Moja lista blogów

czwartek, 10 września 2026

Nowa europejska stolica rocka? Milionerzy inwestują w dawną ruinę.

   W odpowiedzi Urszuli na jej wpis o swoim miasteczku i do mojego dawnego  krajana z drugiej strony świata💓.  Miałam wczoraj jakiś poważny problem z zamieszczaniem zdjęć, stąd linki do dodatkowych informacji.  I te moje zdjęcia, nie wiem dlaczego tracą jakość, gdy zapisuję ich najpierw na pulpicie.?

Mam nadzieję, że Was zainteresuje mój Ćmielów. Taki ad hoc chwalipost, bo nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności. Nie było mnie w moim mieście parę miesięcy.  Na zmiany patrzę z zachwytem. Wybrałam się na wycieczkę dzięki niestrudzonej nauczycielskiej aktywistki Basi💖 Brawo ZNP.

Byłam wczoraj na Zamku Ćmielów/ 10 km od mojego miasta Ostrowiec Św/ i pozostaję pod ogromnym urokiem państwa Zarębskich, właścicieli rezydencji. Pani Anna pogodna, emanująca wewnętrznym spokojem, smukła wysoka, patrzy na świat  tymi swoimi oszałamiającymi  oczami. Jak czarodziejka. Sugestywne opowieści pani Anny w radiu, telewizji czy social mediach oraz wcześniejsze  wywiady w Dworze Amelii prowadzone ściszonym spokojnym głosem to jej siła, klasa i szyk. KLICK



Pani Anna z Jean- Michelle Jarre i Slash

Zawdzięczam jej moje wspaniałe niezapomniane urodziny z Izabelą Trojanowską w ubiegłym roku.

URODZINY

Płyta Izy z młodości.

Pan Tadeusz Maciej  Zarębski to pasjonat i wizjoner jak Stanisław Wokulski. Self-made man.   Obydwoje państwo  zrobili na mnie kolosalne wrażenie rozmachem swoich marzeń. W  ruinach  XVI wiecznego gotycko- renesansowego zamku, który  na wysepce tonął w błocie od dziesięcioleci  w ciągu czterech lat dokonali cudu. A my , z powiatu ostrowieckiego doskonale wiemy jak Ćmielów wyglądał wcześniej..


Zrekonstruowali zamek, zabezpieczyli ruiny, wybudowali muzeum historii zamku oraz muzeum muzyczne prezentujące ogromne zbiory gitar, płyt, autografów, zdjęć i innych muzycznych pamiątek.  Ze zdumienia do tej pory głowię się jak tego dokonali.
Pod wiekowym oliwkowym drzewem.


Drzewa oliwkowe, 400-letnie wykopane z Włoch.


 To dla mnie niewiarygodne, że są ludzie, którzy swój olbrzymi majątek  inwestują w taką wspaniałą kulturalną inwestycję. Pan Tadeusz osobiście i z miłością do eksponatów  oprowadzał nas po swojej kolekcji, brak mi słów jak ją określić, fenomenalna,  niedościgniona, rewelacyjna, największa w Europie. KLICK

Z panem Tadeuszem na tle zdjęcia z Harlemu 1958 z największymi ikonami jazzu tamtych czasów.

Rezydencja obronna w Ćmielowie wzniesiona została z inicjatywy Krzysztofa Szydłowieckiego. W kolejnych wiekach należała do Radziwiłłów i Ostrogskich, niszczona od XVIII wieku. W czasie potopu szwedzkiego Zamek był świadkiem straszliwej rzezi dokonanej przez Kozaków na rodzinach szlacheckich, którzy schronili się tam przed Szwedami, jak gdyby za zgodą Księcia Siedmiogrodu Jerzego Rakoczego. AI stworzyła wstrząsający film na ten temat.

 Wszystkich ciekawi jak państwo Zarębscy dorobili się ogromnego majątku. Historia Tadeusza Zarębskiego i jego firmy Fitness Authority to klasyczny American dream. Wszystko zaczęło się od chłopięcych marzeń, garażowych treningów i ogromnej determinacji, a skończyło na globalnym imperium eksportującym produkty do niemal 90 krajów świata.

Nastoletnia pasja przerodziła się w dojrzały plan biznesowy. W styczniu 2004 roku Tadeusz Zarębski założył firmę  Fitness Authority w Otominie niedaleko Gdańska. Pan Tadeusz był wizjonerem. Zauważył lukę na polskim rynku, który po transformacji ustrojowej zaczął dynamicznie chłonąć zachodnie trendy, w tym modę na fitness i kulturystykę. Zarębski postanowił stworzyć markę, która dostarczy polskim  sportowcom odżywki o najwyższym standardzie, mogące konkurować z liderami z USA. Początkowo firma zajmowała się dystrybucją, jednak kluczem do sukcesu okazało się stworzenie własnych unikalnych receptur i linii produktowych. Zarębski postawił na agresywny marketing, doskonałą jakość składników oraz nowoczesny, wyróżniający się design opakowań.

Lokalny biznes zmienił się w globalne imperium. W ciągu dwóch dekad firma całkowicie zmieniła proporcje sprzedaży Początkowo marka koncentrowała się na Polsce. Z czasem jednak to eksport stał się głównym motorem napędowym firmy, z czego aż 80% trafia do krajów   Bliskiego Wschodu i Azji. /info- internet/

 Zarębski udowodnił, że biznes oparty na autentycznej, młodzieńczej pasji, konsekwencji i odwadze w wychodzeniu poza granice własnego kraju może przekształcić się w potężne przedsiębiorstwo z wielomilionowymi obrotami, dające ostatecznie kapitał na realizację kolejnego wielkiego marzenia – odbudowy Zamku w Ćmielowie. KLICK

 I takim sposobem powiat ostrowiecki dostał takich niezwykłych  ludzi na swoim gruncie. W 2022 rozpoczęto prace archeologiczne i rekonstrukcyjne.. Odbudowa renesansowego zamku w Ćmielowie była procesem wymagającym starannego podejścia. Najpierw oczyszczono teren oraz mury, co pozwoliło odsłonić oryginalną strukturę dawnego obiektu. Pracował ogromny zespół archeologów i budowlańców. W 2023 zakończono prace budowlane, a potem aranżowano wnętrza, szykowano ekspozycje z bogatą historią warowni oraz zadziwiającą kolekcję Gospodarza nazywaną Stratocastle.

Przesłanie Niemena zawsze aktualne.


Na kilku ścianach znajdziecie każdą płytę.


Suzie Quatro

Zamek- królewskim wjazdem- otwarto 24 maja 2026.  Główną częścią widowiska był zainscenizowany, uroczysty pochód króla Zygmunta Starego i królowej Bony, którzy według zapisków historycznych bywali w przeszłości gośćmi zamku. Rekonstruktorzy z Chorągwi Rycerstwa Ziemi Sandomierskiej zorganizowali profesjonalne obozowisko historyczne. Odbyły się widowiskowe pokazy konne, pojedynki rycerzy na miecze oraz demonstracje dawnej broni palnej i artylerii. Na odwiedzających czekały stoiska z regionalnymi przysmakami, miodami oraz tradycyjnym rękodziełem. Turyści po raz pierwszy mogli wejść do odrestaurowanego budynku przedzamcza. Największe poruszenie wywołało unikalne zderzenie historii z nowoczesnością – z jednej strony podziwiano artefakty z wykopalisk archeologicznych, a z drugiej spektakularną, multimedialną galerię muzyczną „Stratocastle” pełną markowych gitar z autografami gwiazd rocka.

Rolling Stones


Deep Purple- jest mnóstwo kolekcji tego zespołu.

Wydarzenie okazało się ogromnym sukcesem wizerunkowym, a pierwsi turyści w relacjach podkreślali imponującą skalę metamorfozy tego miejsca.  Restauracja na Zamku to również połączenie nowoczesności i historycznej tradycji, a dania to elegancja na ćmielowskiej porcelanie w najlepszym wydaniu.

Zapowiadają się tutaj znamienite imprezy, jak np. Russel Crowe na jedynym koncercie w Polsce  w czerwcu 2027. W lipcu   na dziedzińcu, na dworze, jakże by inaczej, śpiewał King Crimson, wcześniej odbył się Festiwal Andrzeja Seweryna- Filmów- Spotkań Niezwykłych, następnie 45-lecie Janka Borysewicza, a w sierpniu zespół Nazareth. Gospodarz uwielbia  muzykę rockową.

  Zapraszam na zapoznanie się z tym wspaniałym miejscem.

Ćmielów do tej pory utożsamiany był  tylko  z fabryką porcelany. KLICK

Nasze słynne filiżanki już są znane w Polsce.

A teraz zrekonstruowana XVI-wieczna warownia, którą kiedyś dzieci straszono i nie bez kozery, bo duchy zamordowanych mieszkańców prosiły o zmiłowanie. Niedawno znalezione szczątki dostaną godny pochówek na wyspie w pobliżu ruin.
 
Czy znacie podobne historie w swojej okolicy, gdy zamożni ludzie stają się fundatorami wielkich społecznych inicjatyw?

niedziela, 6 września 2026

Czy w Dreźnie jest nadal rok 1945?

        Po raz kolejny pojechałam do Drezna. W ostatnich 10 latach byłam trzy razy.  To tragiczne miasto przypomina dawne wojenne czasy, wzrusza –  a jednocześnie zadziwia  na nowo swoim barokowym olśniewającym przepychem. 

Opera Sempera. Letnia scena festiwalu Canaletto, a naprzeciwko kościół Mariacki.


10 lat temu z widokiem na Kościół Mariacki

Ten sam kościół z drugiej strony, naprzeciwko Opery Sempera z pomnikiem Jana Wettyna.

Pierwszy raz w  Dreźnie  byłam 30 lat po wojnie w latach 70., gdy pamięć o dywanowych atakach aliantów była jeszcze świeża. Wtedy myślałam, należało im się, oni zniszczyli nam Warszawę i cały kraj. Nie czułam współczucia, myślałam, że to była sprawiedliwa zemsta. Nie mieliśmy wtedy dokładnej wiedzy historycznej o tym, że alianci  tym atakiem ułatwili Rosjanom drogę na Berlin. Polscy lotnicy wiedząc już o ustaleniach Jałty nie chcieli lecieć w operacji Thunderclap, ale musieli wykonać rozkaz. 

Drezno po wojnie było na terenie NRD. W tamtych czasach politycznie mówiono nam  o losach złych i dobrych Niemców ze sztandarowym dramatem Niemcy L. Kruczkowskiego. Notabene mnie ten dramat bardzo się podobał i wzruszał, szczególnie scena  w okupowanej Norwegii i Polsce. 

Nie tak dawno obejrzałam na youtube polski film z 1961 roku w reżyserii Jana Rybkowskiego

/mój krajan/ pt. Dziś w nocy umrze miasto. Bardzo dobra, jak na tamte czasy i wstrząsająca relacja o ostatnim dniu, wieczorze i nocy z 13 na 14 luty 1945,  o koszmarze miasta, gdy parę tysięcy bombowców ruszyło z Londynu,  żeby  zmasowanym atakiem przestraszyć  walczącą armię niemiecką. Powieść Rzeźnia nr 5 Kurta Vonneguta i film, który powstał wg niej, również min. porusza temat lotów dywanowych na Drezno. Kiedyś oglądałam, ale wątek SF mnie zniechęcił.

Miasto było pełne cywilów, szczególnie kobiet i dzieci, oraz uciekinierów z ziem Śląska zajętych już przez Rosjan, jak również  międzynarodowych grup jeńców  pracujących przymusowo.  Nikt nie spodziewa się nalotu. Poznajemy ich życie, ich domy, rodzinę, przyjaciół,  ich radości troski,  miłosne trójkąty. Kamera pokazuje wojenny obyczajowy czas.  Główny bohater – Piotr– zbiegły jeniec/ Andrzej Łapicki/ chodzi po mieście jak turysta, przypominając sobie przedwojenny czas

Spaceruje też wzdłuż monumentalnego Orszaku Książąt (Fürstenzug), na którym uwieczniono władców z dynastii Wettynów, w tym Augusta II Mocnego i August III Sasa – w Polsce oceniani surowo, tutaj jawią się jako wizjonerzy, którzy przekształcili Drezno w „Florencję nad Łabą”.



Korona na Bramie Koronnej symbolizująca podwójną władzę Augusta II króla Polski i elektora Saksonii. Trzy lata temu i teraz.



Oglądałam i ja te porcelanowe kafelki, które przetrwały naloty, nie spaliły się, bo same powstawały jeszcze w wyższej temperaturze niż bomby zapalające.


 Przewodniczka opowiadała jak relatywna bywa historia. To, co dla nas było okresem politycznego kryzysu, dla sztuki i architektury tego regionu stało się złotym wiekiem. Dzisiejsze Drezno wciąż oddycha tamtym bogactwem. Odbudowywane przez wszystkie lata po wojnie, nadal stoją rusztowania, ale ta naturalna ciemna patyna czasu, to dawne osmalone cegły, zbierane  w mrówczej pracy odbudowy. Miasto zrównane kiedyś  z ziemią, jak Warszawa i Coventry. Najsilniej poczuć to w można Kościele Mariackim (Frauenkirche).

Pomnik Marcina Lutra przed kościołem.

Przez dekady leżał w gruzach jako pomnik wojennej katastrofy, /Niemcom Wschodnim to odpowiadało/ a jego rekonstrukcja, ukończono dopiero na początku XXI wieku, Ciemniejsze, oryginalne kamienie wtopione w jasną fasadę wyglądają jak blizny na ciele  człowieka. 

3 lata temu jeszcze urządzano dziedziniec, a dzisiaj tak wygląda..

Czytałam potem  najnowsze opracowania historyków, którzy naloty na Drezno nazywają nawet ludobójstwem/ zginęło ok. 35 tys. ludzi w ciągu 2 dni/, a siłę rażenia porównują do wybuchów  bomby atomowej. Bomby zapalające tworzyły temperaturę 1000 stopni.

Tym razem myślałam inaczej, już żałowałam historyczne Drezno,  że zostało tak straszliwie okaleczone. Ale wobec ludzi nadal nie czułam litości. Powtarzałam, że należało im się.  Jako nieodrodne dziecko i czytelniczka Medalionów i  Opowiadań Borowskiego.  Pamiętam jak w Syrii była wojna i niszczono zabytki sprzed tysięcy lat. Cały świat ubolewał.

Drezno to także miasto polskich uchodźców i wielkiej literatury już od końca XVIII wieku, a potem po Powstaniu Listopadowym Niemcy z Saksonii przyjmowali niedawnych powstańców, pomagali, zbierali pieniądze, i każda szanująca się rodzina wspierała polskich bohaterów. To tutaj, w drezdeńskim odosobnieniu, Mickiewicz napisał III część Dziadów, akurat  czytałam wczoraj  na Narodowym Czytaniu. Z kolei Kraszewski spędził tu ponad dwadzieścia lat, pisząc swoje najsłynniejsze powieści, w tym genialną Hrabinę Cosel, o której to postaci nasza przewodniczka dużo opowiadała. Warto  też odwiedzić Twierdzę Stolpen, gdzie hrabina spędziła potem wiele lat swojego życia.

Tym razem jechałam do Drezna, żeby więcej czasu spędzić  w galerii Zwinger i Albertinum, podziwiać starych i nowych mistrzów. Romantycznego Caspara Friedricha, który jednak zbyt symboliczny dla mnie, Gauguina z jego dalekimi podróżami, Vincenta Gogha/ czyt, Hoha/ i starych mistrzów. Przede wszystkim Rafaela, Canaletto.  Ale podobała mi się Wieża Babel.

Główne wejście do Galerii Zwinger i słynny obraz na plakacie Czekoladziarka.


Drezno w oczach Canaletto. Obraz pomagał w odbudowie miasta.


Rafael Madonna Sykstyńska i słynne aniołki


Marten van Valckenbroch

Paul Gauguin Parau Api

Siedząc w  kawiarni w Zwinger, w sąsiedztwie wielkich mistrzów myślałam o tym, jak inaczej odbiera się życie i sztukę w każdym wieku. Kiedyś najdłużej chodziłam  po galerii  porcelany, rzeźby, teraz kontempluję malarstwo. Chyba dlatego,  że brakowało czasu.

Z galerii ceramiki widać główny dziedziniec

Gdy wieczorem wróciłam do domu,  czytałam o tym, jak współczesne Drezno – dziś jeden z najważniejszych ośrodków technologicznych w Europie (tzw. Silicon Saxony) – wykorzystuje sztuczną inteligencję (AI). Algorytmy pomagają we wszystkim.

Jako osoba z pokolenia, które pamięta świat analogowy, patrzę na to z podziwem, to czary.  AI daje nam niesamowite narzędzia i uświadamia , jak szybko zmienia się świat. 

Jednak żadna technologia, nawet najbardziej zaawansowana, nie zastąpi ludzkiego zachwytu, głębokiego wzruszenia i refleksji, które rodzą się w nas, gdy patrzymy na dzieła sztuki.

 Czy macie nadal ambiwalentny stosunek do Niemców  w związku z II Wojną Światową?  Byliście w Dreżnie?










piątek, 28 sierpnia 2026

Ile lat na szosie?

   Wracając  ostatnio samochodem  z mojego dolnośląskiego  domu pod Gryfowem Śląskim do  mieszkania w województwie świętokrzyskim  przeżyłam jak zwykle  ciekawe doświadczenie i zadowolenie, że dałam radę. Chociaż z hotelową przerwą w połowie drogi, która tym razem przypadła w Sieradzu.  Tu urodził się polski fryzjer wszechczasów- Antoine /1884-1976/. Czesał też Matyldę dwa lata temu.

Moje sposoby dla pokonania tej trasy w ostatnich latach zwykle prowadziły na Łódź i najlepiej  ją  znam, czasami na Katowice, wtedy zatrzymywałam się u kuzynki w Opolu. 

Jadąc te pierwsze 300 km, bez pośpiechu i presji, /wyjechałam o 11 w niedzielę/ tak sobie rozważałam o mojej prywatnej historii motoryzacji, żeby zająć czymś  natrętne myśli.  Planowałam zrobić przerwę obiadową na MOPie   obwodnicy wrocławskiej, gdy już usłyszę zdanie "jedź dalej prosto" i tu cyfra 169 km. Już koło Legnicy zjeżdża się na autostradę A4. Wcześniej mijam  urocze miasteczko Złotoryja, tam od kilku lat jakieś roboty drogowe,  a jeszcze  wcześniej prace  we  Lwówku, bo most był zerwany w czasie ostatniej powodzi w 2024 roku.

Na Wrocław i Zieloną Górę jeździłam już w latach 80. i 90., ale wtedy zawsze na Częstochowę, Opole, gdzie zatrzymywałam się u rodziny. Zwykle miałam pilota z mapą na kolanach, bo sama  wtedy  tam nie jeździłam. Prawo jazdy zrobiłam jeszcze na studiach i zaraz potem w 1984 roku dostałam  brązowego Fiata 126p, który został wylosowany z książeczki samochodowej założonej i kupionej przez moich rodziców. Przemierzałam wtedy  Polskę  tym maluchem, wożąc rodziców do rodziny i na moje  wakacje. Potem  krótko jeździłam dużym Fiatem i Polonezem, /zostały szybko sprzedane, jako nieekonomiczne, jeden się raz zapalił w czasie jazdy😞/ następnie Uno i tzw. składakiem Oplem Cadettem. Ten ostatni to był wyjątkowo ładny fioletowy samochodzik.   Pomyśleć, że w 2001 roku, już wtedy nową/ zieloną/ Bravą w jeden dzień zajechałam aż do Żagania w województwie lubuskim, bez Red Bulla. Również w poprzednim roku nad morze do Darłowa. To było trochę więcej niż 700 km. Teraz jadę 2.5 godziny i jestem już zmęczona.  Najbardziej czuję ból oczu, zaraz chce mi się spać, chociaż w nocy staram się nie jeździć. Na szczęście kręgosłup mi  nie dokucza. Ale  szybko tracę energię i siły. Muszę robić przerwy. W związku z tym rzadko teraz jeżdżę na dalekich trasach w jeden dzień. Ostatnie razy to były do Słupska, gdy córka tam mieszkała 7 lat temu.

Kraj się bardzo zmienił, ja też. Drogi jak stół, tak się kiedyś mówiło o niemieckich szosach, też i u nas teraz, tudzież eleganckie restauracje,  stacje benzynowe i toalety za darmo. Samochody ekonomiczne i bezpieczne. Chociaż mój pierwszy i jedyny samochód z salonu, zakupiony w 2000 roku Fiat Brava/ nie licząc tego malucha/ był naprawdę świetny i dobrze się spisywał. Nie miał dużego silnika, to dużo nie palił. Jeszcze potem, gdy sprzedałam Bravę,  kupiłam na spółkę z córką, jak się kiedyś mówiło "prawie nówkę" Mitsubishi Space Star. Był bardzo fajny,  czerwony i trochę wyższy.

Potem jeździłam już samochodami  nie zakupionymi przez siebie. Kim miał  amerykańskie skłonności do "gigantomanii", lubił duże BMW,  Saab, Volvo, Jaguar. Takie przewinęły w naszym wspólnym życiu, ale na szczęście dla mnie kupił  też małe sportowe Autobiancchi,/ nikt nie zna tej marki😀/ Golfa i Mini Coopera, bo ja dużymi samochodami nie umiem parkować, a jeździć to tylko na bardzo szerokich drogach.  Płaciłam kiedyś dużo mandatów za szybkość i parkowanie😁.  Ale nigdy nie miałam wypadku, takie obtarcia tylko i to w ostatnich latach, gdy wzrok mi się pogorszył.  Teraz już nie szarżuję, bo mniej jeżdżę👍👏 A tu w  moim ulubionym cabrio./ rzeczywiście Mini/



Z wnuczką Matyldą mamy radochę.

Jakimi samochodami jeździliście na przestrzeni lat? Który najmilej wspominacie? Czy płaciliście mandaty za przekroczenia, czy się udawało? Pamiętacie te sytuacje? Jakie pokonywaliście najdalsze trasy w Polsce czy jadąc za granicę? Ja byłam maluchem w Bułgarii w 1987 roku. To był wyczyn👍

 W Sieradzu zatrzymałam się już po raz drugi w hotelu Wróblewscy.  Dwa lata temu byłam tu z wnuczką.

Dwójka z wnuczką

Bardzo  przyjemny, mały rodzinny hotel. Polecam, gdybyście byli w okolicy.
i single room

 Wieczorem wyszłam na spacer i rozweseliłam się trochę na koncercie zespołu Deep Purple/ New Age Łódź/ na sieradzkim Rynku. Nawet tańczyłam przy piosence Highway star  / to o mnie i moim samochodzie/👌.


Wieczór na sieradzkim Rynku, potem  jazzband grał  przedwojenną muzykę. 

Następnego dnia, w poniedziałek rozpoczęłam drugi etap podróży. Też wyjechałam ok. 11, po spożyciu dobrego  hotelowego śniadania.

Taka przytulna sala śniadaniowa

Nie zdążyłam się zmęczyć drogą ekspresową S8, bo szybko się przejechało, chociaż pojawiło się pełno ciężarówek, nie tirów i trzeba było ich wyprzedzać, a nie lubię jeździć szybciej niż 130 km. Potem zaczął się hardcore. Zjazd na Piotrków był zablokowany jakimiś robotami i musiałam kontynuować drogę na Warszawę. Gdy już było coraz bliżej  stolicy, pomyślałam, o nie, muszę gdzieś zjechać. i zjechałam na Opoczno? Myślałam, że będzie coś na Radom.  Mniej więcej ta sama odległość, ale trochę inne kierunki.  Potem już jechało się wolno i można się było zachwycać bocianami, ładnie ukwieconymi wioskami i bezpiecznymi wiejskimi drogami z progami zwalniającymi👍. Temperatura powietrza bardzo przyzwoita, około 20 stopni, słońce lekko świeciło.  Ponieważ jadę sama, to moją towarzyszką jest muzyka i radio. Mam ulubioną muzykę na pendrivie, jeszcze Kim mi nagrywał. Pamiętając o tym, a nie chcąc wpadać w melancholię, słucham radia lub starych płyt. Bardzo mi odpowiada ostra muzyka w samochodzie. Mam płyty zespołu Budgie, Lynyrd Skynyrd, Queen i inne składanki hardrockowe. I tak myślałam, sięgając po kolejne CD, kiedyż wreszcie skończy się to łódzkie województwo z tą swoją dziwną rejestracją. Nie mogłam włączać zbyt głośno, żebym słyszała nawigację, bo tu już nie było jedź dalej prosto, tylko bez przerwy w prawo i w lewo. Wreszcie zobaczyłam Końskie i stąd to już  znajoma trasa do domu. Muzyka coraz głośniejsza, Smokie mnie ożywia living next door to Alice, kto by nie chciał. Do Sielpi koło Końskich często przyjeżdżałam na krótkie wakacyjne pobyty już od czasów dzieciństwa. 

Jakiej muzyki  lubicie słuchać prowadząc samochód na dalszych trasach? Czy może radia? Czy rozpoznajecie bez trudu nasze wojewódzkie rejestracje?

Na obiad zatrzymałam się w Karczmie u Jana, już niedaleko domu, ale chciałam jeszcze spokojnie zjeść  posiłek zanim zacznę rozpakowywać swoje trzy walizki. Bo powrót z dolnośląskiej wsi, po pół  roku z dwoma przerwami, to jak kolejna przeprowadzka dla mnie. 

Nie spotkałam na drogach żadnych  nieodpowiedzialnych kierowców, nikt nie trąbił, gdy się nie zjeżdżało szybko z lewego pasa, ani, gdy gdzieś pobłądziłam w miasteczkach po drodze i się rozglądałam zanim nawigacja coś powiedziała😁. Zauważyłam  znaczną poprawę w zachowaniu na drogach, przynajmniej na tej trasie. Jeżdżę  samochodem na gaz, to brawo dla mnie. Nie narzekam na ceny paliwa. Generalnie bardzo dobrze oceniam te swoje ok. 700 km.  Gdzieś zboczyłam z trasy, ale nie za dużo👍👏



czwartek, 20 sierpnia 2026

Miedzy murem a teraźniejszością. Moje berlińskie echa.

 Troje znajomych, którzy  w różnych częściach kraju rozpoczęli nowy etap życia  pojechało  na wycieczkę do Berlina, Akurat byli w Szczecinie i stamtąd wyruszyli dalej na zachód. Nie improwizowali, nie biegali po sklepach, lecz spokojnie chcieli zobaczyć muzea,  kontrasty wolności i pojednanie z przeszłością. Poniżej symbol rozdzielonego domu w czasach "zimnej wojny".


 Snuli refleksje pod Pomnikiem Pomordowanych Żydów Europy,  zatrzymali się na Potsdamer Platz.

Nowoczesna kopuła na Potsdamer Platz.



i przy Murze Berlińskim. Muzeum Terroru zatrzymało ich w wielkim wzruszeniu.

Zadziwiali się nad tym, jak miasto potrafi  łączyć  historię z nowoczesną sztuką. Przypominali sobie lekturę swoich dzieci na Tiergarten ZOO Bahnhof– Dzieci z Dworca ZOO.


Obecni koczujący pod mostem to najczęściej obywatele Unii i bardziej są bezdomnymi z wyboru. Rozmawiali z nimi. Spojrzeli na historię z dystansu. Dawne mury po wojnie nie przerażają tak jak kiedyś –  skłaniają do zadumy nad kruchością pokoju w Europie. Przed Bramą Branderburską wszyscy obowiązkowo robią zdjęcie. Gdy byłam tu kiedyś z Kimem naśladował Kennedy`ego i wołał Ich bin  ein Berliner.


Spacer wzdłuż East Side Gallery to już nie tylko lekcja polityki, ale refleksja o tym, ile zmian człowiek jest w stanie zobaczyć za swojego życia.

Galeria wzdłuż fragmentów  Muru Berlińskiego ze słynnym Charlie Point.

  Kiedyś, ponad 40 lat temu,  Wyspa Muzeów  tylko "przeszkadzała" w robieniu zakupów i pośpiesznym biegu do kawiarni na Wieży Telewizyjnej. Teraz smakuje inaczej, czas zatrzymuje się na dłużej przed jednym wybranym miejscem, bez presji „zobaczenia wszystkiego”. Wolność, o której często mówią młodzi, dla nas ma inny wymiar, to po prostu zgoda na bycie tu i teraz, na własnych zasadach.

 Widok na Szprewę, czy kanały jest taki sam – w upale był zbawienny, pachniał chłodem, wilgotnym kamieniem i obietnicą czegoś, co zaraz miało przeminąć.


Nasze kroki już nie były  szybkie niecierpliwe, pełne młodzieńczego pędu, by zdobyć cały Berlin w jeden weekend. Dzisiaj kroki były  wolniejsze. My już wiemy,  że czasu nie trzeba gonić. Trzeba w nim po prostu być. Ale do Primarku zajrzałam😁

Słońce  rzucało długie cienie na neoklasyczne kolumnady. Chowaliśmy się przed palącym upałem. Te  zabytkowe budynki, łącznie z Reichstagiem są takie niemieckie, nic w nich włoskiej lekkości. Marzyło im się Imperium Rzymskie i stąd te nieustające architektoniczne nawiązania.

Staatsoper Unter den Linden

Prze pomnikiem Schillera Sali Koncertowej. Widoczne rusztowania i plandeki
to gruntowna modernizacja energetyczna i modernizacja okien.


Reichstag


Neoklasycystyczny budynek Sali Koncertowej

Gdy sama  dotarłam pod potężny gmach Muzeum Pergamon, zatrzymałam się na dłużej. Ciężkie, zamknięte drzwi milczały.


Wielka przebudowa odcięła gmach od świata, a tablica informacyjna przypominała, że na ponowne otwarcie północnego skrzydła trzeba będzie poczekać do czerwca 2027 roku, a całkowite otwarcie dopiero w 2034 roku. Dla kogoś młodego, to wieczność. Mnie też było szkoda, bo to jedyne muzeum, które  będąc za pierwszym razem chłonęłam jak najpiękniejszą przygodę.
Budynek Pergamonu z pięknymi oleandrami.

Przeniosłam się w czasie do 1981roku kiedy po raz pierwszy stanęłam przed Wielkim Ołtarzem Zeusa. Wtedy świętowaliśmy festiwal Solidarności, a enerdowcy kazali nam mówić po rosyjsku, albo niemiecku. Byłam na uczelnianej wycieczce– wymianie z Rostockiem z  jednodniową wizytą w Berlinie. Pamiętałam chłód marmurowych stopni, na których wtedy usiadłam, i to niesamowite uczucie, że dotykam czegoś nieśmiertelnego. Błękit Bramy Isztar, z jej dumnymi,  lwami, wydawał się wtedy tak nierealny w szarym  Berlinie. Tamten zachwyt ukształtował moją wrażliwość na całe życie. Potem czytałam o słynnym odkrywcy  H.Schliemannie, następnie  J.Champollionie i toczyły się przygody życia.

Dzisiaj te skarby spały pod grubą warstwą zabezpieczeń i rusztowań. Niedostępne. Zupełnie jak niektóre z moich własnych najgłębszych wspomnień, do których dostęp zablokował upływający czas. Nie czułam jednak żalu. Była w tym jakaś  melancholia.

Od  Pergamonu skierowałam kroki w stronę Lustgarten. Usiadłam na jednej z ławek, niedaleko fontanny, której cichy szum działał kojąco.


Przede mną wznosiła się potężna bryła katedry (Berliner Dom), a obok Altes Museum tętniło cichym życiem ciągłych przechodniów. Młoda para siedząca na trawie śmiała się głośno, przypominając mi samą  siebie sprzed lat – tak samo pełną planów i tak samo nieświadomą, jak szybko mija czas. Siadłam i ja na trawie,

a potem z koleżanką na kolorowej ławce.

W oddali  Wieża Telewizyjna na Alexanderplatz, która kiedyś była taką atrakcją.

Wysokość 368 m.

 Szprewa płynęła niewzruszenie, obmywając brzegi wyspy, przetrwała Sturm und Drang, jak ja  swoje  życiowe zakręty.

 Ale Berlin nie podobał mi się jak kiedyś, chociaż wtedy pojechałam tylko do Berlina Wschodniego i były inne czasy.  A z Kimem przebywałam tylko  na międzylądowaniu.

Berlin jest zbyt surowy, monumentalny i przytłaczający. Kojarzy się niestety z mroczną przeszłością. Pomniki poświęcone pamięci ofiar faszystowskich wstrząsają swoją wymową i tutaj wielki szacunek.