Tekst napisany w tamtym roku, ale tak zeszło z publikacją. Zdjęć mi się nie chciało szukać. A teraz czas na podsumowania.
Ich wspólna przyszłość rozpoczęła się w latach 80. w szarym robotniczym mieście średniej wielkości. W ponurych pogrudniowych latach. On czytał Czarodziejską Górę, a ona Wielkie nadzieje, a razem czytali Księżycową dolinę. I drzemały w nich różne demony, oj nigdy nie byli prostoduszni i grzeczni, pomimo wielkich humanistycznych lektur.
Dopiero lata 90. i następujące potem milenijne były dla nich łaskawsze. Wreszcie doceniono ich humanistyczno- językowe wykształcenie i zaczęli godnie zarabiać. Obudzili się z letargu. Przestali uczyć historii, wuefu, WOS-u, czy lekcji bibliotecznych, żeby uzupełnić etat. Prawie od razu w latach 1990-1991 wprowadzono do szkół podstawowych język zachodnie, a do szkół średnich jako pierwszy i drugi język. Podniesiono pensje, godziny języków zachodnich czekały w różnych szkołach, również i wyższych, które masowo powstawały od połowy lat 90., bo do wyższych uczelni wchodziło powoli pokolenie wyżu lat 80.
Sznur zachodnich samochodów sunął do Polski zza niemieckiej granicy. Mnożyły się dokumenty do tłumaczenia. Piotr, mgr germanistyki pieczątkę tłumacza przysięgłego dostał od ręki. I zaczął tłumaczyć przez następne 15 lat aż do swojej nagłej śmierci. Tłumaczył wszystko, bo facet był zdolny. Łącznie z angielskim i holenderskim. Z holenderskiego, to głównie dowody rejestracyjne. Miał też pieczątkę tłumacza języka technicznego, które to kwalifikacje dostał jeszcze w latach 80. Pracował również w szkole. Magiczna nazwa „ działalność gospodarcza” jeszcze tak niewiele mówiła, a tzw. podatki wręcz przerażały. Wolność gospodarcza wchodziła na polskie rynki, ale nie mieliśmy księgowych, które wiedziałyby co jest grane. Chodziło się wtedy do Urzędu Skarbowego, który mieścił się gdzieś w małych pokoikach w zasobach urzędu miejskiego i kolega Rysiek zapisywał w zeszycie jakieś cyferki. Bo Biuro Tłumaczeń założyli od razu w 1990roku. Pisało się odręcznie, a potem zdobyli skądś maszynę do pisania. Rodzice z Rzeszowa chyba przywieźli. Gdzieś się ogłaszali z adresem, bo przecież nie mieli jeszcze wtedy telefonu stacjonarnego! Ciągle ktoś pukał do drzwi, a druga córka urodzona w 1989 roku była jeszcze mała. Poniżej, nie uwierzycie, ale ten szyld jest nadal na ich starym bloku. Nawet po modernizacji budynku😀 szyld zawiesili z powrotem. Jak ghost sign.
Alicja nie lubiła siedzieć w domu, bo oprócz pracy w szkole, zajęła się „bywaniem” czyli pomocą w nawiązywaniu bliźniaczej współpracy z angielskim miastem Scunthorpe oraz duńskim okręgiem Arhus. Lubiła robić spektakularne imprezy, rozpoczęła obchody walentynek, halloween, Guy Fawkes Day, święta Dziękczynienia itd. Chętnie spotykała się z anglosaskimi nauczycielami Korpusu Pokoju, którzy wtedy zaczęli przyjeżdżać do Polski. Organizowała targi podręczników angielskich, żeby nie tylko English is fun, ale również Discovery na początek. Pisała na temat pomysłowych lekcji do Języków obcych w szkole.
W 1994 roku Alicja zdobyła główną nagrodę Europejskiego Komitetu Miast Bliźniaczych z okazji otwarcia Eurotunelu pod kanałem La Manche./ na 100 nadesłanych projektów było 6 laureatów/ Stała się pierwszą „ celebrytką” swojego miasta. Uczestniczyła w wielkich uroczystościach z okazji otwarcia Eurotunelu wspólnie z królową Elżbietą II i europejskimi przywódcami tamtych czasów oraz znanymi artystami. High- life w pełnym tego słowa znaczeniu. Wielkie nadzieje urzędu miejskiego. Napisała wydawałoby się prosty projekt dla szkolnych dzieci pt. Picture dictionary. Ale wtedy to była nowość, szczególnie dla polskich dzieci. Taka szkolna wymiana uczniowskich książeczek, dotycząca ich życia, domu, rodziny, szkoły, przyjaciół. Klasa uczestnicząca w projekcie dostała kamerę filmową i dużo szkolnych materiałów. Ponad 30 lat temu na zaproszenie Alicji szkołę odwiedzili przedstawiciele ambasady brytyjskiej, świętowali szkolne walentynki. Dzieci również były potem w Alei Róż 1 i spotkały się z Ambasadorem tego kraju. Ale się działo.
Rok potem w 1995 roku Alicja i Piotr założyli szkołę językową, która z miejsca odniosła ogromny sukces, jak na tamte czasy i dla nauczycielskich portfeli. Kupili sobie elegancki bordowy samochodzik opel kadett, wyremontowali swoje3-pokojowe mieszkanie. Takie wtedy mieli marzenia. W kolejnym roku postanowili zwolnić się z pracy w szkole państwowej. Takie to były początki, a potem poszło z górki. Piotr jeździł do Niemiec i sprowadzał z handlarzami samochody i traktory, handlował czym się da i z Aldiego przywoził dzieciom nie tylko czekolady. Tak rozwijał polski kapitalizm, może razem z Zygmuntem Solorzem, bo w tym samym wieku byli.😀
Natomiast Alicja współpracowała z Marion, przewodniczącą Komitetu Miast Bliźniaczych w angielskim mieście Scunthorpe, która w kolejnych latach wysłała do niej dwóch angielskich nauczycieli, Johna Robinsona i Paula Wilsona.
![]() |
| Z angielskim nauczycielem / w krawacie/, rok 2002 |
Z Doris z Liverpoolu- nauczycielką Korpusu Pokoju, jej plakaty z The Beatles są nadal w szkole, byli też Christine, John i David ze Scunthorpe Borough Council i Scunthorpe Telegraph, którzy regularnie zapraszali ją do UK, skąd dostawała mnóstwo materiałów i książek. Jeszcze był Peter z Manchesteru i Max z z Londynu, którzy nauczali w naszej lokalnej hucie. Uczyli się razem zawodu. Jim z Pensylwanii wysyłał amerykańskie pamiątki.
A potem świat przyśpieszył, za 2-3 lata już mieli komputery i telefony komórkowe. W pierwszych milenijnych latach nauka języka angielskiego była prawie taśmowa. Duże grupy, rano i po południu, dzieci i dorośli. Na niemieckim, francuskim i włoskim było mniej osób, ale to również była satysfakcjonująca praca. Szkoła organizowała wycieczki do Londynu, wymiany szkolne i rodzinne oraz kolonie językowe. A u siebie różne szkolne angielskie festiwale i konkursy. To oni wprowadzali Ostrowiec do Europy👏👍 Wszyscy wspominają ich słynną wycieczkę do Londynu w pamiętnych dniach referendum w 2003 roku.
![]() |
| Wycieczki zazwyczaj były w czerwcu, gdy w Londynie organizowano Urodziny Królowej. |
![]() |
| Nauczycielki w Londynie. 2008 |
Następna dekada, rozpoczęła się wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej. Do Londynu na wycieczki już lataliśmy samolotami. Zaczął się powszechny exodus Polaków do UK, potem do innych europejskich krajów. Najpierw wszyscy pilnie uczyli się języków obcych, a potem, gdy zorientowali się, że zachodni pracodawcy są bardzo uczciwi, pomocni, przyjacielscy i człowiek radzi sobie bez języka, to zaprzestano takiej zmasowanej nauki. Ponadto pojawiły się powszechne darmowe tzw. kursy unijne.
Pojawiła się też inna klientela. Bardziej elitarna. Na szeroką skalę zaczęli się uczyć pracownicy zakładów pracy sprzedanych firmom zachodnim. W tym hutniczym mieście i okolicach było ich kilka, z czego najmilej wspominają Hutę Celsę, BOC Gazy, Cementownię Ożarów oraz Agranę- Vallo Saft.
![]() |
| Konwersacje dla dorosłych |
Nagle umiera Piotr, współwłaściciel szkoły, a dzieci pary po maturze wyjeżdżają za granicę. Chcą się uczyć języka angielskiego w realu. Taka przygoda. Po paru latach wracają, kończą studia. Pojawia się kolejne pokolenie rodziny Klusów.
![]() |
| Alicja i Magda, rok 2009 |
Zaczyna się trzecia dekada istnienia szkoły. Trwa jak opoka. Chociaż Alicja, jak inni Polacy, kursuje między UK, Francją, Maltą, a nawet USA, gdzie pracuje jej drugi mąż i ona też czasami tam dorabia. Wtedy w szkole godnie zastępują ją córki, Magda i Dominika. Oprócz angielskiego mają sporo zajęć z języka niemieckiego, głównie dla wyjeżdżających i licealistów. Język rosyjski dla biznesmanów cieszy się dużą popularnością, szkolna native-speakerka z Białorusi jest niezastąpiona. Pomagali Ukraińcom na początku wojny.
![]() |
| Nauczycielki i uczniowie, rok 2017 |
Obecnie główną klientelę stanowią młodsze dzieci, o których najbardziej na świecie dbają swoi młodzi rodzice. Uczą ich państwo Barstow, szkolni native speakerzy. Dla nastolatków specjalna oferta, tzw.tailor-made lessons i przeważnie na zajęciach indywidualnych, bo z powodu wielu „korków” nie mogą dopasować się w grupie. Dorośli też bardzo zajęci, najchętniej uczą się one to one. Dla wszystkich musi to być język „szyty na miarę”. Pandemia nie zaszkodziła szkole. Wręcz przeciwnie. Nawet pomogła z powodu rządowych funduszy. Ponadto poza dwoma miesiącami zamknięcia, wszyscy potem chcieli przychodzić i uczyć się face to face , a nie on-line.
Z „naszymi” Anglikami szkoła kontynuuje upowszechnianie języka, również poprzez warsztaty językowe, konkursy, festiwale, dni otwarte. Tłumaczą wiele dokumentów. Polacy za granicą to już prawowici mieszkańcy. Biorą śluby, kupują domy, rodzą się dzieci, są wypadki, rozwody, przestępstwa, też zgony. Wyjście UK z UE ograniczyło angielskie tłumaczenia na szeroką skalę. Już pojawiają się weterani z zagranicznymi emeryturami. Rozmawiamy z bankami, pracodawcami, sądami, firmami.
Minęło 30 lat istnienia szkoły językowej, a biura tłumaczeń już 35. Ta sama lokalizacja od zawsze. Jesteśmy dumni z siebie. Pracuje z nami zaufana grupa nauczycieli i tłumaczy, niektórzy od 30 lat. Jesteśmy językową rodziną.
![]() |
| Wnuczka Matylda z koleżanką. Może kolejna do objęcia szkoły? |
Do kolejnego języka obcego doszła nam matematyka, najpopularniejsze ‘korki” współczesnej młodzieży.
Oczywiście Alicja to porte-parole piszącej te słowa, jak słusznie się domyślacie. Znajomość języków obcych stała się oknem szeroko otwartym na świat dla wielu pokoleń Polaków rozsianych po całym świecie. I jaka to przyjemność rozumieć wszystkie kultowe angielskie piosenki, też francuskie, włoskie, hiszpańskie, a nawet niemieckie i rosyjskie. Imagine, it`s easy if you try, come Italiano vero, besame mucho a la vie, a l`amour, a nos nuits, a nos jours.. verstehen?











Piękna historia - połączenie zawodowej pasji z dużym wyczuciem potrzeb rynku - gratuluję.
OdpowiedzUsuńSzkoła językowa - nasz syn przebywał w Polsce w 1997 roku i zgłosił się do takiej szkoły żeby uczyć angielskiego. Nie wiem czy to był warunek akceptacji, ale zadeklarował, że nie mówi po polsku.
Dopiero na spotkaniu na koniec roku szkolnego ujawnił się - zabrał głos po polsku - konsternacja - uczniowie zdali sobie sprawę, że on rozumiał ich często złośliwe komentarze na jego temat.
A to ich załatwił👍🤣
UsuńMoja szkoła językowa była pierwszą w mieście i tylko my mieliśmy w Anglików i to przez całe 8 lat na początku działalności. To dzięki mojej współpracy z miastem bliźniaczym. Dużo fajnych rzeczy robiłam muszę przyznać, ale często zaniedbywałam własną rodzinę, tak lubiłam swoją pracę. Córki dorastały razem ze szkołą, na początku miały 10 i 5 lat. Roznosiły ulotki, przyklejały plakaty, dzieci z ich klasy chodziły do nas latami, aż dorosły, a potem wyjeżdżały do Anglii. 🇬🇧 starsza córka teraz zarządza, a ta młodsza czasami jej pomaga. Ale ona ma już inne wykształcenie teraz.
Jak przyjemnie poczytać o sukcesie wynikłym z pasji i zainteresowań. O działalności dobrej i z sensem, która na dodatek przynosi zysk. To jest przedsiębiorstwo rodzinne w najlepszym znaczeniu tego słowa. Jak miło, że podzieliłaś się z nami swoją historią. Dzięki!
OdpowiedzUsuńDziękuję.Szkoła to moja trzecia córka. Teraz już nie uczę, bo zbyt często wyjeżdżam i na długo, ale ciągle pełnię służbę porządkową. 😃 Córka boi się cokolwiek wyrzucić, żebym się nie obraziła i tylko ja mam prawo porządkować dokumenty, pamiątki, książki i wyrzucać albo niszczyć. Robię to kilka razy do roku i jest to niekończąca się historia. Książek już mi nie żal wyrzucać, bo często są zabierane do Domu spokojnej książki. Ale pamiątek związanych z działalnością szkoły,v to mi szkoda wyrzucać. Dawnych ulotek z wycieczek do Londynu czy kolonii językowych, zdjęć, listów pocztówek, dekoracji. Odkładam z miejsca na miejsce. Całe moje życie zawodowe ♥️
UsuńBrzmi jak sielanka, ale na pewno nie zawsze było Wam łatwo.
OdpowiedzUsuńNam zrobiło się lżej, gdy syn poszedł na swoje i zaczął zarabiać, a w oświacie kokosów niestety nie było nigdy, nawet gdyby pracować od rana do nocy!
Wasza decyzja odejścia ze szkoły była trafiona i odważna, nigdy nie byłam na tyle odważna i żałuję, że nie wykorzystałam wszystkich szans.
Bardzo inspirująca opowieść, Alicjo!
Sielanka była przez pierwsze 15 lat. Wystarczyło dobrze zacząć we wrześniu, a potem się kręciło. Około roku 2010 kursy unijne zabrały nam mnóstwo klientów. Ludzie zaczęli się uczyć za darmo. Ponadto zostałam bez męża, a ten drugi potem był daleko i w niczym mi nie pomagał. Magda wtedy wróciła z Anglii i przejęła obowiązki ojca. Ale nie mieliśmy już biura tłumaczeń, którym on kierował. Musieliśmy płacić komu innemu, a robić tylko tłumaczenia bez pieczątek przysięgłych.
UsuńPiękna historia. Gratuluję odwagi i osiągnięć.❤️❤️❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję. Tak, rzeczywiście często ryzykowałam, szczególnie, gdy zabierałam grupy do Londynu i dawałam wolny czas dzieciom na Trafalgar Square albo Piccadilly Circus. Lub pakowałam ich do metra i mówiłam, że wysiadamy na takiej i takiej stacji, a w wagonie czasami nie widzieliśmy się 🤣 ale zabierałam zawsze małe grupy, najwięcej 15 osób. Moje wycieczki nazywały się kursami językowymi.
UsuńMiałam fantazję, trzeba przyznać 👍👏
Piękna historia droga Kimiko :-) Najfajniejsze w tym wszystkim jest,że spotykałaś właściwych ludzi we właściwym czasie jacy pozwolili Ci rozwinąć skrzydła. I biznes :-) Dobrze,że Twoja szkoła językowa ma taką tradycję. Myślę,że nawet jeśli Matylda nie przejmie tej szkoły to możesz zawsze przekazać ją komuś innemu bliskiemu bądź po prostu zamknąć działalność. Ale to jeszcze daleka przyszłość :-)
OdpowiedzUsuńU mnie po staremu. Napiszę Ci maila.
Jest też wnuczka Ewa i wnuczek Kuba, ale Matylda od małego rozwija się w różnych językach 🤣
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że ja szukałam tych ludzi i miejsc. Bardzo chciałam od dziecka mówić różnymi językami i właściwie spełniłam te marzenia.
Super,że masz nosa do odpowiednich ludzi :) To się ceni naprawdę. Ja też znam się dużo na ludziach ale to dlatego,że moja wrodzona nieufność jak i dystans do ludzi powoduje, że nie przyciągam sobie takich jacy by pragnęli mnie wykorzystywać bo mam tego świadomość, że ludzie bywają różni i maja różne intencje.
UsuńCiekawe życie, takie niestereotypowe i nowatorskie w tamtych nieciekawych czasach. Byliście bardzo odważni. Ja całe życie w szkole, ale ciągle szukałam nowinek, nowatorskich kurów i szkoleń. Było fajnie. Dziś dorosłe już dzieciaki, moje i nie moje, to doceniają:)))
OdpowiedzUsuńJa ze szkołą, gdzie wcześniej pracowałam byłam cały czas związana. Córki tam chodziły, a potem też było gimnazjum, ponadto mieszkaliśmy w pobliżu, a nasza działalność też jest obok. Moje najlepsze przyjaźnie i koleżeństwo to z tej szkoły oraz z naszej. W latach ok. 2000, gdy przygotowywaliśmy się do UE były ogromne możliwości do rozwoju, też nauczycielskiego. Moją dumą było ukończenie studiów podyplomowych z integracji europejskiej UWroclawskiego i Fundacji Krzyżowa. Ale to była przygoda♥️ czekało się na to w kolejce, bo studia były całkowicie darmowe, a w luksusowych warunkach i miedzynarodowym towarzystwie. Płaciłam tylko za dojazdy.
OdpowiedzUsuńPodziwiam i gratuluję!
UsuńChciałabym nauczyć się porządnie rosyjskiego.
OdpowiedzUsuńCzytaj w oryginale i ucz się na pamięć, a najlepiej zaprzyjaźnić się ze starszymi Ukraińcami, Białorusinami i konwersować. Oni jak wiadomo mówią dobrze po rosyjsku. Albo regularne lekcje, u was na pewno jest tego dużo w ofercie.
OdpowiedzUsuńMam w pracy koleżankę rusycystkę, ale ona jest wiecznie zmęczona. Boziu, kto z nas nie jest? Taka praca...
UsuńPiękna i oryginalna droga zawodowa, gratuluję szczerze:)
OdpowiedzUsuńW szkole, w której pracowałam , pojawili się nauczyciele języka angielskiego z Korpusu Pokoju. Byli to amerykanie. W tamtym czasie traktowaliśmy ich jako dość "egzotycznych" gości i bardzo dbaliśmy o ich komfort w sensie warunków pobytu. A łatwo nie było, bo warunki u nas dość marne wtedy - zdarzał się przeciek wody z sufitu, zapowietrzone grzejniki itp. Trudno było też z wyżywieniem bo szkolna stołówka nie przewidywała diety wegetariańskiej:) Ale jakoś daliśmy radę bo woluntariusze okazali się "równymi" gośćmi i wytrzymywali spartańskie warunki. Bardzo miło wspominam współpracę z nimi i oni chyba też bo zaprzyjaźniliśmy się i doznałam wielu oznak wdzięczności za nasze starania wobec nich. Och, stare czasy:)
Dziękuję, jak tak wspominam swoje osiągnięcia, to rzeczywiście byłam nietuzinkową nauczycielką. Myślę, że moje kontakty z obcokrajowcami przez całe studia pomogły mi osiągnąć sukces zawodowy. Oni się zawsze mną zachwycali 😃 Ja też bardzo dobrze wspominam lata 90. i kontakty ze światem, który zaczął do nas przyjeżdżać. Zawsze to było moim marzeniem i realizowałam od dziecka zaczepiając obcokrajowców na ulicach w Warszawie pytajac np.where are you from?
OdpowiedzUsuńCi z korpusu pokoju to rzeczywiście byli równi goście. Zazwyczaj dużo starsi od nas. zawsze uczyli w szkołach średnich, a ja zapraszałam ich do swojej szkoły ma jakieś festiwale. Raz to mieliśmy taką sytuację, że zmarł gość z USA, który miał ponad 70 lat. Nigdy nie narzekali i akceptowali warunki. Podobnie było z moimi młodymi Anglikami, obydwaj przebywali po 4 lata , a jeden się ożenił z Polką.
Dlatego lubię organizować te prelekcje, mam o czym opowiadać♥️
Trzy dekady to kawał czasu tym bardziej że dzielnie trwacie mimo upływu lat. Gratulacje, masz z czego być dumna. Sama pamiętam boom na naukę języka angielskiego i wyjazdy na kursy językowe do Londynu, wtedy angielski jawił się jak okno na świat a liczba osób chcących się go uczyć rosła tak samo jak świadomość społeczeństwa, że świat się otwiera i fajnie by było jakoś się w nim dogadać 😀.
OdpowiedzUsuńNo i nie da się ukryć, że już wtedy miałaś ciekawe życie i byłaś przebojowa, dużo się u Ciebie działo bo robiłaś wszystko, żeby tak było. Nie mogę uwierzyć, że szyld Waszego biura tłumaczeń nadal wisi ale w sumie to bardzo miłe i pewnie jak go widzisz to robi Ci się miło. I już wiem skąd Ty masz tyle energii i chęci do działania, od zawsze tak miałaś bo się wcześnie rozpędziłaś i teraz sobie nie wyobrażasz żeby było inaczej. Chcę być taka jak Ty. No i życzę Ci żebyś nigdy nie straciła tej energii i radości życia, niech zawsze dużo się u Ciebie dzieje, dużo i dobrze!
Doskonale to ujęłaś, robiłam wszystko żeby mieć ciekawe życie.
OdpowiedzUsuńA z tym szyldem to rzeczywiście śmieszna sprawa. Nie mieszkamy w tym bloku już od 2007 roku, a w 2010 sprzedałam to mieszkanie. Kiedyś trzeba było mieć pozwolenie na powieszenie szyldu. Gdy robili remont, to pewnie sprawdzali te pozwolenia i zakładali szyldy z powrotem. Budynek naszej szkoły jest po drugiej stronie ulicy, nazywa się to Centrum, bo jest restauracja przychodnia weterynarz i sklep fitness club.
Obok też jest spółdzielnia mieszkaniowa i
Dom Kultury Malwa. Mogłabym iść do spółdzielni i powiedzieć im, żeby zdjęli ten szyld. Ale jak słusznie zgadlaś, gdy czasami przechodzę tamtędy, to miło mi go widzieć i jeszcze zawsze uśmiecham się nad tym s odwróconym.
Dziękuję za miłe słowa i do usłyszenia.
WOW. 30 lat w jednym zawodzie? To kupa czasu, zazdroszczę :D
OdpowiedzUsuńDziałalność gospodarcza to jakby nie jeden zawód. przy tym w tej działalności mamy kilka kodów. A największą satysfakcją były moje kursy językowe do Londynu i wymiany rodzinno-młodzieżowe z bliźniaczym miastem. Raz zabrałam trzydzieścioro uczniów i ze mną troje nauczycieli. Wtedy mieliśmy swój wynajęty autobus czyli plus dwóch kierowców. To był mój największy sukces turystyczny.
OdpowiedzUsuńRównież kolonie letnie czy letnie kursy językowe w Szczawniku i Darłówku.
Prawdziwy biznes rodzinny.♥️
Prawie się popłakałam że wzruszenia. Bardzo emocjonalny post. Cieszę się, że jestem częścią naszego zespołu. A.
OdpowiedzUsuńBardzo miło wspominam wszystkie kontakty zawodowe jakie pojawiły się w ciągu tych 30 lat. Ale chyba najbardziej Celsę Huta Ostrowiec i moich kiedyś trzech Pawłów. Uczniów nie zliczę.
OdpowiedzUsuń