Moja lista blogów

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2025

Keine grenzen?

    Michał Wiśniewski był na dobrym miejscu w Eurowizji w 2003 roku, gdy zaśpiewał piosenkę Keine grenzen. Chyba nawet nie śmieliśmy kiedyś o tym marzyć, znaczy o braku granic.

Pokolenie, które pamięta kontrole przy przekraczaniu granic,  cieszyło się niezmiernie, gdy w 2007 roku oficjalnie weszliśmy do strefy Schengen. Od prawie 20 lat byliśmy już w demokratycznym świecie, ale nadal czuliśmy się jego pariasami. W Dover traktowali nas prawie jak Dzierżyński polską inteligencję, gdy  sprawdzał ręce. Organizowałam wiele wycieczek do Londynu, w których uczestniczyła moja koleżanka, pani doktor. Gdy pytali ją o zawód, to nie wierzyli, że MD podróżuje najtańszym turystycznym autobusem razem z klasą robotniczą, który i tak był dla nas drogi. Teraz w Ameryce wszystkich tak sprawdzają.

Czy pamiętacie kiedy pierwszy raz słyszeliśmy o pomyśle strefy Schengen dla krajów Unii Europejskiej, wtedy jeszcze EWG?  Nasza obecność tam była w sferze kompletnego science fiction.  Chociaż Breżniew już nie żył, to niewiele się zmieniło. Uciekaliśmy na zachód z wycieczkami turystycznymi, albo udawało nam się dostać wizy do USA, a niektórzy Ślązacy mieli tak zwane pochodzenie  i wyjeżdżali do RFN. 

Od 1995 zmiany szybko się potoczyły. Jak bezpiecznie czujemy się na lotniskach udając się za napisem EU countries i widzimy dumną flagę z gwiazdkami.

A czy doświadczyliście sytuacji, że cofamy się w przeszłość?

W regionie od lat mamy wojnę konwencjonalną i do tego hybrydową na różnych polach. Doświadczamy manipulacji społecznej i cyberataków Z tej przyczyny granice lądowe w strefie Schengen znowu  się pojawiły. Niektórzy nasi obywatele nawet sami zapisywali się do społecznej służby granicznej, jak co najmniej dawniejsi ormowcy.

Ponad 30 lat normalizowały się przygraniczne stosunki polsko-niemieckie. Tyle pracy samorządów, stowarzyszeń, wspólnot, organizacji, fundacji, a tu znowu trzeba postawić żołnierza z bronią, żeby po obu stronach pilnował swoich granic. Na zdjęciu poniżej żołnierze są w niebieskim namiocie. 

Przeżyliśmy to podczas naszej wycieczki kamperem, gdzie wybraliśmy się na początku tygodnia. Zeszło nam trochę z przygotowaniem naszej "ekspedycji", żeby  wyposażyć to małe mieszkanko na kółkach. Matyldzia w czasie jazdy na łóżku, ale przypięta pasami.

😀

Musiałam wyposażyć łóżka w świeżą pościel, przynieść jedzenie, ubrania i mnóstwo  różnych innych akcesoriów. Gospodarz bez wieczoru filmowego i rannych wiadomości nie umie żyć. Matylda jak w klatce, ale bardzo jej się podobało spać na piętrowym łóżku. Każdy ma swoje łóżko, moje jeszcze w głębi z prywatną łazienką. Bo Gospodarz jakby w kuchni i pokoju dziennym.


Ruszamy w stronę granicy niemieckiej, bo taka jest najkrótsza droga do naszej destynacji- Parku Mużakowskiego, który po stronie niemieckiej historycznie rozłożył się i trwa od  wieków w miejscowości Bad Muskau, a po polskiej stronie od 1945 w miasteczku Łęknica. Camper Park zamówiliśmy w Bronowicach, nomen omen jakbyśmy jechali na wesele.

Najkrótsza droga wiedzie przez autostradę, a tam kilkadziesiąt kilometrów do granicy już zaczynają się korki.  Gospodarz, nasz kierowca  niecierpliwi się. Zjeżdżamy na Żagań Żary i bocznymi drogami wjeżdżamy jednak na teren Niemiec. Wszędzie słynna granica na Nysie Łużyckiej, mały mostek i wita  nas Deutschland. Nikt nas nie sprawdza. Ale kamper park mamy po stronie polskiej. Zajechaliśmy też do niemieckiego parkingu w Bad Muskau, ale miał odległe przyłącza do prądu i jednak decydujemy się na ten polski. Trzeba znowu przyjechać przez granicę. Niemcy nawet nie spojrzą, ale zatrzymują Polacy. Są bardzo uprzejmi, proszą o dowody. Chcą zajrzeć do środka, proszę o odsłonięcie zasłonek.  Wtedy Gospodarz już nie wytrzymuje i rzuca swojego f*. Ja mówię, że mamy kota i może nam uciec. Żołnierz, a obok niego drugi,  taki z długą bronią uśmiechają się i puszczają nas.

Wjeżdżamy na polską stronę ,  a tam jakby Turcja, stragan na straganie.



To dla Niemców, żeby sobie wszystko kupowali taniej. Bardzo to przypomina lata 90. Ale toalety są czyste, bardzo czyste i pachną. Pamiętam jak w latach 90-tych jeździłam autobusem na zachód i zawsze to była pierwsza uwaga, gdy wjeżdżało się do Polski, na temat toalet.

 W czasach po zjednoczeniu Niemiec pałac księcia Pürchera był ruiną, a jego najpiękniejszy w Europie park pejzażowy zdewastowany. Dużo funduszy przeznaczyła Saksonia na wyremontowanie tego neorenesansowego klejnotu razem z przyległymi  budynkami.





Gospodarz mówi, że jakby Alamo zobaczył.😀 A tutaj, sale muzealne, sklepiki i miłe bistro z dobrymi ciastami i drobne zakąski. ceny bardzo przystępne. Przyjmują kartą, bo w pałacu tylko gotówką, ale można płacić złotówkami.


Późniejsze fundacje polsko-niemieckie bardzo aktywnie współdziałały, żeby Park Mużakowski stał się miejscem przyjaźni, wypoczynku,  relaksu przy kawie,  znakomitym posiłku,  na rowerach,  spacerach, leżakach i ławkach. Wśród pięknych kwiatów i smukłych  różnorodnych drzew.

Po polskiej stronie stworzono absolutnie wyjątkowe  ścieżki geoturystyczne, po zalanej kopalni Babina.


Takie rzeczy widziałam koło Leeds, gdzie Margaret Thatcher zatopiła dawne kopalnie po historycznych strajkach górników angielskich i stworzyła parki rozrywki.  Węgiel brunatny tworzył się po cofnięciu  lodowca skandynawskiego, a jeziora,  z powodu rozmaitych minerałów, są mirażem kolorów. To antropogeniczne cuda. Odsłaniają czasami dawną kopalnię, co wyglądało jak horror.

Największy zbiornik nazywa się Afryka, bo przypomina kształt kontynentu.  Pośród jezior stoi wieża widokowa.

Dopisała nam boska pogoda. Zaczynały się upały. Wokół parku prowadzą dobrze wytyczone ścieżki spacerowe i rowerowe, geologiczne cuda są prosto opisane w trzech językach. Ławki zachęcają do odpoczynku i wsłuchania się w głosy natury.



Na rower siadłam po trzech latach, mam zwichnięte kolano i bałam się jeździć, żeby przypadkiem nie skoczyć na chorą nogę.  Tutaj są płaskie tereny, doskonałe ścieżki, nie bałyśmy się jeździć wśród lasów nawet, gdy zabłądziłyśmy z Matyldą. Bo drogę wskazywali nam żołnierzy pogranicznicy na mostach Nysy Łużyckiej.

Gdzie widzieliście już kontrole drogowe w strefie Schengen?

A i jeszcze kot Freddy, który jest bardzo ważny w rodzinie i ma również swoje wygody. Woli jeść z talerza. Ale musi być na smyczy😡


 

piątek, 11 lipca 2025

Które demoludy najmilej wspominacie?

 Od 13 lat mamy dom na Dolnym Śląsku, dla mnie bardziej wakacyjny, rekreacyjny,  a dla Gospodarza tak różnie. Wcześniej wyjeżdżał stąd nawet na pół roku, do Francji czy USA.  Planuje wyjazd co roku, ale czasami zawraca. Bo mówi, że Polska to jednak jego dom💓

Będąc tak blisko granicy czeskiej i  niemieckiej, często jeżdżę do tych krajów. Na zakupy, a najchętniej na jednodniowe wycieczki. W taki sposób zobaczyłam przygraniczne i dalsze atrakcje, łącznie z Pragą link i Dreznem. Zawsze się zastanawiam, jak zaraz po wojnie nastąpiła  tutaj największa migracja współczesnego  świata. To prawdziwy fenomen. Niemcy uciekali, albo zostali wypędzeni, a przybyli tu Polacy z ziem utraconych, albo reemigranci z Rumunii-górale czudeccy i z  dawnej Jugosławii,  z okolic Nowego Martyńca- w Bośni. Życie toczyło się dalej, a przecież działy się tragiczne  historie, dramaty czasami gorsze od wojennej zawieruchy. Lubię tu słuchać opowieści moich sąsiadów.  I czytać opowieści z Ziem Odzyskanych.

Moja kiedyś pierwsza  podróż zagraniczna to było NRD, do dolnołużyckiego Cottbus czyli Chociebuż. O całej mojej enerdowskiej sympatii pisałam tu .link Wspomnę tylko, bo nie każdy ma czas zaglądać i czytać, że potem  moim najlepszym studenckim koleżeństwem byli germaniści. Jeden nawet został  moim mężem. Moja uczelnia miała jakieś kontakty naukowe z Rostockiem.  Jeździliśmy na wymiany, wycieczki, nie tylko germaniści.

Drezno Poczdam Berlin Rostock. Ale w tamtych czasach myśleliśmy tylko o udanych zakupach. Zwiedzało się, ale pobieżnie. Pamiętam  Drezno jeszcze w ruinie, a w Berlinie kawiarnię na wieży telewizyjnej- szczyt luksusu i muzeum Pergamon. Podchodziło się pod checkpoint Charlie. I taką miałam ochotę uciec, bo nawet i paszport miałam,  ale szkoda mi było zostawiać rodziców.

Do Czechosłowacji czyli "pepików"  jeździło się na zakupy. Tak uściślić, to były tereny Słowacji. Z Rzeszowa na Duklę i do Barwinka, potem Svidnik oraz Stara Lubovna na Zamek. Na tej trasie zdawałam egzamin na pilota wycieczek zagranicznych.

Jakby w Czechach znowu😀

A potem był Budapeszt i całe zauroczenie Austro-Węgrami, łącznie z Sandorem  Petofi. Poezja, w sercu, ale w życiu  człowiek też chciał ładnie wyglądać i pachnieć,  to na zakupy po dezodoranty i bluzeczki jeździło się do Budapesztu. Takie kombatanckie przechwałki dawnej studenterii wczesnych lat 80.

A w tamtym tygodniu pojechałam  zwiedzać Góry Żytawskie. Mijaliśmy elektrownię Turów,  której ja swoim humanistycznym umysłem nie ogarniam, ale robi kolosalne wrażenie. Takie cuda techniki kiedyś widziałam z okien francuskiego TGV, albo w UK. Niech to nie zabrzmi zbyt nacjonalistycznie, ale  naprawdę byłam zadziwiona tą potęgą.

A w Saksonii emerytalny spokój. Zaraz po zjednoczeniu Niemiec młodzi zwiali na zachód, a teraz średnia wieku w Zittau to 60+, choćby Floryda.

Młodzi wyjechali, ale zostały pełne uroku sanatoryjne wioseczki, do których dojeżdża się wąskotorową koleją z 1890 roku. W drodze malownicze formacje skalne z piaskowca.


Kolej ma dużą wartość dla rozwoju kulturalno-historycznego regionu. Jest słodką  nostalgiczną atrakcją tego spokojnego regionu. Godzinę jedzie się z Zittau do Oybin i  koloryt tej podróży, otwieranie okien i stanie na mostku, lub w otwartym wagonie, to filmowa podróż w czasie. 

W 1905 roku podróż tą koleją odbył król Saksonii Fryderyk August III. Romantyczne wioseczki z cudowną architekturą przysłupowych domów dawnych tkaczy, 

oraz tajemnicze ruiny, do których prowadzi nas, a jakże Brunhilda, to jak fantastyczna baśń i legenda. Nasza przemiła przewodniczka  powiedziała nam  dużo ciekawych faktów i legend. Wspaniały średniowieczny zamek i klasztor Celestynów szybko zakończyły swoją świetność.  Gerhard Hauptmann, który stąd niedaleko mieszkał i tworzył  swój noblowski utwór poświęcił tkaczom. Taka dygresja.

 Budowli nie zniszczono w wojnach, bo były niedostępne do zdobycia, przetrwały wojny husyckie i czasy reformacji. Ale po prostu rażone piorunem, wybuchł pożar, a potem oberwała się skała. Ruiny w czasie romantyzmu były inspiracją dla malarzy i poetów. Tak jak w całej Europie ruiny fascynowały. Zdjęcia w tej scenerii  nadal fascynują👍

Można też wyruszyć na najwyższą górę, nomen omen Lausche, czyli Łysa, jakby w Górach Świętokrzyskich.😀 A to coś dla mnie, bo nie za wysoko.


Wracając jeszcze do dawnych czasów muszę wspomnieć Bułgarię i Rumunię, gdzie byłam dwa razy wtedy link. Ale to już bardziej rozrywka, wczasy, słońce, Morze Czarne i luksusy du temps perdu.  Z przyjemnością wspominałam o tym. Ale, żeby tam pobyć dwa- trzy tygodnie, należało jednak przygotować coś do spieniężenia. Biseptol, jakieś kremy, sprzęt turystyczny i co tam jeszcze?. Podróże to była jakby kontrabanda. Dodatkowa atrakcja, gdy się było studentem, Bo potem już nie.

A dla Was, które demoludy zostawiły najfajniejsze wspomnienia? Dla mnie prawie na równi Bułgaria i  NRD.  Moje przyjaźnie z germanistami zostawiły trwały ciepły ślad na sercu.

 

środa, 31 sierpnia 2016

Ostatnie takie lato, leto z rozhazem. Part II.

W Ostatni dzien lata, też tytuł filmu, obiecałam sobie coś napisać, bo Rysiu ze Lwówka ciągle pyta, kiedy będą zdjęcia z naszych spotkań. Już są. Co to było za spotkanie! Znajomi z Rzeszowa przyjeżdżają na Dolny Śląsk, umawiamy się na FB i spotykamy się w Lubomierzu na piwie, niemalże w sąsiedztwie Kargula i Pawlaka.
W muzeum filmowym.
A potem, znajomi znajomych czyli nasi nowi przyjaciele- Ryszard i Ewa zapraszają nas do siebie. Wtedy Rakowice Wielkie stają się ulubionym miejscem na przetrwanie upałów. Już po pierwszym spotkaniu poczuliśmy bratnią duszę, a potem były następne. Dziękuję Wam. To były magiczne momenty.
A tu moje gwiazdy w Rakowicach Wielkich.

Garnki od Kargula.
Spotkanie Ewy i Ryszarda stało się wyjątkowym wydarzeniem i znacząco wspomogło mnie w  gajówkowym przetrwaniu. Jak teraz o tym myślę, kiedy za oknem nadal mocno świeci słońce, to chciałoby się wsiąść w samochód i znowu znalezć się w tej rodzinnej i krzepiącej atmosferze. A z Rzeszowa / zupełnie po drodze, hehe/ zabrać Renię i Maćka.
Tak pomidorki sobie rosną podtrzymywane przez drewniane szczapki.

Ale było gorąco i dom taki malutki się wydaje z tej perspektywy.

Hamak tak samo wygodny jak moim beach barze. Szerszy.

Grill się szykuje. Ryszard, Ewunia i Renia.

 Film Ostatnie takie lato to po angielsku  The last of the High Kings lub Summer fling. Czasy mojej matury i roku kiedy zmarł Elvis Presley, Tak mi się skojarzyło, chociaż film przedstawia młodzież w rozstrzygającym momencie, ale pomyślałam, że pewnie Gajówkę się wreszcie sprzeda i nie będzie już więcej  takiego lata i  słodkiego flirtu z rozkosznymi wnuczkami- niemowlakami. I dla mnie to lato tez jest zwrotnym momentem,   Na drugi rok  bejbusie wyrosną i będą inne radości.Tak dumam sobie, że już nie powtórzą się podobne chwile. Takie to wszystko przełomowe dla mnie, narodziny wnuczek, i to, że córki wychodzą za mąż, przynajmniej jedna już, a dla mnie zarówno zacznie się nowy etap, chociaż własciwie powinien trwać stary.
Ale wroćmy do moich gwiazdeczek.
Matyldzia kąpana na stole w jadalni.

I gdzie ja tu leżę?
 Tymczasem starsza o 4 miesiące Ewcia- 600 km od Gajówki i rośnie zdrowo ku pociesze szczęśliwych rodziców.

W Parku Miniatur- Krajno koło Kielc.

Z gajowki do Czech to tylko parę kilometrów. Nie mogłysmy sobie odmowić przyjemnosci zakupu studentskiej i róznych alkoholi, tudzież obiadu, deseru za najbliższą granicą.


Lody też muszą być.


Uwielbiam ten czeski język.

Zamek we Frydlandzie. imponujący.
Takim to sposobem mała Matyldzie była trzy razy za granicą, dwa razy w Czechach i raz w Niemczech. Obawiałyśmy się jakiejs kontroli granicznej z okazji SDM, ale nas nie zatrzymali. Matyldzia bez zadnych dokumentów przecież. Goerlitz jest absolutnie wyjatkowym miastem. Nasze modelkowe sesje przescigały się w pomysłach.



Samochód zostawiłysmy w Zgorzelcu i przeszłysmy na piechotę przez most im Jana Pawła II. Pogoda taka na zwiedzanie, nie za gorąco. W shopping centre nie przyjmowali naszych kart i musiałysmy coś sobie wypłacić w geld automat. Używanie języka bardzo mnie śmieszyło, szczególnie w kebab restaurant, kiedy nawiązałysmy bliski kontakt z włascicielem, tureckim naturlisch. Doszło do pokazywania zdjęć swoich pociech i oczywiscie sehr schon alles.
Stare Miasto.

Bardzo urokliwe te zgorzeleckie kamieniczki.

Dominika kupuje musztardy.
W miescie spędziłysmy pół dnia. Trochę na zakupach w eurolandzie i jakby niemieckim Pepco oraz w tzw, spozywczym, Dominika wyczytala wczesniej, że w Niemczech kupuje się chemię. Alors też ją zakupiła, a ja pamiatki szkolne dla naszych dzieciaków, cos z niemieckimi napisami.
Nawet książki czytałam.

Daleko im do bolesławickich, ale też ładne. Odbijam się w lustrze.

Dużo jeszcze podróży odbyłyśmy, Dolny Śląsk jest wyjątkowy, ale pogoda nie zawsze dopisywała i musiałysmy w łózkach koczować, bo było zimno.
Taki kwietnik wymyśliłam, jeszcze wedlug pewnej francuskiej książki. Skalniaczki są miedzy kamieniami zasadzone.

A tu studnia -teleskop Matki-Ziemi.
Babcia w Swieradowie.

W Świeradowie Dominika.

Matyldzia w naszym hamaku.

Gryfów Slaski. Bardzo ładny rynek.
Jelenią Górę odwiedzałysmy parę razy, ale pogoda nie sprzyjała i na ogól czas spedzalyśmy na posiłkach lub w sklepach.
Cieplice

Chata w Wolimierzu.
Na festiwalu ekologicznym w Wolimierzu.

Wrocław Główny. Dominika przyjechala tu Intercity z Kielc.

Nasz nowy kredens w jadalni.
Jelenia Góra. W głebi kościół prawosławny.
Jelenia Góra.

Chciałam koniecznie skończyć post przed 1. wrzesnia i się udało. Uzupełnię go jeszcze potem. Wie schade,jaka szkoda, chyba dobrze pamiętam? Wakacje się skończyły. Jutro do szkoły. Ich habe lust fur schokolade und drinken. Studentska i rytuał ognia z absyntem. That`s it.