Moja lista blogów

czwartek, 27 października 2011

Kurs francuskiego i angielskiego w Olonzac


Pogoda dla Pépieux, Francja

16 °C | °F
wt.śr.czw.pt.
Częściowe zachm.SłonecznieRozległe opadyPrzelotne opady
Przewaga chmur


Wiatr: płn.-zach. o prędkości 13 km/h


Wilgotność: 66%21°19°12°20°12°17°12°


 Kontynuując temat mojego idealnego zycia wspomnę o kursach językowch organizowanych przez organizację Vivre ensemble en Minervois./ Życ razem w Minervois- to jakby nasz powiat/.
 Zaczęłam zajęcia w maju tego roku i bawię się niezmiennie od tych paru miesięcy, z przerwami na wyjazdy do Polski.
Nauka języka obcego w grupie innych różnych obcokrajowców jest bardzo zabawna i niezmiernie edukacyjna, szczególnie dla mnie, również nauczycielki tego języka. Chodzę na angielski, obserwując pracę nauczycielki i reakcję studentów, głównie Francuzów, ale też Niemców, Holendrów i Hiszpanów, bo chciałabym pracować w tym klubie jako wolontariusz. Potrzebna jest bardzo znajomość niuansów językowych dla poszczególnych nacji. Umiejętność tłumaczenia kwestii gramatycznych bez znajomości tubylczego języka uczniów, jest zadaniem  wymagającym specjalnych predyspozycji. Zwlaszcza, że słuchacze to ludzie starsi, mój wiek juz jest bonusem, bo tu nie uczą młodzi nauczyciele. Nasza "geriatryczna" gromadka życzy sobie wykładowcę w odpowiednim wieku seniora- Nestora hehehe
Dwie "seniorki" :)
 Na angielskim nie odzywam sie za dużo, udaję, udział w lekcjach jest dla mnie bardziej sprawdzianem wiedzy ogólnej, bo podczas dyskusji poruszamy  problemy świata wspólczesnego. I tu od razu widać różnicę miedzy naszymi seniorami, a tymi z zachodu. Dzisiaj rozmawialiśmy o ONZ, nowych krajach, wpływach językowych na świecie, dawnych koloniach i ich stałym " neokolonializmie", Francuzi o "swojej" Algierii, a Holendrzy o Indonezji, Niemcy o nowych podbojach np Dominikanie. Uwielbiam ich akcenty, rozpoznaję kraje, nawet gdybym wczesniej nie wiedziała skąd są, Francuzi nie wymawiają "h" i to jest niesłychanie zabawne, ich "is, this, the, he" jest wyjatkowe i zawsze mam ochotę sie roześmiac, mówią "zis, ze, ii iis friend wiz mi,  ." Hiszpanka, a wlasciwie Baskijka coś szumi a nie mówi, zamiast I think, ja słyszę " aszyn", albo gdy sie przedtstawiała mówiła, że prowadzi B&B, czyli taki francuski gite, zabrzmialo to jak "betenbekszt". U Niemców i Holendrow, ja naturlysz, ja, gut, nein, dize zamiast this. Po prostu kocham ich za te akcenty. kocham 
 Natomiast na francuskim są Anglosasi przede wszystkim, Holendrzy i Niemcy. Anglosasi z trudnościa chyba pojmują rodzaje i odmiany,  mowią takim silnym  swoim akcentem, że , trudno ich zrozumieć. To juz mniej dla mnie zabawne, bo przezwyczajona jestem jak Kim mówi po francusku, "że wudre" i resztę po swojemu, " że pans" that np, maja problem z vous i tu, i łatwiej mówi sie przez vous, chyba. Ponadto moja znajomość francuskiego nie jest zaawansowana, stale się uczę i nie mam takiego wyczucia językowego , jak na angielskim. Ale z kolei z powodu fleksyjności naszego języka,ja nie powinnam miec  trudności z  odmianą, a mam, podobnie jak  Anglicy . Np  ta film jest dobra, moja samochod, ta dom,  my lubię sztuka, ty nie jesz starter, oni inaczej używają przyimków i przedimków.Jestem w grupie na 3. poziomie, słownictwo maja na bardzo wysokim poziomie, swobodnie dyskutują, kiedy są przygotowani. Ostatnio kazdy mowił o jakimś artykule, ktory sobie przeczytał i pozostali się włączali. Od razu widac dawne zawody ludzi, bo przygotowali  informacje o zanieczyszczeniu srodowiska, kulturze, chorobach i znali się na temacie. To jest grupa konwersacyjna, jestem też  na tzw regularnych zajęciach, tam głównie z Holendrami. Nie mam problemu z cwiczeniami, pas du tout, ale wiem, ze oni tez nie rozumieją mojego akcentu. Jestem w grupach jakby nowością z powodu akcentu, i każdy zaraz przypomina sobie jakich znał i kiedy Polaków . To sa grupy jezykowe seniorów, jak mówiłam, tzw inteligenci wspomnianych nacji i ich wiedza o Polsce jest stosunkowo dobra i są bardzo życzliwi. Szczególnie Niemcy i Holendrzy. To dla mnie wyjątkowe narody, otwarci, bardzo życzliwi i zawsze łatwiej się nam zrozumieć. Ten ich ciągły wojenny kompleks. Mają w oczach coś szczególnego, taką sympatię i okazują wiele zainteresowania.
Ja miałam zawsze w całym  swoim zyciu  taką  ogromną chęć do próbowania nowych rzeczy i teraz nauka francuskiego w tych międzynarodowych grupach jest dla mnie jakby ekstazą. Sans exaggeration! C`est  une grande plaisir pour moi. A ta ich etykieta wersalska! Usmiechy i pocałunki.Je l`adore. I nauczyłam się wreszcie  uzywać cliche po angielsku i francusku
Podobnie sie czułam na kursach językowych na Malcie parę lat temu i w Anglii na wymianach twinning towns. Wtedy widzę, jak to nudnie uczyć się jezyka obcego ze swoimi rodakami.
 A wczoraj wieczorem na deser rozpoczęłam yogę, ktorą prowadzi Francuzka, dodatkowy kurs językowy przy okazji. Oddychalam  szczęśliwie i tak sobie myslałam, że musialam czekać 30 lat, żeby rozpocząć tę relaksację. Wtedy własnie, 30 lat temu , będąc w Indiach, zafascynowana kulturą Wschodu kupiłam  książkę o jodze i sama sobie ćwiczyłam, bo na mojej prowincji nie było takich zajęć. Później, może i były, a ja nie miałam czasu albo pieniędzy. A teraz mam, i czas, i trochę pieniędzy.  Tak to moze być wesoło na  niby-emeryturze, czy w Polsce, czy we Francji. Tu jest ładniej dookoła,bogata kultura materialna, oprócz darów natury.
 A pieniądze dają dużo szczęścia, zdrowie też dają. A to nasze głupie przysłowie, niech już przejdzie do lamusa rzeczy , które straciły swoją desygnację, jak to się mówi o extinction.

niedziela, 23 października 2011

Vide greniere w Homps .


Vide greniere w Homps
Vide greniere to instytucja we Francji, takie mam wrażenie po obejrzeniu kilku tych targowisk w mojej okolicy. W tamtą niedzielę w Narbonne, dzisiaj w Homps, w wakacje tez zaliczyłam kilka, kiedyś wcześniej w Beziers,zawsze w pełnym zachwycie nad różnorodnością towarów, pomysłowością sprzedających i charytatywnym aspektem imprezy To też bogactwo kultury materialnej tej części kraju, tak myślę.
Dzisiaj w Homps,  wzdłuż Kanału du Midi tuz obok ornamentacyjnych mosteczków  rozsiadły się stragany ze starociami , tragarze oblegali  też  przyległe  placyki oraz wąskie uliczki prowadzące   w głąb miasteczka.   Czego tam nie było?  Uliczne targowiska przepełnione obfitością wszystkiego, o czym sobie zażyczysz, to prawdziwe święto handlu tu, na południu Francji.
 Dla mnie to  najpiękniejszy, nostalgiczny spacer przez całe moje życie, którego nie spędziłam z moim obecnym mężem. Teraz wędrówka wzdłuż straganów wynagradza nam te lata spędzone oddzielnie. Oglądanie płyt analogowych i wspominanie swoich marzeń. „ Gdybym w latach 70. miała płytę The Beatles! Czy znałam wtedy The Doors? Czy słyszałam o Woodstocku?” A ja go uczę piosenki francuskiej, przypominam Jaquesa Brela, Joe Dassina i Aznavoura i Maladie d`amour.

Kim to amerykański „hippie” i Szkot wg niego . Dostrzegł gdzieś angielskie gazety z lat 80., szuka jakiejś daty z przejęciem opowiadając, co się wtedy działo w Szkocji, gdzie wówczas  mieszkał. Zamienia się w chłopca, którego nie znałam, emocjonuje się wybieraniem modeli gitar, scyzoryków, samochodzików  i Harley’ów, którymi kiedyś jeździł po Ameryce, taki „easy rider born to be wild”. Scyzoryk w epoce komórek to pierwotny luksus, Kim sięga po niego od czasu do czasu, coś otwiera, popatrzy na niego, sprawdzi czynności. Na moment jest sobą i małym chłopcem. Tylko wtajemniczeni wiedza o co chodzi.
Ja znajduję szklane kule pogrążone we wspomnieniach, Carcassonne, wieża Eiffla i aniołek. Szklane kule spoczywają gdzieś w zapomnieniu, wydają się teraz takie tandetne, a dawały tyle szczęścia w dzieciństwie, przenosiły w inny świat. Ile tych zwiewnych, melancholijnych płatków pamięci znajdujemy na stołach straganiarzy?
 Figurki Wenecji na wodzie, domków angielskich, francuskich katedr, hiszpańskich tancerek, Sagrady Familia i innych recuerdos, Koloseum, sycylijska karoca, ozdobne laleczki  z całego świata,  muszelkowe ramki, porcelana Wedgwood, pudełeczka, wachlarze, piękne popielniczki, które nie służą już dawno papierosom, boginie i nimfy, obrusiki i serwetki , narzuty, koce, firanki i zasłonki , dywaniki i chodniczki oraz całe mnóstwo  książek.
 Meble dumnie pokazują swoja dawną urodę,  francuskie, wytworne etażerki i toaletki, stoliki o oryginalnych nóżkach, kredensy, fotele i krzesła, wyplatane, wyściełane, piękne w zakonserwowanej urodzie.
 A to wszystko przenosi nas w nasze intymne odległe wspomnienia, których nie wymazał przepływający czas.  Mnie to wszystko przypomina tylko filmy kiedyś widziane, bo w dzieciństwie nie miałam takich uroczych drobiazgów w domu . Kimowi domy , w których kiedyś mieszkał lub bywał. On lubuje się w takich staroświeckich  precjozach i bibelotach.
 Krążymy między straganami bez końca, nie ma się gdzie śpieszyć. Impreza jest organizowana przez miejscową szkołę, wesoły bar zaprasza na lokalne wyroby, oczywiście wino, pasztety, wedlina i dobry chleb, jest też coś na gorąco i mnóstwo gateaux z cafe au lait.
A to armagnac, brandy o wiejskim charakterze, usypia doskonale.
Kim uparcie wraca do straganów z narzędziami różnorakimi. Ja w końcu kupuję dwa kubki, jeden z Toronto a drugi z Roman Bath, dwie greckie filiżanki,
 ozdobny talerzyk na oliwki, szklaną kulę z Carcassonne, pamiątkę z LLoret del Mar, trzy rodzaje firanek o pięknym kolorze, obrusik prowansalski parę zapachów i kilka książek, min Les fleurs du Mal i wspomnienia o Jaques Brelu/ gdybym to miała w latach 70-tych!/. Zaprzyjaźniłam się z bukinistką i dołożyła mi parę książek gratis, a w ogóle były po 1 euro. Mamy się spotkać, wielbiciele książek zawsze się dogadują.
To był kolejny piękny dzień, o wypitych potem kieliszkach wina i smacznej kolacji już nie wspomnę.

piątek, 21 października 2011

Round trip szlakiem winnic i miasteczek.


Dzisiaj wreszcie przywitałam się z moją okolicą. Odkąd przyjechałam świeci piękne słońce i temperatura doskonała na rower./ na zdjeciu moi znajomi Polski/, ktorzy mnie odwiedzili ostatnio Winnice opustoszały i przybrały różne kolory, niektóre jeszcze zielonkawe z burgundową czerwienią zaznaczającą się lekko, inne całkiem jakby uschnięte, pozbawione liści prawie. Skręciłam w droge prowadzącą do stadniny El Paso. Z daleka widziałam meksykańską bramę, jak z Alamo, a koniki gdzies dalej biegały. Nagle, to nie do wiary, zobaczyłam winogrona na krzaczkach, zatrzymałam rowerek i podeszłam do zielonych , gestych gałązek. Wiedziałam, że gałązki nie urwię, zajadałam winogona ze smakiem jak grzeszny złodziejaszek. Sok lał mi się po palcach. Były bardzo słodkie i soczyste. To musiała być jakaś zimowa odmiana, zrywana później, bo czasami zdarzają się jeszcze na krzaczkach, ale uschnięte. Zawsze, kiedy tak zywałam ich wcześniej rozglądałam sie dookoła podejrzliwie i ze strachem myślac,że ktoś może mnie złapać na kradzieży, bo Kim zawsze tak nazywał moje próbowanie. Porobiłam parę zdjęć i ruszyłam dalej. Z górki było pięknie widać miasteczko otoczone murami, typowa circulada, zamek i wyniosłą wieżę kościelną. Niedaleko było chateau właścicieli Le clos de cos tam, nie wzięłam ze sobą notesu i nie zanotowałam, ale jest zdjecie. Posiadłośc z kolei była otoczona drzewkami oliwkowymi, ktorych pełno była na gałązkach, popróbowałam znowu, gorzkie były. Do Cessares dojechałam od strony Olonzac, minęłam merostwo i ten ładny dom z kwitnącym kaktusem i zaraz już znak Azzilanet się ukazał. Na wzgórzu też zaznaczała się  na horyzoncie okazała budowla, charakterystyczny dla tych rejonów zamek, jak ściana nad przepaścią, ale niezbyt głęboką. W podwórku koło zwierzątek na rozstaju dróg, zobaczyłam starego citroena, porobiłam zdjęcia. Zawsze tez są krzyże na rozstajach, jednak to katolicka historia. Zawsze wtedy przypomina mi się nasz Papież i jego mówienie o Francji jak o siostrze w kościele. W Azzilanet droga tez prowadzi koło merostwa i szkoły oraz pomnika Pour les enfants de la patrie. Ciekawostką też są dawne pralnie nad rzeką, teraz opustoszałe, chociaż kto wie, może po wodę tu się przychodzi, jak zawiodą miejskie wodociągi. Do Olonzac jest stąd 5 km, cały czas wśród winnic o różnych kolorach jesiennych. Zawsze lubię wypatrywać oryginalnych domów , okiennic i dawnych studni, obecnie osobliwych kranów, albo kwietników. Szkoda, ze kawiarenka de la poste jest w cieniu, zawsze przynajmniej otwarta, nie tak, jak inne zamknięte już po sezonie. Najbardziej to mi żal Le Peniche w Homps, taką to opinię zostawił raz Kim:  La Peniche/ znaczy barka/ is unassuming from the outside, but through the interior there is a lovely courtyard. My wife and I both eat the E18.50 Menu. The salad nicoise was large enough for a main! Dont be put off by pork cheek in ancient mustard - melt in mouth delicious (as was the fish casserole!). Chocolate mouse and fresh fruit salad......Litre carafe of local wine was cheap and very drinkable.Service was attentive but not intrusive.Did I mention that a waiter also did magic tricks? A really good evening, well recommended.
Zamknęli ją w ostatnią niedzielę, ale nie jest napisane na jak długo,  annuale ferme czy cos tam.
Musiałam się zadowolić restauracyjką- barem Le rive gauche, pięknie położoną w słońcu, już chyba kelnerzy się  nami znudzili, chociaż tego nie okazują, bo pokazuję się tam prawie codziennie. To moja ulubiona destynacja. Podjechałam trochę wzdłuż Kanału, ale tam inaczej wiatr wiał i zrezygnowałam.
Od Homps  w stronę Lac de Jouarres znalazłam się znowu w innej wiatrowej stronie, nadal nie rozpoznaję tych kierunków. Przez 2 km rower prowadziłam, w żaden sposób nie dało się jechać. Do domu przyjechałam po czterech godzinach, zrobiłam łącznie ok 25 km. Super wycieczka!
Jestem u siebie, kościół stoi na miejscu,merostwo tez, boulanger się uśmiecha, tylko Rosemarie ze Stanem już wyjechali, oni do Indii via Półwysep Arabski, Ania z Danielem na La Maurice, Jaqualine z Raphaelem do Guadelupe. Jeszcze innie tez mają ciekawe plany.  That`s the prettiest sight in this fine pretty world, to enjoy the privileges of the privileged class. Somebody said. My zostaniemy w Pepieux na okres zimowy, a ja pewnie wyjadę do Polski. Żegnaj Florydo z zeszłego roku :((

wtorek, 11 października 2011

Barcelona-Gaudi- dla Danusi.


 Trzy dni zostały do mojego wyjazdu do Francji via Barcelona.Niedzielę spędziłam z moimi ulubionymi przyjaciółmi, Danusią i Zbyszkiem, też Małgosią. Dużo rozmawialiśmy o Barcelonie, postanowiłam przypomnieć "estetyczne wstrząsy" związane z Gaudim. Wcześniej pisałam do szuflady, teraz za namową Danusi upubliczniam moje wspomnienia
Jeszcze parę lat temu podczas pamiętnych „andrzejek” z hutnikami niewiele wiedziałam o Gaudim. Mój ulubiony student-gawędziarz, p.Tadeusz , który w Barcelonie był parę razy, opowiadał o spacerach po Rambli, Barri, Gotic i Passeig de Gracia. Mówił z zapałem o modernistycznym i średniowiecznym uroku Barcelony. Kiedy studiowałam swoje nauki humanistyczne, czytałam wszystko, co należało do sztuki ogólnie pojętej. Nie mogłam czegoś nie wiedzieć, taką miałam ambicję.


Z dziedziny architektury na podstawie książki, którą mam do dzisiaj, jeżeli chodzi o współczesne nazwiska znałam tylko Gaudiego i Corbusiera, ale nie zapamiętałam, że prezentują bardzo odmienne poglądy na sztukę architektury. Bardziej zapamiętałam Corbusiera, chyba w Polsce miał swoich zwolenników ze względu na swoją „komunistyczną” bryłę i był bardziej propagowany. Czytałam o nim u Łysiaka, też się nim zachwycał. Gaudi przy nim to jak rajski ptak. Wstyd mi do tej pory, że wtedy nie wiedziałam dużo o Gaudim. W rozmowach intelektualnych lubię nawiązywać, do tego na czym się znam choć trochę. I wtedy przy okazji Barcelony, ja z uporem maniaka podtrzymywałam rozmowę na temat Corbusiera. Byłam świeżo po kolejnej lekturze „Francuskiej ścieżki”, gdzie Łysiak rozpisywał się o nim. Czy ktokolwiek jeszcze o nim pamięta? Pan Tadeusz uprzejmie mnie słuchał, inni też, taki to już przywilej nauczycielski, jego urocza małżonka tez jest nauczycielką, przezwyczajony, kto ma ostatni głos, ale wracał do tematu, bo Antonio Gaudi jest twórcą współczesnej Barcelony.
Dali stwierdził, że „ostatni wielki geniusz architektury nazywał się Gaudi, co po katalońsku znaczy „cieszyć się”. Odkrył on na nowo i doprowadził do paroksyzmu radość i pożądanie, charakterystyczne dla katolicyzmu i śródziemnomorskiego gotyku.” Nawet zapomniany Le Corbusier mówił, że Gaudi to człowiek o nadzwyczajnej sile, wierze i technicznych możliwościach.
Życie tego wybitnego architekta (1852 – 1926) najlepiej można przedstawić i zrozumieć w kontekście starannej analizy jego dzieł. To właśnie budowle, plany i projekty stanowią najlepsze świadectwo charakteru, zainteresowań i niezwykłej kreatywności ich autora.
Dodatkową trudność w ocenie fenomenu Gaudiego stanowi fakt, iż nie był on akademikiem, nie uczył i nie pozostawił pism, w których przekazałby potomności swe myśli i idee. Był praktykiem, a nie teoretykiem. Dziś Gaudi zyskał niemalże status mistrza, a zaprojektowane przez niego budynki stały się ikonami architektury początków XX w. Gaudi nie urodził się w Barcelonie, mieście, które stało sie najważniejszym bodźcem kulturowym jego sztuki. Przyszedł na świat na katalońskiej prowincji, w niewielkim miasteczku Reus. Obok reliktów sztuki średniowiecznej w samym Reus, w okolicznych miejscowościach znajdowało się wiele ważnych budowli, które można było zwiedzać – np znany kościół pielgrzymkowy w Monserrat, czy wspaniała katedra w Tarragonie. Doświadczenia, jakie Gaudi wyniósł z tych miejsc wzbogaciły jego świadomość kulturowego dziedzictwa, być może nie tyle całej Hiszpanii, co samej Katalonii, której Barcelona jest stolicą.
Osobowość Gaudiego, na co wskazuje podejście do autorytetów w późniejszej karierze, charakteryzowała pewność siebie i wiara we własną twórczość. Natomiast pewna arogancja, która go również cechowała, dobrze świadczy o poczuciu własnej wartości. Jednym z zasadniczych aspektów stylu Gaudiego jest jego kreatywne, pełne wyobraźni podejście do tradycyjnych form i stylów historycznych. W swych dojrzałych pracach posługiwał się tradycyjnymi motywami i stylami architektonicznymi w sposób oryginalny i twórczy, zestawiając je, przetwarzając i odkrywając na nowo. W czasach studiów w Gaudim ukształtował się krnąbrny charakter i indywidualizm, ale też zaangażowanie w obronę katalońskiej kultury i tradycji. To połączenie sentymentów narodowych i konserwatywnego przywiązania do tradycji, oraz głębokie poglądy religijne złożyły się na całą jego sztukę. Jego dzieła to ikony Barcelony, całe życie walczył on o stworzenie architektury, która nawiązywałaby i wskrzeszała tradycje jego ojczyzny. Wizyjność Gaudiego wywodzi się bardziej z gotyku niż z nowożytności. Wyznawał taką definicję sztuki: „Sztuka jest czymś tak wzniosłym, że musi towarzyszyć jej cierpienie bądź boleść, by stworzyć dla niej w człowieku przeciwwagę”. Status, jaki Gaudi przyznawał sztuce, świadczy o sposobie myślenia modernisty. Natomiast koncepcja równoważenia sztuki za pomocą cierpienia, czy bólu znajduje podłoże w doktrynie katolicyzmu, z jej emfazyjnym traktowaniem grzechu pierworodnego. Dialektyka tego myślenia sugeruje, że twórczość Gaudiego miała poważne podłoże egzystencjalne. Te koncepcje legły u podstaw przeprowadzanej przez architekta reinterpretacji gotyku, w niewielu przypadkach wręcz radykalnej, przy jednoczesnej próbie wpisania się w tradycję architektoniczną i metafizyczną średniowiecza. Kolejny dowód na refleksyjny wymiar myśli Gaudiego stanowi jego często przytaczana opinia, iż „piękno jest emanacją dobra”. W tym twierdzeniu zawiera się prawda teologiczna harmonijność i idealizacja.
Może jestem nadmiernie wzniosła, pisząc o Gaudim i korzystając z różnych źródeł ,ale wszyscy, którzy oglądali jego architekturę, jego idei zaklętych w kamieniu, przestrzeni i świetle, wiedzą, że o Gaudim można mówić tylko najwznioślejszymi słowami. Panie Tadeuszu, sorry, ze wtedy o tym nie wiedziałam.


Córka Magda.








Zdjęcia z córką.
Zd