Wracam do pisania na blogu. Rozleniwiłam się używając smartfona i jego głosowego zapisywania. Po przerwie taki refleksyjny wpis.
W Sandomierzu, rodzinnym mieście Rodziców.Zawsze mnie prześladuje ta myśl bardzo banalna, ale czasami
może przeszkadzać w długie bezsenne noce, że pewne momenty krzyżowe w życiu
mogą mieć znaczenie tak decydujące. I wszystko układa się zależnie od małego
momentu, od jednej decyzji. Ta refleksja nurtuje mnie od paru dni i jest
właściwie powtarzalna w okolicy 1.Listopada.
Spacerując po cmentarzu,
ze smutkiem spoglądam na groby swoich znajomych, czasami przyjaciółek,
sąsiadów z różnych okresów życia. Patrzę na twarze zgromadzone wokół
grobu, twarze dawnych dzieci, a teraz
dorosłych, czy tych dawnych dorosłych, a obecnie przedwcześnie postarzałych
ludzi, przybitych troskami codziennego życia, czy też genetycznie obdarzonych
zdrowotnymi ułomnościami. Wyjątkowa,
prawie letnia pogoda służy spacerom, rozmowom, spotkaniom na cmentarnych alejkach.
Dla Eli jeden moment
był ostateczny i decydujący. Ja sama
przyczyniłam się do tej decyzji, faktycznie byłam jej wykonawcą. W
pewnym sensie zmieniłam tor jej życia. I
choć odległy to czas, to nie przykurzył się niepamięcią. Obie nie dostałyśmy
się na studia w pierwszym terminie. Była wtedy możliwość składania odwołań na
uczelnie, gdzie jeszcze były wolne miejsca. Usłyszałam
w radiu o Białymstoku, a w tamte wakacje poznałam bardzo fajną
dziewczynę stamtąd, nazywała się Ałła Stryżko, to osobliwe imię pamiętam.To mnie zachęciło do wyjazdu. Całonocna podróż
do tego odległego miasta jest zachowana w pamięci sfrustrowanej wtedy
maturzystki. I Ela postanowiła zostać w tym
Białymstoku, uczelnia była wtedy filią UWarszawskiego. Ja ostatecznie wybrałam filię UMCS, która
okazała się inną uczelnią, ale o tym
kiedy indziej. Całe dalsze życie Eli było uwarunkowane tym jednym momentem.
Z pewną inną koleżanką z naszej klasy witałyśmy na świecie
Jana, syna Eli, a potem Marcysię. Podziwiałyśmy artystyczny talent Eli i jej
gustowne pokoje w domu przy Wyspiańskiego, a potem na Stawkach. Jednakże mąż
przywieziony prawie z Kresów nie przyniósł wiele szczęścia rodzinie.
A teraz nie ma już Eli na tym świecie, nie ma też Andrzeja,
jej męża. Dorosły Jan stoi nad grobem Mamy i dziadków z synem Adamem, który
odziedziczył to imię po dziadku, ojcu
Eli. Podobieństwa w tej rodzinie są uderzające.
Czy gdyby nie ten szalony nocny wypad maturzystek do
Białegostoku, życie Eli potoczyłoby się innym torem?
Tyle liści na cmentarnych alejkach i wokół grobów, ale czy
wypada, żeby nimi bawiły się dzieci, rzucały wesoło w górę i uciekały przed
liściastym deszczem?
Idąc dalej spotkałam dorosłe dzieci mojego kolegi spod
trzepaka. Jego kręconą czuprynkę zobaczyłam we włosach wnuka. Bardzo z nim
sympatyzowałam w wieku 13-14 lat. Jego brat chodził z moim bratem do szkoły.
Mieszkali przy Iłżeckiej, gdzie ja z kolei miałam koleżankę z klasy i nasi
rodzice też się znali. Punktem zwrotnym
dla kręconego amorka i Martusi była szkoła średnia. Ona jako wzorowa uczennica w
podstawówce, widziała się tylko w jednym liceum i tam spotkali się już na poważne. I
tak sąsiedzi spod bloków związali swoje losy na zawsze. A czy mogło być
inaczej? Ja mieszkałam wtedy przy Polnej i chodziłam do „dwójki” ci z Iłżeckiej
chodzili do „szóstki”. Najbliższym
liceum był Chreptowicz. Ja też byłam w tym liceum, ale w innej klasie. A ich zauroczenie przetrwało szkołę średnią i
studia. Byli z pewnością dla siebie jedynymi miłościami.
A teraz spotykamy się na cmentarzu trzy lata po śmierci Martusi i nawet radośnie śmiejemy
się, a przedmiotem naszej wesołości jest dostojny wygląd Kordiana, syna Martusi.
Bardzo postawny, wzrost amerykańskiego
gwiazdora, prawie łysy, w ciemnych okularach, jakby zszedł z kadru
gangsterskiego filmu. On natomiast z zadziwiającym, ale bardzo miłym,
specjalnym feblikiem do swojej dawnej nauczycielki i poczułam się jak w Paryżu dawno temu. I tak spacerowaliśmy po
cmentarzu jakby po pięknym parku, mówiąc o tym czego już nie ma.
A potem nasze zasłuchanie i zapatrzenie w dawny świat, całe
sentymentalne dzieciństwo ich i moje, przerwało spotkanie innych znajomych i
każdy, tak nawet beztrosko i pośpiesznie poszedł do swoich grobów z zawołaniem
na koniec, jesteście na FB, Instagramie? to się znajdziemy.
A czy moje życie zależało od jakiegoś krzyżowego momentu, jednej decyzji? Pewnie twierdząca odpowiedź licealistki na pytanie Do you speak English?, zadane kiedyś w stolicy przez ludzi z zachodu Europy. I potem całe tego konsekwencje.











