Moja lista blogów

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagraniczne przyjaźnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagraniczne przyjaźnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 listopada 2017

Angielsko-francuskie przyjażnie w Aude- Herault.

Kiedy zaczynałam pisać tego bloga ponad 6 lat temu, moją intencją było przedstawiać  Francję, basically region zwany Langwedocja- Rousillon, moje francusko-angielskie zmagania językowe, życie obyczajowe "kolonii" anglosaskiej we Francji i takie różne historyczno-społeczne opowiastki. Potem rodzinne obowiązki zatrzymały mnie na dłużej w kraju. I tak po paru latach nieobecności postanowiłam wrócić tam, gdzie czas płynął  wg uświęconego  filozoficznego i kulinarnego rytuału.
 Późne śniadanie, aperitif przed lunchem z widokiem na...
.... Lac de Jourraes, 3 km od Pepieux, gdzie wieczorkiem chodzilismy się kąpać kiedyś w lecie.
 wycieczka w piękne historyczne miejsce, lunch, niekończące się dyskusje, spacerek wzdłuż wąskich uliczek lub plażą, refleksje w cieniu platanów. Przed kolacją pewne rozrywki duchowo-fizyczne, tańce, joga, studiowanie Biblii, artystyczne atelier.
Studiowanie Biblii.
Potem kolacja, dużo wina, jeszcze więcej opowieści. O życiu, religii, filozofii, sztuce, toż jesteśmy w kraju największych filozofów, a  kolonialni zdobywcy Anglicy mają co opowiadać. Francuzi edukują cały świat. I są do tego predestynowani i chapeau bas. Chodzi o to, że niektóre pejzaże, widok pewnych ludzi, niezmiennie piękna muzyka  daje wrażenie szczęścia, oczyszcza psychikę i przywodzi na myśl dawne miłe wspomnienia.  Le bonheur impossibile des âmes. Ach ten francuski i haute volée
Moje koleżanki zapewniły mi idealną kalkę tamtego życia rozbudziły chęć na powrót w tamte beztroskie rejony.
Jaqueline jest Francuzką, poznałam 10 lat temu. Jest nauczycielką i właścicielką szkoły językowej, idealnie jak ja. Jesteśmy w zbliżonym wieku. Lepszego towarzystwa nie mogłam, sobie wyobrazić. Jaquęline mówi do mnie mieszanką francusko-angielską  i doskonale się rozumiemy. Ona w sposób szczególny upiększała wcześniej  moje życie we Francji, jakby na luksusowym  Cours de civilisation française de la Hobson Ecole. Pisałam o tym tututaj.
 I tym razem Jaqueline zabrała mnie tam, gdzie zwykle. Najpierw na Plac Madelaine w Beziers, gdzie słynny kościół ku pamięci masakry Katarów,

1209 masakra Katarów i mieszkańców Beziers przez krzyżowców. Mówili, zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna naszych.
 potem na aperitif do swojego domu, a następnie do Narbonne Plage, gdzie tyle pięknych reminiscencji i refleksji.
Kiedy tam jestem nie odczuwam prawdziwości mojego życia, Zasłona Mai się odkrywa, jak często to określam, a czysta kontemplacja sztuki jest nieskończoną przyjemnością i uspokojeniem. To wyjątkowo egoistyczna  postawa, ale irracjonalizm Schopenhauera, impulsy i instynkty zawsze mnie fascynowały. Z trudem toleruję tę zapobiegliwą praktyczność życia w Polsce. Ale cóż, muszę pracować i zarabiać, żeby zasłużyć na małą cząstkę wolności mojej woli. I tak jestem ustawicznie ograniczana, ale niezmiennie próbuję wyrywać się z tych granic na ile to jest możliwe.
Druga moja przyjaciółka jest Angielką z Londynu, mieszka we Francji od 17 lat. Poznałam ją w 2011 na kursach języka francuskiego. Ona włożyła dużo serca w naszą znajomość, dodawała otuchy, zapraszała na różne imprezy, gdzie czułąm się ważna i bardzo mile widziana.

 Na brocante- targi staroci, ze znajomymi jeszcze , gdy mieszkaliśmy we Francji. 2012r.
To wyjątkowa osoba, pełna ciepła, naturalnie dobra i wypełniona optymizmem, taka prawie święta dla mnie. Zawdzięczam jej wsparcie, dobre rady, naukę ekumenizmu, ale też naukę radości życia, tańca, pieczenia brownie, picia herbaty i lekkiego rose, bo the sun is over the .yardarm
Tea u przyjaciólki, lipiec 2012. Obowiązkowa domowa konfitura
Fajna impreza takie sales`y. Znajomi zbierają i przynoszą ubrania, ktore im się znudziły, a jedna osoba organizuje wyprzedaż u siebie,  zyski na jakiś dobry cel. Przy okazji herbata i ciasto, tez wspólne.
U znajomych na sales`ach. Halloweenowe dekoracje jeszcze zostały, bo to było 3 listopada.
Halloweenowe zabawy z  z małymi sąsiadami, Trick or treat  trwał cały wieczór i nawet była parada w miasteczku.
 Moje obecne francusko-hiszpańskie wakacje w dużej mierze są związane z Homps, poprzez ESCF i sąsiadujący z organizacja dom, gdzie na początku spędziłam dużo  miłego czasu na zajmujących dyskusjach o  powojennej polskiej emigracji w UK, o filmie i pasjach życiowych. 
Żal mi było , że nie spotkałam Margaret, it would have been fun to see you- jak sama Margaret napisała, ale miała poważne obowiązki wobec swojej rodziny. Margaret z Siran, nauczycielka z Londynu również  poświęcała mi  kiedyś dużo swojego cennego czasu. Uczyłyśmy się razem francuskiego i filozofowałyśmy o małżeństwie w pepieuxowskim domu na dole. Zimno tam było, a ja podgrzewałam świeczkami, hehe. Ships passing in the night- ona mnie nauczyła. I tu l`as voula, Georges Dandin.

    "Ships that pass in the night, and speak each other in passing, Only a signal shown and a distant voice in 
     the 


Nie spotkałam też Niki z Perpignan- z blogu Francuskie i inne notatki Niki, ale na pewno innym razem w Amicale Polonaise.
Jadłysmy lunch w ESCF, a z okna taki widok- kościół katolicki w Homps i kozy opod murkirm. 

Mam niezwykłą potrzebę przebywania z ludźmi, dyskutowania, wspominania, wymieniania poglądów, brać po prostu udział we wszystkim. Uschłabym intelektualnie bez tego. Pojechałam do Francji, żeby spotkać się z ludźmi, bo bardzo za nimi tęskniłam.



Z Naomi, która kiedyś uczyła mnie francuskiego. Ale to były zabawne lekcje dzięki uczestnikom, szczególnie dociekliwy był Damian i jego zona Patricia. Tu na tańcach w Pepieux.
Na tańcach ludowych w Pepieux. W lokalnym domu kultury, gdzie chodziłam do kina i na koncerty.
Stolik na nas czeka.
Pojechałam przejść się po brukowanych uliczkach, oglądać dziedzińce i mury obronne, gotyckie ozdobniki architektoniczne, a na każdym kroku dostojeństwo  dobrej koniunktury.  Imponujące frontony, czary i uroki i wiem, że jest wspaniale. Winorośla i taki miły francuski język, je vous en prie madame...c`est magnifique, c`est impeccable et comme Mac Arthur/ or Terminator/ je reviendrai, bien sure.


wtorek, 27 marca 2012

Francuskie i angielskie przyjaźnie

Z francuską przyjaciółką Jacqueline w St Tropez.
Byliśmy na kawie u Christine i Johna/ona Belgijka/, bardzo ich lubię, lepiej się rozumiem z niezupełnie anglosaskimi parami, językowo i kulturowo. Siedzieliśmy na ich rozłożystym tarasie, tak na wysokości drugiego piętra, z widokiem na rzekę, pola winnic i góry, też w najbliższym sąsiedztwie rezydencja z boginią na dachu i tak rozmawialiśmy na różne tematy. Najpierw podziwialiśmy dziesiątki kwiatów i roślin w oryginalnych doniczkach, dzbanach, skrzynkach oraz egzotyczne dekoracje tarasu, lampy, ramy, konewki, piękną terakotę, meble, kominek i jego akcesoria, wszystko, co sprawia, że czujesz duszę domowników. Ich zainteresowania, pasje kolekcjonerskie, wieloletnie podróże i dbałość o wyszukaną estetykę. Ogromna ilość egzotyczno-etnicznych bibelotów w  przestrzennych pokojach przyprawiała o lekki zawrót głowy, dla mnie Wojciech Has i "Sanatorium pod klepsydrą", sklep Wokulskiego, ale też bizantyjski urok wiktoriańskiej dekadencji. Ich duża wysoka kamienica sprzyja ekspozycji. A jaka piękna i gustowna kuchnia, scenografowie mieliby uciechę. Krótko mówiąc  ogromny teatr i jego wypożyczalnia rekwizytów. Przesunął mi się przed oczami  "Mały dworek" i Kantora " Umarła klasa"  i mówiąc nowocześnie, prywatna mediateka. Pomyślałam tak niegrzecznie, co się z tym stanie po ich śmierci. John ostatnio miał lekki, ale niegroźny wylew i nie są to ludzie w moim wieku.Mogliby by być moimi rodzicami. Jej syn zmarł niedawno, a on ma dzieci w świecie. Czy będą zainteresowani dziedziczeniem tych kolekcjonerskich skarbów? Czy sprzedadzą wszystko za bezcen? Ile takich zbieraczych niezwykłych klejnotów można znaleźć na vide greniere? Całe mieszczańskie życie i jego kultura materialna I wtedy pomyślałam, że nie będę już więcej przesadzać z dekoracjami do domu. Nie bardzo akceptuję minimalizmu w stylu niektórych znajomych,  taka pustka  na ścianach i meblach w niektórych ładnych, niestety  chłodnych, mało przytulnych domach, i nawet piękne kwiaty nie pomagają, ale przypomnę przysłowie de gustibus non est disputandum, bo jak zawsze moja tendencja do narzucania poglądów się ujawniła. A nie wiem czy ograniczę moją skłonność do kupowania niepraktycznych bibelotów i pamiątek. Lubię to robić jednak.
 Jaqueline w Anduze

Na wakacjach z Jacky w Chateau Chirac koło Anduze
John and Christine mieszkają w Pepieux już od 10 lat i tak rozmawialiśmy o przyjaźni min. O tym, że w Anglii, to very few friends, a tutaj to tak naprawdę jedna para angielska, z Francuzami tylko znajomości. Kiedy mieszkali w Hiszpanii, to mieli więcej przyjaciól, to bardziej przystępny, przyjazny naród. Z najbliższymi sąsiadami w  Pepieux łączą ich bardzo poprawne stosunki, ale trudno to nazwać przyjaźnią. A ja pomyślałam, że oni słowo przyjaźń traktują w kategoriach wyjątkowej i zażyłej znajomości. Sami są dosyć powściągliwi w kontaktach, nie okazują wylewności, nie mówią o sprawach prywatnych. Ja jestem inna, szybko nawiązuję kontakty na poziomie przyjacielskim, jeżeli zorientuję się, że osoba mi odpowiada. Uwielbiam się spotykać z ludźmi, rozmawiać z nimi i brak  kontaktów, wymiany poglądów jest dla mnie upośledzeniem towarzyskim. Cierpię tutaj z tego powodu. Mam namiastkę kontaktów na kursach językowych, żeby coś powiedzieć o sobie i jakiś dyskurs sprowokować. Dlatego też wolę miasta, zamieszkanie na wsi sprzyja osobom introwertycznym, zamkniętym w swoim świecie Tutaj, na poziomie dwóch obcych języków, którymi się muszę posługiwać, a w żadnym nie jestem tak naprawdę biegła, znalezienie przyjaciólki to jest skarb. I ja taki skarb znalazłam w osobie Francuzki Jacqueline z Beziers. Zdjęcia powyżej mi się umieściły... Znamy się już od 4 lat i myślę, że szczerość naszych rozmów dotycząca szczególnie spraw prywatnych przyspieszyła naszą zażyłość i sprawiła, że tak za sobą tęsknimy i dobrze się razem czujemy. Pamiętam, że ona pierwsza zaczęła rozmowy o małżeństwie, skomplikowanych stosunkach ze swoimi rodzicami, o córce, która wyjechała kiedyś do Kanady, o pracy i odpowiedzialności. Z racji moich skłonności do odkrywania się i mówienia o sobie,chętnie wpasowałam się w atmosferę babskich zwierzeń i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Przy winie w  Le Chameau ivre na początku, a potem na wielogodzinnych spotkaniach u niej w domu w Beziers i letnich rezydencjach w Prowansji. Jacqueline to wyjątkowa kobieta, od lat prowadzi edukacyjną działalność, jest doskonałym psychologiem, niezwykle mocną osobowością, jest przy tym bardzo wesoła, lubi opowiadać dowcipy z życia wzięte, umie naśladować ludzi, jest bezinteresownie dobra, uczciwa i oddana przyjaźni.
Ostatni weekend z nią spędziliśmy i był to przemiły, jakby wakacyjny czas. U niej w domu z jej cudowną mamą, w chińskiej restauracji na lunchu, koło morza, na rozlewiskach rzek Aude-Orb i na wesołej kolacji w Chameau d`ivre, gdzie rozmowom nie było końca. Umówiliśmy się na 20 kwietnia na święto wina w Beziers.
Beziers i okolice
Mój lunch

W Le chameau ivre, gdzie tez mozna poczytać.
Rozmawiam z nią po francusku i angielsku, ona dobiera słowa mówiąc w swoim języku, żeby rozumiała, czasami mówi dwa razy to samo w dwóch językach i wszystko jasne. Kim też bardzo ją lubi. Szkoda,że nie było jej męża, ale on pojechał wtedy w odwiedziny do swojej starszej siostry.
Tutaj wydawało mi się, że zaprzyjaźnię się z Melanią- Angielką z Olonzac, bo również wydawała mi się taka otwarta i naturalna, widujemy się na francuskim i na imprezach. Ale nie spotkałyśmy się jeszcze na gruncie domowym, co stwarza podstawy do przyjaźni. Natomiast uwielbiam Margaret z Siran, spotykamy się w domu, ale ona jest starsza ode mnie sporo i płaszczyzna porozumienia jest inna.

środa, 23 listopada 2011

Lekcja francuskiego z Anglikami.

Impreza Fete de Noel w Olonzac
Obudziłam się wczesniej, bo dzisiaj mam francuski o 9.30. W pokoju  była temperatura 16.5 stopnia, grzejemy kominkiem, ale na noc drewna nie dokładamy. Zdrowo sie spi, jak generałowa Zajaczkowa, urody i zdrowia dodaje. Ja to zawsze Kimowi mówię o zaczadzeniu, ktorych to wypadków w Polsce jest bardzo dużo. Pracowałam kiedyś w wiejskich szkołach i wiele razy doświadczyłam tej tragedii wsród swoich uczniów. I mam taki strach, ale on mnie uspokaja, że to z innych piecyków, a nie takich kominków, jak nasz.
A na dworze w słońcu ponad 20 stopni, ludzie z powrotem w krotkich rekawach, tylko w kamizelkach. Zaraz i ja  wsiadam na rower skończyc zdjęcia w Azille, bedą w innym oswietleniu.
A na lekcji bylo słowo "autochton" po francusku i Anglicy nie wiedzieli,co to znaczy, nauczycielka też. Ja im przy okazji trochę historii Polski wyłożylam o autochtonach na Mazurach. Zrozumieli słowo w odniesieniu do Indian  i Aborygenów. Mówiliśmy tez o zakonach, przy okazji czegoś, i jak to Anglicy , oni nie pojmują, ze ktos wybiera takie zycie, dla nich to więzienie. Oni, jakby nie pojmują idei poświecenia się Bogu,są zaszokowani ilością zakonów kobiecych,  poświęcenie dla  innych ludzi jak najbardziej jest to słuszne i wzniosłe, bo Anglicy np bardzo dużo dobrego robią w Afryce, ale nie w zamknięciu w klasztorze. I sie z nimi zgadzam w całości. Nie na darmo Henryk VIII skonfiskował wszystkie klasztory i zakony, pieniądze wziął dla siebie , ale i dla państwa też. Nie ma u nich, ani trochę wpływów jezuickich. Ich protestanckie wychowanie wpływa na zupełnie inne podejście do spraw doczesnych. Mamy wygodnie żyć, a nie umartwiać się w imię wysublimowanej eschatologii. Również, może to zbyt daleki wniosek, ale  w krajach protestanckich nigdy nie miały szans idee komunistyczne, mówiące o równości,  niby sprawiedliwości społecznej. Tamte bogate społeczenstwa przyjely a priori pewien porzadek społeczny. Niby Francuzi poprzez Rewolucję Francuską głosili pewne piękne hasła, ale w końcu  i tak wielka i mała  burżuazja jest wzorem norm społecznych. Nie będę juz wiecej socjologizować, bo takie mam oryginalne rozmyslania, mieszkam we Francji, ale w wiekszości przebywam z Anglosasami i ulegam ich wpływom jednak. Dzisiaj po poludniu mamy Assembly- podsumowanie dzialalnosci organizacji Vivre Ensemble en Minervois, znowu sami Anglosasi i trochę Holendrów i Niemców. To przez to , ze mój mąż nie zna francuskiego  jestem zdana na towarzystwo jego krajan bardziej.  Ale w sobote jest juz Fete de la Noel i tam sobie pogadam z Francuzami.
A teraz wsiadam na rower. A tout l`heure.
Fete de Noel in Olonzac.

Później.
Chodzę tutaj na 3 grupy francuskiego, każda jest inna, ale  nadmierne zadawanie pytań przez uczących się  jest charakterystyczne dla wszystkich. Ja bym się wstydziła zadawać takie oczywiste pytania, dlaczego tak jest, a nie inaczej, np w kwestii czasów, czy użyciem przyimków po niektórych czasownikach. Raz powiedzialam, jest tak, bo to jest francuski, a nie angielski i wszyscy się roześmieli. Było to przy okazji trybu warunkowego I, kiedy Anglicy uzywają czasu teraźniejszego i przyszlego, a my i Francuzi tez  tylko przyszłych. Przyjąć pewne rzeczy a priori, to jest moja dewiza językowa.Żeby cos dobrze wytłumaczyć, trzeba sięgnąć do historii języka, a przeciętny uczeń nie potrzebuje takiej wiedzy. Dobrze, ze zrozumieli odmianę i rodzaje , i nie pytają dlaczego tak jest. Jak dużo zalezy od nauczyciela i jego umiejętności metodycznych i dydaktycznych, zawsze o tym wiedzialam. Lekcja musi być przeprowadzona sprawnie i według pewnych schematów, o których kazdy nauczyciel wie. Musi wystapić część powtórzeniowa, część główna- zapoznanie sie z nowym tematem i część utrwalająca poprzez rózne ciekawe cwiczenia. Nie na darmo nauczycieli uczą w szkole psychologii, umiejętność rozpoznawania sylwetek osobowościowych uczniów to klucz do sukcesu. Tutaj , lekcja jest często chaotyczna dla mnie, bo uczniowie zadają zbyt duzo pytań i nauczyciel nie może zrealizowac tematu. Chce być grzeczny, mily i tlumaczy bez końca na wybranych przykladach. Ale studenci, niektorzy, i angielscy, jak zauwazyłam podchodzą do języka jakby z lekceważeniem, jakby uważali,  że ich język jest ponad wszystko, że po angielsku jest normalnie, a Francuzi to wymyslają. Natomiast oni pokazują nam ich język poprzez literaturę,historię i życie obyczajowe, chętnie nawiązują do francuskich osiągnięć cywilizacyjnych, mnie sie bardzo podoba, bo zawsze coś skorzystam. Amerykanie też uwielbiają się uczyć o historii, a Anglicy są inni. Oni przez pryzmat swojego imperialnego pochodzenia, którym  zostali wykarmieni w szkole, zachowują pewien dystans do osiągnięć francuskich. Oni nie bardzo interesują sie innymi,  mam na mysli europejskie kraje, bo podświadomie, przez literaturę, która kiedyś przeczytali, czują się jakoś lepsi od innych, mają nadal ogromne wpływy w całym świecie, bardzo duzo podróżują i mieszkają  na różnych kontynentach. Anglicy zachowują się tak, jakby nie byli Europejczykami czasami, tylko przynależni jakiejś Australii , Ameryce Północnej czy innym antypodom. Mój tok myslenia może być poczytany jako kolejne małe uprzedzenie, ale to takie socjologiczne obserwacje. Anglicy przyjeżdżają do południowej Francji dzięki swoim reklamom telewizyjnym, modnym czasopismom propagującym Francję, też zaszczepieni literaturą przedwojenną, sztuką belle epoque, a Amerykanie z miłości do kraju, słyszałam to parę razy. Anglicy mają zawsze dwa domy, we Francji i Anglii. Amerykanie jeden, to tez w zwiazku z odlegloscią pewnie.
Cherrie- jedna z organizatorek  organizacji Vivre ensemble.

More later.
Jedna moja kolezanka Margret mieszkala w Iranie długo, i też na tzw Bliskim Wschodzie, tam wyszła za mąż za Anglika, dziecko urodziła na Borneo, potem mieszkała w azjatyckich krajach. Wyszla za mąż po raz drugi, zamieszkała we Francji, a jej dorosła obecnie córka mieszka w Tajlandii i jej angielskie wnuki najchetniej przyjaźnią się z dziećmi azjatyckiego pochodzenia.  O takich przykladach napiszę jeszcze później. Bardzo fascynują mnie takie życiowe przygody. W rodzinie Kima jest ich kilka.
A Francuzi jeżdżą na wakacje do dawnych swoich dominiów np do Wietnamu, Nowej Kaledonii, Maurtius, Thaiti i zamorskich departamentów, na Martynikę i Reunion. A nam jak chcieli "dać"  Madagaskar przed wojną , to nie chcieliśmy.

poniedziałek, 31 października 2011

Hallowe`en na kursie j.angielskiego. I love it.

Muszę to krótko opisać, bo miałam taką fajną lekcję. Dzisiaj na angielskim nasza  nauczycielka Uta przygotowała info o Hallowe`en. Czułam się jak dziecko , a to takie chouette, być  znowu uczniem i dzieckiem. W grupie są 2 Holenderki, 1 Hiszpanka i resztę Francuzi. Spytała się skąd pochodzi to święto, wszyscy z pewnością mówią, że z US. Germańskojęzyczni mieli watpliwości. Ja, poniewaz często mówiłam swoim uczniom o tych tradycjach,nie powiedziałam autorytatywnie, skąd, tylko niesmiało, że ze to celtyckie świeto Druidów, z rzymskimi tradycjami, czyli, że z Anglii w końcu.
Każdy mówił, jak to obchodzone jest  w naszych krajach, Niemka ,że sweet or sour, zamiast trick or treat, we Francji nie lubią tego w ogóle, to głupi amerykański wymysł, komercja tylko, żadna tradycja. Później czytaliśmy taki artykulik i tu się zaczęła moja zabawa. Francuzi nie czytają  "H", mówią " alowin", "ajest" zamiast highest, apynz, zamiast happens, omejd, zamiast homemade, andz, zamiast hands, olidej, zamiast holiday i stale mnie smieszy zis i zat. Hiszpanka mowi " fames" and  "sited" zamiast famous.. situated, siż, zamiast siege. Plus te ich mocne akcenty, dla mnie absolutnie urocze, nawet nauczycielka ich nie rozumie,ani ta niemiecka Uta, ani  angielska Cherrie, a ja szybko załapuję, bo jestem przezwyczajona do innych akcentow, sama tez mam mocną slowianską wymowę. Wiem, jakie klopoty ma Kim w rozumieniu Francuzow jak mowia po angielsku. I za chwile moi towarzysze lekcyjni zaczynaja spogladac na mnie, jak zaczynam tlumaczyc znaczenie slow, bo robie to prosto i jasno. Angielka zawsze doda jakies językowe wtrącenie, typu actually, as a matter of fact, or the bottom line is... oni tego nie wyłapują jeszcze. Niemiecka nauczycielka mówi z mocnym amerykanskim akcentem, mieszkala tam całe zycie. W wieku jest tak mniej wiecej rocznik wojenny, zaraz się zastanawiam, czy rodzice byli faszystami, czy emigrowali szybko z Niemiec, czy to Zydówka, bo taka nadal ładna. I takie ma piękne szachetne rysy. Ja mam takie skojarzenia zawsze. A inna naczycielka stąd , tez Niemka, to jak sie dowiedziała, ze ja z Polski, sama zaczęła mi mówic o swoim zyciu, że jest z Hindenburga /obecne Zabrze/ i w ogóle zaprzyjaźniłysmy sie.
Kiedy jestem z Kimem w restauracjach i on zaczyna mowic tym swoim amerykanskim akcentem, to zawsze kelnerzy wolą mnie słuchać, lepiej rozumieją francuski w wykonaniu słowiańskim. Tylko raz nam się trafiło we Włoszech, jak Kim zaczął znowu coś niby po włosku zamawiać i dyskutować , a kelner w nienagannym amerykanskim standardzie powiedził : thank you for trying, we can speak English. Okazało sie, ze to Włoch urodzony w US.
Ja tu przezywam swoje lingwistyczne orgazmy. Żałuję, że tak krótko uczyłam sie niemieckiego, ale  i tak zawsze coś powiem w tym języku, żeby nauczycielce zrobić przyjemność. Np Ich bin zufrieden. A dzisiaj Claude, ktory cały czas sie na mnie patrzy na lekcji powiedział, że był w Polsce, Cracovie evidement, i ze Pologne-France les amis. Pożegnalismy  się po francusku, trois bisous. Je les adore.
A jeszcze na koniec czytalismy artykuł z Newsweeka ile Amerykanie wydali na stroje halloweenowe w tym roku. Okazało sie, ze prawie 7 miliardów dolarów łącznie, jakby ponad 70 dolarów na każdą osobę. I kto tu mówi o kryzysie?!
Ja mam stale w pamięci ich super świąteczny hedonizm w sklepach i restauracjach, bizantyjskie cesarstwo wschodnio- rzymskie. Dwór Ludwika de Soleil w wydaniu arystokratycznym i populistycznym.

czwartek, 27 października 2011

Kurs francuskiego i angielskiego w Olonzac


Pogoda dla Pépieux, Francja

16 °C | °F
wt.śr.czw.pt.
Częściowe zachm.SłonecznieRozległe opadyPrzelotne opady
Przewaga chmur


Wiatr: płn.-zach. o prędkości 13 km/h


Wilgotność: 66%21°19°12°20°12°17°12°


 Kontynuując temat mojego idealnego zycia wspomnę o kursach językowch organizowanych przez organizację Vivre ensemble en Minervois./ Życ razem w Minervois- to jakby nasz powiat/.
 Zaczęłam zajęcia w maju tego roku i bawię się niezmiennie od tych paru miesięcy, z przerwami na wyjazdy do Polski.
Nauka języka obcego w grupie innych różnych obcokrajowców jest bardzo zabawna i niezmiernie edukacyjna, szczególnie dla mnie, również nauczycielki tego języka. Chodzę na angielski, obserwując pracę nauczycielki i reakcję studentów, głównie Francuzów, ale też Niemców, Holendrów i Hiszpanów, bo chciałabym pracować w tym klubie jako wolontariusz. Potrzebna jest bardzo znajomość niuansów językowych dla poszczególnych nacji. Umiejętność tłumaczenia kwestii gramatycznych bez znajomości tubylczego języka uczniów, jest zadaniem  wymagającym specjalnych predyspozycji. Zwlaszcza, że słuchacze to ludzie starsi, mój wiek juz jest bonusem, bo tu nie uczą młodzi nauczyciele. Nasza "geriatryczna" gromadka życzy sobie wykładowcę w odpowiednim wieku seniora- Nestora hehehe
Dwie "seniorki" :)
 Na angielskim nie odzywam sie za dużo, udaję, udział w lekcjach jest dla mnie bardziej sprawdzianem wiedzy ogólnej, bo podczas dyskusji poruszamy  problemy świata wspólczesnego. I tu od razu widać różnicę miedzy naszymi seniorami, a tymi z zachodu. Dzisiaj rozmawialiśmy o ONZ, nowych krajach, wpływach językowych na świecie, dawnych koloniach i ich stałym " neokolonializmie", Francuzi o "swojej" Algierii, a Holendrzy o Indonezji, Niemcy o nowych podbojach np Dominikanie. Uwielbiam ich akcenty, rozpoznaję kraje, nawet gdybym wczesniej nie wiedziała skąd są, Francuzi nie wymawiają "h" i to jest niesłychanie zabawne, ich "is, this, the, he" jest wyjatkowe i zawsze mam ochotę sie roześmiac, mówią "zis, ze, ii iis friend wiz mi,  ." Hiszpanka, a wlasciwie Baskijka coś szumi a nie mówi, zamiast I think, ja słyszę " aszyn", albo gdy sie przedtstawiała mówiła, że prowadzi B&B, czyli taki francuski gite, zabrzmialo to jak "betenbekszt". U Niemców i Holendrow, ja naturlysz, ja, gut, nein, dize zamiast this. Po prostu kocham ich za te akcenty. kocham 
 Natomiast na francuskim są Anglosasi przede wszystkim, Holendrzy i Niemcy. Anglosasi z trudnościa chyba pojmują rodzaje i odmiany,  mowią takim silnym  swoim akcentem, że , trudno ich zrozumieć. To juz mniej dla mnie zabawne, bo przezwyczajona jestem jak Kim mówi po francusku, "że wudre" i resztę po swojemu, " że pans" that np, maja problem z vous i tu, i łatwiej mówi sie przez vous, chyba. Ponadto moja znajomość francuskiego nie jest zaawansowana, stale się uczę i nie mam takiego wyczucia językowego , jak na angielskim. Ale z kolei z powodu fleksyjności naszego języka,ja nie powinnam miec  trudności z  odmianą, a mam, podobnie jak  Anglicy . Np  ta film jest dobra, moja samochod, ta dom,  my lubię sztuka, ty nie jesz starter, oni inaczej używają przyimków i przedimków.Jestem w grupie na 3. poziomie, słownictwo maja na bardzo wysokim poziomie, swobodnie dyskutują, kiedy są przygotowani. Ostatnio kazdy mowił o jakimś artykule, ktory sobie przeczytał i pozostali się włączali. Od razu widac dawne zawody ludzi, bo przygotowali  informacje o zanieczyszczeniu srodowiska, kulturze, chorobach i znali się na temacie. To jest grupa konwersacyjna, jestem też  na tzw regularnych zajęciach, tam głównie z Holendrami. Nie mam problemu z cwiczeniami, pas du tout, ale wiem, ze oni tez nie rozumieją mojego akcentu. Jestem w grupach jakby nowością z powodu akcentu, i każdy zaraz przypomina sobie jakich znał i kiedy Polaków . To sa grupy jezykowe seniorów, jak mówiłam, tzw inteligenci wspomnianych nacji i ich wiedza o Polsce jest stosunkowo dobra i są bardzo życzliwi. Szczególnie Niemcy i Holendrzy. To dla mnie wyjątkowe narody, otwarci, bardzo życzliwi i zawsze łatwiej się nam zrozumieć. Ten ich ciągły wojenny kompleks. Mają w oczach coś szczególnego, taką sympatię i okazują wiele zainteresowania.
Ja miałam zawsze w całym  swoim zyciu  taką  ogromną chęć do próbowania nowych rzeczy i teraz nauka francuskiego w tych międzynarodowych grupach jest dla mnie jakby ekstazą. Sans exaggeration! C`est  une grande plaisir pour moi. A ta ich etykieta wersalska! Usmiechy i pocałunki.Je l`adore. I nauczyłam się wreszcie  uzywać cliche po angielsku i francusku
Podobnie sie czułam na kursach językowych na Malcie parę lat temu i w Anglii na wymianach twinning towns. Wtedy widzę, jak to nudnie uczyć się jezyka obcego ze swoimi rodakami.
 A wczoraj wieczorem na deser rozpoczęłam yogę, ktorą prowadzi Francuzka, dodatkowy kurs językowy przy okazji. Oddychalam  szczęśliwie i tak sobie myslałam, że musialam czekać 30 lat, żeby rozpocząć tę relaksację. Wtedy własnie, 30 lat temu , będąc w Indiach, zafascynowana kulturą Wschodu kupiłam  książkę o jodze i sama sobie ćwiczyłam, bo na mojej prowincji nie było takich zajęć. Później, może i były, a ja nie miałam czasu albo pieniędzy. A teraz mam, i czas, i trochę pieniędzy.  Tak to moze być wesoło na  niby-emeryturze, czy w Polsce, czy we Francji. Tu jest ładniej dookoła,bogata kultura materialna, oprócz darów natury.
 A pieniądze dają dużo szczęścia, zdrowie też dają. A to nasze głupie przysłowie, niech już przejdzie do lamusa rzeczy , które straciły swoją desygnację, jak to się mówi o extinction.