z Matyldzią. That`s it.
Mama w osiedlowym parku. Tak się czujemy z Matyldzią.
Czytanie w młodości Bergsona i Sartre`a bez opamiętania, też  wedyjskich traktatów hinduskich,  przyczyniło się zapewne do jej niekończących się poszukiwań i traktowania elan vital oraz wiedzy jako uzasadnienie różnych postępków.
Lubiła się podobać, chciała brać kąpiele kultury, naładowywała się co dzień tym, co uświęcone.
Tak sobie wmawiała.
Wiersze Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej, Wisławy Szymborskiej,  Franciszka Karpińskiego, zdanie od Sartre`a i coś od Iwaszkiewicza.