 |
| Nasz koleżanka z Beziers przyjechała nas odwiedzić z wnuczkiem na Fete de Noel. |
Prowadzenie pamiętnika- bloga to sposób na zastanowienie się nad każdym dniem, utrwalenie jakiegoś szczegółu, taki zaczep czasu dla przyszłości. Ja odkąd pamiętam, to prowadziłam pamiętnik , chyba to była zasługa mojego starszego brata. I , gdy jestem tutaj, gdzie mam tyle wolnego czasu dla siebie, pisanie bloga traktuję, jak pracę. Żeby moje ulubione przysłowie z młodości „ Nulla dies sine linea” miało swoją radość.
Zawsze też psycholodzy pytają, czy zrobiłeś dzisiaj coś dla siebie dobrego? Ja osiągnęłam taki stan, że każdy dzień jest dla mnie przyjemnością, nic nie robię przeciw sobie. Ktoś może stwierdzić, że nudne, zapewniam, że nie, każdy dzień jest niedzielą, może weekendem , tak dla rozróżnienia. Zamieszkanie Polaków w innym kraju w wieku średnim, około-emerytalnym zdarza się rzadko, może z 2-3 podstawowych powodów, pierwszy to konieczność zarobkowania, ekonomia zwycięża, drugi zamążpójście, miłość i pewien materializm zwycięża,/ mówię ze swojego punktu widzenia !/, trzeci to realizacja planów o mieszkaniu w kraju wymarzonym od zawsze, czyli znowu ekonomia zwycięża, bo stać cię na dom i na życie za granicą bez podejmowania pracy zarobkowej. Jestem przekonana, że bardzo niewielu Polaków w średnim wieku decyduje się na tę trzecią opcję, nawet, gdy mają odpowiednie fundusze, i nie mam na myśli bogatych rodaków, którzy posiadają kilka domów za granicą. Bo u nas "starych drzew się nie przesadza", ale wiem, że są tacy szaleńcy- straceńcy, których męczy zasiedzenie w miejscu, bo to jak zmurszenie emocjonalne, i ruszają w świat. Ja nie nazywam siebie emigrantką, ale skoro nie mam domu w Polsce, tylko tutaj, to już nie wiem, wyczytałam, że teraz jesteśmy migrantami. Ja tak naprawdę nie wiem, jakbym określiła swoją sytuację, bo ja jestem taki freelancer teraz, mam polskie ubezpieczenie, chociaż nie mam tam tzw. polskiego zameldowania, czekamy na francuskie carte vitale, czekam też na ameryk. wizę migracyjną. Mieszkając tutaj włączam się we wszystkie akcje organizowane przez miejscowy samorząd, zapisałam się do dwóch organizacji na rzecz obcokrajowców zamieszkałych w tym rejonie. Bardzo aktywnie uczę się języka, bo chcę być częścią tego społeczeństwa.. Zawsze była typem aktywnej działaczki, osoby organizującej czas innym i zarządzającej, lubię się angażować i działać na rzecz środowiska, w którym mieszkam, jest to również metoda na moją próżność, ja po prostu lubię się pokazywać. Uwielbiam ciągłe zmiany, nowych ludzi dookoła. Taką atmosferę wysokich napięć , sama sobie ciągle podwyższam poprzeczkę, zawsze lubiłam się uczyć, i takie wyzwania są dla mnie niezwykłe. Wiem, że mój Kim jeszcze mnie zaskoczy i nie da nam mieszkać w jednym miejscu. On mówi, że emigrował z US do Anglii. Zawsze mnie to śmieszy.
W związku z moim bywaniem, nie mogło mnie zabraknąć na imprezie Marche de Noel Franco- Brittanique w moim miasteczku. Zbierałam produkty spożywcze dla biedniejszych starszych mieszkańców, i rzeczy na tombolę, pracowałam przy organizacji fety, a potem bawiłam się w sprzedawczynię przy stoisku z ciastkami, kawą i herbatą. Francuzi brali mnie Angielkę albo Holenderkę, przyjezdni Anglicy, którzy mnie nie znają, z kolei za Francuzkę albo też Holenderkę. Mówiłam do nich ich ojczystymi językami, i tak ich mój akcent gubił. W naszym miasteczku mieszka ok 20-30 anglojęzycznych, pernamently lub temporary. Znam już większość, zapraszamy się do siebie na kolacje i aperitify, i rozmowom nie ma końca przy butelkach miejscowego wina. I zawsze jestem politically correct, opowiadam o Polsce w samych superlatywach, szczególnie o naszej kuchni. A wczoraj mówiłam o tzw. książeczkach walutowych za czasów komuny, bardzo ich to interesowało, i o wymianie towarowej w tamtych czasach. Mam duże doświadczenie w tej materii. Rozśmieszam ich do łez, moim małym fiatem robiłam rajdy poprzez Związek Radziecki- Ukrainę aż do samej Turcji , czy Jugosławii. Taka nasza „ komunistyczna martyrologia” jak to mój Kim nazywa. On nie lubi słuchać moich opowieści.
A teraz , jak pojadę do kraju, to muszę naprawdę zainteresować się kuchnią, bo jedzenie to ulubiony temat słonecznych emerytów. Ja to dużo wiem, ale gotować to nigdy mi się nie chciało. A ta umiejętność, to również kanon dobrego wykształcenia.
 |
| Lokalne produkty w innej hali, bo już tu się przebrałam i winkiem się raczę. |
 |
| To przy tym stanowisku pracowałam. Teraz sprzedają Ronwyn i Rose. A ten smutny gościu pilnował kasy. Porcyjka ciasteczka i napoje były po 1 euro. Miejscowy, ale angielski B&B, czyli Valerie, serwował lunche, kiełbaski, zupy dyniowe i koliandrowo-cytrynowe, "kuiszo" też po 1-2 euro. Ciasta piekli organizatorzy. Ja nie. |
 |
| Marche de Noel zawsze towarzyszy wide greniere. Zebrałam parę eksponatów, ktore tak bardzo mi się podobały, 20 mil podwodnej żeglugi, alkohole i małżeński barometr. JOYEUX NOEL! !! |