Jacques Prevert, mój ulubiony poeta z młodości mówił; Mangez sur l'herbe Dépêchez-vous Un jour ou l'autre L'herbe mangera sur vous.
Moja lista blogów
piątek, 31 marca 2023
Kamera! Akcja!
Czy oglądacie serial Ojciec Mateusz, który w telewizji polskiej gości już od 14 lat? Artur Żmijewski, tytułowy bohater zrezygnował kiedyś z uwielbianej roli Kuby Burskiego w innym popularnym serialu Na dobre i na złe. W tamtych czasach grał też z Danutą Stenką w hicie kinowym Ja wam pokażę i w wielu innych filmach i przedstawieniach teatralnych. A ja wczoraj obejrzałam Ojca Mateusza, chociaż przez te 14 lat, pomimo mojego ukochanego rodzinnego Sandomierza, nie udawało mi się zobaczyć żadnego odcinka w całości. To dosyć naiwny, uproszczony i przewidywalny serial. Jednak zjednał sobie wielomilionową publiczność. Nawet w małych rolach aktorzy zawodowo podchodzą do pracy, nie wspominając o głównych bohaterach.
Ale akurat w środę 29 marca miałam radochę uczestniczyć jako statystka na planie filmowym tego uwielbianego serialu i teraz będę patrzeć na ujęcia innym okiem. Ile to jest pracy, żeby powstał każdy filmowy element. Na zdjęciu operatorzy, wyglądają jak saperzy, tak mi się skojarzyło.
Film odmienił miasto w sposób absolutnie spektakularny, wyrażając to angielskim popularnym zwrotem, może zabrzmi dobitniej? Wcześniej chyba wszyscy w naszym małym świętokrzyskim województwie zasmuceni byli niezwykłą popularnością turystyczną małego Kazimierza Dolnego. Bo co tam jest? Pytaliśmy. Kamienice Przybyłów, dwa kościoły, spichlerze i ruiny zamku, a tout monde tam jeździ. Cała nasza rodzina też tam gnała, bo to najpierw Nałęczów, a potem Kazimierz Dolny, albo na odwrót. A w naszym Sandomierzu tyle zabytków! A nie ma tłumów. Buu.
A teraz cała Polska jeździ do naszego ukochanego Sandomierza pochodzić śladami Ojca Mateusza czy komendanta Możejki. Rozwinęła się cała nowa, bardzo urozmaicona baza gastronomiczna, powstały eleganckie oryginalne hotele, muzea się zmodernizowały. Zabytki są restaurowane. Miasto zostało pięknie ukwiecone, park oczyszczono, powstały nowe trotuary, elewacje, usługi dla turystów, wszystko, co potrzeba, przynajmniej na potrzeby turystów, ale mieszkańcy narzekają. Mam tam najbliższą rodzinę, coś o tym wiem. Moi rodzice stamtąd pochodzili, a ja nawet tam zostałam poczęta, haha, ale urodziłam się już w Ostrowcu.
Ale ad rem. Moja przygoda w statystowanie zaczęła się około godziny 8 rano w środę. Dopisywała wyjątkowo słoneczna pogoda, chociaż dosyć chłodno. Pani z ekipy sprawdziła, czy przypadkiem nie mamy odzieży z nadrukiem firmowym, na butach naklejała znaczki, odzież zmieniała, również to pod płaszczem czy kurtką. Pierwsza scena w kawiarni, rozmawiają dwie bohaterki, statyści siedzą przy stolikach, piją sok, kawę. Łukasz z Kielc mówi, że było więcej kamer niż świateł. Powtarzali kilka razy. Łukasz przyjechał tu z rodzicami, wspólnie z dwoma braćmi stanowią typową rodzinkę.pl. Poznaliśmy się w naszym Hadesie. Tak nazywamy salę koło kina w Sandomierskim Ośrodku Kultury, gdzie odpoczywamy między zdjęciami. Łukasza rodzice musieli sobie wziąć wolne w pracy, a on sam opuścił kolokwium na studiach. Mówią, że lubią oglądać seriale w niedzielę po południu i niektóre wieczorem, ale starają się nie wciągać w nowe produkcje, bo mają świadomość straty czasu. Ja podobnie. Na śniadanie dostaliśmy bułki z serem, kawę i herbatę do wyboru oraz dużo wody mineralnej. Statyści podzielili się na towarzyskie grupki. Nasza praca głownie ma miejsce na Rynku, gdzie spacerujemy, stoimy lub siedzimy na ławkach. Ławki są niezwykłe, bo ze szkła termozgrzewalnego, nie nagrzewają się i zawierają cytaty wypowiedzi różnych filmowców. Ja przypadkiem siadłam na ławce z cytatem Wajdy z Niewinnych czarodziei, coś o młodości, żeby została z nami. Przy pierwszych scenach, gdy bohater Nocul rozmawiał z Mateuszem, połączono mnie z mężczyzną lat około 40, a on mówi, że będziemy udawać matkę z synem. Oburzyłam się:)) Musiałam tak z nim siedzieć przez może pół godziny, bo scena była powtarzana kilka razy. Zmarzłam tak siedząc prawie bez ruchu. Potem ma przerwie rozglądałam się za ciekawszym towarzystwem, żebym znowu nie musiała być matką dla 40-letniego faceta:)) W kolejnym ujęciu spacerowaliśmy na przełaj Rynku, jeszcze z tym samym gościem. Musieliśmy bardzo cicho rozmawiać, chociaż z nim i tak nie miałam o czym, czułe mikrofony wyłapywały dźwięki.
Na obiad dostaliśmy zupę tajską lub jarzynową do wyboru z restauracji Thai Food. Obie bardzo smaczne, ale dokładek nie było, chociaż każdy chciał. Po obiedzie rozgorzała dyskusja wśród statystów. Ludzie przyjechali z całego województwa, a nawet spod Łodzi, z Lublina i Rzeszowa. Przekrój społeczny i cywilny. Rozmowy o historii, Ukrainie, wyborach, cenach, polityce. Jeden sandomierzanin, bardzo miły i elokwentny, jakby nauczyciel historii lub przewodnik, nie dało się go przegadać. Inni wesołkowie, w tym postawny przystojniak z Ożarowa, kilka rodzin z dziećmi, nauczycielka z uczniami. Oni się izolowali, bo z dziećmi, to nie bardzo jak żartować na rozmaite tematy. Po południu niby podróż busem, ruszamy, jedziemy, wysiadamy na przystanku i tak kilka razy. Fajnie było obserwować przez okno ludzi, którzy powtarzali swoje spacerowe „kwestie”, lub bohatera, który wysiada z busa, rozgląda się, patrzy na mapę i spotyka się z Mateuszem.
W kolejnych scenach występuje Natalka z zakochanym gościem, daje mu rady jak się ubrać, poleca second hand za rogiem, a potem on sam czeka z kwiatami koło studni na panienkę. Bardzo sympatyczny aktor, ale nie mogłam go znaleźć w obsadzie. Powtarzają znowu kilka razy. Kinga Preis jest znakomita, wysoka, bardzo naturalna. Nie wszędzie możemy robić zdjecia aktorom. Ja tym razem jako tło spaceruję pod rękę z miłym statystą z Lublina. Z tym mamy o czym rozmawiać. Aż nas uciszają. W przerwie robimy sobie zdjęcia.
I tak minął wesoły dzień statystowania. Najbardziej podobało mi się zawołanie kamera, akcja. Czułam się jak w filmie, bo przecież byłam i będę w filmie. Młodsza, weselsza, energiczniejsza. Filmy to moja pasja od dzieciństwa, bardzo się ciesze, że uczestniczyłam w tej zabawie, kiedyś byłabym pewnie bardziej entuzjastyczna, a teraz pełny stoicyzm. Dzień skończył się miłą sesją zdjęciową, na górze i do zobaczenia na refleksyjnym spacerze. Ogłoszenia przez megafon przypominały mi wywoływania na obozie harcerskim.
A wy jakie macie wspomnienia z Sandomierzem?
sobota, 18 marca 2023
Absolwent i inne oskarowe filmy.
Wróciłam niedawno ze spotkania Towarzystwa Absolwentów mojego liceum. Szykujemy się na zjazd szkolny planowany na wrzesień. Mam wrażenie, że wszystkie, czy wiele elementów składających się na szczęśliwe radosne życie zawiera się w poczuciu bezpieczeństwa i w otoczeniu przyjaznych, dobrych ludzi będących z nami od zawsze. W moim przypadku to sprawdza się doskonale. Moje koleżeństwo z liceum to również znajomości z podwórka, potem podobnych studiów, następnie pracy, związków zawodowych, z nowego miejsca zamieszkania, kolejno rodzice przyjaciół córek, potem wnucząt i tak życie się kręci od urodzenia do odejścia. A w tym wszystkim są zawsze w tle absolwenckie przyjaźnie z różnych etapach kształcenia. Coś ten blogspot mi się dziwnie zawiesza:((Oskarowy film Absolwent jest z 1968 roku, wyobrażacie sobie? i piosenkę And here`s to You, Mrs Robinson Jesus loves you more than you will know... śpiewamy z duetem Simon & Gurfunkel od 55 lat. Odkąd zrozumiałam słowa tej piosenki, pomyślałam sobie, że są akurat o mnie, jak np God bless you please .. Z pewnością w polskich kinach film ukazał się w połowie lat 70., bo z tamtego okresu go pamiętam. Jak stara wydawała mi się wtedy dojrzała Annie Bancroft i w ogóle nie rozumiałam dylematów Dustina Hoffmana, bo Catherine Ross była tak śliczna.
Filmowe Oskary przyznawane są od prawie 100 lat. W czasach współczesnych Oskarowa Gala odbywa się pod koniec lutego lub na początku marca. Odkąd dzielę dom z moim amerykańskim Gospodarzem, a to już blisko 20 lat/can`t believe it/, prawie zawsze z nim oglądam transmisję Gali oraz oskarowe filmy. 3 marca Kim obchodzi urodziny i na ogół często go wtedy odwiedzam, bo normalnie żyjemy w dwóch domach. Dlatego, i tak z trudem, udało się nam przetrwać tyle lat, hehe. Kim jest wielkim miłośnikiem filmów amerykańskich i angielskich. Doskonale pamięta tytuły i aktorskie nazwiska. Lubię oglądać z nim filmy, bo zawsze mi coś opowiada o aktorach lub okolicznościach powstawania danego filmu, o realiach, jeśli akcja toczy się współcześnie.
Wspólne oglądanie oskarowych, czy nominowanych filmów odbywało się też czasami w pięknych miejscach i te chwile, oraz filmy wtedy oglądane z pewnością zostają w mojej najmilszej pamięci.
Na zdjęciu powyżej Floryda- Delray Beach 2006, jeszcze wtedy paliłam, OMG, ale wychodziło się na zewnątrz. Najbardziej wspominam nominowane filmy Good night, good luck George`a Clooney`a, Spacer po linie/ I walk the line/ opowiadający o życiu Johnny`ego Casha oraz Monachium. Ten pierwszy był czarno-biały i przypomniał dziennikarza telewizyjnego Murrowa z czasów zimnej wojny, który ośmielił się wystąpić przeciwko senatorowi Mc Carthy`emu. Filmy były bardzo poruszające, doskonale ukazywały tamtą rzeczywistośc, zapadły mocno w pamięć. Olimpiadę w Monachium sama pamiętam, a szczegóły zemsty tajnych służb Izraela były szokujące, i też niezwykłe. A tu z plakatem absolutnie kultowego oskarowego filmu. Godfather is my number 1.
Malta 2007, pojechałam wtedy z córką Dominiką, Kim pracował na statku archeologicznym. Filmy oglądaliśmy w kinie i na statku pościągane skądś piracko w tamtych czasach.. Film Infiltracja z doskonałą obsadą zrobił na mnie kolosalne wrażenie, za pierwszym, nawet drugim razem nie bardzo mogłam się połapać w treści, bo miałam problemy ze zrozumieniem. Dopiero z napisami dałam radę. Moi ulubieńcy Mark Wahlberg i Leonardo di Caprio wcielili się w tragiczne losy podwójnych agentów. Dominika oglądała Diabeł ubiera się u Prady z doskonałą rolą Meryl Streep i jeszcze Królowa z Helen Mirren była również znakomita. Na zdjęciu z córką w 2007 roku.
Francja- Beziers 2008, kilka Oskarów zdobył Slumdog, milioner z ulicy. Byłam kiedyś w Indiach, film mnie bardzo poruszył. Najlepsi aktorzy pierwszoplanowi w filmach Lektor i Obywatel Milk, Kate Winslet i Sean Penn są genialni. A lekka komedia Vicky Cristina Barcelona Woody`ego Allena, dzięki Penelope Cruz, Scarlet Johansson i Javier Bardem również stała się kultowa.
Wiele jeszcze było wspólnych miłych wyjazdów i oglądań oskarowych gali.
Jeszcze krótko chciałabym tylko wspomnieć o ostatnich Oskarach. 7-krotny zwycięzca Everything everywhere all at once nie zafascynował mnie, zbyt hałaśliwy, taki świdrujący dźwiękiem i wirtualny. Fantasy to nie moje cup of tea. Natomiast znany mi dobrze z literatury Na zachodzie bez zmian jest dla mnie wielkim dziełem, a muzyka wspaniała.
Jakie wy lubicie oskarowe filmy? Wszystkie są dobre na ogół. Czy są jakieś szczególnie ulubione?
środa, 1 marca 2023
Ciotki. Letnia wizyta w 1972. Wspomnienie inspirowane opowiadaniem Alice Munro "Pokrewieństwa".
Na początku muszę przeprosić, że nie tworzę paragrafów od nowego wiersza, ale blogspot się pozmieniał i nie mogę sobie poradzić.
Ojciec miał cztery siostry i jednego brata. Bratowa czyli ciotka Jaśka, rocznik 1925 zachowywała się wyniośle i jej opinie były niepodważalne. Ciocia Andzia, czyli Hanna, była piękna i bardzo miła. Przyszła na świat w 1932roku. Na zdjęciu jako młodziutka dziewczyna. Ciocię Marysię mało pamiętam, bo zmarła, gdy miałam 8 lat, a ona 40. Wydarzyło się to w 1966 roku. Była chrzestną mojego brata, który z okazji I komunii dostał mnóstwo prezentów i pamiętam bardzo przystojnego wujka, jej męża. Ciocia zmarła w sierpniu, pogrzeb był u dziadków i wszyscy płakali. Potem wiem z opowiadań mamy i wiele razy utrwalanych przez ciotki, że wujek rok po śmierci swojej pięknej żony po raz drugi wstąpił w związek małżeński i miał kolejno troje dzieci. Takie to smutne mi się wydawało przez lata, gdy byłam dzieckiem, potem nastolatką, że tak płakał na pogrzebie, a potem zaraz się ożenił. Wujek Zbyszek Kołodziejski w swoich różnych wcieleniach był podobny do Gerarda Philipe. Na zdjęciu ciocia z mężem kilka lat przed śmiercią.
Ciotka Jaśka, właściwie Joanna, która urodziła się jako drugie dziecko w rodzinie dziadka, wiejskiego kowala w Darominie, wyrosła na skromną i bardzo pracowitą osobę. Zaraz po wojnie wydano ją za mąż za chłopaka z sąsiedztwa. Władek był beztroski, chętny do prostych rozrywek i to ona latami utrzymywała całą rodzinę. Po paru latach podjęła decyzję wyjazdu na tzw. ziemie odzyskane, gdzie wcześniej pojechał najstarszy z rodzeństwa wujek Józek, urodzony w 1921 roku. Walczył w akowskiej partyzantce i bezpieczniej było przeczekać w tamtych rejonach. Po ojcu nazywano go „ Kowalik” i wiele osób nie znało jego prawdziwego nazwiska.
Najmłodszą z rodzeństwa była ciotka Zośka, urodzona w 1934 roku, ale zapisana już w kolejnym roku, została odmłodzona o rok kalendarzowy. W dzieciństwie bałam się ciotki, bo krzyczała i zabraniała nam wszystkiego, np. jedzenia czereśni, bo będą nas brzuchy boleć. Nie posłuchałam raz i boleści mnie złapały, również i po zjedzeniu nadmiernej porcji naleśników. Ciotka była konkretna, stanowcza i dużo wymagała od wszystkich. Z tej przyczyny często kłóciła się ze swoim mężem, wujkiem Stachem, który nie był zwyczajny słuchać się swojej żony. Lubił śpiewać Que sera, sera, co będzie, pokaże czas..i bawić się na wiejskich potańcówkach. Na zdjęciu młoda ciocia z mężem. Na jednej z zabaw mój ojciec zwany Gienkiem, chociaż na pierwsze miał Maciej, poznał siostrę Stacha piękną Wandę i o mało co nie byłoby mnie na tym świecie. Wanda była temperamentna, ale kłótliwa. Fascynacja trwała krótko. Niedługo potem w swojej pracy dzielnego milicjanta w Sandomierzu ojciec przyjrzał się dokładnie swojej koleżance w biurze. I tak moja mama, dla innych ciocia Marysia lub Marynia, ładna i raczej spolegliwa, grzecznie uległa dosyć szybko stała się żoną Gienka. Ślub był cywilny i wszyscy spodziewali się, że małżeństwo było wcześniej skonsumowane, ale się zawiedli. Mój starszy brat nie urodził się na Gody, ale przyszedł na świat miesiąc później. Milicyjne małżeństwo wzięło ślub kościelny razem z chrzcinami swojego pierworodnego syna. Był rok 1955. Na zdjęciu rodzice.
Wszyscy z rodzeństwa w swoim nazewnictwie utrzymali pewną wiejską zwyczajowość nadawania przydomka czy zgrubiałego imienia. Józef był Józkiem, Józwą, „kowalikiem”, Joanna była Jaśką, Maciej był Gienkiem, Hanna Andzią, Zofia Zośką. Na brata mamy, też Józefa zawsze mówiliśmy Józiu.
Pewnego lata, które nie było upalne, mój ojciec postanowił odwiedzić swoje rodzeństwo mieszkające w zachodniej części kraju i ruszyliśmy w daleką wakacyjną podróż. Był początek lat 70., gierkowskie zmiany, otworzono wtedy dla powszechnego ruchu granicę z NRD. Pociąg powiózł nas ze Skarżyska do Wrocławia przez Kluczbork, potem do Legnicy, a następnie do Żagania, gdzie mieszkała ciocia Andzia.
Ciotka Hanna, nazywana ciocią Andzią w mojej pamięci jest ładną i elegancką kobietą oraz bardzo dla nas uprzejmą. Ciocia jest szczupła i bardzo zgrabna, chodzi w modnych letnich czółenkach na obcasie, ma wtedy 40 lat. Nosi ładne, szyte na miarę kreacje lub kupowane na granicy. Na zdjęciu ciocia Andzia z prawej,jej szwagierka, następnie ciotka Jaśka z Wrocławia oraz ciocia Marysia w wieku ok.30 lat. Zdjęcie robione ponad 60 lat temu, a dziewczyny jakby współczesne.
Rodzina cioci mieszka w poniemieckim czterodzinnym domu z ogrodem, mieszkanie jest duże i gustownie urządzone. Młodszy synek cioci ma mnóstwo zabawek. Z radością pozbywam się swoich 14 lat i chętnie się z nim bawię. Na ojca ciocia mówi Gieniu, na mamę Marysia. Mąż cioci to przemiły wujek Piotruś. Obydwoje pracują w biurze i mają tzw. kierownicze stanowiska, jak to mówiła moja mama. Żagań jawi mi się jako sielskie, szczęśliwe miasteczko dzięki serdecznej i kochanej cioci Andzi.
W tamto pamiętne lato ciocia zorganizowała nam wycieczkę do NRD z prywatnym tłumaczem.Tamto wrażenie bycia za granicą, obserwowanie umiejętności przechodzenia z jednego języka na drugi, wielce przypadło mi do gustu. W Żaganiu chodziliśmy do kawiarni, z wizytami do rodziny lub znajomych, zwiedzaliśmy różne zabytki. Urok cioci był wtedy dla mnie zniewalający.
A potem życie się potoczyło. Ciocia Andzia zachowała swoją klasę przez wszystkie nadchodzące lata. Wujek Piotruś zmarł w 1984 roku. Przez pewien czas ze swoim drugim mężem mieszkała w Zielonej Górze, gdzie chętnie uczęszczała na zajęcie do UTW, jeździła do sanatoriów i nadal czarowała swoim urokiem i wdziękiem. Ciemna karnacja, naturalny , ciepły sposób bycia zjednywał znajomych i przyjaciół.
Ciocia zmarła w 2014 roku przeżywszy 82 lata. Odeszła spokojnie i cicho, zasnęła, mieszkając przed śmiercią u swojej córki Joli.
Następnym przystankiem w naszej wakacyjnej podróży roku 1972 był Wrocław, gdzie od końca lat 40. mieszkał brat ojca, wujek Józef ze swoją żoną Janiną.
Poświęcę wspomnienie ciotce Jaśce, która wprawdzie nie łączy się z nami więzami krwi, ale najdłużej została w naszej rodzinie i była skarbnicą wiedzy o nas, oczywiście wg swojej interpretacji. Ciotka Jaśka była wyniosła i zaborcza, nazywana czasami „dziedziczką” z Mazowsza, bo zawsze podkreślała swoje pochodzenie. W tamtych czasach, gdy trwała nasza wakacyjna przygoda, miała 47 lat. Była nauczycielką zawodu, bardzo energiczna, szczuplutka, zgrabna, taka ruchliwa. Ciągle gadała i uważała, że wszystko wykonuje najlepiej. Rodzina zajmowała wygodne, duże mieszkanie niedaleko od dworca, na ulicy Borowskiej. W jednym pokoju stało pianino, na którym grała córka cioci Małgosia, ale wtedy jej nie zastaliśmy i w ogóle przez wszystkie lata dzieciństwa, młodości nie znałam mojej stryjecznej siostry. Poznałyśmy się dopiero w Paryżu, gdy obie zbliżałyśmy się do 40-stki.
Ciotka Jaśka z miejsca zorganizowała nam czas, toż we Wrocławiu jest co robić i zwiedzać. Pamiętam mosty i Ostrów Tumski, chyba dlatego, ze nazwa kojarzyła się z naszym Ostrowcem. Ale najbardziej byłam wdzięczna ciotce, że kupiła nam bilety do opery i zobaczyłam Halkę, naszą narodową operę. Już wtedy sztuka najwyższych lotów wydawała mi się bardzo pociągająca.
Ciocia Jaśka bardzo lubiła się rządzić, często też wypowiadała niezbyt grzeczne sądy o innych członkach naszej rodziny, jeśli uważała, że zajmują niższą pozycję od niej. Była apodyktyczna i nie znosiła sprzeciwu. W pewnym sensie imponowała mi jej postawa. Jako nauczycielka zawodu umiała też doskonale szyć i podpowiadała mojej mamie, ale nigdy nie dała jej jakichś modnych wykrojów czy katalogów. Była egoistyczna, zapatrzona w siebie i swoją rodzinę. Ale z miłością mówiła o zmarłej szwagierce czyli cioci Marysi, która też mieszkała we Wrocławiu. Wtedy upłynęło tylko 6 lat od jej śmierci. Z lekceważeniem i pogardą wypowiadała się natomiast o mężu zmarłej cioci, który miał nową rodzinę. Akcentowała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, a on niby próbował podtrzymywać kontakty.
Wujek Józek, sam wyniosły wobec mojego ojca, jego 7 lat młodszego brata, przy swojej żonie był potulny i posłuszny. Zawsze nazywał ją Jasią.
Ciotka w kolejnych latach po naszej podróży była świadkiem wielu dziesiątek lat naszej rodziny i Wrocławia. Bardzo angażowała się w politykę i przemiany społeczne, głównie komentując, a działając, gdy wystąpiła prywatna potrzeba. Przeżyła swojego męża o 30 lat, swojego syna, a nawet francuskiego wnuka, który tragicznie zginął w górach. Do końca zachowała jasność umysłu, despotyczny charakter, wzrok i zręczność. Widziałam się z nią 2 lata przed śmiercią i pokazywała mi kreacje uszyte przez siebie. Zmarła w 2022roku w wieku 97 lat.
Następnie pojechaliśmy do Namysłowa. Z tej wizyty najbardziej pamiętam moją siostrę cioteczną Grażynę, śliczną córkę cioci Jaśki. Wstydziłam się jej trochę, była starsza o trzy lata, co w tym wieku było prawie przepaścią. Zabrała mnie samą do kawiarni, a mnie to bardzo krępowało.
Ciocia Jasia cały czas pracowała, przynosiła ze stołówki jakieś smakołyki, była znakomitą kucharką, wieczorem piekła ciasto, rozmawiała z mamą w kuchni. Przykro mi teraz, że ta skromna, cicha, spokojna osoba nie utrwaliła się w mojej dziecięcej pamięci. Była zupełnie inna niż jej rodzeństwo. Taka łagodna w obyciu, nie czuła się ważna. Może zmarła ciocia Marysia była do niej podobna? Nie absorbowała sobą, mówiła cicho, ale mało się odzywała. W poniemieckim domu było dużo pokoi i zakamarków. Intrygował mnie stryszek, na który można się było dostać tylko po drabinie. Weszłam tam zaciekawiona, ale zejść się bałam, bo drabina się ruszała. Miał tam tajemny pokój mój brat cioteczny, starszy ode mnie o 7 lat. Ta różnica wieku już przerażała. Nie pamiętam , czy odkrył moją tam obecność. W ogrodzie ciocia chowała kury i panowała wiejska, sielska atmosfera. Dom był otoczony drewnianym płotem z furtką. Piesek radośnie szczekał, ale karnie chodził do budy. Moja mama bardzo darzyła wielką sympatią ciocię Jaśkę. Lubiły sobie szeptać w kuchni przy delikatnych nalewkach czy herbacie. Ciocia bardzo dobrze gotowała i piekła. Nie przypominam sobie, żeby nas kiedykolwiek odwiedziła w Ostrowcu, pewnie spotykaliśmy się u dziadków. Jej mąż, wujek Władek zwykle przesiadywał w ogrodzie, albo pracował, mało się znaliśmy.
Na zdjęciu siostry ojca na pogrzebie swojej matki, mojej babci Anieli w 1979roku. Od prawej ciotka Zośka, Jaśka i Andzia.
Ciocia odeszła nagle, nie chorując wcześniej, nie robiąc nikomu kłopotu, w pewien bardzo gorący sierpniowy dzień 1991 roku. Przeżyła 67 lat. Cc Czułyśmy ulgę z mamą, że wcześniej odwiedziłyśmy ciocię w czasie naszego cyklicznego rodzinnego objazdu. Serdecznie się wtedy pożegnałyśmy. Po pogrzebie zatrzymaliśmy się z rodzicami w Częstochowie.
Ostatni przystanek naszej letniej wyprawy miał miejsce w Bytomiu przy ulicy KRN. Nazwa ulicy wskazywała na osiedle w blokowisku. Tak też było. W przeciwieństwie do swojego rodzeństwa ciotka Zośka nie pojechała na tzw. ziemie odzyskane, ale przybyła z rodziną na Górny Śląsk dopiero w połowie lat 60. Wujek Stach wcześniej przyjechał tu do pracy.
Czteroosobowa rodzina dostała małe, ale przytulne mieszkanko na drugim piętrze z dużym balkonem. W małej kuchni ciocia Zośka ekspresowo przygotowywała smaczne posiłki. Szczególnie pamiętam słynne zalewajki. W pokoju stał piec i bardzo mnie to dziwiło, bo u nas w blokach było centralne ogrzewanie. W Bytomiu pamiętam głównie robienie zakupów. Z powodu towarzysza Gierka Śląsk był świetnie zaopatrzony. Ciotka była w swoim żywiole. Po paru latach mieszkania w Bytomiu stała się ważna i niezastąpiona dla rodzinki z prowincjonalnego miasta. Znała sklepy z materiałami, a to najbardziej interesowało moją mamę. Z bratem chodziliśmy po księgarniach. Może to tu rozpoczął życie nasz słynny rodzinny żart, brat woła na ojca- tato, daj na Chłopów, ojciec na to- chłopi są i tak bogaci.
Bałam się ciotki Zośki, więc byłam grzeczna. Nie pamiętam jak my wszyscy zmieściliśmy się w tym małym mieszkaniu, ale ciotka to pewnie opracowała, zarządziła, a my wykonaliśmy. Dzieci pewnie były na wakacjach u dziadków. Ciotka często kłóciła się z moim ojcem o drobiazgi. Mama się dziwiła o co im chodzi. Ojciec był starszy od ciotki Zośki o 7 lat, a ona i tak w dyskusjach z nim miała ostatnie zdanie.
Ciocia Zosia ciężko pracowała w swoim zakładzie pracy, również na zmiany, daleko dojeżdżała. Była mocną, stanowczą osobą, nie rozczulała się nad swoim losem, nie bała się przeciwności losu. Swoje dzieci wychowywała krótko i bez roztkliwiania się. Każdy miał wyznaczone zadanie do wykonania.
Na zdjęciu trzy mocne kobiety w wieku sześćdziesięciu paru lat i kuzyn z Opatowa. Od prawej ciocia, Andzia, Jaśka i Zośka.
Ciocia Zosia przeżyła swoich dwóch mężów, w tym pierwszego, ojca swoich dzieci o 36 lat. Tę silną i niezniszczalną kobietę zabił nowotwór płuc w 2016roku, przeżyła 81 lat. To była bardzo przykra wiadomość dla mnie. Myślałam, że jej silny charakter wszystko przezwycięży. Mieszkanie na Górnym Śląsku pokazało swoje ciemne strony. Do tej pory brakuje mi jej mocy w rodzinie.
Pewnie siostry spacerują na niebiańskich mostach beztrosko, w pięknych rękawiczkach i zwiewnych sukieneczkach, jak tu na odrzańskim moście we Wrocławiu w roku 1960.
Mój ojciec zmarł w 2004roku przeżywszy 76 lat. Zawsze z miłością mówił o swoich siostrach, a o bratowej z szacunkiem, często się odwiedzali, chociaż mieszkali daleko od siebie, pisali listy, pocztówki. Moja mama odeszła wcześniej, bo w 2001 roku i przeżyła tylko 69 lat. Bardzo zawsze lubiła rodzinę swojego męża. Jako ciotka dla mojego ciotecznego rodzeństwa ze strony ojca, mam nadzieję, że zachowała się w miłej pamięci.
czwartek, 9 lutego 2023
Urodziny, urodziny. Make a wish.
Takie wspomnienie z okazji zbliżającego się zjazdu szkolnego. Będą zmiany w trakcie lektury przez znajomych.
Maj 1978
Zapowiada rodzicom, że na urodziny jedzie do swojej koleżanki do Mielca. Są jakieś połączenia z Sandomierza, gdzie najpierw odwiedzi chrzestnego i dziadka. Mają jechać do Krakowa pooddychać atmosferą wielkiego miasta. Stefcia jest dla niej oknem na świat, ma ojca w USA i regularnie dostaje stamtąd atrakcyjne paczki. Dolary są stale w jej portfeliku. Ala odkąd poznała koleżankę, a było to jeszcze w podstawówce, chce w przyszłości czmychnąć za granicę. Nie da się tak normalnie wyjechać, trzeba uciec. Podoba jej się ten sezam pełen słodyczy, kolorowej pięknej odzieży i rozmaitych konserwowych produktów, które kiedyś widziała w amerykańskich paczkach. W polskich sklepach tak skromnie i biednie. Nie wie jeszcze gdzie uciec, ale gdzieś do sprawiedliwego kraju na Zachodzie, bo tam jest bez zmian, jak często powtarzają, cytując słynnego E.M. Remarque`a. Podział na kraje za żelazną kurtyną i tzw.Zachód jest bardzo wyrazisty. Pierwszym krokiem do wyjazdu w szczęśliwsze rejony jest pilna nauka języka angielskiego i francuskiego. Ma doskonałych nauczycieli, panią Zofię Świątkiewicz i pana Tadeusza Śniechowskiego. Wyszukuje wszystkich możliwości mówienia w tych językach. Parę miesięcy wcześniej w Warszawie na Starym Mieście poznała miłego francuskiego studenta, oferując mu pomoc w zakupach, spytała tylko Can I help You? I jakoś tak się rozgadali. Kupiła sobie potem płytę do nauki francuskiego, pilnie ćwiczy wymowę i na pamięć uczy się całych dialogów. Adapter Mister Hit cały czas nastawiony do słuchania. Bardzo jest dumna z tego pięknego adapteru, ma czerwoną plastykową pokrywę i wygląda bardzo nowocześnie. Słucha na nim również muzyki klasycznej oraz filmowej Andrzeja Korzyńskiego. Beztroska Polowania na muchy bardzo jej odpowiada. Korespondencja z Alainem się rozwinęła i zaprosił ją w wakacje do siebie. Ma jeszcze jedno zadanie do wykonania, dostać się na studia. W poprzednim roku ten falstart trochę ją przygnębił. Pracowała potem fizycznie parę miesięcy i mogła garderobę uzupełnić. Najbardziej cieszyła się z sukienki zakupionej w cepelii i paru materiałów, z których mama umiejąca szyć, stworzyła jej nowe kreacje. Letnie przymarszczone sukienki i spódnice, koszulowe bluzeczki, krótkie spodenki, a nawet kostium kąpielowy. Na zdjęciu w akademiku u koleżanki, studentki Kotańskiego.
Babcia sprzedała ziemię i na jej książeczkę PKO wpłynęło 10 tysięcy złotych z podziału. Były to pieniądze na wyjazd do Francji. Tylko najpierw dostać się na studia, bo ojciec mnie nie puści, myślała.
Ale tego dnia w wigilię swoich urodzin ubrana w białą koszulkę z małą stójką i spódnicę w kratkę , w bordowych lakierkach z takim białym paskiem wokół podeszwy udaje się na dworzec PKS na ulicy Hanki Sawickiej. Z brązową torbą ze skaju uszytą przez kaletnika, który znał się z ojcem, raźno maszeruje przez Aleję 1 Maja. Jeszcze się kłębią tłumy pierwszomajowe na ulicach i atmosfera wesołości, lodów w Kryształowej i oranżady. Jest bardzo podekscytowana, nie ma dużo rzeczy, bo u koleżanki mają się przebrać w atrakcyjniejsze ciuszki i jechać do Krakowa następnego dnia. W autobusie myśli o filmie Iluminacja, który oglądała niedawno. Nie chciałaby żyć z takimi dylematami, czy wybierać herbatę madras czy ulung. Po kilku miesiącach pracy fizycznej, powtarza sobie jak mantrę- tylko dostać się na studia, dostać się na studia, nie chce pracować, chce się uczyć, czytać, mówić 5 językami obcymi. Nie chce bywać z umysłami rodem z esprit d`escalier, tak sobie powtarzają z inną koleżanką.
W Krakowie następnego dnia słyszy make a wish , gdy przy stoliku mówią głośno, że ma dzisiaj urodziny, a Stefcia śpiewała jej Happy Bday, uprzejmie wtrącił się w rozmowę siedzący obok młody Niemiec. W jej czasie linearnym to ryzyko się już wtedy pojawiło. Języki obce , o których marzy zostaną z nią na zawsze.
Maj 1988
Nie jest szczęśliwa w dniu swoich 30-tych urodzin. Podobnie jak jej kraj na początku maja 1988 roku. Powszechne strajki wszędzie i wszechogarniająca beznadzieja. Świat zmniejszył się do rozmiaru mieszkania M2 wypełniony płaczem małej córeczki.
Make a wish pamięta jeszcze studencka koleżanka Danusia, która ją odwiedza. Ona za niedługo wyjeżdża z kraju. Z bardzo daleka od swojego rodzinnego domu przyjechała pożegnać się z Alą.
Małe mieszkanie na osiedlu Stawki wypełnione dobrem wystanym przez zapobiegliwego ojca, jest świadkiem kolejnych marzeń. Dostać większe mieszkanie. Nie kupić, ale dostać. Takie signum temporis tamtych czasów. Albo zostawić to wszystko i wyjechać za granicę. W obecnym mieszkaniu jest meblościanka i dwa tapczany ze sklepu meblowego na Mickiewicza oraz telewizor z Radwana. Z książeczki dla młodych małżeństw kupuje oryginalne meble z cepelii, które mają służyć całe życie. Jest dywan przywieziony aż z Żagania. Piękne lustro w przedpokoju i oczywiście szafa wnękowa oraz pawlacz, hit małych mieszkań, zamówiony przez ojca. Kuchnia ma lodówkę z Rzeszowa, szafki w zestawie, stół i taborety. Jest dużo książek, bo mieszkają tu japiszony lat 80-tych. Co tu zostawiać w razie wyjazdu? Często wspomina swoje dawne wakacje we Francji i life-time holiday w Indiach. Tu na tle erotycznych świątyń w Khajuraho.
Pod opieką rodziców było lepiej.
Kreacja urodzinowa jubilatki- prosto z Turcji ze sławetnych wycieczek, z których najbardziej przysłowiowe stały się swetry tureckie. Na zdjęciu z mężem i córeczką Madzią.
Jednakże w związku z posiadaniem takich dóbr jak telewizor meble mały fiat- Ala solidaryzuje się z Izą Trojanowską. Brązowy fiacik też stoi przed blokiem. Zawsze wyśmiewała małą stabilizację we wszystkich możliwych konfiguracjach. Oraz najbardziej nieprzyjemne ciała pedagogiczne z Ferdydurke, będąc nim sama. Sfrustrowana 30-latka żegna się z młodością, popłakuje wieczorem w poduszkę.
Maj 1998
U progu 40-stki ustatkowała się w stopniu zadawalającym. Duże mieszkanie już było, a mały fiat został zamieniony na opla kadeta w ładnym kolorze bordowym. Dzieci, już dwoje, podrosły i nie musi już z nimi spędzać tak wiele czasu. Może poświęcać się pracy. Tym razem urodziny w przeddzień komunii młodszej córki. Dziecko jest grzeczne i ambitne. Na zdjęciu z córką, ale nie na komunii, hehe.Festiwal Woodstock. Impreza komunijna odbywa się w domu i jest przygotowana przez prywatny "katering", czyli dobrze gotujące koleżanki. Sukienka na zamówienie szyta przez inną przyjaciółkę, zdolną krawcową. Sklepy w młodym kapitalizmie wypełnione są tandetną krzykliwą odzieżą, a na bazarach słynne dresy z kreszu.
Za parę dni jedzie na dwutygodniową szkolną wymianę do UK. Potem ma zjazd szkolny, na który wybiera się pierwszy raz. Te początkujące lata demokracji są dla niej łaskawe. Zwolniła się z państwowej pracy w szkole i rozpoczęła swoją działalność. Nie ma dużych wymagań. Czuje się niezależna. Robi to, co lubi. Uczy innych i siebie języków obcych. I te pięć języków prawie zrealizowane, nawet sześć. Trudno powiedzieć, że zna tyle języków, ale umie się nimi komunikować. Wiedzę z literatury realizuje w cyklach felietonów, opowiadań, wywiadów w lokalnych gazetach. Jeździ często za granicę, szczególnie do UK. Ale w Londynie nie umiała wybrać kawy w Starbucks, pierwszy raz widziała taki wybór, znała tylko cappuccino i espresso. W restauracjach też ma zawsze problem ze zrozumieniem karty dań. Nie wyczytała tego w swoich książkach.
Czas przedurodzinowy, na początku maja w 1994 spędziła w Londynie i Calais podczas otwarcia Eurotunelu w miedzynarodowym towarzystwie. Była laureatką europejskiego konkursu miast bliźnieczych. Pierwszy raz poszła do sauny, też nie wiedziała jak się zachować. Obserwowała Christine, swoją angielską koleżankę. Karaoke zawsze nazywa z angielska „kari-oki” bo pierwszy raz w Anglii się z tym zetknęła i śpiewała Abbę Dancing Queen- having the time of my life… Ma już mnóstwo zdjęć i aparat cyfrowy.
40-ste urodziny spędza w domu razem z chrzestną swojej córki, kuzynką z Rzeszowa, mąż jakby już nieobecny w tej rodzinie. Make a wish to enjoy privileges of the privileged class, tak gdzieś wyczytała i lubiła cytować. Chce nadal wyjechać za granicę i zostać na dłużej niż trwają jej służbowe podróże.
Maj 2008
Mąż nie żyje już od ponad roku. Starsza córka od 4 lat w Anglii, młodsza, przed maturą i często do niej jeździ. Jakiś czas wcześniej poznała uroczego Amerykanina, nie do wiary stary hippis, który jak w musicalu Hair o mało co nie znalazł się na wojnie w Wietnamie. Z okazji urodzin zabiera ją do Szkocji, gdzie sam mieszkał przez 20 lat i temu zawdzięcza również brytyjskie obywatelstwo. Dla jego opisu zastosowała wierszyk z filmu Walkower: człowiek, który mówi, nie wiem po co tu przyszedłem i po wielu latach, albo po czymś takim jak młodość albo miłość z ręką na sercu chce wszystko naprawić i poprawia krawat.
Imponuje Ali, bo on taki luzak, jej amerykański Robert Redford, a ona musiała tyle granic pokonywać i czuje się jak bohaterka Nałkowskiej lub Kuncewiczowej. Nie na swoim miejscu. Ach ta literatura, wszędzie zdradza jej wschodnie pochodzenie i kompleksy. Ale dekada 1998-2008 była bardzo przyzwoita. Firma jak money tree sama się kręciła bez większego jej wysiłku i zaangażowania. Dwa razy na rok trzeba było się poświęcić, we wrześniu, żeby rozpocząć rok szkolny i w czerwcu, żeby zorganizować wycieczkę do Londynu. Ona podróżowała po całej Europie, mówiła tymi wymarzonymi językami obcymi tam, gdzie się pojawiła. Nawet po niemiecku i rosyjsku na Malcie z parą niemiecko-albańską, która nie znała angielskiego.Zdjęcie na Malcie, gdzie jej "Redford" pracował.
Były też trudne chwile, choroba i śmierć obydwojga rodziców, kłopoty wychowawcze z córkami nastolatkami. Zbliżająca się matura młodszej córki spędzała sen z oczu. Wcześniej dojrzewanie tej starszej.
Poprzez unijne zjednoczenie następują totalne migracje do zachodniego świata. Wszyscy marzą o bogatej konsumpcji.
Ale 2 maja 2008 i te dni wokół są wyjątkowe. Ona tak lubi wymagać, żeby wszyscy pamiętali o jej każdych urodzinach. A teraz to już 50-tka.
W Polsce zaczynają się słynne majówki, wszyscy biorą urlopy i wyjeżdżają. W Edynburgu chodzi śladami Marii Stuart w pałacu Holyrood. Zabrała ze sobą książkę Stefana Zweiga i czyta sobie wieczorem fragmenty. Monumentalny zamek na skale czaruje swoją wielkością. W Glasgow, mieście europejskiej kultury, w buddyjskim ogrodzie przemknęła jej przez myśl dawna japońska pasja, kokoro i Kimiko. Dwa lata wcześniej spaceruje po Miami i szuka słynnej szkoły tatuaży, bo córki prosiły.
Amerykanin zabiera ją do tradycyjnej szkockiej restauracji, próbuje słynny haggis jako starter, a na deser cranachan, gdzie whisky rozlewa się miło po podniebieniu razem z innymi jej ulubionym składnikami. Make a wish, po kilku nocach rozgrzewanych whisky mieszanej z drambui, jak najbardziej na miejscu, wyjść za niego za mąż i zamieszkać we Francji, bo Amerykanin mieszka w Langwedocji.
Maj 2018
Internet rozszalał się w świecie w sposób nieprzewidywalny. Telefonia komórkowa przeżywa nadzwyczajny rozkwit, mamy natychmiastowy kontakt z każdym miejscem na ziemi. Rozmawiamy , wysyłamy zdjęcia, robimy wszystkie bankowe transakcje, kontakty pracownicze i towarzyskie ograniczają się do różnych social media. Spotykamy się w barach i restauracjach spożywając posiłki i załatwiając jakieś sprawy. Rzadko zapraszamy się do domów,
gdzie pełne lodówki i kuchenne szafki zaopatrzone we wszelkie dobra. Batoniki, ciasteczka, czekoladki, alkohole, których już się nie spróbuje, przekąski, te konserwowe cuda, owoce z całego świata. Ciągle coś jemy i to przybiera neoreligijne formy, jak we Francji. Gdzie nowa restauracja i gdzie coś zjemy na obiad, kolację, mały snack, deser, wypić drinka. Do tej hiperkonsumpcji chce dołączyć cały biedny świat Afryki i Azji. Następują ogromne migracje ludności i pogłębiające się podziały na bogatą Północ i biedne Południe.
Ślub był już dawno , minęło parę lat, prawdziwy występ i występek w Miami vice, oraz uroczysty obiad w towarzystwie nowej amerykańskiej rodziny. Jest zadziwiona swoim życiem. Na jej drobne faux pas, on miło reaguje, że „Aliszia” doświadcza culture shock. W kari-oki bar on śpiewa jej I cant help falling in love with you. Kupują wspólny dom we Francji, niedaleko Carcassonne i Narbonne. Blisko nad Morze Śródziemne i niedaleko w Pireneje. Tam przez dwa lata prowadzą leniwe szczęśliwe życie. Nad Canal du Midi. Nagła przeprowadzka do Polski z powodów finansowych zmieniła relacje i już nie układa się jakby chciała.
W tym czasie córki układały sobie swoje życie, na jej wybory już zabrakło cierpliwości , oddania, poświęcenia. Jemu i jej. Pojawiły się na świecie dwie wnuczki. Czas z nimi okazuje się słodszy niż cokolwiek. Sprzedają pierwszy duży dom zakupiony w Polsce, kupują drugi, znacznie mniejszy i wydają się bardziej uspokojeni , nie tak dawno skłóceni z życiem jak bohaterowie pewnego filmu, następnie pogodzeni, bardziej już zrezygnowani.
Urodziny, już 60-te spędza z córkami, wnuczkami i siostrą cioteczną, która mieszka w domu ich wspólnych dziadków. Zaraz potem ma bardzo udany zjazd szkolny, gdzie dawni koledzy jednogłośnie twierdzą, że nic się nie zmieniła, ta sam figura i uśmiech. Rzeczywiście jej waga stoi w miejscu od kilkudziesięciu lat.
I kolejne make a wish, to być zdrowym, i żeby się układało w rodzinie, bo to zaczyna wreszcie doceniać nade wszystko. Chce jeszcze podróżować, poszaleć , np. w Amsterdamie, i jedzie tam sama. Ostatnie takie lato z coffee barami w tle, potem narty, chociaż tylko w Krajnie, hehe.
Ale on woli zostać ze swoim kotem. Jak zawsze pobłażliwy dla niej i wielkoduszny. A niech jedzie, jeśli jej się chce.
Czy pamiętacie niektóre dekady ze swoich urodzin? Które najbardziej?
sobota, 4 lutego 2023
Glasgow- europejska stolica kultury.
Historię tę napisałam parę lat temu z okazji swoich dawnych urodzin, które spędziłam w Szkocji. Nigdzie jej nie zamieszczałam, a teraz znalazłam w swoich starych zeszytowych notatkach. Podoba mi się to wspomnienie, znalazłam zdjęcia schowane gdzieś w szkole i upiększyłam nimi tamte czasy.
Do Glasgow przyleciałam 29 kwietnia. Miałam w planie spędzić naszą majówkę, przy okazji swoje urodziny w tajemniczej romantycznej Szkocji. Kim na lotnisko wysłał pracownika RPM, bo sam był czymś zajęty. Odebrałam bagaż i sądziłam, że wyjdę do jakiejś hali przylotów, gdzie łatwo dostrzegę kogoś, kto na mnie czeka. A ja od razu znalazłam się w dużej hali restauracyjno-sklepowej, gdzie kręciło się mnóstwo ludzi, ale nikt z tabliczką mojego nazwiska. Zupełnie niespeszona zamówiłam a glass of double whisky w restauracji koło drzwi wyjściowych, żeby się rzucać w oczy. Pomyślałam o Robercie Burns, wielkim szkockim poecie, który w Glasgow napisał jeden z najpiękniejszych poematów miłosnych " Ae fond kiss", a skierowany do ukochanej Agnes McLehose,
Ae fond kiss and then we swear, ae farewell, alas for ever.
Who shall say that fortune grieves him
While the star of hope she leaves him?
Ae farewell...
Had we never loved so kindly
had we never loved so blindly
never met or never parted
we had never been broken- hearted
Ja też tak jeżdżę do różnych miejsc na świecie, żeby się spotkać z moim ukochanym i ciągle się z nim witam i żegnam, a każdy kraj inspiruje mnie swoją literturą, historią i przyrodą.
A czy w Glasgow, ktoś może zapytać, jest coś ciekawszego niż różne odmiany deszczu? Zapewniam,że tak. To niezwykłe kupieckie miasto zaczyna się zwiedzać od średniowiecznej katedry św Mungo, posiadającą katedralną kryptę, w której znajduje się grób dawnego mnicha Kentigern, następnie apostoła Strathclyde, św Munga, który zmarł w 612roku w Glasgow.Był biskupem, a po śmierci został patronem diecezji Glasgow. Informacje o jego życiu pochodzą z XI i XII wieku i brak pewnych potwierdzeń dla zawartych w tych Żywotach danych. Data śmierci pochodzi z Annales Cumbriae. Momumentalna Katedra robi imponujące wrażenie, to najpiękniejszy gotyk szkocki.
Obok znajduje się fascynujący ośrodek religii i sztuki, pełen eksponatów wszystkich religii świata, w tym piękny ogród w stylu zen. Z powodu deszczu, a jakże, nie mogłam wszystkiego dokładnie zobaczyć. W zacisznej kawiarence można podumać o rzeczach ostatecznych. Albo te sprawy eschatologiczne można przenieść na grunt doczesny i "spocząć" w kościele Kelvinside, czyli obecnie najelegantszej restauracji, nazwanej w języku gaelic Oran More, czyli Wspaniała melodia życia i uczcić swoje wspaniałe życie szklaneczką whisky oraz innymi szkockimi smakałykami.
Ogromne wrażenie robi George Square z dominującymi ogromnymi budynkami administracyjnymi, jak np City Chambers czyGalerii Sztuki Nowoczesnej z pomnikiem Duka Wellingtona. Ulicą St Vincent dojdziemy do Old Bank of Scotland, monumentalnej budowli wspartej o kolumny jońskie.
A gdy cię znudzi monotonny deszcz w Glasgow, można wstąpić do Botanic Gardens, niedaleko University of Glasgow, gdzie odpoczniesz w cieple, zobaczysz niezwykłe gatunki roślin i drzew, tropikalnych, stepowych, pustynnych. Wypijesz egzotycznego drinka, a potem znowu na mżący kapuśniaczek.
Muszę raz jeszcze wspomnieć o Robercie Burns, wielkim poecie szkockiego romantyzmu, który spędził jakiś czas na salonach w Glasgow. Z miejscowego poety stał się wieszczem narodowym, ale zmarł bardzo młodo, bo w wieku 37 lat. Na jego pogrzebie pojawiły się tłumy. Jednak popularność jaką zaczął cieszyć się po śmierci, przewyższyła o niebo jego ziemskie dokonania. W rocznicę jego śmierci 25 stycznia, prawdziwy Szkot czci jego pamięć uroczystą kolacją, na której wysławia się hagis, kobiety i whisky. Jest to jeden z trwałych elementów szkockiej dumy narodowej. Najbardziej znanym jego utworem jest pieśń pożegnalna Auld lang syne, a ja mogę przysiąc, że my old acquintance never be forgot for the sake of auld lang syne. Nigdy nie zapomnę moich starych przyjaciół.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































