Moja lista blogów

sobota, 25 października 2025

Magia Górnych Łużyc.

      Piątkowe przedpołudnie spędziłam w muzeum w Lubaniu.  Oglądając wystawy rozmawiałam z panią Beatą, kustoszką  muzeum. Tematy przeskakiwały z kultury na socjologię, z historii na sztukę.  You made my day, można by powiedzieć, bo Beata była  taką wspaniałą interlokutorką. Wybierałam się do muzeum już od paru lat, bo miasto zawsze czarowało mnie swoim  historycznym urokiem. Lubiłam posiedzieć na skwerku koło Wieży Brackiej i widziałam oczyma wyobraźni  średniowieczne szlaki handlowe i komunikacyjne, które tędy przebiegały.


Nawet słyszałam średniowieczne odgłosy, stukot koni i zamykanie Bram.  Trakt Solny,  Droga Frankijska i Via Regia, to one  łączyły kraje ówczesnej Europy wschodniej i zachodniej.  Wieża i Brama oraz podwójne  mury  były doskonałą fortyfikacja w czasie wojen husyckich i ze Szwedami.  Miasto ma kościoły ewangelickie i katolickie. Lubię też siąść naprzeciwko renesansowego  Ratusza, od strony wejścia do Muzeum.
W sąsiedztwie szemrzącej fontanny, mnicha franciszkańskiego, tablicy osadników   chłonąć taką nieśpieszną miejską atmosferę. Architektura lat 70. niszczyła urok zabytkowych miasteczek., ale Ratusz ratuje wszystko.




 Lody z widokiem na Wieżę Kramarską też są naszą letnią tradycją. Przyjeżdżam tutaj podczas różnych letnich  festiwali, ale wolę ten spokój dnia codziennego. To było miasto kupców i rzemieślników i z historyczną brawurą podtrzymuje tradycje.  Spacerując wokół rynku uwagę przyciągają małe butiki wypełnione atrakcyjną odzieżą i eleganckimi drobiazgami. Jestem zadziwiona  ich  ilością. Teraz miasto jest w stowarzyszeniu gmin polskich euroregionu i w związku sześciu miast łużyckich
, a w średniowieczu było członkiem Ligi  Sześciu Miast  Górnych Łużyc. To nie wojny tak naprawdę niszczyły miasto, ale pożary. Może to i dla zdrowia , bo higiena tamtych czasów była śmiertelnym zagrożeniem.

Rozmawiałyśmy tak z panią Beatą, a czas nam płynął praktycznie i bardzo miło. Pozwalałyśmy sobie wzajemnie mówić. Moja prywatna przewodniczka  już wiedziała, co może mi się spodobać i zwracała uwagę, gdy coś pominęłam.  Czasami człowiek ma szczęście spotkać na swojej drodze fajną osobę. Kontynuujemy rozmowę o historii Lubania i jego czeskim i śląskim pochodzeniu, ale pojawia się też piastowska księżniczka Świętosława- Sygryda. Ciekawe czy o niej był jakiś film?  A z tyłu za mną Śnieżne Kotły, prosto ze spotkania autorskiego Sławka Gortycha .  Ale malarstwo to dzieło Ludwiga Danzigera. Na pewno o takim nie słyszeliście? Z okazji 50-lecia istnienia Muzeum Regionalnego w Lubaniu już niedługo zobaczymy książkę Ludwik Danziger malarz z Lubania. 


A ja miałam już z przyjemność podziwiać  kilka jego obrazów i poznać historię życia. Akurat byłam po seansie netflixowym  Breslau murders i pomyślałam, że życie malarza też jest gotowym scenariuszem.  Urodzony w 1874 roku w Lubaniu /Lauban/ w żydowskiej rodzinie średniozamożnych kupców.  Od dziecka nie rozstawał się z papierem ołówkiem i kredką.

Kochał Karkonosze i pobliskie Góry Izerskie. Dziecięce przeżycia wśród malowniczych szczytów sprawiły, że potem poświęcił się głównie sztuce pejzażu. Dużo podróżował, ale brał też udział w I wojnie światowej, która zostawiła ponure, przykre wspomnienia. Był samotnikiem.  Bardzo mnie wzruszyła historia jego życia. Zmarł w 1924 roku. Ominęły go faszystowskie czasy.

Szykuje się ogromną monograficzna wystawa tego malarza w Muzeum w Lubaniu.  Z pewnością tam się pojawię następnym razem  i dokończymy rozmowę z panią Beatą. Np. na temat osadników z Bukowiny, tzw. góralów czadeckich i niezwykłych naczyń z popłodami  jako rytuałów magicznych. Oraz na temat nagród wydarzeń muzealnych Dolnego Śląska, bo ja byłam w trzech nagrodzonych miejscach. Muzeum Ceramiki w Bolesławcu, jako wystawa regionalna, Muzeum Miejskie Dom G. Hauptmanna jako wystawa sztuki- Paul Aust i Lubań jako projekt naukowo- badawczy- późnośredniowieczne monety z Wyręby. Jest o czym prawić👍👏

Do zobaczenia. Już jestem fanką muzeum w Lubaniu. W przedwojennym saloniku mi do twarzy.


 

Jakie muzeum ostatnio odwiedziliście? Bo wiem, że chodzicie👍 A na wernisażach jakie towarzystwo się pojawia?  Można poobserwować, nie tylko obrazy czy eksponaty.   

Czy muzeum to kontemplacja muz jak mówi geneza słowa?

 

sobota, 18 października 2025

Nauczycielskie wspominki na przekór wirtualnemu światu.

       Bardzo dobrze pamiętam swoją pierwszą pracę jako nauczycielka. Ponure pogrudniowe czasy wczesnych lat 80.

Ale bardzo dobrze zarabiałam w swojej wiejskiej szkole, bo miałam  prawie dwa etaty, fundusz na tzw. zagospodarowanie i  dodatek wiejski. Starałam się być dobrą nauczycielką, chociaż głównie stałam pod piecem i rozmyślałam o moim ówczesnym narzeczonym. W klasie uczyło się po 6-10 dzieci. W tej przytulnej wiejskiej szkole poznałam pełną dziewczęcego uroku Basię. Razem jesteśmy do dziś, a wtedy dojrzewałyśmy do małżeństwa i nauczycielskiego powołania. Jak w ulubionej wtedy "trójce" będąc młodą lekarką...😁😁

A to my skromne nauczycielki lat 80. Zaraz potem szybko dorosły😀ale gesty rączek pozostały💓

 Spotkanie  moich koleżanek z okazji Dnia Nauczyciela  ucieszyło mnie ogromnie. Koncert skrzypcowy w wykonaniu przemiłej skrzypaczki Zhanny Zharkowej wprowadził nas w pogodny nastrój.


  Słowa od władz, wypowiedzi starszych pedagogów, występ Zhanny rozradowały wszystkich.  Ileż to jeszcze życia przed nami😀👍✌. Zobaczyłam  się z koleżankami z kilku szkól, gdzie kiedyś pracowałam.  Pozostały  takie radosne i entuzjastyczne jak kiedyś - oświecone. Patos stosuję  z  uzasadnieniem. Wiele z nas nadal pracuje i  kształci się w różne formach. Nie tylko w Uniwersytecie III Wieku😀👍.

Przy tej znamienitej okazji chciałam się podzielić refleksjami jak trudno obecnie w świecie internetowej hiperkomunikacji podtrzymywać głębokie więzi.

Obecnie większość ludzi woli intymne relacje z maszynami, takie to proste, możesz się wyłączyć kiedy chcesz. Nie angażujesz się, wyślesz uśmiech, napiszesz  komentarz, często empatyczny, ale pilnie nie zadzwonisz, bo to już pewne poświęcenie. Nie ma kultury bezinteresowności, bo tego wymaga przyjaźń. Przyjaźnimy się z ludźmi o podobnym statusie finansowym. Nowa cywilizacja stawia wiele przeszkód przyjaźni, bo więź może stać się kłopotliwa, lepiej się nie angażować. Dobrze skupić się na sobie i na swoich przyjemnościach. Staliśmy się już cywilizacją  zachodu, nie rozmawiamy o poważnych sprawach, nie wypada zwierzać się na smutno.  

Niektórzy stają się prawie cyborgami, ludzko- techniczną hybrydą sprzężoną za pomocą interfejsów. Bo smartfon jest włączony cały dzień i dźwięk wiadomości rozprasza  realne spotkanie. Nie chcę być zależna od tej nowej społeczno-psychologicznej rzeczywistości, od ludzi którzy nie wiem jak wyglądają.  

Szukałam szczęścia po świecie, a w rodzinnym mieście tyle wspaniałego koleżeństwa ze wszystkich etapów życia. Zażyłość braterstwo i przywiązanie. 

Zajadamy specjalność zakładu💓 i oczywiście czekoladki.

Jest Basia, która wtedy była dyrektorką  przedszkola i w 1995 roku pożyczyła mi tablicę szkolną, a ja zawiesiłam ją w „Malwie” Gdy rozpoczynałam działalność, wynajmowałam  salę w  osiedlowym Domu Kultury. Ela, jego pierwsza dyrektorka wymyśliła  nazwę- Malwa ma lwa i chyba jako pierwsza zorganizowała  festiwal uliczny przy Malwie z okazji jej otwarcia. Z Elą  długo bawiłyśmy się w teatr.  Magda, moja córka , kiedyś wychowanka   przedszkola Basi, potem trafiła  tam na parę godzin jako nauczycielka j. angielskiego.

Jest Ewa,, najlepsza dyrygentka w regionie ze swoją dumą- pięknym chórem nauczycielskim Coro Cantorum, dosłownie i w przenośni, z powodu ślicznych chórzystek,  który istnieje ponad 30 lat. Z Ewą robiłyśmy imprezy w 14tce i zawsze gratulowano nam pomysłowości. Ewa pomogła mi  skompletować kreacje, gdy w 1994 roku, jako laureatka konkursu miast bliźniaczych,  jechałam na wielką międzynarodową galę otwarcia Eurotunelu. Najlepsza wtedy koleżanka.

Jest Danusia ze Zbyszkiem, których uczyłam języka angielskiego, a  Zbyszek zrobił mi piękne pierwsze portfolio, które kiedyś poszło w świat szeroki. Nasze prawie całonocne rozmowy pozostaną z nami na  zawsze.

Na zdjęciu poniżej koleżeństwo oświetlone mocnym październikowym słońcem razem z Zhanną z Drohobycza oraz jej miłym akompaniatorem Andrzejem, rodem z naszych Starachowic💓


  Ja wiem, nie zwiejemy od internetu. W dzisiejszych czasach jest to niemożliwe, ale nie przyjaźnijmy się z AI w blogosferze, bo   jej umiejętność   przypomina przekładańca, znanego z  groteskowego filmu z Bogumiłem Kobielą pokazywanego  regularnie na Kulturze. Czerpie z  różnych osobowości, porusza nośne tematy, dostosowana do przypodobania się, a  jej ogólne refleksje, komentarze to  doskonała  analiza sentymentów i emocji oraz oczekiwanych odpowiedzi  na dany problem..

. Opowiadanie St. Lema z lat 60. pokazuje Polskę z roku 2000, a Wajda stworzył zabawną lekką satyrę na temat transplantacji. A teraz  to metaforyczna transplantacja mózgowa.

Jak fajnie się  patrzy na dawnych aktorów, młodziutkich i przystojnych.

Tak samo fajnie spotkać  starych przyjaciół i docenić wysiłek organizacyjny naszych związków, Basi i Ewuni oraz  nieocenionego Browaru Kultury.

Ustawiłam się w naszym Browarze wśród kwiatów Marleny i  Bartka, a moja suknia prosto ze sklepu Medicine, tak dla reklamy👍, doskonale się komponuje👏. Oh, jak ja lubię  imprezy w Browarze💓


O nauczycielach chyba każdy ma jakieś refleksje? Podobno blogerzy to w większości nauczyciele czy inne zawody powiązane z edukacją, bo jeszcze im chce się pisać.
Dlaczego w sieci spędzacie dużo czasu?

 



sobota, 4 października 2025

O północy w Iwoniczu.

 Z dużą przyjemnością przedstawię Wam dzisiaj taki żarcik nawiązujący do lirycznego filmu Woody`ego Allena oraz najnowszego comfort movie La venue de l`avenir.  Cały dzień oglądam przesłuchania pianistów na Kulturze i tak się nastroiłam refleksyjnie.  

     Z  hektycznego / hectic ang. gorączkowy, szaleńczy/ czasu wielkich miast 21. wieku, pewnego razu o północy w Iwoniczu-Zdroju  Alicja przeniosła  się  do 1837 roku spotkać z  hrabią Karolem Załuskim, ostatnim naczelnikiem powstania listopadowego na Litwie. Wykorzystał on wyniki nowych analiz chemicznych iwonickich zdrojów dokonanych przez Teodora Torosiewicza , farmaceutę ze Lwowa, znanego badacza wód mineralnych w Galicji i na Bukowinie. Widziała jak Załuski przystąpił do odbudowy zakładu zdrojowego.  Odbudowy, bo źródła te znane były już od czasów Stefana Batorego, a opisał je  doktor Wojciech Oczko, nadworny lekarz króla. W swoim pamiętniku pod datą 8 sierpnia  1837 pisała: „po lewej ręce przy drodze do Dukli jest położony Iwonicz zaczynający się wsławiać wodami mineralnymi. W gęstym lesie, w zapadłej kotlinie znajdują się trzy źródła. Droga prawie nieprzystępna, ale spodziewać się trzeba, że właściciel tego miejsca usiłując uczynić ją pojezdną dojdzie do tego celu. Już tego lata wiele osób doznało skutków tych kąpieli i wód, gdyż jedno źródło jest do picia drugie, do kąpania, a trzecie palące się.” / Ksawery Prek/

Spójrzmy na zdjęcia na przestrzeni  150 lat. Stary Dom Zdrojowy, kiedyś lokal Galicja, obecnie z powrotem pod nazwą Dom Zdrojowy.




Mój zimowy wypoczynek pewnego razu w 2005 roku.

I obecnie.

W drugim półwieczu 19. stulecia zdrojowisko przeżywało okres prosperity, leczyli się tu kuracjusze z Galicji, Czech, Węgier, Austrii, Rosji, Francji, a także nieliczni z Egiptu, Palestyny, Iranu i Ameryki.  Nasza bohaterka z 21. wieku pewnego razu w Iwoniczu spotykała tu również poetów i pisarzy. Zamieniła słowo z Aleksandrem Fredro i razem zwiedzali zamek w Odrzykoniu. Pewnie zainspirowała go do postaci wdowy Podstoliny😀

 Rozmawiała z Michałem Bałuckim i to o niej była napisana powieść Ostatnia stawka. Nawet AI nie zna utworu, natomiast Allegro książkę sprzedaje. To dzieje kuracjuszy z Iwonicza.
Pijalnia w okresie międzywojennym.

 Przed pijalnią wesoła grupka przyjaciół  z 2005 r.

We wrześniowym słońcu obecnie.

Na wieczorach przy świecach czytała wiersze Wincentego Pola:

W cieniu tych lasów coś tam szemrząc słodko, dziś jak przed laty witasz nas Bełkotko,

O, jak natchnienie przez duszę przepływa, czysty się płomień z twych nurtów dobywa,

 A czcią przejęci nad źródłami twemi, wielbimy Boga w cudach naszej ziemi.

Bo ogień czysty i szmer źródła rzewny, co tajemniczo spod ziemi wychodzi

Jest temu życiu serc naszych pokrewny, co się z płomieni o łez cichych rodzi. 

Pomnik poety przy źródle Bełkotka.

Wzgórza otaczające dolinę Iwonicza porośnięte są lasami mieszanymi, będącymi pozostałością dawnej puszczy karpackiej. Dominuje drzewostan jodłowo-bukowy z domieszką świerków, sosen, modrzewi, grabów i jaworów, co widać na zdjęciach.


2005 rok

Willa Mały Orzeł obecnie. Zakupiona przez inwestora, czeka na renowację.

Wodami ze źródła Bełkotki leczył ją nawet brat poety znany lekarz Józef Pol. Nawet  Marysieńka Sobieska korzystała z tego przedziwnego źródła i słyszał o nim nadworny lekarz Ludwika XIV. Jakże inaczej podobne źródła były postrzegane w biednej Islandii. Jako złowróżebne odgłosy szatana. Z Bełkotki  wydobywał się gaz i można go było zapalić.

Tu pomieszkiwała, kiedyś i obecnie. Hotel Pod Jodłą.


2005 rok. Hotel Biały Orzeł

Ze zdziwieniem wracała do swojego 21 wieku,  ale wtedy już wiedziała, że literatura piękna oraz sztuka przynoszą  cenną wiedzę o świecie i człowieku, podobnie jak nauka. Pobudzają wyobraźnię i odwołują się do uczuć, uszlachetniają. Bo przeżywanie pozwala na głębszy kontakt z drugim człowiekiem. Tak też było w przypadku naszej bohaterki,  jej przyjaźnie nawiązane w Iwoniczu na początku 21. wieku przetrwały kolejne dekady.

I obecnie sama, chociaż w grupie, piła za zdrowie swoich dawnych przyjaciółek. W winiarni Kupała niedaleko zamku Kamieniec w miejscowości Odrzykoń.

Z okien i tarasu o szwajcarskim szyku tej eleganckiej restauracji widzimy Pijalnię, Bazar i nic się nie zmieniło przez  ponad 100 lat. To centrum Iwonicza, tuż przed Parkiem Zdrojowym.


Zimowe wakacje roku 2005.

Obrusów już nie ma. Znikła dawna elegancja. Jedynie dobre trunki zostały.

To jej ulubiony czas linearny, gdzie każdy moment jest inny i nigdy się nie powtórzy. Trzeba korzystać z chwili, wiedzieli o tym już starożytni, Carpe diem. Jest to bardzo gorzkie odkrycie nieodwracalnych zmian, a doświadczyła tego po raz kolejny  podczas swojej ostatniej wizyty w Iwoniczu-Zdroju, gdzie spacerowała już sama i nie słyszała wesołych głosów swoich kumpelek sprzed laty.

Signum temporis tamtych czasów- torebki do sportowego stroju😀

Jakby dziewczyny do wzięcia😀


To dopiero była gromadka. Na stokach góry Winiarskiej. Orczyk wyrywał nas z nart😀

Teraz sama, ale z radością piję swój zielony trunek. Wybrałam pod kolor mojego stroju i okularów😀bo pomimo upływu lat nadal zmierzam do wyznaczonych przez siebie celów. Bo jak wiadomo, życie czynne, pełne inicjatywy sprzyja zdrowiu👍.
I takim optymistycznym akcentem zachęcam wszystkich do korzystania z tygodniowych pakietów SPA w  sanatoryjnych miejscowościach, gdzie powolny czas sprzyja refleksjom i planowaniu dalszych etapów życia.

PS W prawdziwym sanatorium też kiedyś byłam, ale to za długo i można się zanudzić.

A wy jakie macie doświadczenia z  sanatoryjnymi miejscowościami?