Moja lista blogów

sobota, 29 września 2012

TGV, PKP i nowe plany.



 Ostatnio dużo jeździłam pociągami, we Francji i w Polsce. W sierpniu z córką w te i z powrotem do Girony, następnie do Paryża na niby pożegnalną na jakiś czas randkę z Francją. Potem na parę dni przyjechala do mnie z Anglii koleżanka, która 20 lat temu  wyszła za mąż za Anglika i zamieszkała w Londynie. Kiedyś razem pracowałyśmy w naszej  "dwunastce". Przemieszczaliśmy się pociągami, bo chcialam im pokazać im okolice, a ponieważ raczyliśmy sie winem przy każdej okazji, to bezpieczniej było poruszać się pociągami i w ogóle publicznym transportem, który we Francji jest znakomity. Lokalne autobusy są p 1 euro. Dużo tez wspominałyśmy. Nasi zagraniczni mężowie podśmiewywali się z naszych opowiadań, ale sami też przypominali sobie różne chwile z odległych lat.

   Od Lezignan- naszej najbliższej stacji do Nimes to godzina jazdy pociągiem TGV, lux-torpeda płynie po torach, tłumy pasażerów, nie wejdziesz bez miejscówki. Do Narbonne, nad morze jedzie się 10 minut. Na wagonach widzisz napisy np. Barcelona-Marsylia. Do Paryża, bagatela 800 km jedzie się cztery godziny. 
To mi przypomniało odgrzebane z pamięci pociągi, które kiedyś widziałam na Dworcu Centralnym  np.Moskwa- Paryż, czy Moskwa- Berlin. Jeszcze wtedy "na Berlin” można było wsiąść i przejechać się do  Zielonej Góry np. I tu taka drobna, a bardzo istotna  dygresja. Mam zamiar dokonać pewnej inwestycji w Polsce,  i niedługo kupię dom niedaleko Świeradowa- Zdrój, tzw. poniemiecki, bardzo stylowy i do remontu, z bardzo dużą działką.  Bardzo podobają mi się domy z wooden beams, przypominają mi York i Lincoln.Mam dużo sympatii do tego typu architektury. W związku z tym  przyjechałam do kraju oglądać kilka domów, które wcześniej ogladałam przez internet. Pojechałam do Wrocławia z kuzynem, a stamtąd już pociągami przemieszczałam się najpierw do Jeleniej Góry, a potem do Legnicy i Żagania.  Do Legnicy wsiadłam do jednego z tych starych , burych pociągów, które są przesiąknięte zapachami lat sześćdziesiątych. Jeździłam nimi z Rodzicami odwiedzić naszą rodzinkę na tzw. zachodzie, zawsze w towarzystwie byli  wtedy jacyś Rosjanie, od których mama próbowała kupować złote pierścionki. To było zadanie! Mnie zawsze częstowali konfietami i podróż płynęła w gwarze polsko-ruskiej. Ostatnio jeżdżę pociągami tylko we Francji, a tu na pięknym dworcu we Wrocławiu, odnowionym z okazji Euro,wsiadam w podstawiony skład do Legnicy. Spodziewam się sterylnego funkcjonalizmu, rozsuwanych drzwi i wagonu otwartego na przestrzał, podobnie jak pisał pewien francuski gawędziarz, nie mogę sobie przypomnieć tytułu książki i autora też :(( A tu muszę szarpnąć za  klamkę, żeby otworzyć przedział. Włamuję się w cudzą prywatność, mierzą mnie od stóp do głów. –Dzień dobry, są wolne miejsca? Rytualne pytanie. Przyzwalają, żebym dostąpiła tego wątpliwego zaszczytu zasiąść w tej przestrzeni gorącej od oddechów i jakiegoś jedzenia. Wciskam się w kąt, najlepiej koło okna, żeby się zająć oglądaniem pejzażu . Ale koło okna najczęściej zajęte. Wzrok zatrzymuje się na burym linoleum, a potem na wyblakłym obrazku przedstawiającym Włocławek .Oglądam się czy z drugiej strony jest  zamglone lustro. Kolory jasnobrązowe i takież same zasłoneczki w oknach, to chyba dawna pierwsza klasa, na sześć osób, miejsca rozdzielane podpórkami na łokcie.Jeszcze popielniczki obok składanych mini- stoliczków. Muzeum socrealizmu.Rozbudza to pamięć o minionych czasach, kiedy to człowiek z trudem znajdował miejsce w pociągu, wsiadał przez okno, potem wisiał przy tym oknie przez całą drogę, przepychając się między podróżnymi np. do toalety, a tam też leżeli pokotem jacyś ludzie. Ileż to znajomości zawierało się w podróży, ile   wódki się wypiło, ile w karty się nagrało..Niemal czuję, jak w powietrzu roznosi się zapach kiełbasy, krojonej scyzorykiem i ogórków kiszonych, słyszę szeleszczenie rozwijanych kanapek i pyknięcie otwieranej oranżady albo uwagi: „O ten termos w ogóle nie grzeje. Macie jakieś szkło? Może zapalimy? Mam dobry serniczek. Co będziesz spał?! Napijemy się!” Czy ktoś wtedy rozkładał jakieś serwetki? A po co ten cały Wersal? Jednym słowem zapadamy się w epokę, kiedy podróż była wydarzeniem. A potem rozmowom nie było końca: ” wiesz, jakie miałem miejsce, przy samym oknie, najpierw siedział jakiś starszy pan, ale wysiadł w Namysłowie, potem,ludzie się tłoczyli, ale córka wpakowała się przez okno i zajęła miejsce, było wesoło, bo jechali jacyś Rosjanie i piliśmy przez całą drogę, dzieci w końcu usnęły, chociaż przedział się otwierał bez przerwy, bo drzwi były zepsute..”

Nie wiem dlaczego tamtego dnia we Wrocławiu podstawiono ten muzealny skład. Stacja w Legnicy, na której wysiadłam też w niczym nie przypominała tamtego ruchliwego, przestrzennego dworca, który pamiętam z lat realnego socjalizmu .Opuszczona wielkość, lepki, ociężały, nawet nie czuję nostalgii, wręcz litość. Wszystko stare, bure, odrapane, zmęczone i brzydkie. Z Legnicy do Żagania jechałam już nowoczesnym  "tramwajem pociągowym”, sunął bezszelestnie, jak co najmniej TGV. Przemierzał lasy, na tablicy świetlnej pokazywały się miejscowości, które mijałam. Zapachniało dawną lekcją geografii…Szprotawa,Zbąszynek ..i przypominały mi się moje wyjazdy na Lubuskie lato Filmowe w latach 70-tych. I ja w krótkich spodenkach frotte na dyskusji o R. Polańskim. Powiedziałam, że Polański wyjechał z Polski , bo nie miał taśmy Eastmancolor, naprawdę tak wyczytałam w miesięczniku Kino. Pamiętam, jak wybitni wtedy dziennikarze i twórcy fajnie potraktowali „ młody głos”. Z Idziakiem oglądałam „Con amore”, a z Panną  Młodą z „Wesela”- Ewa Ziętek-miałyśmy takie same sukienki z Cepelii. Sukces polskich „orłów” ceremoniowałam z Jackiem Fuksiewiczem. A ileż jeszcze wspomnień  z tamtego przykurzonego, zapomnianego świata…

Muszę przyznać jednak , że ta nostalgiczna podróż w zielonogórskie była moją pomyłką, bo w takich sytuacjach ogarnia człowieka prosty i jaskrawy żal za wszystkim, co mija i odpływa, za tym umarłym światem naszych  rodziców, wujków i dziadków. To se ne vrati! Tam mam wspomnianą rodzinę, jeszcze żyjącą starszą ciocię i kuzynów,  będąc w tamtych okolicach pomyślałam , żeby ich odwiedzić. Jak ja rozumiem teraz Iwaszkiewicza i jego nostalgiczne opowiadania przesiąknięte żalem za młodością. Ja jestem taka niezadowolona  Róża-"cudzoziemka", jak słusznie oceniła mnie koleżanka.

      A ja wolę wsiąść w pociąg TGV, który mnie zawiezie do innego, radosnego i szczęśliwego życia, wolę jechać do miasta świateł, hałasu, reklam, pięknych sklepów i restauracji.
Ale Wrocław jest  przepiękny, tam też mogę poprzebywać.


I nie wzrusza mnie ascetyzm tamtych czasów, mówiąc eufemistycznie." Bo tamte czasy wymagały, żebyśmy byli spartanami, a obecne sybarytami". 
A dom w Polsce ma być kiedyś B&B dla moich córek, qui vivra, verra. Gdy sfinalizuję kupno, to bedę pisała reportaże  z placu budowy. Bardzo ta myśl mnie ekscytuje, coś dla mnie absolutnie nowego.
Świeradów-Zdrój. Nasz prawdopodobnie przyszły dom poniżej. To nie ten!! Hehe. To byłby niezły B&B.

Świeradów- Zdrój

Świeradów-Zdrój

A oto i sam dom z zabudowaniami. Ze strony agencji, bo ja nie zrobiłam  zdjęć z daleka.Ok. 10 km od Świeradowa.



Tu widok z boku domu.

Widoki przed domem, rozległa działka.


piątek, 21 września 2012

Paryż- stolicą świata.

Trochę w przymglona Wieża Eiffla o wrzesniowym poranku.

Kawiarniane życie


Wracam do mojej Francji.  Siostra Italia poczeka na swoją kolej. Przyda się nam trochę oświecenia , bo powtórzę za Francuzami, którzy uważają się za jedyny prawdziwy cywilizowany naród na świecie, że ich obowiązkiem jest oświecać ludzkość /sic/. "Francuzi odkryli najgłębsze prawdy i poznali smak życia, czują więc, że są przewodnikami świata." Pewna istotna dziedzina życia rozpatrywana w dyskusjach, jeśli odbywa się po francusku, wywołuje na twarzach rozmówców uśmiech rozmarzenia i bardzo przyjemnej kontemplacji.

Jeśli ktoś jeszcze nie przyjął do wiadomości, że Francuzi są panami świata,/!/ moje skromne blogowanie pokaże Francję jaśniejszą blaskiem, błyskotliwą ( bon moty to od nich) i piękną, jak próżna kobieta. Bo u nich nawet symbolem Republiki jest kobieta, czyli piękna Marianna, skacze przez barykady w skąpym odzieniu z niezłomnym patriotyzmem. Francja jest zmysłowa w każdym momencie.
   Z Francją mam tak wiele literackich skojarzeń. Tak, bo literatura jest moim alter ego.We Francji np. uwielbiam m.in. nazwy ulic, same wielkie nazwiska, już o tym pisałam wcześniej. W Paryżu  do wspaniałej klasycznej brasserie Le Grand Colbert  można dojść uroczymi pasażami i galeriami wypełnionymi antykwariatami , bulwarowymi teatrzykami i sklepikami z bardzo elegancką zawartością.
 Zanim zasiądziemy w Le Grand Colbert, w uroczej sali, przy małym stoliczku za drewnianą przegródką z rzeźbionymi szybami, zanim jeszcze złożymy zamówienie, to przedtem przespacerujemy się koło starego gmachu Biblioteki Narodowej. Mija się ulicę Richelieu ( A.Dumas „Trzej Muszkieterowie”, ileż tu bohaterów jawi się w wyobraźni?) a tuż obok mieszkał Stendhal ( „ Czerwone i czarne”, Julien Sorel, pani Renal, Matylda), parę numerów dalej jest Theatre des Bouffes Jacques'a Offenbacha, nazywanego Mozartem Champs Elysees.
Cały ten świat wielkiej kultury, kiedyś przeczytany, a teraz uruchamiany za pomocą szarych komórek, jest nieodpartym wdziękiem przynależności do homo sapiens.
Książki, biblioteki, czytelnie towarzyszą mi od najmłodszych lat. Zaczęło się od biblioteki w SP nr 2, gdzie p. Marcickiewicz znajdowała dla mnie wszystkie przygodowe książki, podróżowałam ze Szklarskim i Fiedlerem, Verne i Stevenson zabierali mnie na tajemnicze wyspy mórz i oceanów. Wyruszałam na różne wyprawy z Zofią Kossak, Sienkiewiczem i Sieroszewskim.
Kiedyś trafiłam na reportaż Mariana Brandysa „ Śladami Stasia i Nel” i jego dalszy ciąg „ Z Panem Biegankiem w Abisynii i chyba wtedy mając ok 12-13 lat zorientowałam się, co chcę robić w życiu. Podróżować, nadal czytać, uczyć się języków obcych i pisać o swoich doświadczeniach. Kiedy przychodzę do biblioteki na ul. Focha w moim rodzinnym mieście, nie zmienionej od ponad 30 lat ( tak, dalece nauka jest niedoinwestowana! ), czuję się, jakbym zjadła magdalenkę w poszukiwaniu straconego czasu. Nadal jestem małą Alusią, która wypożycza po 5-7 książek i wszystko zachłannie połyka. Czytanie klasyków, to jak powrót do źródeł, podróż wywołana nostalgią. Każdy klasyk jest mi tak bliski, że kończąc książkę, smucę się, że muszę się rozstać z bohaterami.
A teraz wrócę do Paryża, który zachowuje niezwykłą ciągłość, nawet zaklętą w nazwach ulic i paradoksalnych przeciwieństwach. Bo przecież Pola Elizejskie
Kino na Polach Elizejskich, film A l`origine z 2009r.
 ( elisi campi) należały w świecie antycznym do umarłych, a teraz swoim hałasem świateł są najwspanialszym symbolem życia.
 A Bastylia zburzona w 1789 roku jako miejsce ucisku, upokorzenia, feudalizmu, monarchii absolutnej, jest obecnie placem z wysokim pomnikiem poświęconym rewolucji lipcowej z 1830.
 A z tarasu kawiarni „Le Bastille” można oglądać paryskie la vie nocturne et lumiere i wszyscy już dostali po ciastku od Marii Antoniny, bo chleb powędrował teraz gdzieś do Afryki. Place de la Bastille to obecnie serce dzielnicy klubów i życia nocnego. Dominuje tam szklany gmach opery,
 naprzeciwko, wzdłuż malowniczego Kanału Saint- Martin rozłożyli się artyści.
 Ulice i place wypełnione są halami i namiotami wystawienniczymi. W pobliżu niezliczona ilość barów, kawiarni i restauracji. Wszystko wibruje, jest kolorowo, wesoło, ciepło. Paryż się bawi, krząta, szum, śmieje się po prostu „jazz”. To jest jedyny w świecie urok cudownego miasta. Dlaczego cudownego?
U bukinistów

Muzeum d`Orsay

 Nie tylko przez architekturę, ale przez atmosferę, jedyną, niepowtarzalną i tradycję, którą odnajdujemy tu w każdym kamieniu. Dość, że kiedy któż zachwala uroki Rzymu, Londynu czy Wiednia, słucha się cierpliwie wszystkich argumentów, by potem wyciągnąć wniosek: „ Tak, ale Paryż....” jest jak najpiękniejszy sen.
zdjęcie z innej wizyty.


Cieszę się, że nie mieszkam w Paryżu, bo za każdym razem, gdy tam przyjeżdżam doświadczam swoich podróżniczo- intelektualnych orgazmów. A w innym przypadku może by mi się znudził ? Zostanę w Paryżu przez kilka najbliższych postów. Bisous pour toutes.

sobota, 8 września 2012

Monreale z Goethe`m i Iwaszkiewiczem.

Trochę pięknych cytatów  z moich wspomnień z Sycylii. 
Dzisiaj wybraliśmy się do Monreale. Goethe pisał: „Wspaniałą drogę wybudował opat w tych czasach, gdy klasztor opływał jeszcze w niezmierne dostatki. Droga jest szeroka, wznosi się łagodnie, tu i ówdzie stoją przy niej drzewa, ale bardziej wpadają w oko liczne fontanny i wodotryski, orzeźwiające ludzi i zwierzęta.” Po drodze trzeba zobaczyć cudowną Zisę, pałac z „Tysiąca i jednej nocy”, gdzie wokół tryskają fontanny i nastrój jak z bajki o pięknej Szeherezadzie. Goethe tak wspominał La Zisę: „Zachwyt wzbudził domek w stylu mauretańskim, zachowany w bardzo dobrym stanie. Budynek niewielki, ale pokoje obszerne, harmonijne, proporcjonalnie zbudowane.” (XIII w.)

Tuż obok w ogrodach Villa Tasca znajduje się wspaniała Cuba, normandzko-mauretańska, prostokątna budowla z wieżą na każdym boku. Cuba i jej piękna siostra La Zisa posiadają wspaniałość świadcząca o królewskości tych pałaców.
Wróćmy na drogę do Monreale. Jedziemy na górę św. Marcina, po obu stronach ulicy agawy, kaktusy i opuncje przemieszane z wielkimi krzewami pelargonii, z zaroślami lewkonii, jak jakiś ogromny deseń na tapecie. Gdy się odwrócimy, widzimy całe Palermo, „złota konchę”, morze i port. Na ryneczku przylegającym do katedry rozsiadły się gelaterie i trattorie. Lubię podsycać w sobie egzotyczność przeżywań i zamawiam vino bianco.
Naprzeciwko mnie starożytne ściany katedry i klasztoru (XII w.), marmurowe kolumny pokryte arabeskami a wykończone kapitelami z biblijnymi scenami. Normańska bryła, a bizantyjsko-mauretański przepych detali architektonicznych. I jak zwykle w takich chwilach nie mam poczucia prawdziwości mojego życia. Bo w prawdziwym życiu nie oglądam niezwykłych metopów, obrazów, mozaik, nie spaceruję krużgankami prowadzącymi do pięknych ogrodów, gdzie woń kwiatów jest prawdziwie odurzająca, a widoki zachwycające. Całe piękno sztuki i natury zgromadzone w jednym miejscu, to obezwładnia i rozczula.
Katedra w Monreale – ten cały olbrzym wraz z mozaikami, które pokrywają 6 tys. metrów kwadratowych – powstała w ciągu 15 lat. To dzieło pobożnego króla Wilhelma II (XII w.). Obfitość i piękno mozaik przytłacza ogromem. Ściany pokazują tysięczne baśnie Szeherezady, Starego i Nowego Testamentu, legendy, księgi Genezis, mitologii a nad wszystkim króluje ogromna twarz Pantokratora Wszechdzierżyciela, którego okrutne oczy przenikają do głębi, a wszystko rozgrywa się pośród starożytnych doryckich kolumn. To doskonałe wymieszanie stylów robi ogromne wrażenie.
Obok katedry przechodzi się do krużganka klasztornego, kolumny błyszczą czerwienią, złotem, zielenią. Każda para kapiteli inna, kwiaty, potwory, głowy. Katedra i klasztor przylegają do siebie, to wyniosłe, wysokie, proste budowle. „Katedra leżąca obok klasztornego różanego ogrodu, jest jak rycerz normandzki, ponury i surowy. Tak musieli wyglądać przodkowie króla Rogera, zanim rozdziany z ponurych i ciężkich zbroi, nie upadli na pachnące posłanie z róż, sportretowane na ścianach katedry.” Za krużgankami
  rozciąga się najpiękniejszy widok na Concha d’Oro. Widać stąd całe Palermo, jego normandzkie i hiszpańskie budowle, jego czerwone saraceńskie kopuły, port jak narysowany na miedziorycie, statki i żagle, morze niebieskie i niebo.
Sycę oczy tym widokiem, który wydaje się zbyt piękny aż nieprawdopodobny w swojej urodzie. „Idziemy do naszej gelaterii na kolejny kieliszek vino bianco, bo przepych tego widoku „rozestetyzuje” mnie do reszty, niech ta perła śpi sobie w „złotej muszli”.


niedziela, 2 września 2012

Cassoulet de Castelnaudary

 Mieszkając w Langwedocji nie sposób nie zauważyć w menu / la carte/ najbardziej tradycyjnego dania tych okolic, to cassoulet -ciężkie, tłuste, sycące danie z fasoli i mięsa. Jeśli tylko bylismy w restauracji z Francuzami, polecali nam to danie do degustacji. My również, gdy mielismy gości z Polski, zachwalalismy cassoulet jako miejscowe specialite de la maison do spóbowania. Jadłam  tę gęstą zupę- gulasz u Jaqueline i byłam zadziwiona, że Francuzi spozywają takie "wiejskie i prostackie" posiłki. Reklamy cassoulet są powszechne na witrynach lokalnych restauaracji i pomyślałam,żeby warto wam o tym powiedzieć . Poniżej  fragmenty informacji  z Wysokich obcasów  autorstwa Agnieszki Kręglickiej.




Cassoulet piecze się w glinianej misce i podaje wrzące. Wierzch pokrywa rumiana i chrupiąca skorupka z przypieczonych okruchów bułki. Pod spodem spowite smakowitym soso-tłuszczem mieszają się ziarna niedużej białej fasoli i różne mięsa. Fasola przepełniona aromatami dodatków rozpływa się w ustach, kruche mięso odpada od kości. Cassoulet wymaga czasu i planowania. Fasolę należy namoczyć na noc. Ponieważ trudno u nas kupić gotowe confit z kaczki, musimy je przygotować samodzielnie, jeżeli chcemy go użyć. Kiełbasę z Tuluzy najlepiej zastąpić naszą białą kiełbasą. Wędliny i mięsa można komponować dowolnie, należy szafować tłuszczem i unikać wędzonek. Zazwyczaj cassoulet bywa przywoływany jako pierwowzór naszej fasolki po bretońsku, ale to pokrewieństwo zbyt odległe. Bliżej mu do bigosu ze względu na wielość mięs - ma liczne wersje domowe uznawane przez autorów za jedyne słuszne, długo się gotuje i dobrze smakuje odgrzewany. Poza tym, burząc nasze wyobrażenie o wyrafinowanej kuchni francuskiej, cassoulet wygląda brejowato i podobnie jak bigos trudno go ładnie podać. Z fasolką po bretońsku łączy go popularność w formie konserwowej. Słoiki z gotowym cassoulet stanowią według Encyklopedii Larousse'a piątą część wszystkich konserwowanych dań we Francji. To jednogarnkowe danie prócz dużej ilości czerwonego wina nie potrzebuje dodatków. Oczywiście na francuskim stole towarzyszy mu bagietka, choć ja bym widziała tam żytni polski chleb. Po cassoulet można mieć ochotę jedynie na odświeżającą podniebienie sałatę z gorzkiej cykorii i cytrusów lub ułatwiającą trawienie surówkę z czarnej rzodkwi. Trzy miasta południa - Castelnaudary, Carcassonne i Tuluza - spierają się o miejsce narodzin cassoulet. Castelnaudary ma fory, bo jest ośrodkiem przemysłu ceramicznego, gdzie wyrabia się cassole - ceramiczne naczynie do zapiekania, od którego prawdopodobnie danie ma nazwę. Każde z trzech miast utrzymuje, że jedynie jego receptura daje właściwy efekt. Różnice dotyczą mięsnej wkładki. Przepis może być oparty wyłącznie na wieprzowinie: boczku, słoninie, kiełbasie i szynce (Castelnaudary), jagnięcinie i drobiowych confitach (Carcassonne) oraz najbardziej urozmaicony zestaw z Tuluzy zawierający wieprzowinę, jagnięcinę, confit z kaczki lub gęsi i obowiązkowo kiełbasę z Tuluzy. Spór to jałowy, każda wersja jest udana, a gospodynie i tak wprowadzają innowacje według upodobań. Istotą jest długo gotowana fasola z licznymi przyprawami i najlepiej gęsim tłuszczem, który je rozpuszcza. Długa lista składników do cassoulet niech was nie przeraża, to danie przyjazne kucharzowi. Gotowanie trochę trwa, ale technika jest prosta, jak na wiejskie danie przystało.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Les vacances en Languedoc .... to be continued...

W Azille
Gérard de NERVAL (1808-1855)  - Fantaisie

Il est un air pour qui je donnerais
Tout Rossini, tout Mozart et tout Weber,
Un air très-vieux, languissant et funèbre,
Qui pour moi seul a des charmes secrets.

Or, chaque fois que je viens à l'entendre,
De deux cents ans mon âme rajeunit :
C'est sous Louis treize; et je crois voir s'étendre
Un coteau vert, que le couchant jaunit,

Puis un château de brique à coins de pierre,
Aux vitraux teints de rougeâtres couleurs,
Ceint de grands parcs, avec une rivière
Baignant ses pieds, qui coule entre des fleurs ;

Puis une dame, à sa haute fenêtre,
Blonde aux yeux noirs, en ses habits anciens,
Que dans une autre existence peut-être,
J'ai déjà vue... et dont je me souviens !
Azille - 2 km od nas.
A napisze taki mały diariusz z pobytu Dominiki, ona i ja będziemy miały pamiątkę. Tylko ona strasznie kapryśna, i twierdzi,że na zdjęciach źle wygląda, nie pozwala mi się fotografować. A ja wiem, że ładne fotki też pomagają   w tworzeniu pewności siebie, jak publiczne występowanie. Sama się tak kształciłam i na dobre mi wyszło. Pamiętam, jak późniejszy mój promotor na pierwszym zaliczeniu  wykładów, nie znał nas wtedy jeszcze dobrze, zobaczywszy moje zdjęcie w indeksie, spytał, a co to za Marilyn Monroe mamy w towarzystwie? Zawsze byłam fotogeniczna:)) A moja córcia ma takie grymasy jakby nastolatki, a przecież to już dojrzała panna. A ja się tak staram, żeby artystyczne zdjęcia wymyślać i rodzince, przyjaciołom pokazać, może kogoś zainspirować, i szukam ładnych plenerów, detali i ujęć. Moich ulubionych, które tutaj już dobrze poznałam.
Nasz dzień jest ustalony i musi przebiegać wg schematów. Rano rower, póki nie jest za gorąco. Pokazuję jej moje szlaki, Azille - Siran, Homps-Olonzac, Cesseras- Azillanet i nasz Dolmen czyli  "Stonehenge".
Na trasie do Cesseras.

Na ryneczku w Cesseras. Marianna na pomniczku, obowiązkowo w każdym miasteczku.
Cały tydzień był bardzo gorący, temperatury około 35 stopni codziennie, godziny południowe spędzałyśmy w domu.Ok. 16. nadal upalnie. Tu słońce inaczej wschodzi i zachodzi, rano jest ciemno, niebo pokryte zamglonymi chmurami, a wieczorem słońce świeci do ostatniego promienia, który oświetla niebo jeszcze ok. 20.30, temperatura nie spada, cały czas utrzymuję się w granicach 30 stopni.
Ten żar lejący się z nieba można tylko znieść gdzieś w pobliżu chłodnej wody, najbliżej dojechać do jeziora Jurarres, my z Kimem do zacisznej restauracyjki , a Doma skok do wody, a na zdjęciu juz słońce chyliło się ku zachodowi.
 Ja lubię się zanurzyć, ochłodzić, ale pływać to lubię w basenie, gdzie czuję się bezpiecznie i odliczam sobie baseny, a ona w wodzie szaleje. Nie na darmo przydała się edukacja pływacka już od 5. roku zycia , rozpoczeta kiedyś przez mojego ulubionego wuefistę. Obok  jeziora rozłożyły na kremowo się osiedla rekreacyjne, to takie jakby lepsze wydanie FWP, bo domy komfortowe, przestrzenne, osłonięte werandami, ukryte wśród  bujnych kwiatów, ozdobione kolorowymi okiennicami, zamkniętymi szczelnie, zeby uciec od przeciekającego słonca.
Jeździmy tez nad  lokalne rzeki- Aude i Cesse , bo tam woda lodowata i zanurzyć się w nich, to akt odwagi, ochłodzenie natychmiastowe, skuteczne i długo trzyma, szczególnie , jak głowę sobie zamoczymy. Ja bezpiecznie moczę nogi, polewam się się tym mrozem dawkując małe porcje, i robię zdjęcia moim śmiałkom. Nawet most rzymski można napotkać

 Ale największą atrakcją  dla Dominiki jest plaża, mamy kilka w sąsiedztwie. Ja najbardziej lubię jeździć na te w okolicy Beziers- Valras Plage, tam spotykamy się z moją przyjaciólką Jaquelinehttp://ardiola.blogspot.fr/2012/03/bylismy-na-kawie-u-christine-i-johnaona.html,  i tam spędzałam przemiłe chwile z Kimem, kiedy  zamieszkaliśmy w Pays d`Cathars parę lat temu. Jestem sentymentalna w tych sprawach jak każdy.
A po plazy jedziemy do Jacky na kolacje, a ta butelka to oksytanski szampan na cześc spotkania. Nous avons le belle temps!
 Carcassonne, które jest niedaleko- 25 km, tzn. Cite, juz zwiedzalismy podczas wczesniejszych pobytów, teraz  nadszedł czas na wspólczesne miasto, normalnie tętniące zyciem, ale sierpniowy upał zakłócił trochę ten tryb.
Na głównym placu miasta, po jednej stronie, gdzie serwowali posiłki pełno ludzi, po drugiej, bardzeij nasłonecznionej pusto. bardzo podobaly mi sie te stoliczki, rózne w kazdej knajpce. A temperatura 35 w cieniu. Uff.
Po
Po południu woda, a wieczorem zwiedzamy okoliczne miasteczka, tam najczęsciej nasz ulubiony aperitiff,wino rose, dla Kima cidre albo małe piwo, do tego leciutkie zakąski, tapenade, oliwki, ser z bagietką, jambon.  Czasami trafiamy na koncerty muzyczne, jakies wystawy i inne wakacyjne atrakcje. Wybieramy miejsca nad Kanałem du Midi, dla Dominiki to trochę nudno, bo taki relaks dla emerytów, i chyb a wino jest dla niej jedyną rozrywką, rozmowa z Kimem, English practise.Czasami odwiedzamy znajomych po południu, najlepiej w domu z basenem, a najlepiej w prawdziwej domaine, jak poniżej.


Domaine to dawna posiadłość na winnicy, nie mylić z domeną komputerową, to ziemia, chateau-obszerny dom, urzadzenia do produkcji do wina, które zachowały sie w niezmienionym kształcie od ponad 100 lat, lub dłużej.
 Uwielbiam kraje nad M.Sródziemnym, tu czuję się ciągłość pokoleń, te kamienne kościoły, zamki na wzgórzach to zywa historia, to siedzenie na skwerkach, zaplanowanych przed wiekami w otoczeniu zamożnych kamieniczek przyciągających wzrok kolorowymi okiennicami, to taka niekończąca się refleksja o życiu, przemijaniu, miłości, o trwałości. Tak, jakby nigdy tego kraju nie opuszczała dobra koniunktura. Wydeptane, sliskie kamienie na sciezkach prowadzących do wieży, widok dachówek z góry, rozległy krajobraz z góry to  docieranie do różnych pokładów naszej  historycznej i obyczajowej świadomości. Nigdy bym sie tu nie znalazła, gdyby nie przemiany ustrojowe jakie nastąpiły, powiem publicystycznie, może i bym przyjechala jako turystka, ale moje krotkie postrzeganie na pewno byłoby inne. Langwedocja , prócz Carcassonne jest poza typowym szlakiem turystycznym dla Polaków. Teraz tu mieszkam i czasami , dzieki wiedzy jaką posiadam utożsamiam się z tym miejscem, śródziemnomorską łacińską tradycją, ale nadal jestem zagubioną Słowianką ze zdobywczym Anglosasem na ziemiach dawnych Rzymian, Gallów, Wizygotów i Franków. Oni się tak zachowują, jakby znowu podbijali jakieś ziemie. A ja post -regime Eastern European. Najlepiej tak siąść z kieliszkiem wina od lunchu, bo sun is over the yardarm i chłonąć to szlachetne piękno dookoła. Historia w otoczeniu winnic, oliwek, rozłozystych drzew figowych, powszechnych oleandrów i platanów.
Zawsze mi szkoda naszego kraju, że został tak okaleczony przez historię. A tu kązde miasteczko kunsztownie zaprojektowane  i nie może zabraknąć baru pod drzewami na placyku, dawnych pralni, kościoła średniowiecznego, zamku na wzgórzu, L`ecole por les filles et le garcons, merostwa, poczty, apteki, toalety publicznej i to w kazdym najmniejszym miasteczku o populacji ok. tysiąca mieszkańców.
Poniżej parę obyczajowych obrazków.


Produkty spozywcze na  wtorkowym markecie w Olonzac zawsze fascynujące i wszystkiego można spróbować.



 I jeszcze parę imprez rozrywkowych. Wino z winnicy mozna kupić za 1.5 euro litr, jest bardzo dobre, tyle kosztuje kieliszek w przeciętnym barze. Gdy przyjeżdżam do Polski i kupuję w dostepnej cenie francuskie wino , jest kwasne , beznadziejne i nie do picia. Trzeba przeznaczyć większą kwotę, żeby było przyzwoite. nasze rynki zdobyły wina tzw, Nowego Świata. Poniżej w Ventenac nad Kanałem du Midi.


Pomyślałam, że jednak pojedziemy do Carcassonne Cite, to magiczne miejsce, absolutnie imponujące, pisałam już we wcześniejszych postach,http://ardiola.blogspot.fr/2011/11/mediewalne-zamczysko-w-carcassonne.html Temperatura w ciągu dnia spadła do bezpiecznej granicy 27 stopni, można się wybrać na zwiedzanie.Ja mam zawsze okrycie na głowę, Dominika chodzi bez sun blockera, a słońce operuje.I mnie nie słucha, tak z zasady.