Moja lista blogów

czwartek, 23 stycznia 2025

Czy ja tęsknię za Islandią?

Wszyscy się pytają, ale dlaczego ta Islandia tak bardzo mi  się podoba.  Zimna, samotna wietrzna skała na Atlantyku. Dla wielu nieprzyjazny szary kraj, bez zieleni, kwiatów, bez miast gdzie romantyczne zaułki i zabytki. A co takiego tam czaruje i przyciąga?  Ludzie mówią, że  groźna nieujarzmiona przyroda,

Lodowcowy wulkan w oddali.

rozszalały Atlantyk, rozległe nieziemskie pejzaże, osobliwe ukształtowanie terenu, wodospady, gejzery, ciepłe źródła, lodowce, malownicze małe miasteczka z jeszcze mniejszymi luterańskimi kościółkami na wzgórzach.  Islandia jest odmienna niż jakiekolwiek miejsce na ziemi.

Parę kilometrów za Hvolswollur w stronę wodospadów Skogafoss.

 Będąc w Islandii,  odwoziłam dziecko do szkoły i miałam 7 godzin czasu na zwiedzanie okolicy. Szkoda wracać do domu prawie 40 km, i potem znowu przyjeżdżać. Lepiej te same kilometry przeznaczyć na małe wycieczki.

Woda nie zamarza, jest ciepła, gdy większy mróz, unoszą się opary
.

Gdy siedziałam przy kawie, rogaliku albo lunchu na stacjach benzynowych małych miasteczek, wtedy zawsze z ciekawością  obserwowałam rozległe  widoki za oknem i wszystkich ludzi dookoła.


 Patrzyłam na ich  stroje, posiłki, samochody, czasami ogromne jeepy😍



Posiłki w barach są niewyszukane, w stylu amerykańskim, woda za darmo, kawę można dolewać, albo kelnerka chodzi i dolewa.  Kalka z taśmy filmowej się uruchamia😀 Stroje typu casual, no make-up, włosy w kitkę.

Nie ma opłat za parkingi w miasteczkach, ale zawsze są w trasie przy atrakcjach turystycznych. Podsłuchiwałam rozmowy w różnych językach i zgadywałam narodowość. Sama nawiązywałam small talks,  turyści z przyjemnością opowiadali o islandzkich wrażeniach. Zawsze wchodzili zmarznięci do środka😀. Dużo osób pracowało też przy laptopach i ci byli sami, inni ze smakiem zajadali  swoje dania, ale zazwyczaj  parami lub w większej rodzinnej czy przyjacielskiej  grupie. To jakby niezobowiązujący klimat amerykańskiej odległej prowincji. Nawet siedzenia typu wagonowego się zdarzały.

Wszyscy się zamyślali nad pytaniem,  dlaczego  Islandia latem i zimą jest nadzwyczajna.   A ja chętnie uczestniczyłam w  radości turystów, którzy na parkingach wypełniali spokojne bary, zazwyczaj jechali dalej na lodowce. Pewna dawka  mojego różnorodnego doświadczenia sprawiała, że zdarzało mi się wyobrażać osoby w różnych epokach.  Historycznych, filmowych i literackich. Wyobraźnia  szybowała od westernów, opowieści o polarnych odkrywcach,

My też mamy polarne czapki.

poprzez książki Haldora Laxnessa i sagi wikingowe. 
Oprócz Laxnessa mamy paru innych autorów.

 I cały czas towarzyszyło mi przekonanie, że ta chwila refleksji zasługuje na opisanie. Miałam czas, nigdzie się nie śpieszyłam. Nie jestem turystką, która tu przyjechała na tydzień i w pośpiechu zalicza gejzery, ciepłe źródła, wodospady, lodowiec i wygasłe wulkany.  Studiuję lokalne materiały reklamowe, zakreślam wydarzenia. Czytanie Sagi o Njalu. To  jakby rodem z Szekspira. Ja nie czytałam😃, słuchałam.


Dwa  miesiące w  południowej Islandii. Latem i zimą.  Ale kontrast, szczególnie w obecności słońca na niebie😊. Najczęściej odwiedzam miasteczka o  takich wdzięcznych nazwach jak Hella,  Hvolsvollur, Selfoss, Hveregardi.  Miasta są na drodze z naszej farmy do Reykjaviku, jedzie się drogą zwaną RingRoad Route number 1.


Tu tzw. 😃off-road

Stacje benzynowe w różnych miejscach, lub bary, przywodzą na pamięć dawne zajazdy dla koni, znane z westernów. Ponieważ tu nie ma miast, ani wsi, tylko wolne przestrzenie, to takie mam skojarzenia.



Do obliczania na złotówki trzeba pomnożyć razy trzy i odjąć dwa zera.

Do baru  przy stacji wchodzą wysocy, mocno zbudowani mężczyźni o wikingowej groźnej urodzie. Mają  często długie jasne włosy, piegowatą skórę, ciepłe, sportowe ubrania, odzywają się  w swoim dzikim niezrozumiałym języku. Na stacji  też są sklepy, piekarnie, apteki.  Lubię tam przeglądać pamiątki. Gdy przypadkiem staną mi na drodze ci wysocy, jakby z filmu wyjęci goście, to uprzejmie przepraszają i pytają w czym pomóc. Są jakby nieśmiali, trochę niezgrabni, ale w oczach mają łagodność. 
 
Nasz ulubiony Wiking, sąsiad i kolega z pracy córki. Bardzo życzliwy i pomocny. Natomiast
 Eva. to jakby  nasza krajanka, bo z czeskiej Ostravy. Matyldzia wspaniale się komunikuje z dziećmi pary w mieszance polsko-czeskiej i angielsko-islandzkiej💓
W święta przyjechali do nas traktorem z pługiem, tak zawiało.
                                                               Dzieci szalały na śniegu.

Recytowane sagi w restauracji nomen omen Valhalla to natomiast przypomnienie filmów typu Ludzie z północy: Saga wikingów czy Valhalla: Mroczny wojownik. I taką  klamrą czasu spinają się moje myśli, bo przecież Islandczycy z drogi mówią tym samym językiem, co dawni wikingowie, a ta ziemia zupełnie niedaleko stacji benzynowej, gdzie siedzę, również nie zmieniła się od setek lat. Jest  rozległym terenem lawowym, pełnym czarnych skał, kamieni, porośniętym mchem i szarą trawą. 




Baśniowość scenerii  nakłania i wabi  do przejażdżek przed siebie, wśród tych niezamieszkałych, ciągnących się kilometrami  wymarłych  przestrzeni. Przy otwarciu drzwi trzeba bardzo uważać, bo wiatr dmie z ogromną siłą.  Pola rozdzielane są strumykami, rozległymi rzekami, które w historii  przedostały się z lodowców i utworzyły  tę nieziemską panoramę. Życia przydają koniki i owce w lecie.

Jeździłyśmy tu na sankach z górki i koniki do nas podeszły.


Zdjęcie z początku grudnia, śnieg pojawił znienacka i wszystko zawiało.


Zdjęcia z lata. Owieczki łagodnie sobie spacerują, gdzie chcą. Jest ich w kraju ok. 800 tysięcy.

W przeciwieństwie do tego
 prawie katastroficznego pejzażu, mam słodkie dziecko koło siebie, nieświadome jeszcze dramatyzmu życia. Biegamy  teraz po śniegu, robimy aniołka, bałwanka.  Głęboki oddech, spojrzenie w górę zatrzymuje napływającą łzę. W oddali niemi świadkowie tworzenia świata na tej  osobliwej skalistej wyspie. Wygasłe wulkany.
Matylda też zadziwia się, tutaj śniegiem👍

Droga do domu, w głębi koniki.

Hella- to  dawna nazwa jaskini dla irlandzkich mnichów, która znajduje się na wjeździe do tego małego  tysięcznego miasteczko nad  rzeką Ytri-Ranga. Powstało w latach 20. od jednego  małego sklepiku. Wspaniale rozwinęło się po wojnie, gdy ludzie z Reykjaviku przyjeżdżali tutaj na taneczne imprezy. Blisko stąd na Heklę, niebezpieczny wulkan, który wybucha parę razy na 100 lat.


Hekla w głębi.

Wnuczka w  Helli chodziła do szkoły i  nadal się przyjaźni z paroma dziewczynkami. W obecnej szkole w Laugaland ma szkolny autobus i nie musimy jej zawozić.

Hvolsvollur-  czyli Pole na wzgórzu, miasteczko również  z tysiącem mieszkańców, turystyczne centrum usługowe na trasie do Vik, dokąd jeszcze następne 80 km.  Tam lubię chodzić na plac z pomnikiem- reprodukcją spod  nowojorskiego hotelu Waldorff Astoria Spirit of Achievement, rzeźby islandzkiej artystki  Niny Samundsson pochodzącej z Hvolsvollur. Warto zajrzeć  do dużego pamiątkarskiego sklepu, popatrzeć na  artystyczne towary typu  handmade, i koniecznie do restauracji Valhalla, gdzie można posłuchać historycznej Sagi o Njalu i  wtedy ten dziki język brzmi  czasami łagodniej, a innym razem pełen trwogi i mocy. A już zupełną trwogę i przerażenie można doświadczyć w muzeum Lava,



na wystawie poświęconej wybuchom wulkanów, trzęsieniom ziemi  i geologicznej historii Islandii.
Sklep pamiątkarski w muzeum Lava. Jest jeszcze jeden w dawnym amerykańskim baraku.


Tu wulkan wybuchł mi nad głową i do tego trzęsienie ziemi😱

Wszystkie miasteczka mają geotermalny system grzewczy. Wszędzie wewnątrz jest cieplutko i przyjemnie. Miasta nie są zbudowane na planie niemieckim, nie ma placyków, ratusza, kościoła, ulic promieniście od rynku. Tu bardziej po amerykańsku, jedna główna ulica z saloonem, czyli stacją benzynową, dużym sklepem, barami, urzędami. Pozostałe budowle miejskie rozłożone w pewnym oddaleniu. Ludzie są pomocni i bardzo przyjacielscy. Chociaż podobno mają dosyć obcokrajowców zanieczyszczających  ten kraj.

Tak to widzę  i jeszcze o tym później, bo nie mogę rozstać się z Islandią.




Jeśli się dziwicie, co ja po tych stacjach tak przesiaduję? To odpowiem, że to forma zwiedzania, bo tam wszędzie pole i do tego lawowe, albo lodowiec, niedostępne góry, czy pozostałości po trzęsieniach ziemi czyli  ogromne różnice wysokości i wodospady, a po wulkanach źródła termalne. Taki kraj.

A jeżeli jest stacja, to też małe miasteczko.💔Można z kimś pogadać. Też i po polsku, gdzie Polacy masowo pracują w przemyśle turystycznym i usługowym.


poniedziałek, 13 stycznia 2025

Czy stać nas na kulturę? A może do Stodoły?

          Ludzie w moim mieście często mówią, że nie ma tu co robić, rozpatrujące kulturę sensu stricte i rozrywkę zarówno. Narzekają,  że to miasto dla emerytów i nic się nie dzieje. Liczebność studentów UTW przewyższa chyba studentów ANSG, naszej lokalnej uczelni, istniejącej już od 1997 roku.

Pracy nie ma, i nie będzie,  znaczy nie dla wszystkich, to zgoda, bo córka w Islandii, i wiele innych dzieci moich znajomych za granicą. Ale dzisiaj nie o tym.

 Weźmy pod uwagę BWA – czyli galerie miejskie organizujące życie artystyczne, upowszechniające i popularyzujące  współczesne sztuki plastyczne. Czy wiecie , że zostały założone w Polsce już w  1949 roku? To jasne, że Ars longa vita brevis  /sztuka długa, życie krótkie- sentencja Hipokratesa/.  Zaczęło się od  warszawskiej Zachęty, wiadomo.  Nasze ostrowieckie Biuro powstało już w latach 90. Przez wszystkie dekady działa wzorowo wg mojej skromnej obserwacji. A ostatnie lata to niezwykła przestrzeń sztuki nowoczesnej.

Punkt informacyjny naszego Browaru Kultury. Wnuczki w zeszłym roku, gdy były jeszcze we dwie zawsze.

Matyldzia ze stworami świata podwodnego.

 Nasz cały Ostrowiecki Browar Kultury, bo tam znajduje się  min. BWA to prawdziwa bomba, tyle tu się dzieje. Ja najbardziej lubię biblioteki. Nie jest moim zamiarem post pochwalny na rzecz mojego miasta, ale  takie  luźne  ogólne  refleksje na temat  możliwości udziału w ogólnie pojętej kulturze, o czym rozmawiałam ostatnio ze znajomymi.

Czy udział w kulturze, to jest kwestia pieniędzy czy chęci?

Projekcje filmowe cieszą się ogromną popularnością,  nieraz z wnuczętami nie mogłam już dostać biletów, szczególnie na seanse weekendowe. Również na popularne filmy dla starszego widza.

W mieście parę  klubów muzycznych i całkiem przyzwoitych restauracji organizujących wieczory muzyczne. Właściciele bardzo dbają o klientów. Chodzę do Kameleona, bo mam najbliżej domu😀

Upraszczając zagadnienie, to bierny  udział w kulturze, czyli koncerty z różnych okazji, kino, wernisaże,  kabarety,  miejskie festiwale uliczne,  jest, zaryzykowałabym powszechny w naszym mieście. Inaczej się dzieje z warsztatami, gdzie trzeba się zapisać, czasami zapłacić i coś dać od siebie.  Znaczy wypowiadać się,  aktywnie uczestniczyć w zajęciach, odzywać się, to pojawia się  niejednokrotnie problem. Pokolenie uczestniczące w szerokiej kulturalnej  ofercie to ludzie w różnym wieku. Nie zawsze w swoim szkolnym procesie  mieli możliwość nauki przedstawiania swojej  prezentacji, argumentacji,  formy pracy w parach, grupach czy też „walki” o swój głos. Krępują się wypowiadać, zabierać głos publicznie, nie chcą się dzielić ze swoim zdaniem, brak im odwagi, myślą, że są nieważni.

Może to warto zmienić?

  Zastanawiam się  też dlaczego ludziom  nie chce się  przyjechać z dziećmi na warsztaty  do Muzeum w Częstocicach czy na Krzemionki, jakakolwiek pora jest nieodpowiednia.

Za oknami prawie burza śnieżna, to chyba zniechęciło ludzi na przyjazd do Krzemionek w sobotę. Sześcioro dzieci przybyło.
.
  O, jaki problem, żeby się ubrać, trochę podszykować, wyjść, a właściwie podjechać.  A tu trzeba iść na zakupy i przedzierać się wśród  biedronkowskich czy lidlowskich tłumach.  Zdarza się też,  że marazm ludzi ogarnia i najlepiej w domowych pieleszach przy książce lub telewizji. Wiem coś o tym, bo w niedzielę  i mnie nie chciało się iść na imprezy, ale wyskoczyłam na dwa spacery w zimowej scenerii. 
Śniegu mało, stąd i bałwanek liliputek😁ale bieganie po lesie na Krzemionkach bardzo zdrowe.

Żal byłoby nie wyjść. Przyznaję uczciwie naszła mnie ochota coś ugotować i zjeść spokojnie, bo codziennie gdzieś wychodzę. Poniektórzy uważają, że  kultura  jest im niepotrzebna. I przeznaczają na nią najmniej  pieniędzy. Tak  też mówią statystyki. Ale my mamy nowoczesne Centrum Tradycji Hutnictwa i Sowę, a tam też zdarzyło mi się być samej z wnuczętami   na bardzo ciekawym oprowadzeniu i warsztatach. Może to kwestia odpowiedniej reklamy?

 W sobotę uczestniczyłam w parogodzinnej imprezie, gdzie książek co niemiara, muzyki odpowiedniej do nastroju również pod dostatkiem, pełno cytatów i wierszy w głowach,  dużo ludzi z pomysłami, e.g.  na swoje kostiumy, coś dla duszy, coś dla ciała,  bo mens sana in corpore sano / w zdrowym ciele zdrowy duch- Juwenalis/. To  Uniwersytet i Dom Spokojnej Książki. Można spotkać nawet Pana Twardowskiego, który był największą atrakcją wieczoru💓

 Mateusz Chlewicki kocha  rekonstrukcje historyczne. Jego wspaniałe stylizacje zawsze mnie czarują, szczególnie z okresu międzywojennego i lat po wojnie. Występował już w wielu  filmach. A to mój były uczeń💓

Nawet poflirtować w języku Horacego z Rektorem  Kogutem😁. Carpe diem quam minimum credulo postero  /chwytaj dzień, jak najmniej ufając przyszłości- Horacy/, jakże to słuszne.  W tym Domu-Stodole odbywa się cyklicznie  impreza pt. „Nocne czytanie” na zadane motto. Tym razem już po raz 15. A ostatnim tematem było Bestiarium, bardzo szeroko pojęte.  Program prowadzi Monika, rymująco zapowiada każdego recytatora, czytającego  wybrany przez siebie fragment.  Czasami  Monika  dramatycznie zaśpiewa piosenkę dopasowaną do tematu ze wspaniałym akompaniamentem Kamila lub powie słowo wiążące wspólnie z mężem Piotrem.  Czytający   zajmuje słuchaczy na 5-10 minut.
Czytam fragment książki Dzwon Islandii Halldora Laxnessa.

  Czytających jest  na ogół kilkunastu.  Różnorodność wyborów czytelniczych jest zaskakująca, poezja, piosenka, literatura science-fiction, felieton, kryminał, nobliści i wszystko się mieści w temacie.  W antraktach przyjazne rozmowy, dobre zakąski przygotowane przez samych gości, pojawiają się nowe znajomości, zacieśniają przyjaźnie.
Tort od pani Marty, która na każde spotkanie  przygotowuje taki smakołyk.

Taka grupa przyjaciół, gdzie jak widać wiek bardzo zróżnicowany.

W Stodole, prócz tysięcy książek  mieści się też aktywnie działający  Uniwersytet Ludowy pod przewodnictwem  Piotra Koguta.  Wydaje się wspaniała ideą edukacji pozaszkolnej dla młodzieży i dorosłych.

Tu, parę lat temu na pokazie  Grand Prix filmów dokumentalnych. Przed pokazem oczywiście😁 Pierwszy raz wtedy przyszłam do Domy Spokojnej Książki i  zadziwiłam się  rozmachem pomysłu. Sama byłam wtedy w posiadaniu stodoły i podobne myśli chodziły mi po głowie. Upowszechniać czytanie i kulturę ogólnie pojętą. Ale życie  pisze czasami inne scenariusze.

Jak wiadomo, bądź nie, pisanie i czytanie są zajęciami powiązanymi, ale by czytać, nie trzeba pisać. A ja lubię, to i to.

„Wypada też zaznaczyć, że umiejętność czytania, wbrew pozorom czy utrwalonym stereotypom, wcale nie jest ani obowiązkowa, ani powszechna. Jest-mówiąc delikatnie- przydatna chyba coraz mniej. To taki detal epoki”. Niektórzy Instagram i TikTok  followers tudzież FB lajkers  nie lubią czytać zbyt długich tekstów, tylko obrazki oglądać. Pisał już o tym Umberto Eco W zapiskach na pudełku zapałek. Wracamy do pisma obrazkowego. I również  jakby do  łaciny, tylko współczesnej, czyli angielskiego😀

Możemy też wspomnieć o  dokładnym czytaniu umów, instrukcji, ulotek do lekarstw, ale głównie książki mam na myśli. Bo non scholae sed vitae discimus, quidquid discis tibi discis./  nie uczymy się dla szkoły, ale dla życia, czegokolwiek się uczysz, dla siebie się uczysz- Seneka/

Chciałoby się powiedzieć do Patrycji: łacinnuj waćpanna dalej, potrafisz azali?

„Okazuje się  jednak, że brak chęci do podjęcia wysiłku rozumienia słowa pisanego jest nie tylko problemem edukacyjnym, ale znacznie ważniejszym.  Zwrócenie uwagi na czyjeś nieczytanie naraża nieczytającego na dyskomfort, a to gruba sprawa”. Zwłaszcza, gdy  trwa przy uporze braku racji.   Nie każdy jest zdolny zaprzeczyć besserwisserom.

„Obrona nieczytania, walka o prawo do komfortowego niepodejmowania żadnego wysiłku umysłowego, to smutny  ciąg dziejów naszych czasów”.   A los młodzieży leży nam chyba na sercu.  Mnie bardzo.

Pomysł częściowo  zaczerpnęłam z artykułu Kultura nieczytania St. Mancewicza. Nikogo nie wykluczam, nawiązując do języka inkluzywnego, może tych, którzy nie czytają. Łacina dla zabawy, bo tak się zaczęło na spotkaniu.

Poniżej Dzień Babci w zeszłym roku na sesji fotograficznej w naszym muzeum w Pałacu Wielopolskich. Nigdy nie robiłam na drutach😀ale dawniej zazdrościłam koleżankom tej umiejętności. Przyszły wtedy tylko dwie rodziny, a pani prowadząca przygotowała prawdziwą ucztę dla dziadków i wnucząt. Żal ogromny, że więcej osób nie skorzystało z tej pięknej oferty.




 

 

 

czwartek, 9 stycznia 2025

Reykjavik- jedziemy na daleką północ.

 Jeżeli ktoś odwiedza  Islandię, pierwsze kroki z pewnością stawia w Reykjaviku, ale najpierw właściwie w Keflaviku na lotnisku zbudowanym podczas II wojny światowej. Dzielnica, gdzie  przez lata  mieszkali żołnierze amerykańscy aż do 2006 roku, została komfortowo odnowiona, a obecnie mieszka tam wielu Polaków. Mają wygodne,  przestronne mieszkania. Widziałam, bo niektórzy wynajmują pokoje na krótkie pobyty w stolicy. Zachowano tzw. checkpoint.

O innym  Reykjaviku pisałam tu  https://ardiola.blogspot.com/2024/06/w-domu-wikinga-hrafta-czyli-kruka.html .  Ale obecnie widziałam stolicę- „dymiącą zatokę” podczas okresu świątecznego, a to już zupełna  bajkowa magia. Miasto leży na półwyspie, Atlantyk widoczny jest  z kilku stron i za każdym razem jest zachwycający, szczególnie od lodowca Esja.

Z drugiej strony mamy plażę. Oj, tego dnia wiało jak zwykle. A widzicie tam w głębi, ludzie się kąpią. Tu zostawiłyśmy Dominikę, która jest morsem i ona również zanurzała się w lodowatej wodzie Atlantyku, a nawet pokonywała pływackie dystanse. Obok stoi wielki hotpot.

Dominika idzie się przebrać, a w hotpocie 40 stopni.



  Podczas tego pobytu byłam w Reykjaviku  trzy  razy. To małe miasto, z populacją ok. 140 tysięcy i wydaje mi się, że już rozpoznaję ulice, szczególnie w starym centrum, gdzie zachwycające kolorowe  niskie domy, świadczą o prowincjonalnym uroku tej stolicy.






Prosto od imponującego Halgrimmskirkja, monumentalnego kościoła, budowanego przez kilkadziesiąt lat wg projektu islandzkiego Gaudiego czyli  Guthjena Samuelssona aż do Rainbow  Street.

 Państwową  religią kraju jest luteranizm, a tam nie uznaje się świętych. Kościół  nazwany jest imieniem poety- Halgrimura Peturssona, najsłynniejszego w Islandii, a żyjącego w latach 1614-1674, autora najpiękniejszych pieśni pasyjnych  ku czci męki pańskiej.  Kościół jest symbolem tożsamości islandzkiej, jedności duchowej. Inną ciekawostką jest informacja, że głową kościoła luterańskiego jest Prezydent kraju, a on/ona często bywa ateistą/ ateistką.  Islandia jest krajem otwartym, przyjaznym, gdzie prawa kobiet oraz ludzi  innych orientacji są najbardziej szanowane na świecie.
Śnieżne tło jest czarujące.

 Halgrmskirkja projektowano i budowano 60 lat i tak, jak w przypadku Gaudiego, artysta nie zobaczył ukończenia swego dzieła. Kościół jest surowy w środku, jak to bywa z luterańskimi świątyniami. Jedyne ozdoby to witraż, organy i chrzcielnica. Jest cały islandzką alegorią, bazaltową  skałą, wodospadem, erupcją wulkaniczną, wiatrem. Jest też wdzięczną scenerią fotograficzną.  Wiatr z pewnością nam towarzyszył, śnieg  i 5 godzin słońca. Doszliśmy nabrzeżem do Słonecznego Podróżnika czyli rzeźby Gunnara Arnassona ukazujące statek wyobraźni, moc przygody i  pragnienie odkrywania. Akurat coś dla mnie i dla córki, a potem dla wnuczki.


Twórca też niestety  zmarł przed odsłonięciem pomnika, ale jego  rzeźba  inspiruje cały świat.

Najbardziej chciałam zobaczyć  Narodowe Muzeum Islandii, by dotknąć ich trudnej historii i zrozumieć   tożsamość  narodową i ich dziedzictwo,  dlaczego obecnie są tacy niezależni . Jak wspaniale,  prawie w sposób Deux ex machina przystosowali się do nowego życia. Od koni do komfortowych  wielkich jeepów,  od ziemianek do luksusowych ekologicznych domów i  komputerów w ciągu 20-30 lat. Ich przeskok cywilizacyjny jest fascynujący. Tu na pewno elfy, czyli duchy po islandzku miały swoje działanie. Gdy się czyta przerażające opisy głodu w powieściach noblisty Halldora Laxnessa, a teraz widzi się doskonale zorganizowany kraj, to  tworzy się ogromny szacunek  do narodu. I fakt, że przyjaźnie żyją z dawnym prawie oprawcą, czyli Danią, to  świadczy o prawości i dumie tego narodu. Przyroda ich stworzyła.

Ogłoszenie niepodległości Islandii 17 czerwca 1944.

Zwiedzałam z Matyldzią.  Interdyscyplinarne oraz  interaktywne wystawy oraz – słuchawki -głośniczki po polsku  pozwalały zwiedzać  ekspozycje samodzielnie.  Na wejściu mamy łódź wikingów. Jest wiek IX.  Przez kolejne 300 lat kraj, pomimo ciężkich warunków życia i strasznego wybuchu Hekli w 1104 roku rozwija  się nadzwyczajnie. Ma swój parlament, co jest absolutnie niezwykłe w tamtych czasach. Zachowane są   drogocenne artefakty. W tym manuskrypty, najcenniejsze skarby średniowiecznej Islandii. Oddane  przez Danię dopiero w latach 70. i 90. XX wieku.

 Córka  pracuje i mieszka w tej części południowej Islandii, która została straszliwie doświadczona w 1104 roku wybuchem wulkanu Hekla. Ogromne niekończące się pola polawowe doliny Fiorsy towarzyszą nam za oknem i podczas drogi do pracy, szkoły czy miasteczka. Przez prawie 1000 lat zarosły mchem i trawą. Są porażające swoją potęgą i urodą. Tęsknię teraz za ich widokiem.

A imię Hekla wszędzie teraz widoczne, w nazwach sklepów, fitness klubów i imion dziewczynek.



W głębi spacerujące koniki islandzkie.

W muzeum zadziwiła mnie różnorodność sztuki sakralnej,  od początku chrześcijaństwa  aż do  okresu duńskiej monarchii despotycznej- XVII- XVIII wiek, gdzie biedni  Islandczycy pod duńskim panowaniem byli traktowani wtedy niemalże jak niewolnicy. Zabraniano im handlu i żeglugi. A przysłowiowych sznurków do połowów udzielano za pozwoleniem duńskich ministrów. Kraj cofnął się w rozwoju.  Książka islandzkiego noblisty Halldóra Laxnessa  Dzwon Islandii  dokładnie przedstawia te  trudne dzieje.

Wnętrze chaty z I połowy XX wieku.

Zwiedzanie Muzeum w okresie świątecznym też jest magiczne i bardzo przyjemne. Ciepłe, rodzinne, relaksujące.


Ostatnim elementem ekspozycji jest tasiemiec przedmiotów  XX wieku i to bardzo zainteresowało Matyldzię prócz rekonstrukcji  chat i kościołów oraz możliwości używania opisów jak gier on-line.😀

Przed  łodzią rybacką z XXw.  interesująca gra.

 


Potem kawa, ciastko, zakupy w pięknym sklepie. To, co uwielbiam w muzeum, a zaczęłam kiedyś doświadczać w British Museum.

Reykjavik jest obecnie bardzo kosmopolityczny i  modny-  przyjeżdża się tu z Nowego Jorku  i Berlina, na koncerty,  wystawy czy obiad w restauracji  Fridheimar-  w stricte ekologicznych szklarniach  Wszyscy mówią po angielsku, a w obsłudze kelnersko-hotelowej zawsze można spotkać  doskonale wykształconych Polaków.

Rainbow Street i uliczki wokół są bajkowe. Tam w głębi, za wiszącym dzwonkiem widać Halgrimskirkja. 




Nie zrobić tam zdjęcia, byłoby podróżniczym grzechem.  Gdy tak spacerujemy, to jakby inna epoka, kamieniczki przypominają ilustracje z bajek Andersena. Nie bez kozery, bo Islandia była pod duńskim panowaniem aż do 1944 roku.



 Reykjavik zaistniał w latach 80., gdy zorganizowano tam spotkanie Reagan- Gorbaczow kończące tzw. zimną wojnę,  a jeszcze wcześniej odbył się tam słynny szachowy mecz Boris Spasski- Bobby Fisher, gdzie amerykański imperializm zwycięża komunistycznego  tytana. Pisałam o tym tu https://ardiola.blogspot.com/2024/05/pojedynek-zimnej-wojny.html Ja zawsze interesowałam się polityką, chciałam kiedyś studiować nauki polityczne. Może dobrze, że zmieniłam zdanie, bo całkiem dotknęłaby mnie ówczesna indoktrynacja, chociaż to słowo poznałam znacznie później.

 

Tu jesteśmy w dzień, który w grudniu trwa 5-6 godzin, a wieczorem światełka
 rozświetlały miasto.

 

Taką drogą jedzie się do nas z Reykjaviku. Wiatry  przeganiają śnieg z ulicy.

Już tęsknię za tymi nieziemskimi widokami, nieprawdopodobnymi  i fenomenalnymi.  Tolkien tworząc swoje Międzymorza, opisywał właściwie Islandię, a kosmonauci przed lotem na księżyc ćwiczyli tutaj, bo tu są księżycowe przestworza. Zakochałam się w Islandii, jak wielu Polaków tam mieszkających.