Moja lista blogów

poniedziałek, 27 maja 2024

Pojedynek zimnej wojny.

Spotkanie z Bobby Fischerem. Legendą w komunistycznej Polsce był ten genialny szachista. Ja sama pamiętam tamte historyczne Mistrzostwa i szachowy mecz stulecia. Wtedy zdałam już do ósmej klasy. Grałam chętnie w warcaby, a z filmów znałam figury na szachownicy, jak pionek, wieża czy król, oraz oczywiście powiedzenie szach mat. W warcabach były tylko pionki. Gra w szachy wydawała mi się bardzo tajemna i niezwykła. Ta koncentracja graczy, cisza, skupienie jawiła się magiczna i sekretna dosłownie.
Podobnie grało się w brydża,tak myślałam dawniej, a my tylko umieliśmy w wojnę, w kuku czy remika. Próbowałam potem kilka razy uczyć się w szachy, ale nie spotkałam chłopaka, który by mnie bardziej zmotywował do genialnych rzeczy. Zostałam przy warcabowych pionkach. Ale pamięć o szachowej magii pozostała. Mój pierwszy, nieżyjący już mąż bardzo często w rozmowach nawiązywał do tamtych Mistrzostw i geniuszu Bobby`ego. Będąc trochę starszym, wiedział, że był to ważny moment w historii tzw. „zimnej wojny”. Walka postępowego komunizmu ze zgniłym amerykańskim imperializmem. Hasła jak z lat 50. Islandia zaistniała wtedy na mapie świata. Niepokonani od dziesięcioleci sowieccy szachiści zostali zmiażdżeni przez ekscentrycznego Amerykanina, z pochodzenia Żyda, chociaż zajadłego antysemitę. Historycy piszą, że jego ojcem był prawdopodobnie matematyk niemiecki Nemeny, którego matka poznała na studiach w Moskwie. Nie mąż, biofizyk Fischer. Sama była Polką i Żydówką o komunistycznych sympatiach. Za te studia tłumaczyła się w latach 50. przed komisja Mc Carthy`ego. Wróćmy do meczu. To przy tym stale grali, a prawie zabójcza aura Bobby`ego osaczyła Borisa.
Ale wtedy Boris Spasski był zdruzgotany i nie powrócił do świetnej formy.
Parę lat potem zastąpił go Anatolij Karpow. A Bobby`ego Gary Kasparov. Wizyta w Bobby Fischer Center w Selfoss wróciła mnie w tamte czasy. Wypełniona czarno-białymi zdjęciami dwóch bohaterów tych mistrzostw- Bobby Fischer i Boris Spasski patrzyli na nas młodzi, pewni swego geniuszu i bardzo skoncentrowani. Borys, parę lat starszy, w swojej charakterystycznej radzieckiej fryzurze a la Breżniew, Bobby, bardzo szczupły, ekscentryczny od zawsze. Wtedy protagoniści, potem szanowani przyjaciele.
Jeden i drugi mieli skomplikowane życie. Borys, nieakceptowany w Związku Radzieckim po przegranym meczu z Amerykaninem, a Bobby broniący swej genialności, nie chciał odgrywać dalszych meczy, samotnik i ekscentryk. Dziwak, a nawett szaleniec. Może zastanawiacie się skąd to małe muzeum w islandzkim miasteczku ? Ja też byłam zadziwiona, ale w zakamarkach pamięci coś mi grało i sprawdziłam w necie. Krótko opiszę. W 1992 roku Bobby zagrał nieoficjalny rewanżowy mecz ze Spasskim, ale wybrali złe miejsce. Była to Czarnogóra i Belgrad, a wtedy jeszcze Jugosławia prowadziła krwawą wojnę w Bośni. USA nałożyła na ten kraj sankcje, a ich złamanie groziło 10-letnim więzieniem. Mecz o 5 milionów dolarów sponsorował serbski milioner. Bobby wygrał. Zaczęły się jego dalsze kłopoty. Podróżował po róznych krajach. Przeczytałam, że był w wieloletnim związku z Japonką i wyjechał do jej kraju. Tam się z nią ożenił. Zniknął z areny. Ale w 2004 na lotnisku w Tokyo został zatrzymany i osadzony w areszcie, czekając na ekstradycję do USA. Wypowiedział wtedy wiele gorzkich słów pod adresem amerykańskiego rządu, min. poparł ataki z 2001 roku. Zraził sobie bardzo opinię społeczną. Zwrócił się do Islandii o pomoc. Od czasów słynnego meczu w 1972 roku był bardzo popularną osobą w tym kraju. Ludzie go kochali. I wszyscy grali w szachy. Wtedy rząd i Althing- parlament islandzki nadzwyczajną ustawą w 2005 roku przyznał mu obywatelstwo. Zrzekł się obywatelstwa amerykańskiego. W ten sposób USA nie mogło go już deportować. I zamieszkał w Islandii, na obrzeżach miasteczka Selfoss.
Niestety zmarł w 2008 roku na niewydolność nerek. Jest pochowany na niewielkim przykościelnym cmentarzu. Żegnał Go też Boris Spasski.
Miał tylko 64 lata. Cały majątek po zmarłym szachiście odziedziczyła żona, też szachowa mistrzyni- Miyako Watai. Bobby Fischer Center to bardzo nostalgiczne, pełne zadumy miejsce, ale wciąż aktywne. Mieszkamy teraz niedaleko tego miasta i zawsze mijamy muzeum, bo jest na wjeździe.
Tam do tej pory rozgrywają się różne szachowe pojedynki. Czuwa duch ulubieńca Islandii. Ja również chętnie wróciłam do tamtych, już teraz odległych czasów i chciałam wam to opisać.

środa, 22 maja 2024

Jak się zabawić po islandzku?

Islandia to rzeczywiście niesamowite miejsce. Wieedziałam o tym, ale przekonać się na żywo, to dopiero doświadczenie. Wyspa jest pełna kontrastów, stąd powszecha nazwa kraina lodu i ognia. Choć temperatura powietrza jest nieubłagana i nawet w lecie trzeba chodzić w kurtce, po naszemu zimowej, to w wielu miejscach można się kąpać w odkrytych zewnętrznych basenach. Nie będę pisać o znanych turystycznych miejscach, jak Blue Lagoon, Secret Lagoon czy Fontana Laugarvatn, gdzie islandczycy przyjęli chrzest.Tym bardziej o naturalnych turystycznych basenach usytuowanych wśród skał, nad oceanem, albo w płynącej rzece. Te wyróżniają się spektakularnym komercyjnym urokiem. Napiszę potem. Ja tu mieszkam teraz, nie jestem typową turystką. Mnie najbardziej zaciekawiły szkolne i miejskie baseny, które znajdują się w każdym miasteczku, czy osadzie oraz przy każdej nawet najmniejszej szkole.
Dla nich baseny, to jak termy rzymskie, najwspanialsza rozrywka. Ale dlaczego tak się dzieje? Klimat wyspy nigdy nie sprzyjał powstaniu placów i rynków miast w stylu europejskim. Piwo było zakazane na Islandii do 1989 roku, więc nie mogła rozwinąć się tradycja przesiadywania w pubach, karczmach czy w bistrach typu śródziemnomorskiego. Jeszcze 100 lat temu Islandczycy nie umieli pływać, bo nie odkryli dobrodziejstawa źródeł termalnych. Nie mogli nauczyć się w lodowatych wodach oceanu czy rzek. Byli narodem marynarzy, rybaków, którzy nie umieli pływać. Dopiero podczas II wojny, podczas alianckiego panowania zaczęli masowo budować baseny. Gminy dostały specjalne dotacje na odwierty, a nauka pływania stała się obowiązkowa. Woda w basenach nie jest chlorowana, lub w bardzo małym stopniu. Jest dobroczynna. W związku z tym bardzo ważna jest higiena. Wszyscy z szatni wychodzą nago i idą pod prysznic, gdzie dokładnie należy się umyć. Nawet są obrazki na czym polega to staranne mycie.
Zdarza się tez policja prysznicowa:) Podobają mi sie też wyżymarki na kostiumy.
Na basenie obowiązuje pewna etykieta, jak np. nie należy się wgapiać na kogoś i zakazane jest robienie zdjęć, czy w ogóle używanie telefonu.
Baseny są skromne i bardzo bezpieczne, mają funkcję zdrowotną i społeczną. Najważniesze jest to,że wszystkie znajdują się na powietrzu! Naokoło niecek basenowych wyłożone są antypoślizgowymi matami. Ogrodzone wysokimi drewnianymi i gestymi płotami. Poniżej zdjęcie zrobiłam z recepcyjnego baru.
Dzieci uczą się pływać i oswajać z wodą już od malucha. Gdy klasy przychodzą w określonych godzinach, wtedy zachowują się bardzo swobodnie, biegają, grają w piłkę, ślizgają się na zjeżdżalniach. Nie ma ratownika, tylko nauczyciel nadzoruje. Ratownicy są po południu i w weekendy. W takim zimnym kraju nie ma nic przyjemniejszego niż wylegiwanie się w geotermalnych źródłach i gawędzenie z rodziną, czy przyjaciółmi. Byłam na czterech basenach tutaj, w Selfoss, Hella, Laugaland i Hvolsvolur. Tylko Selfoss ma też część krytą. I tak się to odbywa niezwykle relaksowo. Jest basen do pływania o temperaturze, 29- 32 stopni, i dwa- trzy hot poty w temp 36-38, 39-43, do tego jeszcze sauny, a przy nich oczywiście kaldur pottur- czyli beczka z zimną wodą. Ludzie popływają trochę, a potem sobie leżą czy siedzą w hot potach godzinami. Rozmawiają na różne tematy, to naprawdę zastępuje nasze knajpki i kluby. Dzieci wesoło biegają, tak np dzieje się w weekend, a dzisiaj na basenie mamy spotkanie integracyjne z klasą wnuczki :)) Wejście na basen jest bardzo tanie, czas nielimitowany, dzieci wchodzą za darmo, seniorzy poniżej 67 lat zniżka. Deszcz pada czy śnieg, a oni tak tkwią w swoich ukochanych żródłach jak posągi i korzystają z dobroczynności minerałów. Mnie też to się podoba. Bardzo mnie relaksuje i działa prozdrowotnie. A potem z powrotem trzeba założyć ciepłe ciuchy, ale w środku bardzo rozkosznie.

niedziela, 19 maja 2024

W islandzkich miasteczkach nad Atlantykiem .

Gdy myślicie Islandia, to od razu wulkany, lodowce, gejzery. I owszem, to jest najniezwyklejsze na świecie. Ale mnie najbardziej zawsze interesuje kultura materialna. O przyrodzie też napiszę, bo jest cudem na ziemi. Ale mnie przeraża. Zacznę moje prywatne obserwacje od kultury, która rozwinęła się przy tak niesprzyjającej naturze. Mieszkamy niedaleko miejscowości Hella, gdzie Matyldzia chodzi do szkoły, a córka pracuje in the world`s magical place with strikig extremas and rugged landscapes- gdzie hoduje the world` s extraordinary fish- Arctic char. Mieszkamy na farmie, razem z kilkoma innymi prawie pionierami, można by rzec, ale takimi nowoczesnymi. W wielkich traktorach i jeepach. W ostatnią sobotę, przed Zielonymi Świątkami, tutaj też obchodzą to święto i mają również wolny poniedziałek, pojechałyśmy na wybrzeże między ujściem dwóch polodowcowych rzek Olfusa i Pjórsa- najdłuższa w kraju-230 km do rybackich wiosek Eyrarbakki i Stokkseyri. Ponieważ dzieli ich tylko 7 km i zawierają zabytki rybackiego dziedzictwa, nazywa się ich Stokkseyrarbakki. Wiedzie tam droga z zadziwiającymi krajobrazami. Obszar powstał z lawy po największym wybuchu na Ziemi pojedynczego wulkanu od epoki lodowcowej. Byłam w muzeum Lava w Hvolsvollur. Otoczenie jest na ogół płaskie, zarośnięte szarą trawą, gdzie pasą się koniki islandzkie i owieczki, a nagle pojawiają się dziwne kształtem pagórki i wzgórza, wypiętrzenia, olbrzymiwe grzbiety skalne. Nie ma drzew, natomiast dużo polodowcowych rzek, strumyków i jeziorek. W głębi natomiast pokryte śniegiem ogromne wulkany, w tym słynna Hekla, która wybucha kilka razy na sto lat i znany na całym świecie z powodu trudnej nazwy-Eyafjallajokull, który wybuchł w 2010 roku.
Pojedyncze domy- farmy, albo pensjonaty gdzieniegdzie ukryte daleko od drogi. Uwielbiam spacery po małych opuszczonych miasteczkach, gdzie dawną historyczną świetność widzi się w tym, co stworzył człowiek. Obecnie zamieszkuje tam po ok. 500 osób, kiedyś nie było więcej, ale historycznie stanowiły ważne ośrodki życia. Na szczęście, dla naszego małego człowieka są rozległe place zabaw, najczęściej z tyrolkami i trampoliną. Wtedy ja mogą zająć się spacerami i kontemplacją.
Stosuję polskie znaki, bo nie mogę znaleźć tych innych. Najstarszym domem w Eyrerbakki jest Husid z roku 1765, kiedy wioska stała się najbardziej ożywionym ośrodkiem handlu z Duńczykami, a duńskie rodziny mieszkały tu przez kolejne 200 lat. Trzeba wspomnieć,że dopiero po II wojnie Islandczycy uzyskali niepodleglość. Wcześniej stanowili dominium duńskie. W tamtych czasach mieszkańcy Islandii głównie budowali proste torfowe domy,jakby nasze ziemianki, które zarośnięte trawami utrzymywały ciepło. Natomiast ten nowoczesny drewniany dom Husid był europejskim wzorem kultury dla bardzo biednych Islandczyków i największą posiadłością w II połowie XVIII wieku. Dwa podobne powstały wtedy w Reykjaviku. Największa, żeglugowo- handlowa firma kopenhaska tamtych czasów przywiozła ten dom z Danii, a zamieszkał w nim przedstawiciel firmy.
Obok mamy zielony domek- Assistentahus z 1881, gdzie mieszkali urzędnicy, a jeszcze z tyłu był Eggjahusid/ tak od jajek/- obecnie Heritage Museum. Zachowało się wiele historycznych domów z XIX wieku lub początku XX. Każdy ma swoją nazwę i obecnie są poddawane pieczołowitej renowacji. Zachwycają. Zawierają też prywatne muzea, są naprawdę unikatowe. Sagi to narodowe pieśni Islandii, opowiadające historię kraju i jezyka. Ich śpiewanie jest bardzo popularne i lubiane, w tym starym domu- Bakkastofa w Eyrerbakki odbywają się prywatne śpiewy dla turystów. Muszę się zapisać, bo liczba miejsc ograniczona.
Spacer wzdłuż pustej ulicy, to jakby time machine. Tylko samochody przypominają o naszych czasach.
Przypominają mi też domki z holenderskch rybackich wiosek, ale te są znacząco skromniejsze. Wszystkie pokryte blachą falowaną, żeby deszcz spływał. Obecnie też tak sie buduje. Dla rozróżnienia spójrzmy na skromną torfową chatkę Puridarbud w Stokkseyri, imieniem najsłynniejszej islandzkiej kobiety rybaczki – Puridur Einrsdottir, która żyła w latach 1777-1863 i ponad 50 lat pracowała na morzu.
Replikę domku postawiono ponad 100 lat temu, ostatnio odnowiono, a wszystko dla upamiętnienia tej dzielnej kobiety, której czyny w tamtych latach były zdumiewające i niezwykłe. Pracowała w męskim przebraniu, ale musiała mieć pozwolenie swojego lokalnego naczelnika na wykonywanie tej pracy. Ponieważ rybołówstwo utrzymywało naród islandzki przy życiu, jej niespotykaną postawę można porównać z historią Grażyny Adama Mickiewicza lub nawet Joanny d`Arc. Takie mam skojarzenia. W każdej rybackiej wiosce stoi memoriał poświęcony zaginionym rybakom. Morze zabrało tysiące ludzi w dawnych czasach, życie było niewiarygodnie ciężkie dla Islandczyków, ale się nie poddawali. Dzięki rybom ten twardy, prawdziwie wikingowy naród mógł się rozwijać i trwać. Obecnie nabrzeża są zmodernizowane, można bezpiecznie spacerować, bez strachu, że porwie fala. Chronią nas ogromne kamienne falochrony, a wzdłuż kultowe restauracje, w tym Fjorubordid, gdzie serwuje się najlepszą w kraju zupę z ostryg. Z zewnątrz wygląda jak podłużna stodoła. Zewsząd dochodzi śpiew ptactwa, odległe fale nie przeszkadzają tym koncertom.
Wioski również szczycą się rękodziełem, prywatnymi galeriami sztuki oraz ośrodkami muzealnymi na temat elfów, duchów i lokalnych czarodziejek. Nieraz bardzo straszne. Islandczycy głęboko wierzą w swoje elfy.
W każdej wiosce jest jeden sklep. Kultywują one tradycje sklepu Laugabud, gdzie można było kupić wszystko. Duch jego dawnego właściciela, który pracował w nim w latach 1919- 1993, odznaczony najwyższym medalem Islandii Orderem Sokoła czuwa, nad nimi. On używał tylko ołówka do obliczeń, teraz jest nowocześniej, ale sklepy wiejskie zachowują dawną staroświecką atmosferę.
W końcu mieszkańcy i tak główne zakupy robią w Selfoss w ichniejszej Biedronce czyli Bonus. Nie mają w Islandii żadnych korporacyjnych sklepów. I jeszcze całości dopełniają luterańskie kościoły jak z obrazów Asgrimura Jonssona, islandzkiego pioniera sztuk malarskich. Stokkseyrakirkja z 1886 roku, odnowiony w 1990r. Przed kościołem pomnik pamięci zagionionych rybaków.
Oraz Eyrarbakkakirkja z 1890 roku. Duński architekt Johan Jonson przywiózł deski z Kopenhagi, a ówczesna królowa Danii Luiza namalowała dla kościoła obraz na ołtarz. To było niesłychane wydarzenie. Kościoły niestey zamknięte.
Szkoda było nam opuścić te urocze miasteczka, ale naszły chmury, zrobiło się chłodniej i zabawy na powietrzu straciły atrakcyjność dla Matyldy. Temperatura spadła poniżej 10 stopni .Wieje. Do zimna tutaj trzeba przywyknąć. Po prostu ciepło się ubrać. Wracamy na naszą farmę.W domu cieplutko. Niewiele mogę teraz poprawić w tej nowej wersji blogspota. Zdjęcia zamieściłam za małe, a nie mogę ich teraz powiększyć, bo w projekcie są tylko literkami.

wtorek, 14 maja 2024

Czy znacie Alice Munro ?

Alice Munro, odkąd dostała Nagrodę Bookera w 2009 roku, a potem Nagrodę Nobla w 2013, zaczęła być w Polsce tłumaczona. Wcześniej mało ją znaliśmy. Wtedy stała się moją ulubioną autorką. Przeczytałam wszystkie jej książki, a dużo z nich kupiłam na allegro czy w księgarniach. Przeznaczałam na prezenty dla córek i koleżanek. Uwielbiałam do nich wracać. W zeszłym roku napisałam post Ciotki. Letnia wizyta w 1972. Wspomnienie inspirowane opowiadaniem Alce Munro Pokrewieństwa. Ostatnio rzadko pojawiałam się na blogu. Miałam trochę problemów zdrowotnych i musiałam przyzwyczaić się i zaakceptować nową jakość życia. Nieuchronne procesy starzenia dały znać, a myślałam z naturalną sobie naiwną pewnością, że mnie to nie dotyczy. Teraz jestem aż w Islandii. Córka tu pracuje, wnuczka poszła do szkoły. Przyjechałam ich odwiedzić, żeby zasmakować w islandzkim lecie, które dla nas zaledwie może być porównane z wczesnym marcem, prócz polarnych dni, jeśli by pogodę rozpatrywać. Lubię Alice Munro miedzy innym dlatego, że była z rocznika mojej Mamy, która kiedyś chciała zostać nauczycielką, ale to w końcu ja wykonywałam ten zawód, jak również Mamy synowa, a teraz wnuczka. Jej wojenne reminiscencje i lata potem, chociaż bardzo odmienne od polskich wspomnień, jednakże przypominają mi opowieści mojej mamy. Nie bez przyczyny zabrałam do Islandii książkę Uciekinierka, żebym czytała ja, po raz kolejny, i moje córka, bo obie tak ciągle uciekamy przed czymś. Gdy dzisiaj zobaczyłam informację o śmierci pisarki, zatrzymałam się. Jakbym straciła bliską osobę. Kilka dni temu zmarł syn mojej bardzo bliskiej koleżanki, jeszcze z czasów studenckich. Pamiętam, gdzie był poczęty i znam całe jego życie, prawie jak swoich córek. Ciągle myślę o mojej przyjaciółce i o nieuchronności pewnych losów. Pomyślałam, żeby wreszcie pokazać się na blogu. Mam zamiar opisywać trochę Islandię i moje subiektywne spostrzeżenia. Pozdrawiam wszystkie moje blogowe koleżanki .

poniedziałek, 8 stycznia 2024

Podróżnicze wspominki à propos kolei retyckiej.

Jakiś czas temu byłam na parodniowej wycieczce Expressem Bernina przez Alpy i autokarem. Planowałam od razu coś napisać, bo poczyniłam parę obserwacji, ale miałam mnóstwo innych zajęć. Nie pisałam też nic na blogu, bo zajęłama się wysyłaniem różnych moich wspominek, blogowych przeróbek na konkursy literackie. Czekałam na nagrody i wyróżnienia:) Senioralne uznania i dyplomy miały miejsce. O tym później. Zmobilizowała mnie moja uczennica, która poinformowała mnie, że pisze książkę z mojej inspiracji i ja min.jestem bohaterką. Co za wspaniały noworoczny prezent! Będzie po włosku. Już poczułąm się jak Madame Antoniego Libery. Siadłam i napisałam te wycieczkowe refleksje. Z trudem zdecydowałam się na ten wyjazd. Prawie całe moje dorosłe życie sama sobie organizowałam wczasy i wycieczki. W pewnym okresie życia byłam pilotem i przewodnikiem, zawoziłam małe grupy w różne miejsca, głównie do Londynu, ale też do Barcelony i Paryża. Z kolei ostatnie kilkanaście lat podróżowałam z moim szalonym amerykańskim mężem i nie wyobrażałam sobie jeździć za granicę bez niego. Podziwiałam jego nonszalancję w sensie niefrasobliwej lekkomyślności,nierozważności, takiej młodzieńczej brawury, która była wspaniałym przedłużeniem dawnych beztroskich lat. Tak mi się to podobało na wakacjach, w życiu codziennym już nie. Modne słówko dezynwoltura, tak eufemistycznie odnosi się do niego, szczególnie w powierzchownym traktowaniu innych kultur, co nie jest niestety zaletą. Amerykanie tak mają. Przypadkiem oglądam na Kulturze film Projekt Floryda i przypomniał mi się nasz pierwszy pobyt na Florydzie, gdzie z hotelu w Miami za 500 dolarów za noc i paru innych, nie mniej szykownych na Key West, w dalszej kolejności zatrzymywaliśmy się w szeregu moteli, znanych z filmów, gdzie zdarzały się pluskwy i inne robactwo. A potem znowu do luksusowego Harbours Edge w Delray Beach, gdzie mieszkała jego cudowna Mama. Z nim czułam się jak w filmie, oczywiście amerykańskim, typu film drogi, gdzie bohaterowie żyja czasami ponad stan, a innym razem jako zwykli szeregowi ludzie, ale zawsze jest zabawnie, po prostu extraordinary, brilliant and awesome.
I jak tu jechać na autokarową objazdową wycieczkę razem z innymi 50 osobami? Koleżanka bardzo polecała, dużo podróżuje, ma ogromną wiedzę i jeździ po wrażenia, nie po selfie. Spotkałyśmy się na zjeździe szkolnym, naszym wspaniałym spotkaniu koleżeństwa z podwórka, dwóch szkół własciwie, ale o tym innym razem. Nie byłabym sobą bez egocentrycznej fotki.
I takim sposobem pewnego wrześniowego dnia o 5 rano, po nocy spędzonej u wspomnianej koleżanki Ilonki i na nocnych rozmowach Polaków, wyruszyłam z Krakowa w stronę Czeskiego Krumlova Tak, tego od Heleny Vondrackowej, Malowany dzbanku z krumlovskiego zamku... Namówiłam na wycieczkę moje dwie koleżanki, w podobnym emerytalnym wieku, które do tej pory też wolały wygodniejszyy samolotowy transport, prócz zamierzchłych dawnych czasów, ale wtedy byłyśmy młodsze. Zaopatrzyłyśmy się w poduszki na szyję, odpowiednie skarpety, najlepsze sportowe obuwie i inne akcesoria. Przed nami prawie trzytysięczna droga w obie strony, bo trasa wycieczki wiodła przez Czechy, Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Lichtenstein do Włoch- Sirmione i Weronę. Biuro podróży, nomen omen Arion Senior. Polecam z pełną odpowiedzialnością. Na pokładzie w wiekszości eleganckie pary, i wesołe wysportowane koleżanki emerytki, brak panów z kolegami. Pilotka o urodzie Claudii Cardinale, germanistka, przywitała w nas w gustownej przewiewnej sukni. Cały czas dopisywała nam piękna letnia pogoda. Pilotka również w wieku około senioralnym, bo sama o tym wspomniała. Zachwycała ogromną wiedzą na temat zwiedzanych miejsc, ogromną pasją i miłością do krajów niemieckojęzycznych. Okazywała dużą cierpliwość wobec opieszałych wycieczkowiczów, jednocześnie będąc wymagającą. Wszyscy, prócz losowych historii, przychodzili na czas. Jej fascynacja przypominała mi mojego nieżyjącego męża, prawdziwego germanofila, głownie z racji wykonywanego zawodu. Główną atrakcją wycieczki był przejazd przez Alpy panoramicznym pociągiem Bernina, ze szwajcarskiego, prawie starożytnego Chur do włoskiego miasteczka Tirano.
Upojone grappą przez przystojnego kelnera w pociągu, na kawę, czy zakąski trzeba było czekać, grappa była w mig, zachwycałyśmy się Alpami, które dotąd widziałyśmy głównie z wysokości samolotu. Wagony wąskotorowej kolei retyckiej wdrapują się na wysokość 2253m, a potem zabytkowymi tunelami i spektakularnymi wiaduktami zjeżdża sie w dół do 400m. Widoki zapierają dech.
Aczkolwiek ja bardziej się bałam jechać poprzedniego dnia autokarem, gdy zmierzaliśmy do górskiego hotelu Alpenkonig w Tyrolu na wysokość 1130 m. Kolejnymi ważnymi punktami był Krumlov, Salzburg, Sirmione, jezioro Garda, Verona i Zellersee w Austrii. Zakładam, że miejsca te są wszystkim znane. W czeskiej średniowiecznej architektonicznej perełce poznałyśmy się z Bogusią i Elą. Chłonęłyśmy uroki zakoli Wełtawy czy Ryneczku z widokiem na kościół Św. Wita.
Piłyśmy piwo, a jakże, słońce świeciło, a my tak w skrócie przeleciałyśmy przez nasze życie, przedstawiając się nowym koleżankom. Krumlov to taka miniaturka Pragi, aż nie do wiary,że tak tu kolorowo, radośnie i ślicznie. Zrelaksowane,zadowolone kobiety cieszyły się ze swojego towarzystwa i niezwykłego miejsca.
Podobnie spędzałyśmy czas w innych miejscach. W Salzburgu królował Mozart.
W autokarze otrzymałyśmy mnóstwo wiedzy na temat odwiedzanych zabytków. Na miejscu uśmiechałyśmy się do siebie, szczęśliwe, że tu jesteśmy. Tak około 15- 20 lat temu zazdrościłam Kimowi i jego znajomym. Oni tak beztrosko wspominali pobyty to tu, to tam. A my tacy skoncentrowani, żeby jak najwięcej zobaczyć, bo może tu już więcej nie przyjedziemy, bo tak drogo, bo tak wypada. I zamiast skupić się na radosnym przeżywaniu, to biegaliśmy po wszystkich muzeach, kościołach i zamkach, sklepach z pamiątkami, gdzie taniej. Może i człowiek osiągnął taki wiek, że nie musi gonić i zaliczać? W Weronie siedziałyśmy naprzeciwko Areny i spożywałyśmy smaczny lunch, ale najpierw ulubiony wakacyjny drink, Aperol z włoskim wynalazkiem-prosecco.
Flirtowanie z kelnerem i prosty zachwyt nad sztuką i językiem włoskim, którym mówiłysmy. Zastosowałyśmy zwiedzanie wg Herberta czyli flanowanie,włóczenie się wg perspektyw , a nie przewodników, gapienie się na lokalsów z miłością, picie wina w różnych miejscach, uśmiechanie się do ludzi, rozmawianie z nimi, studiowanie menu itd Sirmione nad jeziorem Garda tak urzekająco piękne, że tylko siąść na lodach i delektować się tą niezwykłością.
A wszystko pod słonecznym niebieskim niebem. Vaduz- wytworne i bardzo eleganckie.
Chur- nudne i bogate. Żarcik, jak mówi moja wnuczka. Dawna rzymska prowincja Raetia Prima i zabytki wszystkich epok. Kunstmuseum przyciąga. Wkoło Alpy i banki oraz zegarki. Bogactwo Szwajcarii. A czas płynie.
Wycieczkę polecam bardzo, chociaż z trudem zniosłam to podróżowanie autokarem, prawdę mówiąc.