Moja lista blogów

niedziela, 31 maja 2015

Co za tydzień!

Ostatnio guciamal pisała o Nulla dies sine linea i zgadzałam się z nią w całości, bo natura horret vacuum. Ja z kolei czytałam Schopenhauera, który radzi prowadzić dziennik. To sposób, aby zastanowić się nad każdym przebytym dniem-co się robiło, jakie przychodziły myśli. Ważne w pisaniu dziennika jest wybrać i utrwalić jakiś szczegół- bodaj jeden, bo inaczej dzień upłynie bez zaczepienia. Chodzi o tworzenie  "zaczepów czasu", aby dzień nie prześlizgiwał się po powierzchni bez śladu.
 I tak chciałam opowiedzieć o moim  minionym aktywnym  tygodniu. W niedzielę  przyjechałam  do mojego  lokalu wyborczego za 5 dziewiąta wieczorem. Wracałam z Opola, Zdzieszowic i Bytomia. Uczestniczyłam w pięknym spotkaniu rodzinnym z okazji  jubileuszowych urodzin cioci Zosi- najmłodszej siostry mojego ojca, które odbyło się w Bytomiu, a potem odwiedzaliśmy rodzeństwo cioteczne mieszkające w niedalekiej odległości.
Ciocia z szampanem, obok kuzyn Zygmunt ze swoją rodziną.

Jola z Żagania wznosi toast, obok mąż Alek.
Rodzeństwo mojego ojca, a było ich wszystkich sześcioro, pozostali  już nie żyją, we wczesnych latach 50-tych wyjechało z kieleckiego na tzw. ziemie odzyskane. Ciocia Andzia do Żagania, wujek Józek i ciocia Marysia do Wrocławia, ciocia Jasia do Namysłowa, a Zosia do Zabrza / Heidenberg/ najpierw, potem została w Bytomiu. Tam pobrali się z partnerami z różnych odległości, z dawnej polskiej Ukrainy, spod Warszawy i też z kieleckiego.
Nestorka rodu z najbliższą rodziną i dwiema szalonymi tancerkami- siostrzenicą i bratanicą.
 Mój ojciec został w okolicy ojcowizny, w Sandomierzu, bo najpierw był w wojsku, a potem zaraz poznał moją mamę w Sandomierzu, a ona chciała być koło swoich rodziców. Moje rodzeństwo cioteczno-stryjeczne również weszło w związki małżeńskie z partnerami pochodzącymi z różnych odległych miejsc i backgroundów.
 To stanowi obecnie absolutnie wspaniałą mieszankę towarzyską. Spotkania z nimi są wyjątkowym doświadczeniem i zapadają głęboko w pamięć.
Fancy party w Opolu 6  lat temu. Takie małe zdjęcia, bo to z "naszej klasy" jeszcze. To była impreza!

  Bo tak wszyscy spotykamy się co 2-3 lata z okazji okrągłych urodzin, ślubów dzieci czy pogrzebów niestety. Jeden z naszych kuzynów to właściciel współczesnych latyfundiów, Zygmunt studiował w US i w innych krajach. Jego urok jest powalający, a chociaż nasze pokrewieństwo jest odleglejsze, to nasze stosunki są bardzo bliskie.
Kuzyn Zygmunt z żoną Anią, a kawa na pierwszym planie:) Pamietam jak mój ojciec juz 15 lat temu mówił, ze u Zygmunta lepiej niż u dziedzica Włostowa  przed wojną i tak bardzo się wzruszał szczęśliwy  tym faktem.
 To zasługa naszych wszystkich rodziców, którzy obok bliskości z rodzonym rodzeństwem, też często i chętnie spotykali się ze swoją cioteczną rodziną. Mam pewność, że ta rodzina jest i będzie zawsze dla mnie ogromnym wsparciem.

Orszulka ze swoją bratową z Niemiec, w głębi ciocia tańczy z synem Krzysiem. Piszę Orszulka, bo tak się na nią mówi w rodzinie.
To nie do wiary  jaka przyjaźń i sympatia nas łączy, jakie pasjonujące dyskusje prowadzimy i jak szalejemy na parkiecie, albo biesiadujemy przy stole.
Grażynka z Opola szaleje z Zygmuntem.

Dorotka- wnuczka jubilatki ze swoja przyszłą bratową Angelą.

Suchy Bór i Zdzieszowice ze mną. Się działo.
 A jedna kuzynka ma ogromną firmę kateringową i imprezy u niej to każde jak weselisko. Może też zaprosić na jacht i dalej hajda sterniku na Mazury do Dominiki, albo gdzieś jutro popłyniemy daleko....Kuzyn za płotem swojej posiadłości ma  otwarty basen miejski, wygląda jakby wszystko należało do niego, i żartujemy jakie to Rysiek wygodnie życie sobie stworzył.
Rysiek ze mną, kiedyś podobny do Stana Borysa a teraz do Piotra Szczepanika, bo taką dedykację otrzymał od wodzireja.
  Kryte małe  baseny to jakby norma u moich kuzynów:) Mamy też Niemca w rodzinie- Christofa z Bytomia, Francuzkę- Margueritte z Wrocłwia , oboje za granicą od lat 80. Ja prawie Angielka, chciałoby się:) tylko muszę pomieszkać trochę w UK, żeby dostać prawa po mężu i taki melanż  bardzo ubogaca nasz wzajemne koligacje, koneksje i interakcje!
Wnuczka jubilatki ze swoją rodzinką. Młodszy  Ignaś podobny do synka  mojej koleżanki blogerki Amishy

Suchy Bór i Żagań się bawi!

Nomen omen cztery siostry,  od lewej- rodem z Namysłowa, Żagania, Ostrowca i Bytomia.
 Mamy literata w postaci mojego brata, który z rodziną się wprawdzie nie spotyka, ale przynajmniej pisze książki z regionu naszych rodziców, mamy nawet  ciekawych innowierców, inżynierów po przejściach, siłę fachową z Urzędu Skarbowego, księdza i nauczyciela. I Orszulkę, która została na posiadłości naszych wspólnych dziadków, a tam zdecydowanie imprezy są najlepsze, bo tyle wspomnień, śmiechów, spacerów po wsi zatrzymanej w czasie, a potem chlup do basenu, żeby obmyć nadmiar wrażeń.
I takie smakołyki też pijemy:)))) Prosto z holenderskich coffee shopów.

 I teraz cytat z Kapuścińskiego, do ktorego wróciłam ostatnio. Ja jak guciamal też zawsze zakreślam ciekawe fragmenty z książek.
Wybór otoczenia, środowiska jest ważny, gdyż przecież nie tylko my oddziałujemy na innych- inni także oddziałują na nas, narzucają nam wzorce zachowań i w dużym stopniu decydują o poziomie naszego życia.
W usta wujka Józka z Wrocławia można by włożyć te słowa: Nie zajmuj się głupstwami. Głupstwo, błahość ściąga cię w dół. Nie daj się. Trzymaj się pazurami wierzchołka. Uprawiaj wspinaczkę, uprawiaj  kult góry. Do naszego  Bartka odnosi się to metaforycznie i praktycznie, i też do naszych wszystkich młodych dzieci.
 Tak, ponieważ potrzebna jest wzniosłość, niezgoda na miałkość, na małość, na zniżanie się do banału. Ale osiąga się to nie przez jałowy opór, zwykłe odrzucenie, ale przez zajmowanie się myśli ważnymi, istotnymi problemami, rozważaniami, refleksją nad losami człowieka i świata.
To był weekend wyborczy, my też  nie wchodziliśmy do  toczącej się rzeki pseudo-spraw. Nie obniżalismy treści i pułapu swojego myślenia. Ale brzmi, hehe. Chociaż w sprawie biednych emigrantów z Afryki i Syrii były podzielone zdania i to mnie oburzyło.
80 lat cioci Zosi uczczono znakomicie! Szkoda, że nasi Rodzice nie doczekali takich pięknych  jubileuszy. A ukochana Ciocia Andzia z Żagania odeszła parę miesięcy temu w wieku 83 lat.

Akurat  temat emigrantów też poruszałam  w czasie innego spotkania w tym tygodniu. Do mojego miasta przyjechała comeniusowa wymiana dzieci i nauczycieli z Grecji i Portugalii. Spędziłam z nimi unforgettable time and amazing experience- słowa dzieci stamtąd. W krótkim czasie od razu się zaprzyjaźniliśmy się i poczuliśmy więź  z powodu tych samych zawodów i społecznikostwa, które jest bardzo charakterystyczne dla nauczycieli starszego pokolenia. A sprzyjało też temu spożywanie ouzo i porto, oraz wspólne śpiewy i tańce.
Song contest już w autobusie. Urocze Portugalki.
Do Portugalii mam szczególny stosunek z powodu erazmusowego studiowania  córki Dominiki w Universitade de Algarve, a Grecję też odwiedzałam kilka razy, a kto by nie znał Grecji?! Mój śp.ex- mąż mieszkał tam prawie rok, byłam na weselu grecko-polskim i w ogóle... Przygotowałam sobie słownik portugalsko- grecki z rozmówek  i dostawałam brawa za wszystkie próby mówienia, a szczególnie za desculpe per condiciones meteleorgicos- padało cały czas i było bardzo zimno, brrrr. Dla nich gorzej niż w zimie. Dziewczynki greckie - Irene, Maria, Adriana wzięłam najpierw za Portugalki
Irene rozmawia przez telefon. Powiedzialam do niej Irene Papas, a nauczycielka do mnie wow! Wiele jeszcze innych rzeczy przypomniałam sobie o Grecji w związku z Eleni, Persami, Maria Callas itd itp
 i uczyły mnie wymowy- chamo me Alicia, come estas, muito prazer, a sua saude, delicioso itd, one też się uczą w szkole portugalskiego i się nie zorientowałam na poczatku,że to Greczynki:)
I rozpoznalibyscie, ktorzy Grecy, a którzy Portugalczycy? Dwie panie z lewej  i wyżej Portugalki- Augusta,Fernanda, Filomena,Christine i Fleribelle, na górze Greczynki-  Silvana, Marija,Lemonia,i oczywiscie Eleni - z długimi czarnymi włosami- piękna kobieta, w srodku Polki oprócz tej w szaliczku- Portugalka.
Abrigado i efaristo mówilismy sobie bez przerwy.
A to śliczniutki Portugalczyk w koszulce z polskiego EuroCup z koleżankami.
 Dzieci znad M.Śródziemnego mają podobną urodę, bo dorośli już inaczej wyglądają.
Greczynka Silvana. Ale jej było zimno cały czas. Na obiedzie w Swiętokrzyskim Dworze w Nowej Słupi. Ouzo w małych kieliszkach widzicie?
. Ciao, adio na pożegnanie już było takie międzynarodowe. Kocham takie spotkania, z ludźmi podobnych środowisk poprzez wspólne doświadczenia nawiązuje się automatyczny kontakt. Rozmowy z  ludźmi przenikliwymi,  o gruntownej wiedzy, znającymi  historię, zależności społeczne są nadzwyczajne, bo w przeciwnym razie mijamy się jak zupełnie obcy, chociaż będziemy rozmawiać, to i tak się nie poczujemy. Nie zbliżymy się swoją kulturą, czymś nieuchwytnym i nieokreślonym, ale łączącym nas. Wizja świata wielokulturowego stawia wysokie poprzeczki. Ludzie sobie z tym nie radzą. Ja sama to u siebie obserwowałam w kontakcie z tymi, powiem niegrzecznie, ograniczonymi dla mnie niektórymi obcokrajowcami. Z nauczycielami entuzjastami na wymianach zawsze czułam się rewelacyjnie, sama kiedyś organizowałam wyjazdy do Anglii, jeszcze przed Unią. Wtedy to była logistyka!
A kontynuując tydzień  przygotowywałam się do angielskiego wyjazdu, odpowiadałam na oferty pracy  "ilesz,  ilesz"/ pamiętacie ten węgierski zespół?/ , rozmawiałam z ginekologiem po angielsku. Bardzo go  zadziwiło moje nazwisko:))) Imprezowałam z koleżankami. I nawet coś pracowałam w firmie Lancer o 8 rano, fajna nazwa nie? Mnie się bardzo podoba! Dawno nie miałam tyle w sobie entuzjazmu.
 Żeby było trochę więcej niż mało, ale trochę mniej niż dużo./pieniędzy/
C u in UK.




czwartek, 7 maja 2015

Alejki przyjaciół.

 Post z kolejnej inspiracji- moich przyjaciół z różnych etapów życia, szczególnie Bożenki z Wadowic.
Mieszkam teraz na Kochanowskiego. Ile razy przechodzę od Biedronki wzdłuż Kopernika, mijam skwerek na skrzyżowaniu ze Wspólną, i wtedy za każdym razem przypominam sobie Małgosię, moją bliską przyjaciółkę. Pod ten skwerek, nazywany kiedyś "Małpi gaj"- pewnie z jakiejś obfitości przyrody, odprowadzałyśmy się latami, gdy ja mieszkałam na Polnej, a ona na Orzeszkowej. Wyliczyłyśmy krokami, że to w połowie odległości miedzy naszymi domami. Małgosia była nieprzeciętnie inteligentna, dla mnie zachwycająca zupełnie. Uczyłyśmy się razem wszystkiego, szczególnie języków obcych, ona mi dużo pomagała. Byłyśmy takie urocze blondyneczki.  Pod  osobliwym urokiem i wpływem Małgosi pozostawałam przez wiele lat.
Na obozie harcerskim w Ciekotach, ziemi Żeromskiego, zwróćcie uwagę na nasze najmodniejsze wtedy drewniaki zakupione za ciężkie pieniądze w Warszawie. Moje były żółte!!!, ale nie miały wysokiej platformy. Dżinsy typu teksasy, jakies gospodarstwo rolne w tle, ale buty musiały być na obcasach i to jakich.

Moje obecne mieszkanko znajduje się też zupełnie niedaleko od innego skwerku, na Kopernika 5, obecnie parkingu koło konkurencyjnej szkoły językowej i sklepu, jakby dawnego Społem, bo te ekspedientki z tamtej epoki. Po maturze, właściwie po egzaminach wstępnych na wyższe uczelnie siedziałyśmy tam na ławce z jakimiś przystojniakami i zakłócałyśmy ciszę nocną. Ktoś wezwał milicję, a jakże, milicję obywatelską. Trudno się przyznać, hehe, ale jestem córką milicjanta wychowaną w dyscyplinie i  pewnie dlatego stałam się  potem taka rebellious. Ojciec był akurat na noc w dyżurce i  koledzy przyjechali na interwencję. Spisali nas, wypełnili swoje milicyjne notatniki/ jak to się nazywało?/ i pojechali. Czuję  się w obowiązku dodać, że mój szanowny rodzic jeszcze przed stanem wojennym był na emeryturze, 30 lat z wojskiem i ani dnia dłużej.
Z ojcem rano się nie widziałam, żeby uniknąć konfrontacji, bo postanowiłyśmy z Małgosią jechać do Krakowa. Ojciec miał słabość do Małgosi, bo jej matka pracowała w prokuraturze, a on miał z nimi kontakty.  Ona wtedy nie dostała się na studia w pierwszym terminie i składała papiery do odwołania. Mama dała mi jakieś pieniądze, coś miałam od dziadka z Sandomierza,  ja dostałam się w końcu na studia, znikłyśmy na 2-3 dni.  Muzea, wystawy, dyskoteki, pod hasłem utile dulci miscere.
Słynny sylwester u moich rodziców- kolezanki licealne. Ja z lewej. Pamiętam ten sznur pereł:) Małgosia z palcem w buzi, ona była zawsze prowokacyjna. Nie ma Ewy na zdjęciu, a przecież tam była.
 Najważniejsze, że odwołanie na studia zostało przyjęte.
Ostatnią moją urodzinową majówkę spędziłam także z licealną koleżanką, jak wiele innych wcześniejszych urodzin spędzanych w poufnych zebraniach wśród licealnego koleżeństwa. Często z Ewą przy "rozgaworach".
 Te zagraniczne urodziny z Misterem gdzieś się rozpłynęły we mgle. Bo brytyjskie, w Yorku, Nottingham, Scunthorpe podczas wymian rodzinnych czy Szkocji, zostają w głębokiej pamięci.
Bożena mieszka w Wadowicach i to samo mówi za siebie.

Ale tutaj w Kalwarii Zebrzydowskiej. Na zdjęciu poniżej Bożenka jest z prawej strony koło chłopaka. A ileż lat zleciało..
 W Wadowicach  najpierw szczęśliwie wyszła za mąż, a trochę potem postarała się o uroczego synka, teraz przystojnego studenta prawa. Następnie życie się potoczyło i to szczególnie omówiłyśmy, chociaż i tak regularnie się spotykamy u jej Mamy na Polnej w "liniowcu", czy u mnie, gdzie tam mieszkałam.
Nie wierzę, że prawie staję się święta:) Bóg lubi nawracających się i zostańmy przy tej koncepcji.
Przed Muzeum Karola Wojtyły w Wadowicach.
 Wyjątkową mi sprawia przyjemność odwiedziny w tych szczególnych dla katolickiej Polski miejscach.
W Kalwarii Zebrzydowskiej, oczywiście z Papieżem. Takie zimno było  2 maja w moje urodziny.

Z Bożenką wspominałyśmy dawne czasy i moją Małgosię nieodżałowaną, szkoda, że Ewy nie było z nami, że Mariolka stała się bardzo odległa. I jej siostra taka chora.
Co za stare zdjęcie znalazłam, przyjaciółki z liceum- harcerki- na zabawie choinkowej dla dzieci, gdzie byłyśmy organizatorkami. Ja- ta sierotka na dole.

Wystarczyło umalować włosy, zrobić makijaż i z sierotki stała się moja ulubiona MM:)
 Ale ja zorganizuję wspólne spotkanie nie za długo. Nasze zasłuchanie, zapatrzenie, cały sentymentalny czas, przypomnień tego, co już nie ma, to momenty zadziwiające, jak Małgosia, którą po raz ostatni widziałam w gustownym kostiumiku w kratkę, całą  w swoim stylu.
Małgosia zmarła na nowotwór w pewien grudniowy dzień w 2007r., mieszkała wtedy w Łodzi.  Zostawiła Adę i Edytę, a Darek na zawsze pozostał wdowcem. W cyklu taka miłość się nie zdarza.
W grudniu zmarła też  moja studencka przyjaciółka Iwona, z którą przeżyłyśmy niezapomnianą dwumiesięczną wyprawę do Indii, Nepalu, Pakistanu i Bangladesh. Takie lifetime holiday! Mam zamiar o tym napisać dla pamięci ofiar Nepalu. W grudniu odeszła również Ela Sołtysowa, nasz psychologiczny guru.
Alejką przyjaciół jest uliczka koło mojego liceum im. Chreptowicza, teraz też koło parkingu. Wszystko teraz koło parkingu się rozgrywa, bo samochód stał się drugim domem.  Pamiętamy z drobnymi szczegółami, co kiedyś się rozgrywało. Uliczka słyszała tyle licealnych westchnień i planów na życie. Tak wiele się spełniło, studia, małżeństwa, romanse, podróże, kariery, dzieci i teraz wnuki. I najlepiej to dostrzegamy na zjazdach szkolnych organizowanych co 5 lat. Pisałam o tym tu.
Na ostatnim zjeździe szkolnym dwa lata temu- niektorzy przedstawiciele z klas mojego rocznika. Ja druga z lewej koło Bodzia.

Wszyscy wtedy  byliśmy rodzajem 'parvenu` i nasza zabawa w wysokiego lotu snobizmy odróżniała nas od proletariackiej szarzyzny i siermiężności  naszego hutniczego miasta.
Kolejne alejki przyjaciół były na Stawkach między blokami do SP nr14 i mojej językowej szkółki, gdzie jestem obecna od ponad 20 lat. W podstawówce było 10 klas w roczniku, ilu nauczycieli i uczniów!. Teraz wszyscy przemykają samochodami albo wyjechali do Anglii.
Niektórzy z Anglii wracają, jak Beatka np. Pracowałyśmy razem w 12-tce. Nowa Dębowa Wola też jest ścieżką przyjaciółek. Z lewej moja ukochana siostra cioteczna Małgosia.

Moje przyjacielskie alejki znajdują się we wszystkich miastach akademickich, szczególnie Krakowie, Warszawie, Lublinie i na naszej prowincji w Kielcach i Rzeszowie, gdzie odwiedzałam  swoich przyjaciół studentów, potem niektórzy  tam zamieszkali i życie różnorako się toczyło.
Impreza w akademiku na zakończenie studiów. Ja jako  blondynka oczywiście.
Nawet prawie Wałęsa nam polewał i te papieroski wszechobecne. Danusia -w środku mieszka w Grecji, Ela- nauczycielka w podkarpackim.
 Do Wadowic przyjeżdża się na kremówki i widzi się tu cały świat katolicki. Najwięcej egzotycznych gości pochodzi z Filipin. A europejskich z Włoch. Malutkie miasteczko, a takie kosmopolityczne.
Kawa z pianką też świetna. Siedziałyśmy tu  z Bożenką i obserwowałyśmy lokalny festyn w Dniu Flagi.
Wadowice. Centrum miasteczka. Mój długi majowy i urodzinowy weekend był absolutnie wyjątkowy. Pojechałyśmy też do Krakowa, bo  syna-studenta odwoziliśmy.
Żeby uspokoić moich wielbicieli, powiem, że ta  moja nostalgia to absolutnie żadna melancholia czy przygnębienie. Wręcz przeciwnie, szykuję nowe plany, nie może być inaczej, jestem osobą zadaniową, ale już zawsze będę doceniać moje życie rodzinnym mieście, bo był czas, że za bardzo się dystansowałam.
Weteran zmierza ulicą Grodzką. Jest rano ok 10. Później ulica wypełniła się tłumami.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Les essentiels de la vie w Stawisku u Iwaszkiewiczów.

Już od paru lat od pani kustosz  Małgorzaty Zawadzkiej dostaję  zaproszenia do Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku. Kiedyś zgłosiłam chęć na newslettera. We Francji pomieszkując, myślałam, że nigdy już nie zajadę drogą  od Nadarzyna przez Otrębusy do Podkowy Leśnej na Gołębią 1.

 I jeszcze z GPS-em w moim nowym smartfonie, za którym nie nadążam, gdy prowadzę i tak błądzę i błądzę, chociaż Gołębia znajduje się w znanym miejscu  na przeciwko Galerii Podkowa. Nie miałam dużo czasu na zwiedzanie muzeum, bo za późno się pojawiłam i zaraz zaczął się koncert. Ale tam wrócę na pewno.
I poniżej moje impresje z wybranymi cytatami z Dzienników Iwaszkiewicza. Taki też mój stan ducha u niego.
Uśmiecham się do swoich myśli i nie wierzę, że tak wszystko się odmieniło w ostatnich  miesiącach, uwolniłam się od zależności, od  "malaise" duchowej i fizycznej, od wzbierającego rozczarowania, od prostracji jak mówił Iwaszkiewicz często.
Kiedy mówię  teraz do kogo, że byłam i tu, i tam, i że z K., to wydaje mi się, że zwodzę ludzi, że opowiadam jakiś sen. Tak mi te lata minęły krótko, minęły jak widok lepszego świata przez współotwarte drzwi. A przecież wiem, że tamten świat nie jest lepszy, jest jeszcze gorszy, gdy się go zgłębi. Tu przynajmniej jest trochę ludzi , których kocham, lubię bardzo i za którymi tęsknię.
 Mój  sezam bajkowy się NIE zamknąłwiem, ze Szeherezada poprowadzi mnie do piękniejszych rzeczy, do mojego "Fontainbleau". A tak mówiła Hania Iwaszkiewiczowa dosłownie i w przenośni o domu, swoich ulubionych miejscach i życiu.
Portret Anny- J.P Janowski, 1935. Namalowany w Brukseli. Oczy mi się skrzywiły:)

Iwaszkiewicz był stale obecny ze mną, od dziecka. Moi rodzice pochodzili z Sandomierza i okolic, pracowali w instytucjach, które w latach, gdy Sandomierz odwiedzał  Iwaszkiewicz były bardzo istotne w życiu społecznym, nadal są. Mama często mówiła o pisarzu, szczególnie powieść Sława i chwała i Pasje błędomierskie były jej ulubionym nawiązaniem do wspomnień.
Ukochany Sandomierz.
 Potem, w latach 60. pisarz był nawet posłem z mojego obecnego miasta. "Pieszczoch reżimu", ale o takiego inteligenta warto było zabiegać władzom komunistycznym. Mówił  płynnie kilkoma językami obcymi  i posiadał  bardzo rozległą wiedzę  humanistyczną. Mnóstwo czytał. Wszystkie inne życia wydają mi się martwotą, czymś jałowym i pozbawionym uroku. Wszyscy koło mnie są tacy bezbarwni.
Z  portretami  pisarza.

Jak on się czuł będąc biseksualistą w naszym komunistycznym kraju?  W Dziennikach dużo rozpaczy nad swoim nieszczęściem, niezrozumieniem i brakiem miłości.Bardzo ponuro i pusto, jaki okropny ten dzień.
Gdy zdawałam maturę , nauczyłam się wiersza "Maj", mieliśmy w domu płytę z nagraniami wierszy w wykonaniu poety. Chyba w Sandomierzu mój brat literat, wtedy jeszcze student, albo uczeń, kupił płytę w księgarni na Rynku.
 Płomienne młode maki. Uwertura Rienzi.
Oczekiwanie lata, które nic nie ziści.
Panienki muślinowe i abiturienci.
Uśmiech leciutkiej wzgardy - lecz bez nienawiści.
Pierwsze różowe lody. Pachnące truskawki.
Różańcowa jedynych wspominań stokrotność.
Spotkanie - gdzieś, w ogrodzie, na dwóch końcach ławki.
I wierna, nieco gorzka piastunka - Samotność.
A potem był film  "Panny z Wilka"  i pisarz jadący pociągiem, Olbrychski- Wiktor popijający wodę z Rzeki Zapomnienia. Film oglądałam bardzo wiele razy i jest moim ulubionym, przegrał walkę o Oskara z Blaszanym bębenkiem w 1979r. Ale Olbrychski grał w obydwu!
Nie zastanawiałam się  tak bardzo nad Iwaszkiewiczem, kiedy byłam młoda. Był Prezesem  Literatów Polskich, dużo go  pokazywano w telewizji,  propaganda się nim podpierała, Często rozpaczał nad losem prostego człowieka "ludzie są tak przerażeni, że będzie gorzej, jak za czasów Witosa i rzeczywiście stopa życiowa tak  nieubłaganie i bezustannie się obniża". Sytuacja ekonomiczna kraju napełnia mnie prawdziwym niepokojem i lękiem, robi  się pustka gospodarcza naokoło nas. Nie ma węgla, masła, cukru. Bywał w moim hutniczym mieście jako poseł i widział zabiedzenie lat 60. Sama pamiętam, i już jako dziecko zdawałam sobie z tego sprawę, bo miałam koleżankę z ojcem w USA. Paczki stamtąd były jak z raju. Coś  zawsze dostawałam z tych nieopisanych luksusów i parę dolarów na zakupy w Peweksie.
 Na swoje życzenie 5 marca 1980 r.  pisarza pochowano  w mundurze górniczym, taki hołd dla górników? Przewidział tragedię kopalni "Wujek"?
 Potem demokracja wycofała jego twórczość z lektur obowiązkowych. Z powodu postawy politycznej, nie z przekonań literackich, był oportunistą i sybarytą. Kiedyś bogato ożeniony , majątek żony utrzymywał i intensyfikował.
Portret Iwaszkiewiczów, Witkacy, 1922.

Z  pracy literackiej  Iwaszkiewicza żyło setki osób. Też i młodych kochanków, może to mu zarzucić? Podobnie Dąbrowska utrzymywała wiele osób. Ona również była biseksualistką, ale jej się wybacza, bo nie było ostentacyjności w jej zachowaniu, miała jedną partnerkę. 
Iwaszkiewicz przyjmował wielkich tego świata w Stawisku, także głowy koronowane, no nie mógł przecież mieszkać w bloku!

Widok z hallu na alejkę wiodącą do posesji.


 Kwartet smyczkowy i pianista  przygotowują się w hallu . Dom nie jest taki duży.


Przed koncertem  ludzie się zbierają w sąsiadującymi z hallem pokojami.
Trofea myśliwskie teścia- St. Lilpopa.
Fragment biblioteki.
  Maria Dąbrowska mieszkała w bloku na Polnej w Warszawie, dopiero potem w Komorowie.  
Chyba teraz  pisarz wraca do łask, opublikowano jego Dzienniki, pokazujące człowiek pełnego sprzeczności, ale równającego siebie między największych literatów XX wieku.
 Podobały mi się jego opowiadania, wszystkie "młyny" i dramaty. Pamiętam wiele razy oglądałam w różnych teatrach Lato w Nohant i Maskaradę. Przypominam sobie obsadę George Sand, naprawdę.
 Na płycie słuchałam też często Plejady to gwiazdozbiór już październikowy
  Błyszczą jak winne grono wśród innych gwiazd roju,
W ich świetle las pożółkły niby rumak płowy,
Co polem do srebrnego biegnie wodopoju...
Tłumaczenia Iwaszkiewicza. Nigdy nie dotarł  tak naprawdę do świata zachodniego, był za bardzo polski, ukraiński.

  Wtedy nie zastanawiałam się jeszcze nad przemijaniem. Wróciłam do Iwaszkiewicza podczas podróży do Włoch i na Sycylię. Szłam jego śladami i tamte estetyczne wzruszenia jemu zawdzięczam. Pisałam o tym obszernie tu i tam. I jeszcze więcej, ale w tamtych wspomnieniach już nie ma ucieczki ani powrotu.
W szybkim pochodzie jaki przemija obok mnie, wynurzyła się nowa, starzejąca się kobieta. Trudno mi w to uwierzyć.
 Dlatego uwielbiam moją szkołę, to jest kontakt z młodymi, najmłodszymi, zielonymi, co żyją w tym momencie pełnią- ja ich potrzebuję do odczuwania życia, pracy, tego elan vital, w którym istnieją. Nie chcę kapliczki z umarłymi wspomnieniami. Chcę reffinement, les essentiels de la vie jak w reklamie. Jestem przekonana, że moje  za niedługie już  stanie się Babcią da mi nowe siły.
Jeszcze mam odpowiedź na pytania wszystkich dlaczego  jestem w kraju i do tego w tym hutniczym,  "podobno" zabiedzonym i wyludniającym się mieście. Niefrasobliwość światopoglądu ludzi zachodu, symplifikacja zapytań jest zadziwiająca. Nie spytano mnie tam ani o jedną istotna sprawę ogólną, ani o jedną dotyczącą mojego osobistego życia. Oni nas nie rozumieją. Tylko robią bonne mine.
Tak to trafnie ujął Iwaszkiewicz w latach 60. o ludziach stamtąd. A ja się podpisuję. Teraz na zachodzie mamy swoją forpocztę i na ogól dobrze się czujemy. I ja tam wrócę i może też zacznę niefrasobliwie żyć?.

niedziela, 29 marca 2015

Aga, Rick i Lisa z Casablanki u Mozarta? Co robiłam w Dniu Teatru.

 Wszystko, co dotychczas pisałam odbywało się z jakiejś inspiracji. Chciałam zostawić jakiś ślad po kontakcie z miłą osobą lub po  doznaniu szczególnych wrażeń estetycznych, jak to ujmował Iwaszkiewicz  "le bonheur impossible des ames". To moje pisanie pamiętnika całe życie sprzyja gruntownym obserwacjom i szczegółowej analizie życia. I przypadkiem kontynuuję turecki temat teraz.
Tydzień temu zadzwoniłam do mojej koleżanki ze studiów, bo wybieram się wkrótce do miasta, gdzie ona mieszka  i tak sobie pogadałyśmy, co słychać u nas i naszych dzieci. Przyjaźnimy się więcej niż pół życia, prawie dwa razy więcej lat niż miałyśmy, kiedy się poznałyśmy, tak mi się śmiesznie policzyło w pamięci. Jej córka- Aga studiuje lalkarstwo w Akademii Teatralnej na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku.
Aga z prawej.
Aga śpiewa Kaziu, zakochaj się...

Aga, oprócz lalek, kocha wokalne inscenizacje i ma dużo sukcesów na swoim koncie.

 Nasza wesoła rozmowa trwała i końca nie miała. Widzimy się średnio co dwa lata teraz, kiedyś to regularnie, bo z jej miasta pochodził mój śp. pierwszy mąż Już w finale pogawędki dowiedziałam się , ze Agnieszka dostała  studencki angaż- praktykę w warszawskiej Operze Kameralnej i występuje w słynnej marionetkowej wersji opery Mozarta Uprowadzenie z Seraju. A zespół za parę dni przyjeżdża do moich Kielc!. I takim sposobem 27 marca w piątek znalazłam się w Kieleckim Centrum Kultury, żeby uczestniczyć w niezwykłym widowisku.
Deszcz lał całą drogę i 60 km jechałam ponad godzinę i tak sobie rozmyślałam o swoim estetyzowaniu. Dwa tygodnie wcześniej byłam również w Kielcach na operze- transmisji z Metropolitan Opera- Pani Jeziora Rossiniego. Wtedy medytacje biegły do Szkocji i Łysiaka, bo on dużo pisał o Pani Jeziora w jednej ze swojej powieści- "Kielich", która dla mnie w dużej części była plagiatem powieści H. Murakami z 1992r.- "Na południe od granicy, na zachód od słońca". Takie sama wysnułam oskarżenie, znając dobrze obie powieści./!/
 Zamyślałam się też o swoim życiu we Francji i o Zosi, uroczej kombinacji polsko-angielsko- włosko-francuskiego pochodzenia, z którą wymieniam regularne maile. Cieszyłam się, ze jej napiszę o tej operze, bo ona ostatnio zwierzyła się, że:
I think there is nothing nicer than having a meal in an elegant restaurant, and then follow it up with an evening at the Opera.  I love opera.  It is so full of drama, enchantment and emotions.  The opera "The lady of the lake"  by Rossini must have been really exciting, melodramatic,  based on a poem by Sir Walter Scott taking place in Scotland I presume,  with a  theme of war and romance !  I always listen to classical music on French radio.  They have some lovely selections. ( It just suits me that they favour Chopin.   Can you believe it   I have met French people who did not know that Chopin came from Poland !)   My first encounter with opera was in Warsaw  at the Great Opera House when I was 21.  By then I was familiar with quite a few arias amongst them Polish ones from Straszny Dwor and Halka, Moniuszki,  I have seen many beautiful opera productions  in Warsaw and its opera house  was once famous not just for the operas  but also for having the  revolving stage.   I am so proud that thee are so many fabulous Polish opera stars on international stage.  From time to time I went to Covent Garden when a Polish Diva was performing.  I am also quite fond of ballet and this I sometimes watch on TV. 
W końcu zajechałam do mojego Klerykowa, zadumana w  swojej "haute volee"/ wyższe sfery/. Zostawiłam samochód na parkingu, zmieniłam buciki na eleganckie czółenka i kroki skierowałam do teatralnej kawiarenki.
Ludzie się schodzili.


 Co należy rozumieć pod pojęciem opery marionetek, wyjaśnił w radiu Kielce Lesław Piecka, inscenizator tego przedstawienia i jego reżyser.
Opera marionetek to dzieło operowe, w którym scenicznym bohaterem jest marionetka klasyczna – lalka zawieszona jedynie na niciach biegnących od jej postaci do krzyżaka – wahadełka, którym animator (aktor-lalkarz) uruchamia ją – stojąc na pomoście. Lalka porusza się po podłodze lalkowej sceny i jest widoczna w oknie scenicznym; animator jest niewidoczny dla widza – porusza się po pomoście, znajdującym się powyżej okna scenicznego, trzymając w dłoniach krzyżak i zawieszoną na nim lalkę. Marionetki klasycznej zawieszonej na niciach nie spotyka się prawie wcale w teatrach lalek – jest zbyt trudna do skonstruowania i uruchamiania jej na scenie.
 Obok konstrukcji z lalkami  znajduje  się orkiestra i soliści, którzy śpiewają na żywo w synchronizacji ze swoimi odpowiednikami-lalkami . Soliści ukryci są za czarną niby siatką, ubrani też na czarno.
Siedziałam w 6. rzędzie. Po obu stronach kurtyny stały te maskujące siatki dla solistów.


Wyjątkowość i niepowtarzalność zrealizowanego przez Warszawską Operę Kameralną zadania polega na rzadkości tego rodzaju sztuki w całym kulturalnym świecie. Obecnie sztuka marionetkowa funkcjonuje w Europie zaledwie w dwóch ośrodkach – Salzburgu i ojczyźnie marionetek – Mediolanie.

 "Uprowadzenie z seraju"  jest wodewilem-singspiel po niemiecku. Powstał na przełomie lat 1781 i 1782, po przeprowadzce Mozarta do Wiednia. Opera była prezentem ślubnym dla dopiero co poślubionej Konstancji Weber. Premiera, która miała miejsce 16 lipca 1782, okazała się wielkim sukcesem. Rok później opera pojawia się na deskach Teatru Narodowego w Warszawie pod tytułem Porwanie z Seraju. Jest to pierwsza opera w języku niemieckim, która zyskała taką popularność. Cesarz Józef II nazwał ją pierwszą operą narodową.W kontekście tematu i współczesnych problemów, niemieccy Turcy powinni słowa cesarza wykorzystywać w polityce, jeżeli byłaby taka potrzeba.
Turecka stylizacja opery została uzyskana dzięki zastosowaniu bębnów, dzwonków i trójkątów. Inspiracją do podjęcia się pracy nad utworem była panująca wówczas w Wiedniu moda na orientalizm.

Selim Pasza ze swoim sługą./ zdjęcia marionetek ze strony Opery Kameralnej/
 Mozart często odwiedzał stragany sprzedawców tureckich handlujących m.in. bakaliami, jedwabiem i innymi towarami orientalnymi, co pobudzało wyobraźnię i przysparzało nowych doznań estetycznych. Również dzięki temu stworzył ciekawą, barwną i wzbogaconą o "efekty fajerwerku" oprawę muzyczną. Nie brakuje tam też momentów dramatyzmu, napięcia, niepokoju, aby po tym zakończyć całość wzajemnym przebaczeniem i pojednaniem. Opera trafiła w gusty wiedeńczyków, a popularne melodie były przerobione dla potrzeb słuchania w kameralnym towarzystwie. "Uprowadzenie z Seraju" było najczęściej wystawianą operą za życia kompozytora spośród wszystkich oper Mozarta.
 Już sam tekst krył w sobie obietnicę powodzenia – melodramatyczna fabuła,  infantylna, jak to libretto, bogato okraszona sytuacyjnym komizmem, charakterystyczni bohaterowie stworzeni według niezawodnego schematu wywiedzionego jeszcze z komedii dell'arte, a na dodatek wszystko zanurzone w turecko-orientalnym sosie.
 O czym jest ta opera? O wierności, odwadze, wreszcie o wspaniałomyślności i przebaczeniu.
 Belmonte: kochanek, któremu darowano kochankę. Jego rola herosa niosącego ratunek kończy się w momencie aktu łaski. Łaska go wykastrowała.
Constanze: miłość jak ameba. Bohaterka wraca do ukochanego numer jeden, ale jest już zainfekowana przez numer dwa. 
Selim: kogo nie możemy zdobyć, tego musimy puścić wolno. Basza zostanie sam pośród wodotrysków i z poczuciem moralnej wyższości – idealny przepis na to, by zatruwać życie sobie oraz innym.
Od prawej Belmonte i Constanza, dalej jej słuzka Blonde i jego sługa Pedrillo.

Constanza, Blonde i Pedrillo

Belmonte nikogo nie uprowadził, ani tym bardziej nie uratował. Podjął taką próbę, jednak ta spaliła na panewce za sprawą totumfackiego Osmina.
Pedrillo spił Osmina. Jako muzułmanin miał poczucie winy, że pił wino.
 Życie, wolność i Constanze zostały mu ofiarowane jak urodzinowy prezent przewiązany kokardą. Na dodatek basza wpędza go w poczucie winy, przypominając mu, jak z ludźmi obchodził się ojciec Belmonte. Otóż stary Lostados, komendant orańskiej twierdzy, zniszczył niegdyś życie Selima. Pozbawił go majątku, honoru i wszystkiego, co ten ukochał. Teraz poniżony Selim, zamiast odegrać się na swoim prześladowcy, ułaskawia jego syna i synową. Nie ma większej przyjemności niż mścić niesprawiedliwość dobrymi uczynkami - twierdzi Selim i ma rację w tym sensie, że jego gest jest rodzajem zemsty.
 Bombą z opóźnionym zapłonem. „Zbytek łaski” mawiał Bach do Haendla w Kolacji na cztery ręce./ oglądałam na scenie i wiele razy w TV/. Belmonte doświadcza właśnie takiego zbytku łaski. Łaski jest tak wiele, że pod jej ciężarem w końcu będzie musiał upaść. Otrzymał bowiem dar,
 za który nie może się zrewanżować.

...bo Constanza już skłonna była dać serce Selimowi.
Trudno o bardziej syntetyczne ujęcie te dziwnej mody jaka zapanowała wówczas w Austrii. Uprowadzenie z Seraju wspaniale wpisało się w mit o tajemniczym Oriencie, który przerażał i uwodził. Obsesja na punkcie tureckiej estetyki w kręgach arystokracji i mieszczaństwa mogła wynikać z faktu, że Imperium Osmańskie nie było już groźne, choć wspomnienie o krwawych wojnach wciąż pozostawało żywe. Sto lat minęło od oblężenia Wiednia – dostatecznie dużo by zapomnieć o strachu i zamienić go w fascynację.

 Znalazłam w rozważaniach melomanów pewną analogię opery do filmu Casablanca Motyw Selima wystąpił u słynnego Ricka w wykonaniu Humphrey`a Bogarta. Taka to jest wyższość Mozarta nad światem.
  Przed spektaklem i w przerwie czytano Wesele Wyspiańskiego i w ogóle pełna metafizyka teatralna, ludzie tacy szlachetni i wytworni, uroczyści i dostojni. Tak wyglądali, żadnej rasy jaskiniowej w dżinsach i T-shircie.

I na koniec spójrzmy na radość Agnieszki, jakby Per aspera ad astra. Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w jej sukcesie. W końcu znam ją od urodzenia i bawiła się modeliną z moją Dominiką.
Aga czwarta od lewej w krótkich spodenkach. Zdjęcie Centrum Sztuki Wokalnej w Rzeszowie.