Moja lista blogów

piątek, 19 sierpnia 2011

Maurice Chevalier


      Ten blog ma być dla mnie takim pamiętnikiem terapeutycznym, bo za bardzo jestem takim ulepionym zlepkiem wspomnień, kompleksow, marzen, zawiedzionych planów,  a z drugiej strony  dumna  i niedostepna,  przekonana o swojej nieomylności osobą.
W telewizji  alerte meteo- „viglance canicule”- heatwave, upaly, ostrzegają widzow, do 40 stopni. Zostaniemy w domu, to będzie więcej czasu na tego bloga.
Mam często nieprzepartą  ochotę przypominać słowa wierszy albo piosenek, tak sobie myslę, ze może komus tez będzie miło odszukać w pamięci czy bardziej odkurzyc  cos, o czym się dawno zapomnialo, a chętnie się na nowo przeczyta.
     Dzisiaj piosenka Maurice`a Chevaliera :
Dans la vie faut pas  s`en faire, moi je ne m`en  fais pas
Toutes ces petites misères seront passageres, tout ca s`arranger
Je n`ai pas un caractere a me faire du tracas, croyez moi sur terre
Faut jamais  s`en faire, moi  je ne m`en fais pas
  Ale ten francuski trudny do przepisania! Te piosenke uslyszalam po raz pierwszy pod koniec lat 70., kiedy francuskiego uczylam się z radia, a do tego kupowalo się takie gazetowe wydania tej lekcji. Niektóre  egzemplarze mam do tej pory pt  Le francais par les chansons , czy cos takiego. Ciekawa jestem , czy ktoś tez uczyl się w ten sposób francuskiego? Tak poznałam słowa piosenek Edith Piaf, Jaquesa Brela,  a nawet słowa  Marsylianki i Miedzynarodowki , haha.. C`est la lutte finale..

czwartek, 18 sierpnia 2011

Wizyta w Chateau Chirac

Nasi mili gospodarze.

                    Do Chateau Chirac zaprosili nas Jacqueline i Christian. To posiadłość rodziny Christiana, to taka le petite bourgeoisie  francaise, prawnicy, lekarze,aptekarze, dawni merowie okolicznych miast, naukowcy, prezesi ważnych instytucji, dawni wytwórcy win.  Ludzie niezwyklej kultury, solidnego wykształcenia i  ujmującego sposobu bycia. Klasa dobrze wychowanego człowieka.
Do Lezignan podjechaliśmy samochodem, zostawiliśmy go na parkingu. Wsiedlismy na pociąg TGV do Nimes, ok 1.5 godziny i na dworcu powital nas Christian. Trochę zwiedziliśmy Nimes, ale o tym innym razem.  Droga w kierunku Toulon mknęliśmy sportowym BMW Christiana, w tle zaczęły pojawiać się góry Cevennes. Panowie o czymś rozmawiali, a ja, jak zwykle myślałam sobie o różnych rzeczach. A najbardziej mi szkoda, ze mama nie dożyła tych chwil, żeby być  teraz ze mną we Francji. Tak lubiła francuski i często przypominała wiersze, które kiedyś uczyła się w szkole. I byłaby ze mną szczęśliwa widząc to piękno dookoła.
Chateau Chirac/ nie ma nic wspólnego z byłym prezydentem/,niedaleko Anduze, to taka posiadłość- domena dawnych właścicieli ziemskich, połączenie naszego obszernego dworu i pałacu, zbudowany  na początku XIX wieku przez pra-pra -dziadka Christiana. Uprawnionymi obecnie właścicielami są wszyscy potomkowie dziadka Christiana. Jakie wspaniale zjazdy tu się odbywają, jakie wesela i chrzciny!
To urocza dwupiętrowa rezydencja  jest zbudowana z tradycyjnego czerwonego kamienia,otynkowana na piaskowo, ma wyniosłą wieżę, a całość zdobią bordowe okiennice. Prowadzi do niej szeroka aleja drzew oliwkowych i wita żelazna brama z wysokimi słupkami. Obok jest parę  dawnych zabudowań gospodarczych i obszerna stodoła, obecnie przekształconych na stylowe domy. To sprawia wrażenie malej osady wśród pól winnic, drzew owocowych i  upraw zbóż.
Na dziedzińcu

 Wnętrza mnie przypominały sceny filmowe z „Nocy i dni”, oraz  nasze muzealne pałace, zdobione kominki w każdej komnacie, ściany pokryte tkaniną, podłogi terakotą i ozdobnym kamieniem, dywanami, wielkie lustra, żyrandole, obrazy przodków, rzeźbione szafy, komody, obszerne łoża. Wytworny salon z biblioteką i gabinet dla mężczyzn z bilardem. Ogromna kuchnia z jadalnią ozdobiona kucharskimi akcesoriami,  mosiądzowe misy i wielkie patelnie, piękna zastawa.
Fragment salonu

Widok z naszej sypialni

W jadalni, moja torebka na krzesle.

Kiedys  Chateau tu było prawdziwą wytwornią win, 60 hektarow naokoło zasadzonych było krzewami syrah i mouvedre, a z tego powstawalo wspaniałe czerwone wino.  Ale ziemie zostały oddane w dzierzawę, z którego dochody są przeznaczone na utrzymanie chateau i dzięki temu rodzina nadal cieszy się wspaniałym miejscem spotkań w stylu ulubionego Rouseau.
Jaqueline umiesciła nas w pięknej małżeńskiej sypialni, ale mało tam przebywaliśmy, bo nasza rozrywką w tym magicznym miejscu to były niekończące się posiłki, szczególnie kolacje, aperitify na tarasie i zwiedzanie okolicznych atrakcji. Jacky – właścicielka szkoły językowej w Beziers często tu zaprasza swoich studentów Anglików. To takie utile dulci miscere.
Christian  robił zakupy, gotował, Kim mu trochę pomagał. Wspomne o posiłkach. Petit dejeuner jest rzeczywiście petit, kawa i grzanka z dżemem, czasami kawałek ciasta. Każdy posiłek w innym miejscu, małe śniadanko w malej jadalni, lunch w bocznym ogrodzie od kuchni, aperitif na głównym tarasie, kolacja w duzej jadalni, whisky na koniec w salonie. Głównym posiłkiem jest kolacja, zaczyna się aperitifem, mężczyźni pili pastis, a my lokalne różowe wino, do tego są oliwki, orzeszki, mini kanapeczki z tapenade.
Tu jedlismy petit dejenuer

W cieniu spożywalismy lunche.

Aperitif

A tu były kolacje.
Na pierwszą kolację faceci podali obowiązkowo  zieloną sałatę/ widziałam taką prostą miskę do osuszania salaty/ gotowane warzywa/ brokuły, marchewki, ziemniaki, cebula, zielona fasolka szparagowa/, krewetki jako starter i pieczoną rybę potem. Chleb, sos czosnkowy, musztardowy, majonez.  Wino białe i różowe. I tak jedliśmy i jedliśmy, maraton gastronomiczny prawie. Rozmawialiśmy, bo Francuzi bardzo lubią rozmawiać podczas posiłku, to taki cały rytuał filozoficzno- neo-religijny. Haute cuisine i haute decor. Reszta świata pracuje, a my pławimy się w przyjemnie dekadenckiej atmosferze. Przyćmione światła, długi ciepły wieczór, wino uderza do głowy i świat należy do ciebie, pozbywamy się angielskiego froideur. Potem sery, winogrona, mirabelki i renklody/ jak to swojsko brzmi/. W serach się jeszcze nie wyspecjalizowałam, smakowały mi kozie , niebieskie i cheddar, jadłam ze skórką, bo mówili , ze można. Na deser tarta owocowa, kawa, a potem panowie zabierają się na whisky, a my z Jacky na papierosa. Nawet z niewyszukanych  posiłków,  Francuzi z robią święto, ceremoniał i to mi się podoba.

Fragment kuchni i ogromnego pieca.

Sala bilardowa
    Chciałam dodać, że pobyt w tym miejscu był  absolutely magical  et magnifique, na pewno będę wracać wspomnieniami do cudownych dyskusji prowadzonych w tym miejscu, do wnikliwych refleksji nad życiem, które dzięki winie pitemu od lunchu nabierały wyjątkowej głębi:)




środa, 17 sierpnia 2011

Na degustacji Clos Centeilles w Siran


               Patricie Boyer-Domergue poznałam na początku lutego na kolacji u Jaqueline. Wrocilismy wtedy ze Stanow, swiezo poślubieni, pełni planow. Wydawalo się wszystko super, chociaż ja już wtedy przezywalam pewne znuzenie tymi nadmiernymi przygodami i podróżami. Patricia przyniosła do degustacji kilka małych buteleczek wina, takich w kształcie naszych dawnych butelek po oranżadach. Wtedy jeszcze nie przypuszczaliśmy, ze nasz przyszly dom będzie niedaleko jej winnic.
    Domena Centeilles jest polozona  idealnie  w srodku okręgu Minervois La Liviniere u stop Montagne Noir z Pirenejami w niedalekiej glebi, zaraz jak się opuści miasteczko Siran. Od naszego Pepieux to 2 km rowerem, kiedy uzywsz polnych drog miedzy winnicami. Trochę dalej do Chateau, ale droga pięknie prowadzi łagodnymi serpentynami, oddzielonymi od pol kamiennymi murkami. Na obrzeżach pol widzisz takie male domki- kryjówki  „mazets”, również ulepione z suchego kamienia. Tam kiedyś przechowywalo się narzędzia, nawet robotnicy mogli się przespać. Obecnie puste, można do nich zajrzeć. Opuszczone, przypominaja o innych czasach.
Podczas wakacji wiele domen organizuje degustacje swoich ambrozyjnych produktow. Polaczone to jest z kolacja, koncertem, wystawa i innymi atrakcjami w zaleznosci od wielkości imprezy. Patricia zaprosila swoich gości najpierw do nobliwego Chateau Siran, który  w pewnej części przechowuje tradycje odległego średniowiecza.
 Posilki francuskei serwuje się według ustalonej zasady, jako przystawki- appetizer często  sa podawane  mini tarty warzywne najczęściej z cukinii i baklazana, popularna jest tez  tapenada- pasta oliwna na miniaturowych jakby eklerkach lub bagietkach. Potem danie glowne, najpierw salata zielona, do niej tylko oliwa z oliwek/ również z własnych upraw/, trochę vinegar. Nastepnie ida miesa,pasztety, często z warzywami gotowanymi, fasolka zielona najbardziej popularna, mala marchewka. Potem sa sery w towarzystwie melona i winogron/już z pol/ i konczy się deserami, owocowe ciasta ciesza się duza popularnoscia. Cienkie  kruche platy , na nich owoce, mirabelki i renklody bardzo tu popularne. A te  nazwy mamy od nich. I takie wlasnie dania spozywalismy u Patrycji w towarzystwie win białych, rozowych, czerwonych- kilka odmian i na koniec było wino deserowe w kolorze koniakowym. Slodkie, geste , prawdziwa ambrozja. Pilismy  w malych ilościach, wina Centeilles to twory   winogron Mourvedre, Piquepol noir, Ribeirenc,Syrah,Cinsault,Carignan, Pinot noir i Grenache gris. Za każdym razem dostawaliśmy nowe kieliszki, albo plukalismy woda. Ja nie zdazylam wypic  za każdym razem swojej porcji, nie sprobowalam wszystkich serwowanych win, które były podawane z krotka informacja o ich „terroir” czyli ziemi, nasłonecznieniu, temperaturze, „ terroir” mowi do ciebie o swoich zaletach. Jest bardzo istotna w uprawie winnic.
      Po kolacji pojechaliśmy na koncert gitarowy muzyki flamenco do kaplicy Centeilles, która dumnie stoi od XIIw na wzgórzu St Martin, obecnie otoczona winnicami Patrycji. W najbliższym sąsiedztwie wyniosle deby i wysokie cyprysy.  Kiedy podjezdzalismy z dolu,samotna, jakby rozdzielajaca niebo, bo pieknie oswietlona  swiatynia robila takie bizantyjskie wrazenie, jakby wrocila do dawnej swietnosci.


Zbudowana na planie wschodniego cesarstwa, polokragla, w srodku zawiera imponujące freski i klimat jakby z innej epoki, sredniowieczny, odlegly. Ale muzyka flamenco wprowadzila nas w nastroj neoreligijny, taki pelen uwielbienia do zycia, milosci. Dzwieki rozchodzily się wśród pustych pol, tacy niemi świadkowie piekna. 
Kiedy wracaliśmy,  otworzylam okno dachowe, z ziemi dochodzila ofiara zapachow, suchej lawendy i rozmarynu,ogladalismy gwiazdy, księżyc był w pełni, podobno jakiś deszcz meteorow spada w tym terminie.  Cos mowilam o odległych planetach i jakims zyciu gdzies tam. Poczulam się taka mala drobinka we wszechświecie i wcale to nie było optymistyczne, takie smutne i egzystencjalne. Czułam chyba początek końca.

sobota, 13 sierpnia 2011

Refleksje nad Kanałem du Midi


                Ale dzisiaj było goraco!  Kim profilaktycznie został  dluzej w lozku w dobrze klimatyzowanej  sypialni. To chłodzenie i jego odgłosy sa glownym powodem do klotni miedzy nami.   
  Wybralam się o 10. na rower. Najpierw pojechałam do Olonzac wyplacic jakies pieniądze, bo tu tzw distributer, czy cos podobnego, to nie sa w powszechnym uzyciu jak w USA np. Pomyslalm sobie, pojezdze wzdłuż Kanalu, tam jest cien i prosta droga.
 Tak do 12 było przyjemnie, a potem zrobilo się nie do zniesienia, za Argens przy sluzie zjadłam lekki  lunch i polozylam się na trawie w cieniu pod dużym drzewem. I tak sobie myslalam o roznych rzeczach.
Port de Argens
Tutaj , gdy się spotykamy z roznymi ludzmi, to oni w ogole nie rozmawiają o swoich dzieciach, co u nas jest glownym tematem rozmow. U nas to wynika z tego, ze chcemy siebie przedstawic jako dobrych rodzicow i się pochwalić swoimi pociechami, jakie to dobre kierunki pokonczyly, ze maja dobra prace, ze szczęśliwie się pobrali czy sa w jakiś związkach, a już o wnukach to sa niekonczace się dyskusje. Ja jeszcze ich nie mam, ale zawsze grzecznie wysluchuje opowieści koleżanek. Malo co znosiłam swoje dzieci, a cudze i jeszcze wnuki to nie na moja cierpliwość. Gdzie ja to byłam ostatnio i dziecko tak stale przeszkadzalo w rozmowie, już wiem, u mojej ulubionej tłumaczki. I wtedy przyjmujemy taka slodka minke do dziecka, alez oczywiście, ze możesz wziąć sobie zupki, a , smakuje? A teraz co? Film z glosem na cala pare? Czy może jakas gierke, komputer? Nigdy nie lubiłam  małych dzieci, pamiętam, jak dziewczyny miały te rozwrzeszczane niemowlaki na studiach, bardzo się dziwiłam. Potem bylam nauczycielką i nawet lubiłam te prace, ale dzieci już takie bardziej dojrzale, fajnie ich było ksztaltowac i dużo tez czerpać od nich radości i entuzjazmu. Niektóre uwielbiałam, przyjaźnimy się teraz na FB lub NK.
      Revenons a nos mutons, wróćmy do tematu tych anglojęzycznych par. Oni nie rozmawiają  o dzieciach, bo to  najczęściej drugie lub nawet trzecie malzenstwa. Oni siebie akceptuja, jakimi sa, maja duza tolerancje do siebie wzajemnie. Nie musza sie niczym chwalic. Oni nie maja wspólnych dzieci,  zajmują się sobą. Te ich dzieci wychowywane przez roznych  stepfathers, stepmothers porozjezdzaly się po swiecie. Zawsze były otwarte na rozne kultury, tzw gap year, przerwa przed studiami to prawie obowiązek dla młodych Anglikow. A Francuzi lubia wyjezdzac do swoich obecnych  zamorskich kolonii albo do Indochin. Moi najbliżsi znajomi, to  dla ich obydwojga trzeci związek, ona ma dzieci adoptowane, kolorowe, on z pierwszego malzenstwa, gdzies w swiecie, min w Chinach. Drudzy znajomi, drugie malzenstwo dla niej, trzecie dla niego, dzieci w Anglii i gdzies w byłych koloniach. Itd…
 Rozmawiamy o tym, jak milo spedzic czas, jakie wino sprobowac  i ser, a teraz to koniecznie swieze figi. Bo figi to jak dla nas czeresnie, jemy raz w roku.
Ja to zawsze rozmowe chce uczynic taka bardziej intelektualną, tak chcę się koniecznie pochwalić swoja wiedzą, a oni dont give a shit, jak to Kim mowi. Owszem o historii II wojny każdy cos wie i tak wypada przypomniec Normandię. Oni dużo wiedzy czerpią z filmow. Kim smieje się ze mnie, ze ja tak się unosze i emocjonuje, tyle energii przy tym trace. A przecież można porozmawiać o robieniu „pie” z cukinii, albo  tarty z czegos tam. Ja nigdy nie bylam dobra kucharką, i jakiekolwiek uwagi  Kima na moj temat odbieram jako zamach na siebie , totalna krytykę i co tam jeszcze. Od razu histeria, ze mnie nie kocha, ze mu się nie podobam i inne takie kobiece wrzaski.  A on patrzy na mnie z zadziwieniem, skad u mnie takie niskie poczucie wartości? Przeciez on mnie uwielbia.
A z wycieczki  rowerowej wrocilam ledwie zywa, szczegolnie ostatnie 2 km od Lac de Jouarres byly ciężkie.

Koło jeziora.
 Slonce przeciekalo przez ten spodziwany cien z niezwyklą mocą i prazylo niemilosiernie.
A na koniec nasze jeziorko i ja. Innym razem oczywiście. Tak mnie widzi mój Kim, ładnie, prawda? 

piątek, 12 sierpnia 2011

My "property" in Languedoc.

W czasie wizyty moich córek /IV-V 2010/, w domu, na plaży w Leucate, w Carcassonne.


      Czasami siedzimy  na dwóch różnych poziomach, ja na dole, on na górze. Na dole przynajmniej jest chłodniej Jeszcze do niedawna mieszkałam w dwupokojowym mieszkaniu z dwiema dorosłymi córkami! Studentki wprawdzie i to nie był długi czas tego wspólnego zamieszkania, ale zjeżdżały do domu czasami. Miałam dwa inne mieszkania, ale wynajmowałam,żeby trochę zarobić na ich wynajmowane pokoje poza domem. A wcale nie zaliczałam sie do nieudacznikow życiowych.Wręcz przeciwnie, ale nigdy mi nie starczało na naprawdę wygodne życie. Też mialam inne priorytety, takie inteligenckie rozterki, być czy mieć. W nowych czasach "nie mieć", to stało się powoli marginelizowaniem społecznym. Na szczęście nie zdążyłam tego odczuć. Nigdy wcześniej nie miałam  tak naprawdę małżenskiej sypialni, nawet gdy mieszkałam w dużym rodzinnym M4, mówiąc po polsku, po ichniemu to by było two-bedroom -flat, bo pokój dzienny to oczywistość. Dzieci miały tzw. swoje pokoje.To żalosne nawet, jak o tym myślę z perspektywy czasu.  Mam też swój gabinet do pracy, czyli nasz sitting room na dole i jeszcze jestem w posiadaniu  paru  innych praktycznych rzeczy, które uczynily moje zycie  szczęśliwsze i wygodniejsze.
Dining area



Nasz "garaż".
Zlew w "pralni".
Ściany na zewnątrz.
Mamy włączone telewizory, rownież komputery. Ja oglądam telewizję francuską, zeby coś mi  języka wpadło do glowy, on ogląda jakies filmy, albo wiadomosci amerykańskie. Najczesciej strasznie sie wtedy wkurza. Jak idę do niego na górę, do jego lounge`u wypelnionego pamiatkami z morskich podróży w pracy, to jakbym przechodzila do innego swiata. Inny jezyk, inne wartosci, inna rozrywka. Jego inność jest  awangardowym żartem rodem z surrealizmu.
Używając komputera ja najczęściej pisze listy do rodziny i znajomych oraz bloguje, tez tak dla   informacji, albo robię reklamę swojego polskiego small- biznesu. On zamawia jakieś nowe rzeczy do domu, wczoraj odbieralismy antenę satelitarną i dekoder, tak, jakby mało było programow na tzw. kablowce. On tez czasami wysyla listy w sprawie pracy, ale tak dla usprawiedliwienia siebie, bo w Afryce to on  i tak nie będzie pracowal. 



Nasze niezrozumienie wynika z innych wartości  kultywowanych przez cale życie.
 Moja córka na wakacjach u mnie, na rowerku przed domem. Bienvenue.