Moja lista blogów

niedziela, 29 czerwca 2025

Czy czas nie przemija?

 Zawsze miałam wakacje. Myślę,  że to najprzyjemniejszy aspekt zawodu nauczycielskiego. W naszym biurze  prezentuje się taka zawieszka po angielsku  z pytaniem what do you like about your job? July and August.. Poniżej ekologiczna fotka i pamiątka  starej kanki i konewki.

A od wielu lat właściwie miałam wakacje, kiedy tylko przyszła mi na to ochota, praca na swoim daje takie możliwości. Odbiły się te zachcianki w państwowej emeryturze. Ale przecież nadal pracuję.  Życie to ciągłe wakacje, może być nudne.

Dużo ludzi w związku z wiekiem robi różne podsumowania. Mnie też takie myśli przychodzą do głowy i właściwie mam to, czego chciałam. Ale to były marzenia w młodości, pod hasłem Wszystko czego dziś chcę. Chyba się jednak nie starzeję, i u mnie czas nie płynie. Chociaż lubię taki vintage.


Moje oczekiwania i cele życiowe pozostają niezmienione przez lata, bo kultywuję niezmiennie te same wartości. Rozwój duchowy. Nadal dziwię się światem i nie jestem pozbawiona entuzjazmu. Czy ja myślę o przemijaniu? Nie, bo zrodziła się we mnie nowa siła psychiczna, zawsze chyba była, nieuleganie presji społeczeństwa, w tym rodziny. Podam taki prosty przykład, koleżanki. Zawsze, a może często były ważniejsze niż rodzina. Córki mi nawet to wypominały kiedyś. Niech jeszcze i to. Ale do wieku  nie lubię się przyznawać😁

I takim sposobem,  w czwartek do południa opuszczam mojego Gospodarza - męża, który z niezadowoleniem zostaje sam i jeszcze musi mnie odwozić na stację PKP do Lubania Śląskiego- dworzec na sprzedaż. W Bolesławcu i Węglińcu dworce  imponująco wyremontowali, a ten biedny pewnie ma za mało pasażerów i dlatego na sprzedaż.


A ja jadę  do Wrocławia na spotkanie z koleżankami- blogerkami. 

Dziewczyny znam od początku prowadzenia bloga, czyli ponad 10 lat, ale dopiero w ostatnich latach tak bardziej zbliżyłyśmy się do siebie. Ograniczyłam  w sposób znaczący czytanie różnych blogów i skoncentrowałam się na kilku. To tak jak z koleżankami, jest ich dużo,  ale tylko parę przyjaciółek. Szkoda mojego cennego czasu, który jest niepowrotny.

Lubię być spontaniczna, oraz autentyczna. Mówi się, że to przeciwwaga rozumu. I dlatego nie zgromadziłam konta w banku, ale wrażenia. Ale dom z ogródkiem w lecie, to jednakowoż miła własność. Dla mojego Gospodarza, mieszkanie w bloku to więzienie, chociaż i tak większość czasu spędza w domu.




Byłam inicjatorką spotkania. Bardzo chciałam poznać Gosię z Gdańska. A przy okazji wystąpiła wartość dodana, czyli jej koleżanka Madzia, również blogerka o wielorakich zainteresowaniach. Wiedziałam również, że Gosia zna się z Dorotką z Wrocławia, którą ja miałam z kolei przyjemność poznać w marcu.

Podobno książę Henryk IV Prawy nie był taki prawy, jak go nazwano. Dużo się można dowiedzieć o nim z blogu  magdapiastowie.blogspot.com

Jadę łącznie prawie trzy godziny,  żeby pobyć we Wrocławiu kolejne cztery godziny, z koleżankami tylko 2.5 tak naprawdę, i potem znowu trzy godziny, w tym  2godz 20 min w pociągu. Pociąg osobowy jedzie  szybko, ale zatrzymuje się na każdej stacji, jak wcześniej wspominałam.  Ale co tam, opłacało się. Życzliwość,  którą siebie obdarzyłyśmy dała nam dużo radości,  a pewnie i zdrowia w przyszłości. Przed spotkaniem zajrzałam do  stacyjnego BWA, a tam czarne dziury i czarne słońca. Melancholia – solastalgia- utrata ukochanego pejzażu, jest  utrata kawałka siebie. I po cóż patrzeć w niebo, bo tam sekretnym językiem zapisana jest nasza przyszłość. Takie tytuły i rytuały wystaw. Można było popatrzeć w niebo i posłuchać muzyki wszechświata.

Polecam małą Palmiarnię, tam miłe panie zasugerują co obejrzeć, dadzą wody lub kawy, posiedzi się w zielonym klimatyzowanym miejscu.



Każda  z nas opowiedziała jakiś smak swojej codzienności. Dorotka o Japonii i swoim zachwycie drzewami wisterii, Magda o książętach piastowskich, których wiele śladów odnajdujemy na Dolnym Śląsku. Dlatego dostaliśmy Śląsk po wojnie. Gosia, najspokojniejsza, najłagodniejsza z nas wszystkich wspomniała o Wrocławiu, o sztuce Coetzee Czekając na barbarzyńców, którą widziały w Teatrze Współczesnym i o Berlinie, który nam cały czas towarzyszył w kawiarence, ja o Islandii oczywiście. Wszystkie wspominałyśmy szkołę, bo byłyśmy w klasie humanistycznej. W Cafe Stacja Dialogu spędziłyśmy swój dyskusyjny czas.  Chodziło o to, żebym ja miała blisko na pociąg. Dziewczyny potem poszły na spacer po Tumskim i kontynuowały refleksje.

I wiele innych tematów się pojawiało, które przegadałyśmy, słuchając siebie uważnie i uzupełniając wypowiedzi. Również na temat zmian w blogosferze, bo młodzi wracają do pisma obrazkowego w instagramie czy tik-toku. Wystąpiła rywalizacja Gdańska,  Krakowa i Wrocławia. Zwyciężyłby chyba Gdańsk. Ja jako reprezentantka prawie Małopolski, optowałam jednak za Gdańskiem. Piszę się na odwiedziny miasta, ale kiedy, to jeszcze nie wiem.

Tymczasem wróciłam na wieś. Pociągami zachwycałam się już w poprzednim poście, teraz tylko wspomnę że klimatyzacja tak działała, że aż było mi zimno i musiałam się przesiadać tam, gdzie nie wieje. Pasażerowie zachowują savoir- vivre komórkowy i nie rozmawiają  przez telefon. Ale też w ogóle nie rozmawiają ze sobą. Siedzą w słuchawkach w swoim wirtualnym świecie. Rozmowa towarzyska na żywo to jakby archaizm dla nich. Zastanawiałam się nad naszym spotkaniem. Dobrze, że nie ulegamy nerwowemu pośpiechowi i  uświadamiamy sobie znaczenie przyjaźni. To z pewnością przynosi pogłębienie psychiczne.  Dlatego lubimy podobne rzeczy, chociaż jesteśmy takie inne w sensie osobowości, dawnych czy obecnych zawodów.

Na wsi trzeba trochę popracować w ogrodzie, ale to sprzyja potem dobrym snom. Gdy tylko cokolwiek się zmęczę, to zaraz odpoczywam, a mam parę przyjemnych kącików do odpoczynku.

Trochę podrobiona fotka.



Dzisiaj niedziela, mamy jechać do Pałacu Brunów na obiad. Jest bardzo ciepło.

Czy chcielibyście spotkać swoich ulubionych blogerów w realu, czy może już spotkaliście? Proszę o refleksje.

Wieczorem.

Pobyt w Pałacu Brunów zwykle jest przyjemny, czuję się jak gość na weselu. Nie wiedząc czemu jesteśmy tam zawsze w sobotę lub w niedzielę, gdy zwykle są wesela. Pałac ma kilka budynków, to nie koliduje z imprezami, ale goście weselni odróżniają się strojem i wszędzie spacerują. Szczególnie wśród róż. Przy stoliku widać ogród różany w głębi.




 

 

 

 

 

 

piątek, 20 czerwca 2025

Tygodniowy express

Na ogół lubię pisać  długie autorefleksje z podróży,  kulturalnych spotkań czy dawnych wojaży. Gdy zaczynałam pisać bloga, mieszkałam za granicą i zapoznawałam się ze szczęśliwymi historiami kobiet, które rozpoczęły życie we Francji. Polki, to były głownie kobiety  dużo młodsze ode mnie, jak moje córki. Wtedy zaczęłam szukać blogerek w średnim wieku  wśród Angielek. One były takie radosne, aż wydawały mi się infantylne.  Ale dzięki nim, parę kobiet poznałam osobiście, zaczęłam sobie  poświęcać   uwagę i bawić się życiem. Więcej niż nam się wydaje, zależy od nas, od naszej odwagi urzeczywistnienia pragnień. Na poważnie i nostalgicznie też lubię pisać. Ale dzisiaj express z tygodnia, który sama chciałam zapamiętać i piszę. Zaczęło się jeszcze z  wnuczką Matyldą, a potem przyjechała córka, a ja mogłam wyruszyć w Polskę.

Czwartek 12 czerwca-miałyśmy z Matyldą prelekcję o Islandii w jej klasie. Chciałam, żeby dziecko również przeżyło chwilę swojej autorefleksji. Wspólnie opracowałyśmy pytania, właściwie Matyldzia je wymyśliła. Bardzo chciała powiedzieć, że najbardziej podobała jej się szkoła w Islandii. O tym, że wszyscy są przyjaźni i mili, cieszą się z cudzych sukcesów, gratulują, nie przezywają się, a na  długich przerwach bawią się na zewnątrz.  Są dwie lekcje po 40 min, a potem 30 min przerwy.  W konkursach szkolnych nie ma miejsc, tylko dyplom dla wszystkich za udział, w akademiach też wszyscy uczestniczą, mają scenariusz w rękach, nie muszą  się uczyć roli na pamięć, jeśli mają z tym problem. Dzieci uczą się gotować i piec, mają naukę stolarki.  Oprócz obiadów- za darmo- na przerwach też są przekąski  w postaci owoców i picie. Absolutny zakaz przynoszenia słodyczy.  Wnuczka akceptowała to bez protestów.



W pierwszych dniach po przyjeździe Matylda- klas II- słyszała, że dzieci wyzywają się od lesbów i gejów.  Pytają się wzajemnie na kogo głosowali rodzice. To nie do wiary, ale tak było. Ona przyszła do szkoły 3 czerwca.

Piątek 13 czerwca- Uczestniczyłam w pasjonującej konferencji -  Przy jednym stole-Kulinaria w historii, kulturze i literaturze.


Program konferencji mówi sam za siebie. Miałam swoje orgazmy związane z multi-kulti, historią i literaturą. Wszystko to, co najbardziej lubię, poświęcam swój czas i zawodową energię. Kolejna radość to wykładowcy na konferencji, a niektórzy z nich to moi  byli uczniowie. Krótkie, lecz pełne treści  nowoczesne prezentacje, często przedstawione w humorystyczny, nie pozbawiony refleksji sposób, były asumptem do wspaniałych rozmów w czasie dwóch przerw kawowych i dłuższej obiadowej.


Serwowane posiłki były również znakomite. Co za rozkosz intelektualna i żołądkowa.😁 Jedyny żal, to mała frekwencja. Sama również nie mogłam uczestniczyć w całości. Moim hitem była prezentacja Szalone przygody pewnej pasty- o wojnach humusowych i PRL-owskie nostalgie. Co by wam się spodobało?


Sobota  14 czerwca do południa. Dzień otwarty  w naszej  szkole językowej.  Raz na rok musimy się prezentować dla szerokiej publiki, żeby przyciągnąć  nowych klientów. Pokazujemy swoją ofertę w najbardziej atrakcyjny sposób. Przygotowaliśmy dużo atrakcji dla dzieci w wieku od 5 do 12 lat, bo w tym przedziale wiekowym mamy najwięcej uczniów. Bardzo wszystkim podobała się sensoplastyka, szczególnie wybuch wulkanu oraz matematyka dla smyka. Wprowadzamy nowe "języki obce" w szkole 😁
, chociaż mamy w ofercie matematykę typu korepetycje już od paru lat. Też opowiadałyśmy o Islandii . W native' s corner  dzieci chętnie bawiły się w seek and hide or what's  in the magic box oraz scrabble.

Nasz nowy zakup czyli monitor jest znakomita pomocą lekcyjną.  Bardzo chwaliłyśmy się w social mediach, a co💓 Od razu zapisało się kilkanaście osób. Trzeba też jakiś konkurs wymyśleć dla sąsiednich szkól podstawowych. 

Matylda z koleżanką.

Czy macie jakieś doświadczenia ze szkołami językowymi? 

Sobota wieczorem 14 czerwca. Zorganizowałam nocowankę Matyldy u koleżanki i miałam wychodne. Wieczór uświetniłam spotkaniem w gronie Towarzystwa Absolwentów mojego liceum z okazji 35-lecia istnienia tegoż. Zjazdy szkole są długą tradycją w mojej szkole i trwają już od 1958 roku. Najpierw organizowała jej szkoła, a później tę rolę przejęło Towarzystwo. Szkoła istnie od 1913 roku. Spotkania  szkolnego koleżeństwa zaliczam do najlepszych  imprez, gdzie szalejemy pod hasłem Do grającej szafy grosik włóż i   Let`s twist again like we did last summer.

w pewnym przedziale wiekowym, dziewczyny bawią się same👍

Często pisałam  posty o moich zjazdach. Zaczęłam chodzić, gdy przekroczyłam 40-tkę i zawsze bawiłam się fenomenalnie, bo  mam dobre wspomnienia ze szkoły. Budynek liceum i podstawówki widziałam z okna swojego mieszkania. Mnóstwo przyjaciół z różnych dekad życia. Szczere przyjacielskie rozmowy.


Mamy dużo wybitnych absolwentów, w tym powszechnie znany aktor  Mirosław Baka. Czasami się u nas pojawia.

Czy chodzicie na zjazdy szkolne lub klasowe?

15-17 czerwca z rodziną, wieczory z koleżankami, pakowanie na wyjazd do letniego domu Zamykanie mieszkania  na dłuższą  dwumiesięczną nieobecność.

18 czerwca  środa, 5.05 rano. Wyjazd na Dolny Śląsk.

Czy jeździcie ostatnio pociągami? Ja tak i bardzo sobie chwalę. Z Kielc do Wrocławia jadę 3 godziny Intercity. Koleje regionalne z mojego województwa są bardzo tanie dla wszystkich. Jadą długo, bo pociągi osobowe, acz bardzo nowoczesne, osiągają szybkość ponad 100 km na godzinę, wg tablicy świetlnej. Ludzie na ogół ze sobą nie rozmawiają. Ale ja zawsze trafiam na jakieś gaduły i podróż szybciej mija. Sama też zagaduję. Łatwo się zorientować, gdy ktoś nie ma ochoty kontynuować tematu, albo z przyjemnością go rozwija.                                           

We Wrocławiu lubię chwilę pochodzić, jadę do BWA schodami ruchomymi, z bagażem to ułatwia.  Jem  zwykle śniadanie w tym uroczym Bistro.


 Nie ma tu dużo ludzi jak w Mc Donaldzie czy Costa Coffee.  Wrocław to prawdziwa Stacja Dialogu, aczkolwiek  najczęściej słyszę tu obcy język. Wszędzie walizki jako symbol uchodźców, ludzi w podróży.


Potem biorę pociąg na Zgorzelec albo Lubań do Bolesławca. Tam przyjeżdża po mnie mój Gospodarz. I zaczyna się moje inne życie. Jestem otoczona historiami  pierwszych powojennych osadników i ich rodzin. Tym razem zaczęłam od pana Mieczysława, pszczelarza, z Bełczyny koło Wlenia. Przemiły gawędziarz uratował pszczoły od niechybnej śmierci z rąk mojego Gospodarza. Uwiły sobie ul na ścianie domu i zdążyły stworzyć pokaźny plaster.


Pan Mieczysław spędził u nas prawie 4 godziny, żeby zebrać pszczoły do swojego ula. Opowiadał o tym z miłością i wielką pasją, Również  o swoim  życiu, które nie było łatwe, bo  mama zmarła mu, gdy miał 8 lat. Ojciec ożenił się po raz drugi, a on błąkał się od ojca do babci albo wujka. Mama była galicyjską Bośniaczką.  A ta grupa ludzi i ich historia jest szczególnie  interesująca. Przybyli tam przed I wojną światową z polskich rejonów Austro- Węgier. Stąd  lokalny festiwal Pieczenica ku czci bałkańskich tradycji obchodzi się tak hucznie.  Jego ojciec pochodził z rzeszowszczyzny, gdzie żyli bardzo biednie.  Pan Mieczysław też  dosyć wcześnie owdowiał, ale jego dzieci były już wtedy dorosłe. Teraz oprócz swojej pasji, zajmuje się też swoim  niepełnosprawnym umysłowo wujkiem. Całe życie  ciężko pracuje. Nie umie inaczej. Podobnie postępują jego dzieci.


Jaśminowa droga do domu.

Czy macie jakieś koneksje z dawnym osadnikami na ziemiach odzyskanych?


 

 

 

wtorek, 10 czerwca 2025

Z Juliuszem Verne do wnętrza Ziemi na Islandii.

         Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy zaczęłam czytać książki Juliusza Verne`a, może już  w  czwartej-piątej klasie?  Jedno jest pewne, one zupełnie zagarnęły moje myśli, marzenia, wyobrażenia o świecie. Np. znajomość łaciny, czy greki  bardzo mi  zawsze imponowała. Uczyłam się kiedyś pilnie przez 6 lat,  nauczyciele zawsze wprowadzali coś z greki. Nie tylko panta rei.  W  wielu książkach  J. Verne odczytuje się tajemnicze napisy i zwykle  łacina oraz inne języki w tym pomagają, otwierają  magiczne  szyfry,  nieziemskie tajemnice i prowadzą do mistycznych czarodziejskich przygód.   Ten świat lektur dzieciństwa przenosiłam w swój realny świat. To może brzmieć infantylnie, ale rzeczywiście  tak się wydarzyło w moim życiu. Bawią mnie nadal  takie podróże, cieszę się, że z wnuczką. 


Pewnie nie zwiedziłam świata w 80 dni,  znacznie dłużej, ale  zachowywałam się jak bohater Philaes Fogg. W Indiach jeździliśmy pociągami III klasy, a tam podróż trwała długimi godzinami.  Czasami balonem . Zawsze  z ciekawością nawiązywałam kontakty z lokalną ludnością. Chciałam im towarzyszyć w zwykłych domowych chwilach, poznawać normalne życie. Jak dzieci kapitana Granta, czy 15-letni kapitan. Jak bohaterowie Tajemniczej wyspy. Radziłam sobie sama, bo nie jeździłam na wycieczki zorganizowane. Często pracowałam czasowo za granicą.   Z Kimem, moim obecnym Gospodarzem to  2000 mil podwodnej  żeglugi jak z kapitanem Nemo.  Za pomocą ROV widziałam podwodny świat. Fascynowałam się również książką   Michał Strogow -kurier carski i pięknym serialem z lat 80. Potem Białą gwardię Bulhakowa czytałam kilka razy. A w ostatnich latach Ferdynanda Ossendowskiego.

Ale wróćmy na Islandię Czy umiemy przetłumaczyć taki tekst?

In Sneffels Yoculis craterem kem delibat umbra Scartaris Julii intra calendas descende, audas viator, et terrestre centrum, attinges. Kod feci. Arne Saknussemm.




W podobny sposób i ja wspólnie z profesorem Lidenbrockiem i Axelem zaczęłam zwiedzać Półwysep Snafellsness. Jest on kwintesencją Islandii, nieziemsko piękny, kryjący lodowe tajemnice, opisane również przez Halldora Laxnessa w powieści Duszpasterstwo na lodowcu.

W tle lodowiec i góra Stapi oraz historyczny dom duńskiego prefekta z  XVIII wieku.
 

 Poczytajmy Juliusza Verne:

"Posuwaj się tu za mną, ku zachodnim wybrzeżom Islandyi. Czy widzisz stolicę jej Rejkjawik? Tak. Dobrze. Uważaj teraz na liczne fjördy nadbrzeżne, i za śladem ich postępując zatrzymaj się nieco pod sześćdziesiątym piątym stopniem szerokości. Cóż tam widzisz?







.

  Na zdjęciach powyżej- pola lawy sprzed prawie 2 tysięcy lat i  powulkaniczne okienko klifowe- ulubione miejsce dla zakochanych, gdzie robią sobie zdjęcie. Nazywa się Eystrigja. Córka chciała przejść po tej kładce, ale nie pozwoliłam.

Klify koło miasteczka Arnarstapi. Siedziba ptactwa- największa na Islandii.

-Coś na kształt półwyspu, podobnego do kości, jakby wypukłością jakąś zakończonej.
— Porównanie zrobiłeś wyborne, mój chłopcze; teraz, czy nie dostrzegasz nic na tej wypukłości?
— Owszem, widzę górę, wchodzącą w morze.
— Otóż to jest góra Sneffels.
— Sneffels?
— Ona sama, — góra wysoka na pięć tysięcy stóp jedna z największych na całej wyspie, a zapewnie najsławniejsza na całym świecie, jeśli prawda, że jej krater dotyka do środka ziemi.
— Ależ to bajka do prawdy niepodobna — zawołałem wzruszając ramionami.
— Bajka! — zapytał profesor Lidenbrock surowo. — A dla czegóż bajka?
— Dla tego, że krater musi być zawalony skałami rozpalonemi i lawą, a przeto...
— A jeśli to jest krater wygasły.
— Wygasły?



— Tak. Wulkanów czynnych na powierzchni całej kuli ziemskiej, niema obecnie więcej nad trzysta, a więcej ich daleko jest wygasłych. Sneffels właśnie do tych ostatnich należy i od czasów niepamiętnych, jeden zaledwie był na nich wybuch w 1219 roku. Od tej pory wulkan ucichł zupełnie i nie można go bynajmniej zaliczać do czynnych.
Na tak stanowcze twierdzenia, nie miałem co odpowiedzieć; zwróciłem się przeto do innych, niezrozumiałych dla mnie punktów dokumentu.
— Cóż znaczy wyraz Scartaris, — zapytałem — i co tam mają do czynienia owe Julii calendas?
Profesor myślał przez chwilę, lecz zaraz odpowiedział:
— To co się tobie zdaje niezrozumiałem, dla mnie jest bardzo jasne i wyraźne. Góra Sneffels ma na sobie kilka kraterów; trzebaż więc było wskazać ten z pomiędzy nich, który prowadzi do środka. Uczony Islandczyk zauważył, że za zbliżeniem się kalendy lipcowej, to jest w ostatnich dniach czerwca, jeden z wierzchołków góry, Scartaris, rzucał cień na sam otwór krateru  i fakt ten zaznaczył w tym dokumencie. Nie mógł zdaje się dokładniejszej wynaleźć wskazówki i ta bez wątpienia bardzo nam dobrze posłuży, za przybyciem na wierzchołki góry Sneffels."

Wulkan na lodowcu i geologiczne  ślady po jego wybuchu przed prawie 2 tysiącami lat.


 Do lodowca Snafellsjokull, gdzie znajduje się wulkan Snafells dojeżdżałyśmy z kilku stron. Nie planowałyśmy  bliskiego kontaktu, bo  prowadziła tam niebezpieczna szrutowa droga.  Jaskinię Vatnashellir- wejście do środka Ziemi też opuściłyśmy, bo z dzieckiem nie można zobaczyć wszystkiego. Islandzkie szlaki są  dzikie i zupełnie niezabezpieczone, czasami tylko sznurek oddziela od przepaści. Ja nawet nie podchodzę i wiele razy kłóciłyśmy się z córką, gdy ona nas wiozła na koniec świata😈
Lodowiec był też bohaterem książki  jedynego islandzkiego noblisty Halldora Laxnessa- Duszpasterstwo na lodowcu. To absolutna magia i niezwykłość. Wiara w siłę poezji i fantazji. Nie mogłam się oderwać od tej książki, ale dopiero po pierwszym pobycie w Islandii, gdy poczułam magię tej wyspy.
Kościółek  Budarkirkja jest najpiękniejszą świątynią w całej Islandii. Jego minimalistyczna bryła wspaniale kontrastuje z niebem i widocznym w oddali szczytem gór. Wydaje się, że spadł z nieba. Poniżej zdjęcie zrobione przez córkę w zimie. A dalej nasze fotki z  30 maja.



Słońce tego dnia świeciło bardzo mocno i  znacząco upiększyło nam ten dzień. Ale było wietrznie i chłodno, stąd nasze ubrania. Czasami , gdzieś w zaciszu można było zdjąć te zimowe szaty.
Objechałyśmy cały Półwysep na około zatrzymując się co parę kilometrów. Niemy podziw ogarniał mnie widząc te  nieskończonej piękności cuda natury, stojące tak od tysiącleci, chłostane wiatrem i deszczem, ściskane mrozem Wyobrażam sobie, co się dzieje w zimie na takim wąskim półwyspie. Fale zalewają go chyba z obydwu stron. Dominika była, doświadczyła, też z trudem wychodziła  z ciepłego  samochodu.
Kościół był zbudowany w 1703 roku. Niestety później został zniszczony, a lokalna parafia została zlikwidowana w 1816. Ale jedna z parafianek postawiła  sobie za cel obudowę kościoła i parafii. W 1848 roku  sam król duński udzielił jej na to pozwolenia. Kościół posiada dzwon z 1672 roku, kołatkę z 1703 oraz świeczniki z XVIII wieku. Jest obiektem zabytkowym i należy do Muzeum Narodowego Islandii.
Czuło się tam  surrealistyczną magię książki Halldora Laxnessa, jakbym widziała pastora Prymusa i młodego delegata biskupa zajadającego Prince Polo.😀 Akcja powieści rozgrywała się w latach 50., gdy batoniki z Olzy zdobyły już islandzkie rynki i były uważane za niezwykły smakołyk i jest do dzisiaj.
A zaraz dalej góra Kirkjufell, która udaje kościół, uważana za najpiękniejszą górę na wyspie, tylko 496m  i olśniewające chociaż niewysokie wodospady, po prostu Kirkjufellfoss , a w oddali Helgrindur, jeden z najmniejszych wulkanów na Islandii, który wybuchł dawno temu, a lawa bazaltowa  dekoruje wyspę.



Rozlewisko z wodospadu i  fiord Grundarfjordur. W cieniu było zimno.

Bazaltowe skały Londranger jako pozostałość po zniszczonym przez ocean kraterze wulkanu i plaża wulkaniczna.

Widziałyśmy jeszcze foki, razem z całą gromadą turystów. Pojawiły się na chwilę .Foka Na zdjęciu taka ładna, wystylizowana dziewczyna o azjatyckiej urodzie. Dużo instagramowych  turystek w Islandii i też często  widzimy sesje fotograficzne. Wtedy dziewczyny zmieniają stroje i można zaobserwować pracę modelki i fotografa.


Łubiny się rozszalały tym razem, zarosły cała wyspę. Dodają koloru  szarym pagórkom i łączą się z niebem.
Góry jak usypane piramidy.

To była jedna z piękniejszych wycieczek po wyspie. Ta sprzyjająca pogoda  bardzo mnie  wtedy rozmarzyła. 

Gdy teraz myślę, to  tylko wiersz Calderona de la Barca  przychodzi mi na myśl, Czym jest życie? Szaleństwem, iluzji tłem.. Znałam to po hiszpańsku, już mi się nie chce szukać.
Była to również moja Czarodziejska góra, najlepsze sanatorium w życiu. tyle czystej wody i powietrza wokół.
 
Czy macie w głowie książki, które wpłynęły w jakiś sposób na wasze życie?  I co się wydarzyło?

środa, 4 czerwca 2025

Jakie są emigracyjne doświadczenia dzieci?

 Pożegnanie Matyldy z islandzką szkołą  było smutniejsze dla mnie niż dla niej.  Ona nie zastanawiała się nad faktem, że mama  podjęła decyzję powrotu do kraju prawie na 99%. Ja byłam i jestem tego bardziej świadoma i myśl o opuszczeniu tego gościnnego, niezwykłego, aczkolwiek odległego kraju napawa mnie ogromnym żalem. Dziecko jest tu takie szczęśliwe, radosne, zdrowe i pełne entuzjazmu na wszystko co się dzieje w tej małej szkółce Laugaland.takk To tak, jak w niektórych naszych małych wiejskich szkółkach, które obecnie często przytulniejsze niż miejskie dawne molochy.



Matylda jest wzorcowym przykładem na to, że dziecko do 12.roku życia przebywając w naturalnych warunkach, może nauczyć się drugiego języka i trzeciego i mówić nimi jak ojczystymi. Takk

Języki islandzki, należący do grupy północnogermańskiej z powodu znacznego oddalenia od rodziny języków germańskich,  zachował najstarsze formy staronordyjskie. Z powodu izolacji i bardzo małej liczby ludności  nie uległ dużym wpływom łaciny czyli językom romańskim. Chociaż chrześcijaństwo przyjął już w X wieku. Islandczycy mogą czytać swoje sagi z X wieku.

Wyrazy są długie, łączone  spółgłoskami, mówione z przydechem i trudno zapamiętać ich  pisownię, żeby nauczyć się wymawiać, jak przysłowiowa już nazwa wulkanu Eyjafiallajokull. Język ma odmianę deklinacyjną i koniugacyjną. 

W ubiegłym roku Matylda chodziła do szkoły  w miejscowości Hella i tylko dwa miesiące, bo przyjechała do Islandii w kwietniu. Tamta szkoła miała inne zasady  nauczania. Dziecko dostało tablet i dużo było tłumaczone na polski lub angielski. W szkole uczyło się ok 100 dzieci, w tym ponad 20 Polaków i 12 innych narodowości. Ale bardzo szybko wyuczyła się poleceń islandzkich, wielu wyrazów, dużo rozumiała, ale nie umiała mówić. Natomiast  po angielsku mówiła  wymową skandynawską. Ale to fajnie brzmiało w jej ustach. Z koleżankami z Helli spotyka się do dziś, szczególnie z Ragnheidur.

Szkoła Laugaland uczyła swojego języka w totalnym  zanurzeniu.


Nie mówiono po angielsku, po polsku tylko na spotkaniach z mamą, w obecności tłumacza,  gdy wyjaśniano rodzicielce, jakie zasady obowiązują w szkole i jakie  zauważają postępy  u dziecka. Nie było tam  „świeżych” dzieci polskich, tylko mieszkające tam od dawna. Podobnie z  innymi obcokrajowcami. Matylda  w pełni uczestniczyła  w całym procesie edukacyjnym.  Mają tam ciekawe zasady łączenia w grupy dzieci  z różnych roczników  podczas gier i zabaw, nazywają to „ stacje”. W szkolnych przedstawieniach występują wszystkie dzieci bez wyjątku. Nie muszą się uczyć roli na pamięć, każdy może mieć  cały scenariusz przed sobą. 


Nie wyróżniają dzieci miejscami w konkursach ani stopniami. Jedynie dyplomami udziału.  Po każdym przedstawieniu są spotkania z rodzicami i obowiązkowy poczęstunek- kawa, ciastka,  napoje i lody.

Dzieci mają szczęśliwe radosne dzieciństwo. Nie stroją się, smartfony są mocno ograniczone. Na urodziny dostają symboliczne prezenty.  Główna rozrywka to basen i szkoła.  Śpiewają, tańczą, a hity z eurowizji znają na pamięć. Takk

Zajęcia są w blokach dwugodzinnych, a potem pół godziny przerwy i obowiązkowo na powietrzu bez względu na pogodę. Bardzo dużo zajęć praktycznych, ekologia,  gotowanie, pieczenie,  szycie, stolarka, projektowanie i oczywiście informatyka. Dzieci często biorą udział w konkursach sportowych. Nawet ja się załapałam w moim ulubionym Selfoss na turnieju regionalnym😀 Bardzo było wtedy ciepło. Heatwave w Islandii😀



Szkoły są 10- letnie.  Z powodu rzadkiego zaludnienia  są małe, 50-100 uczniów.  Klasy są czasami łączone. Każda szkoła ma swój basen, który czasami służy też mieszkańcom. Po basenie obowiązkowo lody i kawa😀  Można też coś poczytać. Kaczor Donald u nich ma na imię Andres.


Dzieci do szkoły dowożone są busami, nawet blisko godzinę w jedną stronę. Podczas jazdy busem nie wolno używać telefonów, ani jeść. Młodsze dzieci nie noszą telefonów w ogóle.

 I takim sposobem, już konkludując, Matylda nauczyła się języka islandzkiego i nabrała pewności w używaniu języka angielskiego w odniesieniu do wspólnych zabaw z koleżankami i komunikacji na swoim poziomie wiekowym. Na zakończenie roku dzieci dostają zaświadczenia, że uczęszczały do szkoły oraz komplet różnych prac plastycznych wspólnie wykonywanych, zdjęcia, dyplomy. Nie ma pompatycznego zakończenia roku. Dzieci są najważniejsze.


A ja wiem niestety, że jak szybko się nauczyła, tak szybko zapomni, jeśli  nauka nie będzie kontynuowana. Angielskiego będziemy używać, ale islandzki? Jeśli rodzicielka wróci we wrześniu…. I dlatego bardzo mi szkoda opuszczać Islandię.

Zaczęłyśmy ichniejsze wakacje wyjazdem na zachwycający półwysep Snafellsness, opisywany kiedyś w powieści  J. Verne`go  Podróż do wnętrza Ziemi.  Nasz podróż też była niezwykła, o czym następnym razem.

Czy znacie doświadczenia dzieci, powracających z emigracji rodziców? Czy cieszą się z powrotu do Polski, czy wolą swoje poprzednie ojczyzny? Z jakimi problemami się spotykają? Chociaż Matylda  nie była długo za granicą, ale dla mnie to jak mała Islandka, tak świetnie dopasowała się do dzieci w pierwszej i drugiej szkole.