Moja lista blogów

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozważania socjologiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozważania socjologiczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 grudnia 2025

Spotykać cały świat.

        Dzisiaj mija równy rok, gdy rozpoczęły się moje zimowe wakacje w Islandii. To był piękny magiczny  czas. Z córką Dominiką, wnuczką Matyldą oraz przyjaciółmi z Islandii.  Jakbym chciała, żeby się znowu powtórzył.  Ale Nic dwa razy się nie zdarza, jak wiemy dzięki Szymborskiej.

 Od dziecka marzyłam o wielkich niepospolitych rzeczach, również podczas świąt. Może Mary Poppins poczęstuje mnie czarodziejskim syropem, może Tomek Wilmowski zabierze w tajemniczą podróż, albo pociągiem pojadę w krainę śniegu z panem Shimamurą. Spędziłam wiele pięknych świat, ale największy urok czarodziejskości miały dla mnie te za granicą. Teraz w Polsce też mamy wesoło z wnuczętami i swatem, który gra na akordeonie, a my śpiewamy kolędy. Cieszę się, że nowe rodziny moich córek kochają i celebrują familijne spotkania. Bo u mnie było inaczej.

W ostatnie „mikołajki”, a było ich trzynaście, wydarzyły się  różne opowieści niesamowite-kwaidan, wspólnie z Grylą😁   Zaraz drugiego poznałam osobę prosto z kart powieści Johna Maxwella Coetzee i  protestanckich  filmowych scenek. To była Natalie. Zawsze  w skupieniu  wypowiadała poruszającą modlitwę przed posiłkiem. Łączyła nas  swoim spokojem, przyjaźnią, dobrym słowem, tak dosłownie. Emanowała z niej dobroć.  Pracowała z córką i mieszkałyśmy w jednym pensjonacie.  Zaczęło się od wspólnego robienia pierników i domku piernikowego.  


Domek robiłam pierwszy raz w życiu. Potem pojawiały się inne zimowe przyjemności jak lepienie bałwana, zabawy w śnieżki, zakupy w miasteczku i spacery wśród pięknych, najpiękniejszych świątecznych iluminacji w Selfoss.





 A potem gotowanie, szykowanie prezentów, oglądanie familijnych filmów, gry w planszówki,  dekorowanie mieszkania i spożywanie kucharskich delicji. Oglądanie zorzy w hotpocie i wyskakiwanie po telefon, to była dopiero komedia. A prezenty od Natalie są nadal z nami. Znaczy słodycze zjedzone, ale jej dobre myśli, wrażliwość, wiara, miłość rodzinna.  Ast- po islandzku miłość.



Natalie została w Islandii i sprowadziła tam swoją rodzinę, syna o biblijnym imieniu Kaleb  i męża. Pracuje w bardzo ciekawym miejscu, gdzie zjeżdżają geolodzy z całego świata. Niedaleko Grindaviku, tam gdzie występowała  szczelinowa erupcja wulkaniczna i całe miasteczko zostało ewakuowane, ale firmy zostały. Słynna Blue Lagoon jest niedaleko . Mieszka koło Reykjaviku.  Synek już widział śnieg. Z pewnością  odwiedzimy ją w przyszłości. Ale to będzie już inny czas, nie taki jak poniżej na zdjęciu w naszym Minnivallalakur. 


Natalie jest koloredką, Afrykanerką- to wielorasowa grupa etniczna o mieszanym pochodzeniu, wywodząca się z mieszania ludności afrykańskiej i europejskiej – dawnych Burów i azjatyckiej. Genetycznie  to najbardziej wymieszana  grupa rasowa z dominującym wkładem matek  z ludów Khoisan i Bantu, Europejczyków i  Azjatów. Ich DNA jest najmłodsze wśród ludzi całego globu. To taka ciekawostka naukowa.

Większość mówi językiem afrikaans- wywodzącym się z niderlandzkiego i na ogół są protestantami różnych odłamów. Mówią też  płynnie po angielsku z charakterystycznym akcentem.

 Ich obecna sytuacja   jako  białych mieszkańców RPA, potomków głównie holenderskich osadników   jest złożona i naznaczona dziedzictwem apartheidu.  Chociaż historycznie  byli trochę lepiej traktowani niż czarna ludność  w systemie apartheidu, obecnie ich status ekonomiczny jest zróżnicowany. Wielu z nich nadal należy do  zamożniejszych i odnoszących sukcesy grup w kraju, i są liderami biznesu. Jednocześnie, programy akcji afirmatywnej (których celem jest promowanie zatrudnienia i edukacji dla wcześniej uciskanej czarnej większości) są postrzegane przez niektórych Afrykanerów jako dyskryminujące i utrudniające dostęp do stanowisk w sektorze publicznym.

W związku z obawami o przyszłość ekonomiczną, część Afrykanerów decyduje się na emigrację, głównie do krajów takich jak Australia, Nowa Zelandia, Wielka Brytania czy USA. W Australii zamieszkał  pisarz J. M.  Coetzee mając obecnie dwa obywatelstwa. To chyba najbardziej znany  przedstawiciel koloredów.

Natalie opowiadała jak bardzo jest to niebezpieczny kraj.  Wielka powierzchnia, 1.2 mln km2m, 65 mln ludzi, 11 języków urzędowych i mnóstwo problemów.  Ale natura i przyroda im chociaż  im sprzyja.

W zeszłym roku tak się zdarzyło, że przypadkiem wybrałam do czytania książkę Polscy terroryści i zamachowcy, autor Slawomir Koper, a tam był rozdział o Januszu Walusiu. Czy pamiętacie takie nazwisko? W 1993 roku, tuż przed zakończeniem epoki apartheidu /1994/, zastrzelił w RPA czarnego  lidera lokalnej komunistycznej partii  Chrisa Hani. Szybko złapany wspólnie z liderem partii konserwatywnej, skazani zostali na karę śmierci, potem  zamienioną na dożywocie. Chris Hani później obwołany został narodowym bohaterem i  niemalże świętym. A „nasz” Janusz Waluś  po 31 latach został zwolniony  z wieloletniego więzienia 7 grudnia zeszłego roku i  nazwany przez  niektórych członków   Konfederacji J. Brauna ostatnim „żołnierzem wyklętym” i przyjmowany prawie z honorami. Otwarcie  nadal mówił o rasistowskich poglądach. Na szczęście były to tylko jednorazowe  wyskoki.

Rozmawiałam też z Natalie na ten temat.  Nie pamiętała, że Chrisa Hani zabił Polak, który wówczas mieszkał i pracował RPA, ale wspomniała o ogromnej  martyrologicznej legendzie  zamordowanego przywódcy, szczególnie wśród czarnej ludności. W 1994 roku przebywając w UK widziałam Nelsona Mandelę w Oksfordzie, razem z księciem Karolem. To był wielki bohater tamtych czasów.


Chwilę potem ludzie się rozeszli. A czas płynie.

Takie to były ciekawe dni grudnia 2024 roku. W zimowym islandzkim entourage`u. Zapukamy do Natalie, może również o nas pomyśli. Odbija się w szybie ze swojego pokoju.

Co wam się kojarzy z krajem RPA? Czy znaliście ludzi stamtąd?

Czy słyszeliście wcześniej  nazwę koloredzi?

Jakie inne ciekawe nacje spotkaliście na swojej drodze?

 

sobota, 18 października 2025

Nauczycielskie wspominki na przekór wirtualnemu światu.

       Bardzo dobrze pamiętam swoją pierwszą pracę jako nauczycielka. Ponure pogrudniowe czasy wczesnych lat 80.

Ale bardzo dobrze zarabiałam w swojej wiejskiej szkole, bo miałam  prawie dwa etaty, fundusz na tzw. zagospodarowanie i  dodatek wiejski. Starałam się być dobrą nauczycielką, chociaż głównie stałam pod piecem i rozmyślałam o moim ówczesnym narzeczonym. W klasie uczyło się po 6-10 dzieci. W tej przytulnej wiejskiej szkole poznałam pełną dziewczęcego uroku Basię. Razem jesteśmy do dziś, a wtedy dojrzewałyśmy do małżeństwa i nauczycielskiego powołania. Jak w ulubionej wtedy "trójce" będąc młodą lekarką...😁😁

A to my skromne nauczycielki lat 80. Zaraz potem szybko dorosły😀ale gesty rączek pozostały💓

 Spotkanie  moich koleżanek z okazji Dnia Nauczyciela  ucieszyło mnie ogromnie. Koncert skrzypcowy w wykonaniu przemiłej skrzypaczki Zhanny Zharkowej wprowadził nas w pogodny nastrój.


  Słowa od władz, wypowiedzi starszych pedagogów, występ Zhanny rozradowały wszystkich.  Ileż to jeszcze życia przed nami😀👍✌. Zobaczyłam  się z koleżankami z kilku szkól, gdzie kiedyś pracowałam.  Pozostały  takie radosne i entuzjastyczne jak kiedyś - oświecone. Patos stosuję  z  uzasadnieniem. Wiele z nas nadal pracuje i  kształci się w różne formach. Nie tylko w Uniwersytecie III Wieku😀👍.

Przy tej znamienitej okazji chciałam się podzielić refleksjami jak trudno obecnie w świecie internetowej hiperkomunikacji podtrzymywać głębokie więzi.

Obecnie większość ludzi woli intymne relacje z maszynami, takie to proste, możesz się wyłączyć kiedy chcesz. Nie angażujesz się, wyślesz uśmiech, napiszesz  komentarz, często empatyczny, ale pilnie nie zadzwonisz, bo to już pewne poświęcenie. Nie ma kultury bezinteresowności, bo tego wymaga przyjaźń. Przyjaźnimy się z ludźmi o podobnym statusie finansowym. Nowa cywilizacja stawia wiele przeszkód przyjaźni, bo więź może stać się kłopotliwa, lepiej się nie angażować. Dobrze skupić się na sobie i na swoich przyjemnościach. Staliśmy się już cywilizacją  zachodu, nie rozmawiamy o poważnych sprawach, nie wypada zwierzać się na smutno.  

Niektórzy stają się prawie cyborgami, ludzko- techniczną hybrydą sprzężoną za pomocą interfejsów. Bo smartfon jest włączony cały dzień i dźwięk wiadomości rozprasza  realne spotkanie. Nie chcę być zależna od tej nowej społeczno-psychologicznej rzeczywistości, od ludzi którzy nie wiem jak wyglądają.  

Szukałam szczęścia po świecie, a w rodzinnym mieście tyle wspaniałego koleżeństwa ze wszystkich etapów życia. Zażyłość braterstwo i przywiązanie. 

Zajadamy specjalność zakładu💓 i oczywiście czekoladki.

Jest Basia, która wtedy była dyrektorką  przedszkola i w 1995 roku pożyczyła mi tablicę szkolną, a ja zawiesiłam ją w „Malwie” Gdy rozpoczynałam działalność, wynajmowałam  salę w  osiedlowym Domu Kultury. Ela, jego pierwsza dyrektorka wymyśliła  nazwę- Malwa ma lwa i chyba jako pierwsza zorganizowała  festiwal uliczny przy Malwie z okazji jej otwarcia. Z Elą  długo bawiłyśmy się w teatr.  Magda, moja córka , kiedyś wychowanka   przedszkola Basi, potem trafiła  tam na parę godzin jako nauczycielka j. angielskiego.

Jest Ewa,, najlepsza dyrygentka w regionie ze swoją dumą- pięknym chórem nauczycielskim Coro Cantorum, dosłownie i w przenośni, z powodu ślicznych chórzystek,  który istnieje ponad 30 lat. Z Ewą robiłyśmy imprezy w 14tce i zawsze gratulowano nam pomysłowości. Ewa pomogła mi  skompletować kreacje, gdy w 1994 roku, jako laureatka konkursu miast bliźniaczych,  jechałam na wielką międzynarodową galę otwarcia Eurotunelu. Najlepsza wtedy koleżanka.

Jest Danusia ze Zbyszkiem, których uczyłam języka angielskiego, a  Zbyszek zrobił mi piękne pierwsze portfolio, które kiedyś poszło w świat szeroki. Nasze prawie całonocne rozmowy pozostaną z nami na  zawsze.

Na zdjęciu poniżej koleżeństwo oświetlone mocnym październikowym słońcem razem z Zhanną z Drohobycza oraz jej miłym akompaniatorem Andrzejem, rodem z naszych Starachowic💓


  Ja wiem, nie zwiejemy od internetu. W dzisiejszych czasach jest to niemożliwe, ale nie przyjaźnijmy się z AI w blogosferze, bo   jej umiejętność   przypomina przekładańca, znanego z  groteskowego filmu z Bogumiłem Kobielą pokazywanego  regularnie na Kulturze. Czerpie z  różnych osobowości, porusza nośne tematy, dostosowana do przypodobania się, a  jej ogólne refleksje, komentarze to  doskonała  analiza sentymentów i emocji oraz oczekiwanych odpowiedzi  na dany problem..

. Opowiadanie St. Lema z lat 60. pokazuje Polskę z roku 2000, a Wajda stworzył zabawną lekką satyrę na temat transplantacji. A teraz  to metaforyczna transplantacja mózgowa.

Jak fajnie się  patrzy na dawnych aktorów, młodziutkich i przystojnych.

Tak samo fajnie spotkać  starych przyjaciół i docenić wysiłek organizacyjny naszych związków, Basi i Ewuni oraz  nieocenionego Browaru Kultury.

Ustawiłam się w naszym Browarze wśród kwiatów Marleny i  Bartka, a moja suknia prosto ze sklepu Medicine, tak dla reklamy👍, doskonale się komponuje👏. Oh, jak ja lubię  imprezy w Browarze💓


O nauczycielach chyba każdy ma jakieś refleksje? Podobno blogerzy to w większości nauczyciele czy inne zawody powiązane z edukacją, bo jeszcze im chce się pisać.
Dlaczego w sieci spędzacie dużo czasu?

 



sobota, 4 października 2025

O północy w Iwoniczu.

 Z dużą przyjemnością przedstawię Wam dzisiaj taki żarcik nawiązujący do lirycznego filmu Woody`ego Allena oraz najnowszego comfort movie La venue de l`avenir.  Cały dzień oglądam przesłuchania pianistów na Kulturze i tak się nastroiłam refleksyjnie.  

     Z  hektycznego / hectic ang. gorączkowy, szaleńczy/ czasu wielkich miast 21. wieku, pewnego razu o północy w Iwoniczu-Zdroju  Alicja przeniosła  się  do 1837 roku spotkać z  hrabią Karolem Załuskim, ostatnim naczelnikiem powstania listopadowego na Litwie. Wykorzystał on wyniki nowych analiz chemicznych iwonickich zdrojów dokonanych przez Teodora Torosiewicza , farmaceutę ze Lwowa, znanego badacza wód mineralnych w Galicji i na Bukowinie. Widziała jak Załuski przystąpił do odbudowy zakładu zdrojowego.  Odbudowy, bo źródła te znane były już od czasów Stefana Batorego, a opisał je  doktor Wojciech Oczko, nadworny lekarz króla. W swoim pamiętniku pod datą 8 sierpnia  1837 pisała: „po lewej ręce przy drodze do Dukli jest położony Iwonicz zaczynający się wsławiać wodami mineralnymi. W gęstym lesie, w zapadłej kotlinie znajdują się trzy źródła. Droga prawie nieprzystępna, ale spodziewać się trzeba, że właściciel tego miejsca usiłując uczynić ją pojezdną dojdzie do tego celu. Już tego lata wiele osób doznało skutków tych kąpieli i wód, gdyż jedno źródło jest do picia drugie, do kąpania, a trzecie palące się.” / Ksawery Prek/

Spójrzmy na zdjęcia na przestrzeni  150 lat. Stary Dom Zdrojowy, kiedyś lokal Galicja, obecnie z powrotem pod nazwą Dom Zdrojowy.




Mój zimowy wypoczynek pewnego razu w 2005 roku.

I obecnie.

W drugim półwieczu 19. stulecia zdrojowisko przeżywało okres prosperity, leczyli się tu kuracjusze z Galicji, Czech, Węgier, Austrii, Rosji, Francji, a także nieliczni z Egiptu, Palestyny, Iranu i Ameryki.  Nasza bohaterka z 21. wieku pewnego razu w Iwoniczu spotykała tu również poetów i pisarzy. Zamieniła słowo z Aleksandrem Fredro i razem zwiedzali zamek w Odrzykoniu. Pewnie zainspirowała go do postaci wdowy Podstoliny😀

 Rozmawiała z Michałem Bałuckim i to o niej była napisana powieść Ostatnia stawka. Nawet AI nie zna utworu, natomiast Allegro książkę sprzedaje. To dzieje kuracjuszy z Iwonicza.
Pijalnia w okresie międzywojennym.

 Przed pijalnią wesoła grupka przyjaciół  z 2005 r.

We wrześniowym słońcu obecnie.

Na wieczorach przy świecach czytała wiersze Wincentego Pola:

W cieniu tych lasów coś tam szemrząc słodko, dziś jak przed laty witasz nas Bełkotko,

O, jak natchnienie przez duszę przepływa, czysty się płomień z twych nurtów dobywa,

 A czcią przejęci nad źródłami twemi, wielbimy Boga w cudach naszej ziemi.

Bo ogień czysty i szmer źródła rzewny, co tajemniczo spod ziemi wychodzi

Jest temu życiu serc naszych pokrewny, co się z płomieni o łez cichych rodzi. 

Pomnik poety przy źródle Bełkotka.

Wzgórza otaczające dolinę Iwonicza porośnięte są lasami mieszanymi, będącymi pozostałością dawnej puszczy karpackiej. Dominuje drzewostan jodłowo-bukowy z domieszką świerków, sosen, modrzewi, grabów i jaworów, co widać na zdjęciach.


2005 rok

Willa Mały Orzeł obecnie. Zakupiona przez inwestora, czeka na renowację.

Wodami ze źródła Bełkotki leczył ją nawet brat poety znany lekarz Józef Pol. Nawet  Marysieńka Sobieska korzystała z tego przedziwnego źródła i słyszał o nim nadworny lekarz Ludwika XIV. Jakże inaczej podobne źródła były postrzegane w biednej Islandii. Jako złowróżebne odgłosy szatana. Z Bełkotki  wydobywał się gaz i można go było zapalić.

Tu pomieszkiwała, kiedyś i obecnie. Hotel Pod Jodłą.


2005 rok. Hotel Biały Orzeł

Ze zdziwieniem wracała do swojego 21 wieku,  ale wtedy już wiedziała, że literatura piękna oraz sztuka przynoszą  cenną wiedzę o świecie i człowieku, podobnie jak nauka. Pobudzają wyobraźnię i odwołują się do uczuć, uszlachetniają. Bo przeżywanie pozwala na głębszy kontakt z drugim człowiekiem. Tak też było w przypadku naszej bohaterki,  jej przyjaźnie nawiązane w Iwoniczu na początku 21. wieku przetrwały kolejne dekady.

I obecnie sama, chociaż w grupie, piła za zdrowie swoich dawnych przyjaciółek. W winiarni Kupała niedaleko zamku Kamieniec w miejscowości Odrzykoń.

Z okien i tarasu o szwajcarskim szyku tej eleganckiej restauracji widzimy Pijalnię, Bazar i nic się nie zmieniło przez  ponad 100 lat. To centrum Iwonicza, tuż przed Parkiem Zdrojowym.


Zimowe wakacje roku 2005.

Obrusów już nie ma. Znikła dawna elegancja. Jedynie dobre trunki zostały.

To jej ulubiony czas linearny, gdzie każdy moment jest inny i nigdy się nie powtórzy. Trzeba korzystać z chwili, wiedzieli o tym już starożytni, Carpe diem. Jest to bardzo gorzkie odkrycie nieodwracalnych zmian, a doświadczyła tego po raz kolejny  podczas swojej ostatniej wizyty w Iwoniczu-Zdroju, gdzie spacerowała już sama i nie słyszała wesołych głosów swoich kumpelek sprzed laty.

Signum temporis tamtych czasów- torebki do sportowego stroju😀

Jakby dziewczyny do wzięcia😀


To dopiero była gromadka. Na stokach góry Winiarskiej. Orczyk wyrywał nas z nart😀

Teraz sama, ale z radością piję swój zielony trunek. Wybrałam pod kolor mojego stroju i okularów😀bo pomimo upływu lat nadal zmierzam do wyznaczonych przez siebie celów. Bo jak wiadomo, życie czynne, pełne inicjatywy sprzyja zdrowiu👍.
I takim optymistycznym akcentem zachęcam wszystkich do korzystania z tygodniowych pakietów SPA w  sanatoryjnych miejscowościach, gdzie powolny czas sprzyja refleksjom i planowaniu dalszych etapów życia.

PS W prawdziwym sanatorium też kiedyś byłam, ale to za długo i można się zanudzić.

A wy jakie macie doświadczenia z  sanatoryjnymi miejscowościami?


 

 

 

 

niedziela, 29 czerwca 2025

Czy czas nie przemija?

 Zawsze miałam wakacje. Myślę,  że to najprzyjemniejszy aspekt zawodu nauczycielskiego. W naszym biurze  prezentuje się taka zawieszka po angielsku  z pytaniem what do you like about your job? July and August.. Poniżej ekologiczna fotka i pamiątka  starej kanki i konewki.

A od wielu lat właściwie miałam wakacje, kiedy tylko przyszła mi na to ochota, praca na swoim daje takie możliwości. Odbiły się te zachcianki w państwowej emeryturze. Ale przecież nadal pracuję.  Życie to ciągłe wakacje, może być nudne.

Dużo ludzi w związku z wiekiem robi różne podsumowania. Mnie też takie myśli przychodzą do głowy i właściwie mam to, czego chciałam. Ale to były marzenia w młodości, pod hasłem Wszystko czego dziś chcę. Chyba się jednak nie starzeję, i u mnie czas nie płynie. Chociaż lubię taki vintage.


Moje oczekiwania i cele życiowe pozostają niezmienione przez lata, bo kultywuję niezmiennie te same wartości. Rozwój duchowy. Nadal dziwię się światem i nie jestem pozbawiona entuzjazmu. Czy ja myślę o przemijaniu? Nie, bo zrodziła się we mnie nowa siła psychiczna, zawsze chyba była, nieuleganie presji społeczeństwa, w tym rodziny. Podam taki prosty przykład, koleżanki. Zawsze, a może często były ważniejsze niż rodzina. Córki mi nawet to wypominały kiedyś. Niech jeszcze i to. Ale do wieku  nie lubię się przyznawać😁

I takim sposobem,  w czwartek do południa opuszczam mojego Gospodarza - męża, który z niezadowoleniem zostaje sam i jeszcze musi mnie odwozić na stację PKP do Lubania Śląskiego- dworzec na sprzedaż. W Bolesławcu i Węglińcu dworce  imponująco wyremontowali, a ten biedny pewnie ma za mało pasażerów i dlatego na sprzedaż.


A ja jadę  do Wrocławia na spotkanie z koleżankami- blogerkami. 

Dziewczyny znam od początku prowadzenia bloga, czyli ponad 10 lat, ale dopiero w ostatnich latach tak bardziej zbliżyłyśmy się do siebie. Ograniczyłam  w sposób znaczący czytanie różnych blogów i skoncentrowałam się na kilku. To tak jak z koleżankami, jest ich dużo,  ale tylko parę przyjaciółek. Szkoda mojego cennego czasu, który jest niepowrotny.

Lubię być spontaniczna, oraz autentyczna. Mówi się, że to przeciwwaga rozumu. I dlatego nie zgromadziłam konta w banku, ale wrażenia. Ale dom z ogródkiem w lecie, to jednakowoż miła własność. Dla mojego Gospodarza, mieszkanie w bloku to więzienie, chociaż i tak większość czasu spędza w domu.




Byłam inicjatorką spotkania. Bardzo chciałam poznać Gosię z Gdańska. A przy okazji wystąpiła wartość dodana, czyli jej koleżanka Madzia, również blogerka o wielorakich zainteresowaniach. Wiedziałam również, że Gosia zna się z Dorotką z Wrocławia, którą ja miałam z kolei przyjemność poznać w marcu.

Podobno książę Henryk IV Prawy nie był taki prawy, jak go nazwano. Dużo się można dowiedzieć o nim z blogu  magdapiastowie.blogspot.com

Jadę łącznie prawie trzy godziny,  żeby pobyć we Wrocławiu kolejne cztery godziny, z koleżankami tylko 2.5 tak naprawdę, i potem znowu trzy godziny, w tym  2godz 20 min w pociągu. Pociąg osobowy jedzie  szybko, ale zatrzymuje się na każdej stacji, jak wcześniej wspominałam.  Ale co tam, opłacało się. Życzliwość,  którą siebie obdarzyłyśmy dała nam dużo radości,  a pewnie i zdrowia w przyszłości. Przed spotkaniem zajrzałam do  stacyjnego BWA, a tam czarne dziury i czarne słońca. Melancholia – solastalgia- utrata ukochanego pejzażu, jest  utrata kawałka siebie. I po cóż patrzeć w niebo, bo tam sekretnym językiem zapisana jest nasza przyszłość. Takie tytuły i rytuały wystaw. Można było popatrzeć w niebo i posłuchać muzyki wszechświata.

Polecam małą Palmiarnię, tam miłe panie zasugerują co obejrzeć, dadzą wody lub kawy, posiedzi się w zielonym klimatyzowanym miejscu.



Każda  z nas opowiedziała jakiś smak swojej codzienności. Dorotka o Japonii i swoim zachwycie drzewami wisterii, Magda o książętach piastowskich, których wiele śladów odnajdujemy na Dolnym Śląsku. Dlatego dostaliśmy Śląsk po wojnie. Gosia, najspokojniejsza, najłagodniejsza z nas wszystkich wspomniała o Wrocławiu, o sztuce Coetzee Czekając na barbarzyńców, którą widziały w Teatrze Współczesnym i o Berlinie, który nam cały czas towarzyszył w kawiarence, ja o Islandii oczywiście. Wszystkie wspominałyśmy szkołę, bo byłyśmy w klasie humanistycznej. W Cafe Stacja Dialogu spędziłyśmy swój dyskusyjny czas.  Chodziło o to, żebym ja miała blisko na pociąg. Dziewczyny potem poszły na spacer po Tumskim i kontynuowały refleksje.

I wiele innych tematów się pojawiało, które przegadałyśmy, słuchając siebie uważnie i uzupełniając wypowiedzi. Również na temat zmian w blogosferze, bo młodzi wracają do pisma obrazkowego w instagramie czy tik-toku. Wystąpiła rywalizacja Gdańska,  Krakowa i Wrocławia. Zwyciężyłby chyba Gdańsk. Ja jako reprezentantka prawie Małopolski, optowałam jednak za Gdańskiem. Piszę się na odwiedziny miasta, ale kiedy, to jeszcze nie wiem.

Tymczasem wróciłam na wieś. Pociągami zachwycałam się już w poprzednim poście, teraz tylko wspomnę że klimatyzacja tak działała, że aż było mi zimno i musiałam się przesiadać tam, gdzie nie wieje. Pasażerowie zachowują savoir- vivre komórkowy i nie rozmawiają  przez telefon. Ale też w ogóle nie rozmawiają ze sobą. Siedzą w słuchawkach w swoim wirtualnym świecie. Rozmowa towarzyska na żywo to jakby archaizm dla nich. Zastanawiałam się nad naszym spotkaniem. Dobrze, że nie ulegamy nerwowemu pośpiechowi i  uświadamiamy sobie znaczenie przyjaźni. To z pewnością przynosi pogłębienie psychiczne.  Dlatego lubimy podobne rzeczy, chociaż jesteśmy takie inne w sensie osobowości, dawnych czy obecnych zawodów.

Na wsi trzeba trochę popracować w ogrodzie, ale to sprzyja potem dobrym snom. Gdy tylko cokolwiek się zmęczę, to zaraz odpoczywam, a mam parę przyjemnych kącików do odpoczynku.

Trochę podrobiona fotka.



Dzisiaj niedziela, mamy jechać do Pałacu Brunów na obiad. Jest bardzo ciepło.

Czy chcielibyście spotkać swoich ulubionych blogerów w realu, czy może już spotkaliście? Proszę o refleksje.

Wieczorem.

Pobyt w Pałacu Brunów zwykle jest przyjemny, czuję się jak gość na weselu. Nie wiedząc czemu jesteśmy tam zawsze w sobotę lub w niedzielę, gdy zwykle są wesela. Pałac ma kilka budynków, to nie koliduje z imprezami, ale goście weselni odróżniają się strojem i wszędzie spacerują. Szczególnie wśród róż. Przy stoliku widać ogród różany w głębi.