Zawsze miałam wakacje. Myślę, że to najprzyjemniejszy aspekt zawodu nauczycielskiego. W naszym biurze prezentuje się taka zawieszka po angielsku z pytaniem what do you like about your job? July and August.. Poniżej ekologiczna fotka i pamiątka starej kanki i konewki.
A od wielu
lat właściwie miałam wakacje, kiedy tylko przyszła mi na to ochota, praca na
swoim daje takie możliwości. Odbiły się te zachcianki w państwowej emeryturze.
Ale przecież nadal pracuję. Życie to
ciągłe wakacje, może być nudne.
Dużo ludzi w związku z wiekiem robi różne podsumowania. Mnie też takie myśli przychodzą do głowy i właściwie mam to, czego chciałam. Ale to były marzenia w młodości, pod hasłem Wszystko czego dziś chcę. Chyba się jednak nie starzeję, i u mnie czas nie płynie. Chociaż lubię taki vintage.
Moje oczekiwania i cele życiowe pozostają niezmienione przez lata, bo kultywuję niezmiennie te same wartości. Rozwój duchowy. Nadal dziwię się światem i nie jestem pozbawiona entuzjazmu. Czy ja myślę o przemijaniu? Nie, bo zrodziła się we mnie nowa siła psychiczna, zawsze chyba była, nieuleganie presji społeczeństwa, w tym rodziny. Podam taki prosty przykład, koleżanki. Zawsze, a może często były ważniejsze niż rodzina. Córki mi nawet to wypominały kiedyś. Niech jeszcze i to. Ale do wieku nie lubię się przyznawać😁
I takim sposobem, w czwartek do południa opuszczam mojego Gospodarza - męża, który z niezadowoleniem zostaje sam i jeszcze musi mnie odwozić na stację PKP do Lubania Śląskiego- dworzec na sprzedaż. W Bolesławcu i Węglińcu dworce imponująco wyremontowali, a ten biedny pewnie ma za mało pasażerów i dlatego na sprzedaż.
A ja jadę do Wrocławia na spotkanie z koleżankami- blogerkami.
Dziewczyny znam od początku prowadzenia bloga, czyli ponad 10 lat, ale dopiero w ostatnich latach tak bardziej zbliżyłyśmy się do siebie. Ograniczyłam w sposób znaczący czytanie różnych blogów i skoncentrowałam się na kilku. To tak jak z koleżankami, jest ich dużo, ale tylko parę przyjaciółek. Szkoda mojego cennego czasu, który jest niepowrotny.
Lubię być spontaniczna, oraz autentyczna. Mówi się, że to przeciwwaga rozumu. I dlatego nie zgromadziłam konta w banku, ale wrażenia. Ale dom z ogródkiem w lecie, to jednakowoż miła własność. Dla mojego Gospodarza, mieszkanie w bloku to więzienie, chociaż i tak większość czasu spędza w domu.

Byłam inicjatorką spotkania. Bardzo chciałam poznać Gosię z Gdańska. A przy okazji wystąpiła wartość dodana, czyli jej koleżanka Madzia, również blogerka o wielorakich zainteresowaniach. Wiedziałam również, że Gosia zna się z Dorotką z Wrocławia, którą ja miałam z kolei przyjemność poznać w marcu.
Podobno książę Henryk IV Prawy nie był taki prawy, jak go nazwano. Dużo się można dowiedzieć o nim z blogu magdapiastowie.blogspot.com
Jadę łącznie prawie trzy godziny, żeby pobyć we Wrocławiu kolejne cztery godziny, z koleżankami tylko 2.5 tak naprawdę, i potem znowu trzy godziny, w tym 2godz 20 min w pociągu. Pociąg osobowy jedzie szybko, ale zatrzymuje się na każdej stacji, jak wcześniej wspominałam. Ale co tam, opłacało się. Życzliwość, którą siebie obdarzyłyśmy dała nam dużo radości, a pewnie i zdrowia w przyszłości. Przed spotkaniem zajrzałam do stacyjnego BWA, a tam czarne dziury i czarne słońca. Melancholia – solastalgia- utrata ukochanego pejzażu, jest utrata kawałka siebie. I po cóż patrzeć w niebo, bo tam sekretnym językiem zapisana jest nasza przyszłość. Takie tytuły i rytuały wystaw. Można było popatrzeć w niebo i posłuchać muzyki wszechświata.
Polecam małą Palmiarnię, tam miłe panie zasugerują co obejrzeć, dadzą wody lub kawy, posiedzi się w zielonym klimatyzowanym miejscu.

Każda z nas opowiedziała jakiś smak swojej
codzienności. Dorotka o Japonii i swoim zachwycie drzewami wisterii, Magda o
książętach piastowskich, których wiele śladów odnajdujemy na Dolnym Śląsku.
Dlatego dostaliśmy Śląsk po wojnie. Gosia, najspokojniejsza, najłagodniejsza z
nas wszystkich wspomniała o Wrocławiu, o sztuce Coetzee Czekając na
barbarzyńców, którą widziały w Teatrze Współczesnym i o Berlinie, który nam
cały czas towarzyszył w kawiarence, ja o Islandii oczywiście. Wszystkie wspominałyśmy
szkołę, bo byłyśmy w klasie humanistycznej. W Cafe Stacja Dialogu spędziłyśmy swój dyskusyjny czas. Chodziło o to, żebym ja miała blisko na pociąg. Dziewczyny potem poszły na spacer po Tumskim i kontynuowały refleksje.
Tymczasem wróciłam na wieś. Pociągami zachwycałam się już w poprzednim poście, teraz tylko wspomnę że klimatyzacja tak działała, że aż było mi zimno i musiałam się przesiadać tam, gdzie nie wieje. Pasażerowie zachowują savoir- vivre komórkowy i nie rozmawiają przez telefon. Ale też w ogóle nie rozmawiają ze sobą. Siedzą w słuchawkach w swoim wirtualnym świecie. Rozmowa towarzyska na żywo to jakby archaizm dla nich. Zastanawiałam się nad naszym spotkaniem. Dobrze, że nie ulegamy nerwowemu pośpiechowi i uświadamiamy sobie znaczenie przyjaźni. To z pewnością przynosi pogłębienie psychiczne. Dlatego lubimy podobne rzeczy, chociaż jesteśmy takie inne w sensie osobowości, dawnych czy obecnych zawodów.
Na wsi trzeba trochę popracować w ogrodzie, ale to sprzyja potem dobrym snom. Gdy tylko cokolwiek się zmęczę, to zaraz odpoczywam, a mam parę przyjemnych kącików do odpoczynku.
![]() |
| Trochę podrobiona fotka. |

Dzisiaj niedziela, mamy jechać do Pałacu Brunów na obiad. Jest bardzo ciepło.
Czy chcielibyście spotkać swoich ulubionych blogerów w realu, czy może już spotkaliście? Proszę o refleksje.
Wieczorem.
Pobyt w Pałacu Brunów zwykle jest przyjemny, czuję się jak gość na weselu. Nie wiedząc czemu jesteśmy tam zawsze w sobotę lub w niedzielę, gdy zwykle są wesela. Pałac ma kilka budynków, to nie koliduje z imprezami, ale goście weselni odróżniają się strojem i wszędzie spacerują. Szczególnie wśród róż. Przy stoliku widać ogród różany w głębi.
























































