Jacques Prevert, mój ulubiony poeta z młodości mówił; Mangez sur l'herbe Dépêchez-vous Un jour ou l'autre L'herbe mangera sur vous.
Moja lista blogów
środa, 29 maja 2024
Moja mała "Interstellar" Mati w Islandii.
No to idziemy do szkoły. Post dla wnuczki na pamiątkę.
W kwietniu, po świętach wielkanocnych Matylda pojawiła się w Islandii. Pierwszy raz leciała samolotem. Zamieszkała z mamą na farmie, a do szkoły trzeba jechać prawie 40 km. Tam mieszkamy. Na szczęcie na południu. Ale pierwszy raz przyszła do szkoły- Grunnskoli prosto z lotniska w Reykjaviku, a właściwie Keflaviku. Powitała ją cała gromada dzieci klas 1-4, bo akurat odbywał się szkolny festiwal powitania lata. Była bardzo podekscytowana i otwarta na nowe znajomości. Do tej pory zmieniała adres zamieszkania kilka razy i przywykła do takich wyzwań, ale za granicę pierwszy raz. Dostała dużo drobnych upominków i karteczek z powitaniem od dzieci. Szkoła była poinformowana o jej przyjeździe, stolik i szafka w szatni były już podpisane. Dzieci oprowadzały ją po szkole i placu zabaw, każdy chciał ją trzymać za rekę. Szkoła liczy sobie 120 dzieci, klasy 1-10. W Islandii to jest kształcenie na poziomie szkoły podstawowej i średniej I stopnia., odbywające się w tej samej szkole. Naszły wspomnienia mojej pierwszej pracy w wiejskiej szkole, takiej małej i przyjaznej.
W szkole Matyldzi w miejscowości Hella liczącej 900 mieszkańców jest około 20 dzieci z Polski. Są dwie polskie nauczycielki, ponadto dwie inne panie dużo rozumieją i mówią w naszym języku. Kiedy przychodzę po Matyldę, witają mnie po polsku. Ponadto jest aż 12 innych narodowości. Dzieci też porozumiewają się po angielsku. Uczniowie są przyjmowani zgodnie z wiekiem. Matyldzia znalazła się w 2.bekkur, bo nauka w islandzkich szkołach zaczyna się od 6.roku życia. W jej klasie jest 15 dzieci, ale nie ma nikogo z Polski. Dostała tablet do porozumiewania się, używając gogle translator oraz przygotowany przez nauczycieli specjalny ilustrowany słownik polsko- islandzki. Do pomocy nauczyciel wspomagający, przygotowany do pracy z dziećmi imigranckimi. Od razu dobrze się poczuła, bo odbierała taką swojską, przyjacielską i bardzo życzliwą atmosferę. Spodobało jej się, że dzieci chodzą boso, a mnie, że ubierają się skromnie i na sportowo). Podłogi są podgrzewane. Jest jedna przerwa półgodzinna i wtedy szaleją na dworze bez względu na pogodę. W budynku zostawia się co tydzień ubranie zmienne na deszcz czy śnieg. Szkoła jest kolorowa i wesoła, nastawiona na dzieci i ich szczęśliwe dzieciństwo, ma przyjemne kąciki wypoczynkowe i sekretne miejsca. Babcia też skorzystała). Gdy rodzice przychodzą do szkoły, też zdejmują buty. Na zdjęciach poniżej klasowe party z rodzicami. Bo rok szkolny kończą już w piątek, czyli 31 maja. Druga część party odbyła się na basenie, bo to najprzyjemniejsze towarzyskie miejsce. Ludzie zachowują się bardzo naturalnie, są autentyczni, bo przecież przed chwilą wszyscy widzieliśmy się na golasa) . Wszyscy są na ty, chociaż ja nie mogę zapamiętać ich trudnych imion,np Sigridur,Ragnheidur, Vidja Karin. Wszyscy mówią dobrze po angielsku.
Basen jest koło szkoły, w tym roczniku mają 2 godziny na tydzień. Na wejściu zrzucają buty, potem odzież , nie chodzą w klapkach, następnie dokładne mycie i skok do wody. Uczą się i bawią. Na każdym basenie, już o tym pisałam wcześniej jest zjeżdżalnia i hot i cold poty. Po basenie też się myją i z mokrymi włosami idą do szkoły, hahaha. Jest ciepło, to szybko włosy schną.
Obiady i książki są darmowe, świetlica do 17. 00 , w symbolicznych kwotach. Nie ma jednolitych ocen nauczania czy charakterystycznego u nas wyróżniania czy negatywnych uwag wobec dzieci w klasie. W rozmowie z nauczycielem uzyskuje się informacje z tłumaczem. Matylda znakomicie radzi sobie w matematyce, jest bardzo pilna na islandzkim i po 1.5 miesiącu w szkole osiągnęła wysoki poziom rozumienia wszystkich poleceń, nazw rzeczy wokół siebie i zwrotów grzecznościowych. Pięknie czyta. I jak to w rodzinach imigranckich, dzieci tłumaczą rodzicom. Ja z trudem powtarzam te różne wyrazy. Tak friir- dziękuję bardzo , gołda helki – miłego weekendu, bless – do widzenia, god dajen- dzień dobry- to się nauczyłam, pisownia polska. Świetnie radzi sobie z koleżankami , zapraszają ją do domów i na urodziny. Raz na tydzień ma też język polski w grupie z innymi dziećmi. Wszyscy przechodzą do kolejnej klasy. Uczą się ekologii w praktyce.
Dziecko lubi szkołę. Mnie tez bardzo się podoba, taka swojska, skromna i autentyczna. Szkoda, że szkoła już się kończy. Będzie chodzić teraz na świetlicę. Poczujmy się nieulękłymi Islandczykami.
Trochę oficjalnych informacji.
System edukacji na Islandii podzielony jest na 4 etapy:
• Leikskóli - przedszkole dla dzieci poniżej 6 lat,
• Grunnskóli - szkoła obowiązkowa (podstawowa + gimnazjum)
dla dzieci w wieku od 6-16 lat,
• Framhaldsskóli - szkoła średnia dla młodzieży od 16-20 lat,
• Háskóli - szkoła wyższa dla osób w wieku powyżej 20 lat.
Główną zasadą systemu edukacji w Islandii jest równe prawo do edukacji niezależnie od płci, bogactwa, miejsca zamieszkania, pochodzenia, religii, ewentualnego inwalidztwa. Wszyscy mają zagwarantowana bezpłatną naukę również w szkole średniej i wyższej. Tradycyjnie szkoły są tworzone przez sektor publiczny.
Przedszkole pomaga dzieciom w lepszym i szybszym rozwoju, a także przygotowuje dzieci do nauki i prawidłowego funkcjonowania w szkole. Przedszkolaki uczą się przez zabawę.
W szkole obowiązkowej uczniowie przygotowują się do życia i pracy w cały czas rozwijającym się demokratycznym społeczeństwie. Program nauczania opiera się na tolerancji, wartościach chrześcijańskich i przesłankach demokratycznych. Szkoła islandzka stosuje pedagogikę holistyczną, w odróżnieniu od rutyny i schematyzmu, mocny nacisk kładzie na atmosferę psychiczną oraz wzajemne stosunki nauczycieli i uczniów oparte na partnerstwie i twórczej współpracy.
poniedziałek, 27 maja 2024
Pojedynek zimnej wojny.
Spotkanie z Bobby Fischerem.
Legendą w komunistycznej Polsce był ten genialny szachista. Ja sama pamiętam tamte historyczne Mistrzostwa i szachowy mecz stulecia. Wtedy zdałam już do ósmej klasy. Grałam chętnie w warcaby, a z filmów znałam figury na szachownicy, jak pionek, wieża czy król, oraz oczywiście powiedzenie szach mat. W warcabach były tylko pionki. Gra w szachy wydawała mi się bardzo tajemna i niezwykła. Ta koncentracja graczy, cisza, skupienie jawiła się magiczna i sekretna dosłownie. Podobnie grało się w brydża,tak myślałam dawniej, a my tylko umieliśmy w wojnę, w kuku czy remika. Próbowałam potem kilka razy uczyć się w szachy, ale nie spotkałam chłopaka, który by mnie bardziej zmotywował do genialnych rzeczy. Zostałam przy warcabowych pionkach. Ale pamięć o szachowej magii pozostała.
Mój pierwszy, nieżyjący już mąż bardzo często w rozmowach nawiązywał do tamtych Mistrzostw i geniuszu Bobby`ego. Będąc trochę starszym, wiedział, że był to ważny moment w historii tzw. „zimnej wojny”. Walka postępowego komunizmu ze zgniłym amerykańskim imperializmem. Hasła jak z lat 50. Islandia zaistniała wtedy na mapie świata. Niepokonani od dziesięcioleci sowieccy szachiści zostali zmiażdżeni przez ekscentrycznego Amerykanina, z pochodzenia Żyda, chociaż zajadłego antysemitę. Historycy piszą, że jego ojcem był prawdopodobnie matematyk niemiecki Nemeny, którego matka poznała na studiach w Moskwie. Nie mąż, biofizyk Fischer. Sama była Polką i Żydówką o komunistycznych sympatiach. Za te studia tłumaczyła się w latach 50. przed komisja Mc Carthy`ego.
Wróćmy do meczu. To przy tym stale grali, a prawie zabójcza aura Bobby`ego osaczyła Borisa.
Ale wtedy Boris Spasski był zdruzgotany i nie powrócił do świetnej formy. Parę lat potem zastąpił go Anatolij Karpow. A Bobby`ego Gary Kasparov.
Wizyta w Bobby Fischer Center w Selfoss wróciła mnie w tamte czasy. Wypełniona czarno-białymi zdjęciami dwóch bohaterów tych mistrzostw- Bobby Fischer i Boris Spasski patrzyli na nas młodzi, pewni swego geniuszu i bardzo skoncentrowani. Borys, parę lat starszy, w swojej charakterystycznej radzieckiej fryzurze a la Breżniew, Bobby, bardzo szczupły, ekscentryczny od zawsze. Wtedy protagoniści, potem szanowani przyjaciele. Jeden i drugi mieli skomplikowane życie. Borys, nieakceptowany w Związku Radzieckim po przegranym meczu z Amerykaninem, a Bobby broniący swej genialności, nie chciał odgrywać dalszych meczy, samotnik i ekscentryk. Dziwak, a nawett szaleniec.
Może zastanawiacie się skąd to małe muzeum w islandzkim miasteczku ? Ja też byłam zadziwiona, ale w zakamarkach pamięci coś mi grało i sprawdziłam w necie. Krótko opiszę.
W 1992 roku Bobby zagrał nieoficjalny rewanżowy mecz ze Spasskim, ale wybrali złe miejsce. Była to Czarnogóra i Belgrad, a wtedy jeszcze Jugosławia prowadziła krwawą wojnę w Bośni. USA nałożyła na ten kraj sankcje, a ich złamanie groziło 10-letnim więzieniem. Mecz o 5 milionów dolarów sponsorował serbski milioner. Bobby wygrał. Zaczęły się jego dalsze kłopoty. Podróżował po róznych krajach. Przeczytałam, że był w wieloletnim związku z Japonką i wyjechał do jej kraju. Tam się z nią ożenił. Zniknął z areny. Ale w 2004 na lotnisku w Tokyo został zatrzymany i osadzony w areszcie, czekając na ekstradycję do USA. Wypowiedział wtedy wiele gorzkich słów pod adresem amerykańskiego rządu, min. poparł ataki z 2001 roku. Zraził sobie bardzo opinię społeczną. Zwrócił się do Islandii o pomoc. Od czasów słynnego meczu w 1972 roku był bardzo popularną osobą w tym kraju. Ludzie go kochali. I wszyscy grali w szachy. Wtedy rząd i Althing- parlament islandzki nadzwyczajną ustawą w 2005 roku przyznał mu obywatelstwo. Zrzekł się obywatelstwa amerykańskiego. W ten sposób USA nie mogło go już deportować. I zamieszkał w Islandii, na obrzeżach miasteczka Selfoss. Niestety zmarł w 2008 roku na niewydolność nerek. Jest pochowany na niewielkim przykościelnym cmentarzu. Żegnał Go też Boris Spasski. Miał tylko 64 lata. Cały majątek po zmarłym szachiście odziedziczyła żona, też szachowa mistrzyni- Miyako Watai.
Bobby Fischer Center to bardzo nostalgiczne, pełne zadumy miejsce, ale wciąż aktywne. Mieszkamy teraz niedaleko tego miasta i zawsze mijamy muzeum, bo jest na wjeździe.
Tam do tej pory rozgrywają się różne szachowe pojedynki. Czuwa duch ulubieńca Islandii. Ja również chętnie wróciłam do tamtych, już teraz odległych czasów i chciałam wam to opisać.
środa, 22 maja 2024
Jak się zabawić po islandzku?
Islandia to rzeczywiście niesamowite miejsce. Wieedziałam o tym, ale przekonać się na żywo, to dopiero doświadczenie. Wyspa jest pełna kontrastów, stąd powszecha nazwa kraina lodu i ognia. Choć temperatura powietrza jest nieubłagana i nawet w lecie trzeba chodzić w kurtce, po naszemu zimowej, to w wielu miejscach można się kąpać w odkrytych zewnętrznych basenach. Nie będę pisać o znanych turystycznych miejscach, jak Blue Lagoon, Secret Lagoon czy Fontana Laugarvatn, gdzie islandczycy przyjęli chrzest.Tym bardziej o naturalnych turystycznych basenach usytuowanych wśród skał, nad oceanem, albo w płynącej rzece. Te wyróżniają się spektakularnym komercyjnym urokiem. Napiszę potem. Ja tu mieszkam teraz, nie jestem typową turystką.
Mnie najbardziej zaciekawiły szkolne i miejskie baseny, które znajdują się w każdym miasteczku, czy osadzie oraz przy każdej nawet najmniejszej szkole. Dla nich baseny, to jak termy rzymskie, najwspanialsza rozrywka. Ale dlaczego tak się dzieje? Klimat wyspy nigdy nie sprzyjał powstaniu placów i rynków miast w stylu europejskim. Piwo było zakazane na Islandii do 1989 roku, więc nie mogła rozwinąć się tradycja przesiadywania w pubach, karczmach czy w bistrach typu śródziemnomorskiego. Jeszcze 100 lat temu Islandczycy nie umieli pływać, bo nie odkryli dobrodziejstawa źródeł termalnych. Nie mogli nauczyć się w lodowatych wodach oceanu czy rzek. Byli narodem marynarzy, rybaków, którzy nie umieli pływać. Dopiero podczas II wojny, podczas alianckiego panowania zaczęli masowo budować baseny. Gminy dostały specjalne dotacje na odwierty, a nauka pływania stała się obowiązkowa.
Woda w basenach nie jest chlorowana, lub w bardzo małym stopniu. Jest dobroczynna. W związku z tym bardzo ważna jest higiena. Wszyscy z szatni wychodzą nago i idą pod prysznic, gdzie dokładnie należy się umyć. Nawet są obrazki na czym polega to staranne mycie. Zdarza się tez policja prysznicowa:) Podobają mi sie też wyżymarki na kostiumy.
Na basenie obowiązuje pewna etykieta, jak np. nie należy się wgapiać na kogoś i zakazane jest robienie zdjęć, czy w ogóle używanie telefonu. Baseny są skromne i bardzo bezpieczne, mają funkcję zdrowotną i społeczną. Najważniesze jest to,że wszystkie znajdują się na powietrzu! Naokoło niecek basenowych wyłożone są antypoślizgowymi matami. Ogrodzone wysokimi drewnianymi i gestymi płotami. Poniżej zdjęcie zrobiłam z recepcyjnego baru. Dzieci uczą się pływać i oswajać z wodą już od malucha. Gdy klasy przychodzą w określonych godzinach, wtedy zachowują się bardzo swobodnie, biegają, grają w piłkę, ślizgają się na zjeżdżalniach. Nie ma ratownika, tylko nauczyciel nadzoruje. Ratownicy są po południu i w weekendy. W takim zimnym kraju nie ma nic przyjemniejszego niż wylegiwanie się w geotermalnych źródłach i gawędzenie z rodziną, czy przyjaciółmi. Byłam na czterech basenach tutaj, w Selfoss, Hella, Laugaland i Hvolsvolur. Tylko Selfoss ma też część krytą. I tak się to odbywa niezwykle relaksowo. Jest basen do pływania o temperaturze, 29- 32 stopni, i dwa- trzy hot poty w temp 36-38, 39-43, do tego jeszcze sauny, a przy nich oczywiście kaldur pottur- czyli beczka z zimną wodą. Ludzie popływają trochę, a potem sobie leżą czy siedzą w hot potach godzinami. Rozmawiają na różne tematy, to naprawdę zastępuje nasze knajpki i kluby. Dzieci wesoło biegają, tak np dzieje się w weekend, a dzisiaj na basenie mamy spotkanie integracyjne z klasą wnuczki :)) Wejście na basen jest bardzo tanie, czas nielimitowany, dzieci wchodzą za darmo, seniorzy poniżej 67 lat zniżka. Deszcz pada czy śnieg, a oni tak tkwią w swoich ukochanych żródłach jak posągi i korzystają z dobroczynności minerałów. Mnie też to się podoba. Bardzo mnie relaksuje i działa prozdrowotnie. A potem z powrotem trzeba założyć ciepłe ciuchy, ale w środku bardzo rozkosznie.
niedziela, 19 maja 2024
W islandzkich miasteczkach nad Atlantykiem .
Gdy myślicie Islandia, to od razu wulkany, lodowce, gejzery. I owszem, to jest najniezwyklejsze na świecie. Ale mnie najbardziej zawsze interesuje kultura materialna. O przyrodzie też napiszę, bo jest cudem na ziemi. Ale mnie przeraża.
Zacznę moje prywatne obserwacje od kultury, która rozwinęła się przy tak niesprzyjającej naturze. Mieszkamy niedaleko miejscowości Hella, gdzie Matyldzia chodzi do szkoły, a córka pracuje in the world`s magical place with strikig extremas and rugged landscapes- gdzie hoduje the world` s extraordinary fish- Arctic char.
Mieszkamy na farmie, razem z kilkoma innymi prawie pionierami, można by rzec, ale takimi nowoczesnymi. W wielkich traktorach i jeepach.
W ostatnią sobotę, przed Zielonymi Świątkami, tutaj też obchodzą to święto i mają również wolny poniedziałek, pojechałyśmy na wybrzeże między ujściem dwóch polodowcowych rzek Olfusa i Pjórsa- najdłuższa w kraju-230 km do rybackich wiosek Eyrarbakki i Stokkseyri. Ponieważ dzieli ich tylko 7 km i zawierają zabytki rybackiego dziedzictwa, nazywa się ich Stokkseyrarbakki. Wiedzie tam droga z zadziwiającymi krajobrazami. Obszar powstał z lawy po największym wybuchu na Ziemi pojedynczego wulkanu od epoki lodowcowej. Byłam w muzeum Lava w Hvolsvollur. Otoczenie jest na ogół płaskie, zarośnięte szarą trawą, gdzie pasą się koniki islandzkie i owieczki, a nagle pojawiają się dziwne kształtem pagórki i wzgórza, wypiętrzenia, olbrzymiwe grzbiety skalne. Nie ma drzew, natomiast dużo polodowcowych rzek, strumyków i jeziorek. W głębi natomiast pokryte śniegiem ogromne wulkany, w tym słynna Hekla, która wybucha kilka razy na sto lat i znany na całym świecie z powodu trudnej nazwy-Eyafjallajokull, który wybuchł w 2010 roku. Pojedyncze domy- farmy, albo pensjonaty gdzieniegdzie ukryte daleko od drogi.
Uwielbiam spacery po małych opuszczonych miasteczkach, gdzie dawną historyczną świetność widzi się w tym, co stworzył człowiek. Obecnie zamieszkuje tam po ok. 500 osób, kiedyś nie było więcej, ale historycznie stanowiły ważne ośrodki życia.
Na szczęście, dla naszego małego człowieka są rozległe place zabaw, najczęściej z tyrolkami i trampoliną. Wtedy ja mogą zająć się spacerami i kontemplacją.
Stosuję polskie znaki, bo nie mogę znaleźć tych innych.
Najstarszym domem w Eyrerbakki jest Husid z roku 1765, kiedy wioska stała się najbardziej ożywionym ośrodkiem handlu z Duńczykami, a duńskie rodziny mieszkały tu przez kolejne 200 lat. Trzeba wspomnieć,że dopiero po II wojnie Islandczycy uzyskali niepodleglość. Wcześniej stanowili dominium duńskie. W tamtych czasach mieszkańcy Islandii głównie budowali proste torfowe domy,jakby nasze ziemianki, które zarośnięte trawami utrzymywały ciepło. Natomiast ten nowoczesny drewniany dom Husid był europejskim wzorem kultury dla bardzo biednych Islandczyków i największą posiadłością w II połowie XVIII wieku. Dwa podobne powstały wtedy w Reykjaviku. Największa, żeglugowo- handlowa firma kopenhaska tamtych czasów przywiozła ten dom z Danii, a zamieszkał w nim przedstawiciel firmy. Obok mamy zielony domek- Assistentahus z 1881, gdzie mieszkali urzędnicy, a jeszcze z tyłu był Eggjahusid/ tak od jajek/- obecnie Heritage Museum. Zachowało się wiele historycznych domów z XIX wieku lub początku XX. Każdy ma swoją nazwę i obecnie są poddawane pieczołowitej renowacji. Zachwycają. Zawierają też prywatne muzea, są naprawdę unikatowe. Sagi to narodowe pieśni Islandii, opowiadające historię kraju i jezyka. Ich śpiewanie jest bardzo popularne i lubiane, w tym starym domu- Bakkastofa w Eyrerbakki odbywają się prywatne śpiewy dla turystów. Muszę się zapisać, bo liczba miejsc ograniczona. Spacer wzdłuż pustej ulicy, to jakby time machine. Tylko samochody przypominają o naszych czasach. Przypominają mi też domki z holenderskch rybackich wiosek, ale te są znacząco skromniejsze. Wszystkie pokryte blachą falowaną, żeby deszcz spływał. Obecnie też tak sie buduje.
Dla rozróżnienia spójrzmy na skromną torfową chatkę Puridarbud w Stokkseyri, imieniem najsłynniejszej islandzkiej kobiety rybaczki – Puridur Einrsdottir, która żyła w latach 1777-1863 i ponad 50 lat pracowała na morzu. Replikę domku postawiono ponad 100 lat temu, ostatnio odnowiono, a wszystko dla upamiętnienia tej dzielnej kobiety, której czyny w tamtych latach były zdumiewające i niezwykłe. Pracowała w męskim przebraniu, ale musiała mieć pozwolenie swojego lokalnego naczelnika na wykonywanie tej pracy. Ponieważ rybołówstwo utrzymywało naród islandzki przy życiu, jej niespotykaną postawę można porównać z historią Grażyny Adama Mickiewicza lub nawet Joanny d`Arc. Takie mam skojarzenia.
W każdej rybackiej wiosce stoi memoriał poświęcony zaginionym rybakom. Morze zabrało tysiące ludzi w dawnych czasach, życie było niewiarygodnie ciężkie dla Islandczyków, ale się nie poddawali. Dzięki rybom ten twardy, prawdziwie wikingowy naród mógł się rozwijać i trwać.
Obecnie nabrzeża są zmodernizowane, można bezpiecznie spacerować, bez strachu, że porwie fala. Chronią nas ogromne kamienne falochrony, a wzdłuż kultowe restauracje, w tym Fjorubordid, gdzie serwuje się najlepszą w kraju zupę z ostryg. Z zewnątrz wygląda jak podłużna stodoła. Zewsząd dochodzi śpiew ptactwa, odległe fale nie przeszkadzają tym koncertom.
Wioski również szczycą się rękodziełem, prywatnymi galeriami sztuki oraz ośrodkami muzealnymi na temat elfów, duchów i lokalnych czarodziejek. Nieraz bardzo straszne. Islandczycy głęboko wierzą w swoje elfy.
W każdej wiosce jest jeden sklep. Kultywują one tradycje sklepu Laugabud, gdzie można było kupić wszystko. Duch jego dawnego właściciela, który pracował w nim w latach 1919- 1993, odznaczony najwyższym medalem Islandii Orderem Sokoła czuwa, nad nimi. On używał tylko ołówka do obliczeń, teraz jest nowocześniej, ale sklepy wiejskie zachowują dawną staroświecką atmosferę. W końcu mieszkańcy i tak główne zakupy robią w Selfoss w ichniejszej Biedronce czyli Bonus. Nie mają w Islandii żadnych korporacyjnych sklepów.
I jeszcze całości dopełniają luterańskie kościoły jak z obrazów Asgrimura Jonssona, islandzkiego pioniera sztuk malarskich. Stokkseyrakirkja z 1886 roku, odnowiony w 1990r. Przed kościołem pomnik pamięci zagionionych rybaków.
Oraz Eyrarbakkakirkja z 1890 roku. Duński architekt Johan Jonson przywiózł deski z Kopenhagi, a ówczesna królowa Danii Luiza namalowała dla kościoła obraz na ołtarz. To było niesłychane wydarzenie. Kościoły niestey zamknięte.
Szkoda było nam opuścić te urocze miasteczka, ale naszły chmury, zrobiło się chłodniej i zabawy na powietrzu straciły atrakcyjność dla Matyldy. Temperatura spadła poniżej 10 stopni .Wieje. Do zimna tutaj trzeba przywyknąć. Po prostu ciepło się ubrać. Wracamy na naszą farmę.W domu cieplutko.
Niewiele mogę teraz poprawić w tej nowej wersji blogspota. Zdjęcia zamieściłam za małe, a nie mogę ich teraz powiększyć, bo w projekcie są tylko literkami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































