Moja lista blogów

środa, 17 sierpnia 2011

Na degustacji Clos Centeilles w Siran


               Patricie Boyer-Domergue poznałam na początku lutego na kolacji u Jaqueline. Wrocilismy wtedy ze Stanow, swiezo poślubieni, pełni planow. Wydawalo się wszystko super, chociaż ja już wtedy przezywalam pewne znuzenie tymi nadmiernymi przygodami i podróżami. Patricia przyniosła do degustacji kilka małych buteleczek wina, takich w kształcie naszych dawnych butelek po oranżadach. Wtedy jeszcze nie przypuszczaliśmy, ze nasz przyszly dom będzie niedaleko jej winnic.
    Domena Centeilles jest polozona  idealnie  w srodku okręgu Minervois La Liviniere u stop Montagne Noir z Pirenejami w niedalekiej glebi, zaraz jak się opuści miasteczko Siran. Od naszego Pepieux to 2 km rowerem, kiedy uzywsz polnych drog miedzy winnicami. Trochę dalej do Chateau, ale droga pięknie prowadzi łagodnymi serpentynami, oddzielonymi od pol kamiennymi murkami. Na obrzeżach pol widzisz takie male domki- kryjówki  „mazets”, również ulepione z suchego kamienia. Tam kiedyś przechowywalo się narzędzia, nawet robotnicy mogli się przespać. Obecnie puste, można do nich zajrzeć. Opuszczone, przypominaja o innych czasach.
Podczas wakacji wiele domen organizuje degustacje swoich ambrozyjnych produktow. Polaczone to jest z kolacja, koncertem, wystawa i innymi atrakcjami w zaleznosci od wielkości imprezy. Patricia zaprosila swoich gości najpierw do nobliwego Chateau Siran, który  w pewnej części przechowuje tradycje odległego średniowiecza.
 Posilki francuskei serwuje się według ustalonej zasady, jako przystawki- appetizer często  sa podawane  mini tarty warzywne najczęściej z cukinii i baklazana, popularna jest tez  tapenada- pasta oliwna na miniaturowych jakby eklerkach lub bagietkach. Potem danie glowne, najpierw salata zielona, do niej tylko oliwa z oliwek/ również z własnych upraw/, trochę vinegar. Nastepnie ida miesa,pasztety, często z warzywami gotowanymi, fasolka zielona najbardziej popularna, mala marchewka. Potem sa sery w towarzystwie melona i winogron/już z pol/ i konczy się deserami, owocowe ciasta ciesza się duza popularnoscia. Cienkie  kruche platy , na nich owoce, mirabelki i renklody bardzo tu popularne. A te  nazwy mamy od nich. I takie wlasnie dania spozywalismy u Patrycji w towarzystwie win białych, rozowych, czerwonych- kilka odmian i na koniec było wino deserowe w kolorze koniakowym. Slodkie, geste , prawdziwa ambrozja. Pilismy  w malych ilościach, wina Centeilles to twory   winogron Mourvedre, Piquepol noir, Ribeirenc,Syrah,Cinsault,Carignan, Pinot noir i Grenache gris. Za każdym razem dostawaliśmy nowe kieliszki, albo plukalismy woda. Ja nie zdazylam wypic  za każdym razem swojej porcji, nie sprobowalam wszystkich serwowanych win, które były podawane z krotka informacja o ich „terroir” czyli ziemi, nasłonecznieniu, temperaturze, „ terroir” mowi do ciebie o swoich zaletach. Jest bardzo istotna w uprawie winnic.
      Po kolacji pojechaliśmy na koncert gitarowy muzyki flamenco do kaplicy Centeilles, która dumnie stoi od XIIw na wzgórzu St Martin, obecnie otoczona winnicami Patrycji. W najbliższym sąsiedztwie wyniosle deby i wysokie cyprysy.  Kiedy podjezdzalismy z dolu,samotna, jakby rozdzielajaca niebo, bo pieknie oswietlona  swiatynia robila takie bizantyjskie wrazenie, jakby wrocila do dawnej swietnosci.


Zbudowana na planie wschodniego cesarstwa, polokragla, w srodku zawiera imponujące freski i klimat jakby z innej epoki, sredniowieczny, odlegly. Ale muzyka flamenco wprowadzila nas w nastroj neoreligijny, taki pelen uwielbienia do zycia, milosci. Dzwieki rozchodzily się wśród pustych pol, tacy niemi świadkowie piekna. 
Kiedy wracaliśmy,  otworzylam okno dachowe, z ziemi dochodzila ofiara zapachow, suchej lawendy i rozmarynu,ogladalismy gwiazdy, księżyc był w pełni, podobno jakiś deszcz meteorow spada w tym terminie.  Cos mowilam o odległych planetach i jakims zyciu gdzies tam. Poczulam się taka mala drobinka we wszechświecie i wcale to nie było optymistyczne, takie smutne i egzystencjalne. Czułam chyba początek końca.

sobota, 13 sierpnia 2011

Refleksje nad Kanałem du Midi


                Ale dzisiaj było goraco!  Kim profilaktycznie został  dluzej w lozku w dobrze klimatyzowanej  sypialni. To chłodzenie i jego odgłosy sa glownym powodem do klotni miedzy nami.   
  Wybralam się o 10. na rower. Najpierw pojechałam do Olonzac wyplacic jakies pieniądze, bo tu tzw distributer, czy cos podobnego, to nie sa w powszechnym uzyciu jak w USA np. Pomyslalm sobie, pojezdze wzdłuż Kanalu, tam jest cien i prosta droga.
 Tak do 12 było przyjemnie, a potem zrobilo się nie do zniesienia, za Argens przy sluzie zjadłam lekki  lunch i polozylam się na trawie w cieniu pod dużym drzewem. I tak sobie myslalam o roznych rzeczach.
Port de Argens
Tutaj , gdy się spotykamy z roznymi ludzmi, to oni w ogole nie rozmawiają o swoich dzieciach, co u nas jest glownym tematem rozmow. U nas to wynika z tego, ze chcemy siebie przedstawic jako dobrych rodzicow i się pochwalić swoimi pociechami, jakie to dobre kierunki pokonczyly, ze maja dobra prace, ze szczęśliwie się pobrali czy sa w jakiś związkach, a już o wnukach to sa niekonczace się dyskusje. Ja jeszcze ich nie mam, ale zawsze grzecznie wysluchuje opowieści koleżanek. Malo co znosiłam swoje dzieci, a cudze i jeszcze wnuki to nie na moja cierpliwość. Gdzie ja to byłam ostatnio i dziecko tak stale przeszkadzalo w rozmowie, już wiem, u mojej ulubionej tłumaczki. I wtedy przyjmujemy taka slodka minke do dziecka, alez oczywiście, ze możesz wziąć sobie zupki, a , smakuje? A teraz co? Film z glosem na cala pare? Czy może jakas gierke, komputer? Nigdy nie lubiłam  małych dzieci, pamiętam, jak dziewczyny miały te rozwrzeszczane niemowlaki na studiach, bardzo się dziwiłam. Potem bylam nauczycielką i nawet lubiłam te prace, ale dzieci już takie bardziej dojrzale, fajnie ich było ksztaltowac i dużo tez czerpać od nich radości i entuzjazmu. Niektóre uwielbiałam, przyjaźnimy się teraz na FB lub NK.
      Revenons a nos mutons, wróćmy do tematu tych anglojęzycznych par. Oni nie rozmawiają  o dzieciach, bo to  najczęściej drugie lub nawet trzecie malzenstwa. Oni siebie akceptuja, jakimi sa, maja duza tolerancje do siebie wzajemnie. Nie musza sie niczym chwalic. Oni nie maja wspólnych dzieci,  zajmują się sobą. Te ich dzieci wychowywane przez roznych  stepfathers, stepmothers porozjezdzaly się po swiecie. Zawsze były otwarte na rozne kultury, tzw gap year, przerwa przed studiami to prawie obowiązek dla młodych Anglikow. A Francuzi lubia wyjezdzac do swoich obecnych  zamorskich kolonii albo do Indochin. Moi najbliżsi znajomi, to  dla ich obydwojga trzeci związek, ona ma dzieci adoptowane, kolorowe, on z pierwszego malzenstwa, gdzies w swiecie, min w Chinach. Drudzy znajomi, drugie malzenstwo dla niej, trzecie dla niego, dzieci w Anglii i gdzies w byłych koloniach. Itd…
 Rozmawiamy o tym, jak milo spedzic czas, jakie wino sprobowac  i ser, a teraz to koniecznie swieze figi. Bo figi to jak dla nas czeresnie, jemy raz w roku.
Ja to zawsze rozmowe chce uczynic taka bardziej intelektualną, tak chcę się koniecznie pochwalić swoja wiedzą, a oni dont give a shit, jak to Kim mowi. Owszem o historii II wojny każdy cos wie i tak wypada przypomniec Normandię. Oni dużo wiedzy czerpią z filmow. Kim smieje się ze mnie, ze ja tak się unosze i emocjonuje, tyle energii przy tym trace. A przecież można porozmawiać o robieniu „pie” z cukinii, albo  tarty z czegos tam. Ja nigdy nie bylam dobra kucharką, i jakiekolwiek uwagi  Kima na moj temat odbieram jako zamach na siebie , totalna krytykę i co tam jeszcze. Od razu histeria, ze mnie nie kocha, ze mu się nie podobam i inne takie kobiece wrzaski.  A on patrzy na mnie z zadziwieniem, skad u mnie takie niskie poczucie wartości? Przeciez on mnie uwielbia.
A z wycieczki  rowerowej wrocilam ledwie zywa, szczegolnie ostatnie 2 km od Lac de Jouarres byly ciężkie.

Koło jeziora.
 Slonce przeciekalo przez ten spodziwany cien z niezwyklą mocą i prazylo niemilosiernie.
A na koniec nasze jeziorko i ja. Innym razem oczywiście. Tak mnie widzi mój Kim, ładnie, prawda? 

piątek, 12 sierpnia 2011

My "property" in Languedoc.

W czasie wizyty moich córek /IV-V 2010/, w domu, na plaży w Leucate, w Carcassonne.


      Czasami siedzimy  na dwóch różnych poziomach, ja na dole, on na górze. Na dole przynajmniej jest chłodniej Jeszcze do niedawna mieszkałam w dwupokojowym mieszkaniu z dwiema dorosłymi córkami! Studentki wprawdzie i to nie był długi czas tego wspólnego zamieszkania, ale zjeżdżały do domu czasami. Miałam dwa inne mieszkania, ale wynajmowałam,żeby trochę zarobić na ich wynajmowane pokoje poza domem. A wcale nie zaliczałam sie do nieudacznikow życiowych.Wręcz przeciwnie, ale nigdy mi nie starczało na naprawdę wygodne życie. Też mialam inne priorytety, takie inteligenckie rozterki, być czy mieć. W nowych czasach "nie mieć", to stało się powoli marginelizowaniem społecznym. Na szczęście nie zdążyłam tego odczuć. Nigdy wcześniej nie miałam  tak naprawdę małżenskiej sypialni, nawet gdy mieszkałam w dużym rodzinnym M4, mówiąc po polsku, po ichniemu to by było two-bedroom -flat, bo pokój dzienny to oczywistość. Dzieci miały tzw. swoje pokoje.To żalosne nawet, jak o tym myślę z perspektywy czasu.  Mam też swój gabinet do pracy, czyli nasz sitting room na dole i jeszcze jestem w posiadaniu  paru  innych praktycznych rzeczy, które uczynily moje zycie  szczęśliwsze i wygodniejsze.
Dining area



Nasz "garaż".
Zlew w "pralni".
Ściany na zewnątrz.
Mamy włączone telewizory, rownież komputery. Ja oglądam telewizję francuską, zeby coś mi  języka wpadło do glowy, on ogląda jakies filmy, albo wiadomosci amerykańskie. Najczesciej strasznie sie wtedy wkurza. Jak idę do niego na górę, do jego lounge`u wypelnionego pamiatkami z morskich podróży w pracy, to jakbym przechodzila do innego swiata. Inny jezyk, inne wartosci, inna rozrywka. Jego inność jest  awangardowym żartem rodem z surrealizmu.
Używając komputera ja najczęściej pisze listy do rodziny i znajomych oraz bloguje, tez tak dla   informacji, albo robię reklamę swojego polskiego small- biznesu. On zamawia jakieś nowe rzeczy do domu, wczoraj odbieralismy antenę satelitarną i dekoder, tak, jakby mało było programow na tzw. kablowce. On tez czasami wysyla listy w sprawie pracy, ale tak dla usprawiedliwienia siebie, bo w Afryce to on  i tak nie będzie pracowal. 



Nasze niezrozumienie wynika z innych wartości  kultywowanych przez cale życie.
 Moja córka na wakacjach u mnie, na rowerku przed domem. Bienvenue.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Filozofowanie w Pepieux


      Dzisiaj rano, wlasciwie bylo juz poludnie, jak wstalismy, uslyszalam, ze wszyscy byli zaszokowani moim zachowaniem na spotkaniu z naszymi sasiadami Anglikami. Przypomniala mi sie scena z filmu "Pozegnania". jak lokaj hrabiego Pawla powiedzial o zonie jego kuzyna Lidce, bylej fordanserce "hrabina pokazala swoja klase". A co takiego sie stalo? Na deser gospodyni podala bardzo dobre ciasto, takie nasaczone alkoholem. Chcialam jej zrobic przyjemnosc i powiedzialam cos o wylizywaniu talerza, ze niby mamy takie powiedzenie po polsku, jak nam cos smakuje. Slowo "licking" skojarzylam z pewnymi milymi czynnosciami seksualnymi, dodalam tez " sucking" i wydawalo mi sie, ze jestem taka zabawna. Pamietam, ze wysnulam taka swoja teorie, ze gdy mowie w obcym jezyku, to jakbym uczestniczyla w filmie i mowienie pewnych slow bardzo latwo mi przychodzi, bo to nie jest dla mnie realny swiat, tylko takie udawanie . To byla pora deseru i wszyscy byli po wielu lampkach wina. Nie widzialam nic zdroznego w takim rozluznionym zachowaniu, zwlaszcza, ze potem wrocilismy do powazniejszych tematow, jak np historia II wojny swiatowej. I wiem, ze w towarzystwie nie bylo intelektualistow, a nawet gdyby, to czy nie wolno miec takich skojarzen?
 Rosemary i Stan przygotowali wspaniale przyjecie, takie bardziej po angielsku, chociaż akcent francuski był obecny w postaci wina i serow.  Była tez Lynn i Cliff. On szalenie zabawny, a ona taka mila i dużo pytala o Polske. Gospodarze tez wspaniali, Rosemary to emerytowana nauczycielka, dobrze mi się z nia rozmawia. Mialam porownanie z moimi znajomymi Francuzami, z tamtymi dluzej sie znamy i dyskusje sa bardziej emocjonujace, nawet o seksie. Uwielbiam takie socjologiczne obserwacje.
Z francuskimi kolezankami Jaqueline and Muriel.
     Moje polskie, niektore koleżanki, jeśli maja taka możliwość spią w osobnych pokojach  ze swoimi mężami  i obcość  seksualna dawno zagoscila w ich domach. Łączą ich dzieci, a teraz już wnuki. Nie będę miała takiej łącznosci z moim mężem. On nawet bardzo lubi moje corki, a swoich dzieci nie ma, może kto wie, połączą nas kiedyś wnuki. 
Co jeszcze chcialam  napisać? Głównym bonusem mojego nowego statusu jest to, ze  nie muszę mysleć o mojej  emeryturze, chociaż ta sytuacja finansowa krajów zachodnich, to jakby totalny collapse. To Polska paradoksalnie ma mocną pozycję. Bo USA to teraz jak Imperium Rzymskie co najmniej, sybaryci  piexxxni , hedonizm ich zgubil. To ich bogactwo i marnotrawstwo wolalo o pomstę do nieba. Czulam wyrzuty sumienia , gdy robiłam zakupy w amerykańskim supermarkecie, to było jak na dworze Marii Antoniny, nawet niewspółmiernie  wystawniej, zaryzykowałbym to stwierdzenie.  A Rewolucja Francuska w postaci buntu głodnych jest bardzo możliwym zagrozeniem dla cywilizowanego swiata.
Tutaj mam za dużo wolnego czasu i takie filozofowanie i mnie  tez może zgubic, zwłaszcza po wypiciu paru kieliszkow wina. Dobrze , ze się nie skusiłam na whisky na "dobicie". Bo moze zaczęłabym tanczyc? Przechodzila mi ta mysl po glowie.
Z Francuzami zawsze kończymy na whisky.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Jutro jade do chateau Chirac do naszych przyjaciol Jacky i Christiana, maja tam rozlegly dom wsrod winnic. Pol juz sami nie uprawiaja, ale miejsce zachowalo urok rodzinnej posiadlosci, obszernego dworu porosnietego winorosla , gospodarstwem czyli winnicami zajmuja sie czlonkowie dalszej rodziny. Po kliku dniach mamy jechac do Lavandou, rowniez do ich rodzinnej posidlosci nad M.Srodziemnym, niedaleko St Tropez. Tam mamy nadzieje poczuc sie, jak dzieci kwiaty, a scenki z dawnych filmow z Brigitte Bardot i Louis de Funes niech beda moim udzialem. I nie mysle tu o plazy nudystow, bo najslynniejsza plaze mam tutaj, w Cap d`Agde, ale raczej o kolorowych samochodach i szalonych rajdach nimi wzdluz wybrzeza, restauracjach nad morzem, spacerach po plazy , morskich kapielach i piciu wina na tarasach z widokiem na morze. Moja przyjaciolka Jacky urodzila sie w biednej francuskiej rodzinie w Algierii, wrocili do Francji po 1962 r., kiedy Algieria odzyskala niepodleglosc, ale bardzo kocha ten kraj i czesto go odwiedza. Jej droga do sukcesu prywatnego i zawodowego byla ambicja i praca. Wszystko bede bacznie obserwowac i zapisywac. Czytam czesto blogi Polakow zza granicy i nadal czekam na kontakt z osobami w zwiazkach z obcokrajowcami, bo my stanowimy troche inna grupe emigrantow, nam jest latwiej, szczegolnie ludziom w wieloletnich zwiazkach. Chcialabym sluzyc pomoca, byc uzyteczna w tej mojej nowej niby-ojczyznie. Chociaz sama tez oczekuje pomocy np w sprawie tzw carte vitale. Mam caly czas nasza karte z NFZ, bo wlasciwie jestem nadal zatrudniona w Polsce. Czytam na portalach, ale to mnie nie dotyczy, a moj maz jest Amerykaninem, z nim to w ogole same problemy, jezeli chodzi o ubezpieczenie oczywiscie. Za wszystko placi , bo tak nauczony. Pozdrawiam i do uslyszenia za jakis czas. ardiola