Moja lista blogów

środa, 7 grudnia 2011

Birds and a rainbow.

A któregoś dnia obserwowałam tu sceny z thrillera "Ptaki". Jeździłam jak zwykle na rowerze, szukając ciekawych obiektów do sfotografowania.  Jakie to ważne to be in the right time in the right place.





 A po paru chwilach ptaszyska poleciały w druga stronę, ustał ich furkot i przeraźliwe świergotanie , przelecial drobny deszczyk, a potem ukazała się tęcza.Kontynuowałam moją przejażdżkę, zadowolona, że udało mi się takie fotki pstryknąć. Pomyślałam, ze Kim nie pochwali. Teraz nie wołam "take me a photo", tylko sama wyruszam na szlaki. Wracałam do miasteczka z drugiej strony.
A tu znowu pojawiły się całe gromady  wróbli. Jak Kim mowi sparrows, to zawsze przypominają mi się Piraci z Karaibów. Nad domami wyglądały groźniej.

Powoli się rozproszyły, a na niebie znowu pojawiła się tęcza. To przez deszczyk, wiszący w powietrzu mogę obserwować takie ciekawe zjawiska. Tęcza od paru dni codziennie towarzyszy mi w rowerowych wycieczkach.


a tu już spokój i moja ulubiona trasa od Siran.

Tu jest ten kraj , gdzie cytryna dojrzewa. Jak tu jestem, to mi się wydaje, że tak właśnie wszystko mi się należy i mniej doceniam tę miłą odmianę mojego życia.

I ciepłe słońce oświetla kamienne murki, radując tym pnące krzewy.



wtorek, 6 grudnia 2011

Baby please don`t go

http://youtu.be/JQw92wKRdbYKażdy w zależności od wieku pamięta inną wersję tej piosenki. Śpiewaliśmy ją dzisiaj na zakończenie naszej szalonej internacjonalnej  imprezy  Dinner de Noel. O zespole Budgie Kim ledwie słyszał. Kiedy przyszliśmy do domu, zaczął mi szukać wykonań bluesowych tego przeboju, aż zeszło do  Rolling Stones,potem do Chicago i New Orleanu aż do evergreenów. I na koniec taka konkluzja, współczuję wszystkim nie znającym języka angielskiego. To jakby nie znać łaciny w średniowieczu, francuskiego podczas kilku wieków w Polsce, hiszpańskiego na Florydzie i w Kalifornii. Rodzaj wykluczenia. Współczuję tym, którzy nie znają żadnego języka obcego i nawet, gdy mają możliwość, to się go nie uczą. To jakby zabrać sobie jedno życie. Tak na przekór.

piątek, 2 grudnia 2011

Marche de Noel i inne imprezy


Nasz koleżanka z Beziers przyjechała nas odwiedzić z wnuczkiem na Fete de Noel.
Prowadzenie pamiętnika- bloga to sposób  na zastanowienie się nad każdym dniem, utrwalenie jakiegoś szczegółu, taki zaczep czasu dla przyszłości. Ja odkąd pamiętam, to prowadziłam pamiętnik , chyba to była zasługa mojego starszego brata. I , gdy jestem tutaj, gdzie mam tyle wolnego czasu dla siebie, pisanie bloga traktuję, jak pracę. Żeby moje ulubione przysłowie z młodości  „ Nulla dies sine linea” miało swoją radość.
Zawsze też psycholodzy pytają, czy zrobiłeś dzisiaj  coś dla siebie dobrego? Ja osiągnęłam taki stan, że każdy dzień jest dla mnie przyjemnością, nic nie robię przeciw sobie. Ktoś może stwierdzić, że nudne, zapewniam, że nie, każdy dzień jest niedzielą, może weekendem , tak dla rozróżnienia. Zamieszkanie  Polaków w innym kraju w wieku średnim, około-emerytalnym zdarza się rzadko,  może  z 2-3 podstawowych powodów, pierwszy to konieczność zarobkowania, ekonomia zwycięża, drugi zamążpójście, miłość i pewien materializm zwycięża,/ mówię ze swojego punktu widzenia !/, trzeci  to realizacja planów o mieszkaniu w kraju wymarzonym  od zawsze, czyli znowu ekonomia zwycięża, bo stać cię na dom i na życie za granicą bez podejmowania pracy zarobkowej. Jestem przekonana, że bardzo niewielu Polaków w średnim wieku  decyduje się na tę trzecią opcję, nawet, gdy mają odpowiednie fundusze, i nie mam na myśli bogatych rodaków, którzy posiadają kilka domów za granicą. Bo u nas  "starych drzew się nie przesadza", ale wiem, że są tacy szaleńcy- straceńcy, których męczy zasiedzenie  w miejscu, bo to jak zmurszenie emocjonalne, i ruszają w świat. Ja nie nazywam siebie emigrantką, ale skoro nie mam  domu w Polsce, tylko tutaj, to już nie wiem, wyczytałam, że teraz jesteśmy migrantami. Ja tak naprawdę nie wiem, jakbym  określiła swoją sytuację, bo ja jestem taki freelancer teraz, mam polskie ubezpieczenie, chociaż nie mam tam  tzw. polskiego zameldowania, czekamy na francuskie carte vitale, czekam też na ameryk. wizę migracyjną. Mieszkając tutaj włączam się we wszystkie akcje organizowane przez miejscowy samorząd, zapisałam się do  dwóch organizacji na rzecz  obcokrajowców  zamieszkałych w tym rejonie. Bardzo aktywnie uczę się języka, bo chcę być częścią tego społeczeństwa.. Zawsze była typem aktywnej działaczki, osoby organizującej czas innym i zarządzającej, lubię się angażować i działać na rzecz środowiska, w którym mieszkam, jest to również metoda na moją próżność, ja po prostu lubię się pokazywać. Uwielbiam ciągłe zmiany, nowych ludzi dookoła.  Taką atmosferę wysokich napięć , sama sobie ciągle podwyższam poprzeczkę, zawsze lubiłam się uczyć, i takie wyzwania są dla mnie niezwykłe. Wiem, że mój Kim jeszcze mnie zaskoczy i nie da nam mieszkać w jednym miejscu. On mówi, że emigrował z US do Anglii. Zawsze mnie to śmieszy.
W związku z moim bywaniem, nie mogło mnie zabraknąć na imprezie Marche de Noel  Franco- Brittanique w moim miasteczku. Zbierałam produkty spożywcze dla biedniejszych starszych mieszkańców,  i rzeczy na tombolę, pracowałam przy organizacji fety, a potem bawiłam się w sprzedawczynię przy stoisku z ciastkami, kawą i herbatą. Francuzi brali mnie Angielkę albo Holenderkę,  przyjezdni Anglicy, którzy mnie nie znają, z kolei za Francuzkę albo też Holenderkę. Mówiłam do nich ich ojczystymi językami, i tak ich mój akcent gubił. W naszym miasteczku mieszka ok 20-30 anglojęzycznych, pernamently lub temporary. Znam już większość, zapraszamy się do siebie na kolacje i aperitify, i rozmowom nie ma końca przy butelkach miejscowego wina. I zawsze jestem politically correct, opowiadam o Polsce w samych superlatywach, szczególnie  o naszej kuchni. A wczoraj mówiłam o tzw. książeczkach walutowych za czasów komuny, bardzo ich to interesowało, i o wymianie towarowej w tamtych czasach. Mam duże doświadczenie w tej materii. Rozśmieszam ich do łez, moim małym fiatem robiłam rajdy poprzez Związek Radziecki- Ukrainę aż do samej Turcji , czy Jugosławii. Taka nasza „ komunistyczna martyrologia” jak to mój Kim nazywa. On nie lubi słuchać moich opowieści.
A teraz , jak pojadę do kraju, to muszę naprawdę zainteresować się kuchnią, bo jedzenie to ulubiony temat słonecznych emerytów. Ja to dużo wiem, ale gotować to nigdy mi się nie chciało. A ta umiejętność, to również kanon dobrego wykształcenia.
Lokalne produkty w innej hali, bo już tu się przebrałam i winkiem się raczę.

To przy tym stanowisku pracowałam. Teraz sprzedają Ronwyn i Rose. A ten smutny gościu pilnował kasy. Porcyjka ciasteczka i napoje były po 1 euro. Miejscowy, ale angielski B&B, czyli Valerie, serwował lunche, kiełbaski, zupy dyniowe i koliandrowo-cytrynowe, "kuiszo" też po 1-2 euro. Ciasta piekli organizatorzy. Ja nie.
Marche de Noel zawsze towarzyszy wide greniere.  Zebrałam parę eksponatów, ktore tak bardzo mi  się podobały, 20 mil podwodnej żeglugi, alkohole i małżeński barometr. JOYEUX NOEL! !!

środa, 30 listopada 2011

Sunset in Pepieux

 Dzisiejszy zachód słońca, 30 listopada. Te jaśniejsze obrazki  to z drugiej strony słońca o tej samej porze. Dzisiaj był bardzo słoneczny dzień, świeciło bardzo mocno i długo, bo do godz ok 17, ciemno tak całkiem zrobiło się o 18. Nie wzięłam ze sobą zegarka i w końcu nie sprawdzilam dokładnej godziny.Muszę to sprawdzić w necie. A na wschód to nie wiem , czy wstanę, chociaz ok 7.30 myślę. A te  owoce na drzewku były uschnięte od środka. To chyba nie te koki.

niedziela, 27 listopada 2011

Somewhere over the rainbow...

 Jest i tęcza. A powyżej na kładce, trochę jesieni po stopami. Mnie zainteresował dom z posągiem na dachu.
Nad rzeką po deszczu, słońce tak pieknie oświetliło jakby wielki piec z daleka. Ja z hutniczego miasta, to tak to widzę. Do rzeczki mamy ze 150 m w dół. Ponizej reklama w drodze na La Livieniere.


Chciałam te zdjęcia ustawić w odwrotnej kolejności, najpierw miały byc kolaże, żeby pokazać padający deszcz, ale niech już będzie, bo mnie to za dużo pracy kosztowało. Ja oprocz nauki francuskiego, to głównie tutaj jeżdżę na rowerze i zapoznaję się bliżej z pobliskimi okolicami.  A tu ten dom z posągiem, jakby cesarzowa witała : Salve bracie.

Pojechałam do Cessares, niedaleko, bo nie wiedziałam , jak długo słonce będzie świeciło po tym rannym deszczu.

Cessares

A tu już z powrotem, tak mnie niezmiernie zachwycają te winnice i ich kolory. Bo jedne całkiem uschniete, inne żółte, rubinowe, a czasami zielonkawe.


A to już  w Pepieux nie mozna tu mówić jak w wierszu Staffa, bo wszystko nadal kwitnie i jest zielono.

Wąska uliczka do wieży, a widzicie te zarośniete schodki?

I zawsze kotki dla Kima. On uwielbia kocięta, ja osobiście wolę psy.
Parę dni temu do południa padał sobie taki deszczyk, równo o szyby stukał, z rynien się lało. Padało ze dwie godziny. A zielone liście chyba się cieszyły z takiego prysznica. Nie miał nic z listopadowego nastroju wiersza Staffa, przy takich zielonych liściach, trudno uwierzyć, że to listopad. Takie własnie drzewko zasłania mi słonce w lecie i teraz też.

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
  Przypomniałam tę strofę, tak z przezwyczajenia literacko wykształconego człowieka , hahaha, który zawsze tę zwrotkę przypomina przy okazji  miarowego, długiego deszczu. W domu trzeba było świecić światło, które odbijało się w murze. Ale, tak ok.14 przestało padać, wyszłam akurat do sklepu na placyk Fontanny, a potem z ciekawości na mostek nad rzeką, żeby zobaczyć ile wody przybyło. I zobaczyłam taki  widok nad polami. Tęcza rozkładała się szerokim łukiem nad polami. Nasze miasteczko kończy się za rzeką.

Chmury powoli się przesunęły, oświetliły dalsze miasteczko i góry. Krzyż niezmiennie tkwił na rozstajach, już od ponad 200 lat jest niemym świadkiem dojrzewania winnic, pamięta pewnie zdradziecką filokserę , a potem lata dobrobytu. Bardzo szybko wszystko wysychało, wyszło mocne słońce. Zawsze przypomina się somewhere over the rainbow.. A potem poszlam na rower i jeszcze zrobiłam parę słonecznych zdjęć.