Moja lista blogów

wtorek, 27 listopada 2012

Zabawa na blogu -odpowiedzi dla Asi z 'mojedwaslonca'.

Ostatnio na blogach popularna jest zabawa pt. Liebster blog, polega to zadaniu 11 pytań i wysyłanie serduszka do wyznaczonych osób, które odpowiadają na pytania, wymyślają swoje i wyznaczają kolejne 11 osób i taki to jest sympatyczny łańcuszek. Ja pozwolę to sobie zmienić, bo nie wiem , jak wysyła się te nominacje i poproszę moich czytelników na odpowiedzi w komentarzach, jeśli mają na to ochotę.
Argens nad Kanałem Południowym, nasze ulubione miejsce na popołudniowe drinki.
Jednocześnie  dziękuję Asi i Ewie za propozycję zabawy, z przyjemnością odpowiedziałam Ewie, a teraz Asi. Zapraszam do zabawy!
    1. Co Cię  inspiruje?----miłość, koncerty muzyczne, piękno zabytków i krajobrazów, literatura klasyczna, szczególnie poezja.
    2. 5 ulubionych książek (ewent. Filmόw, jeśli nie lubisz czytać)----książki to trudno wybrać,ale spróbuję. Głównie poezja, Herbert- Pan Cogito, Jacques Prevert- Paroles, Baudelaire, Apollinaire, K.K.Baczyński.
    3. Ulubiony sposόb spędzania wolnego czasu----spotykanie się z dobrymi przyjaciółmi, oglądanie fajnych filmów z córkami i ich komentowanie, spożywanie smacznych posiłków z rodziną i przyjaciółmi, picie dobrego wina, podróże z mężem.
    4.  Z domu nie wychodzisz bez…torebki. We Francji bez aparatu fotograficznego, bo tam wszędzie szukałam czegoś ciekawego do sfotografowania.
    5.  Za 5 lat.....będę na emeryturze, jakiejś wcześniejszej chyba, może się wnuków doczekam już, i mam nadzieję na bardzo wygodne życie u boku mojego męża, tak mi obiecywał, kiedy on sam też będzie na emeryturze.
    6.  Film, ktόry ostatnio przepłakałaś.....a ja ciągle płaczę, nawet oglądając seriale typu Na dobrze czy na złe, nieśmiertelny Dom , bardzo przeżywam filmy, szczególnie wojenne.
    7.  Dlaczego piszesz bloga?..... bo mam tyle ciekawych doświadczeń i chciałabym je zachować dla siebie na pamiątkę, a może kogoś zainspirować moim życiem?.Chciałam też poznać ludzi z różnych stron swiata,bo odnajduję w nich siebie, są moją podpowiedzią na zycie. Ponadto całe życie pisałam pamietniki, to jest taka naturalna kontynuacja.
    8.  Jak zaczęła się Twoja przygoda z blogowaniem?-----wymyśłiłam to 1 lipca tamtego roku, kiedy Polska zaczęła przewodniczyć w UE, naprawdę, myślałam, że będę  "uświadamiać"  rodaków i tych stamtąd. Zawsze miałam takie nauczycielskie skłonności.
    9.  Najbliższe wakacje/urlop  spędzęod kilku lat moje życie to  ciągłe wakacje z krótką przerwą na pracę,  ale tym razem chyba ten mój nowy dom koło Jeleniej Góry będzie wakacjami dla mnie. Bo zaczynam bardzo się z nim identyfikować. I tak sobie wszystko wyobrażam. I ponadto cała kasa pójdzie na ten dom i nie będzie już na takie wyjazdowe wakacje, chyba , ze do Francji, ale to  nie wakacje dla mnie. Chciałabym, żeby mąż zabrał mnie znowu na Florydę, bo tam tak beztrosko.
    10.  Ulubione danie-----dobry stek, żeberka w miodzie, placki po węgiersku, carpaccio jako przystawka, tort orzechowy jako deser.
    11.  Ryan Gosling, Ashton Kutcher, Robert Downey Jr, czy Colin Egglesfield?-----to nie moje pokolenie, ale może być Robert Downey jako Sherlock Holmes. 

piątek, 19 października 2012

Refleksje życiowe na Sycylii.

Wracajmy do Iwaszkiewicza i jego "Książki o Sycylii".

Napiszę najpierw, jak Goethe zagrożona zbliżającym się terminem naszego wyjazdu z tego raju. Postanowiłam  jeszcze poszukać wytchnienia w Villa Giulia (villa – ogród). Chciałam przeczytać tam moje dzienne pensum z „Odysei”. „Przemyśleć moje życie, a przy tym rozważyć, czy w tym temacie kryją się jakieś możliwości dramatyczne?” Snułam moje rozważania i estetyczne kontemplacje. Pachniały róże, pomarańczowe kwiaty, glicynie i fiołki, odurzający aromat. W obliczu takiej obfitości zawsze czuje się jak w raju.

Podkształciłam się z botaniki, szukając w Internecie informacji o roślinności śródziemnomorskiej. Mogę o sobie powiedzieć, że posiadam wykształcenie klasyczne, uczyłam się 6 lat łaciny, dosyć pilnie, elementy greki były zawsze przemycane, a ja chłonęłam to wszystko z ciekawością i wiecznym nienasyceniem. W mojej sali polonistycznej wisiał taki, wydawałoby się, oklepany frazes, chyba autorstwa Żeromskiego: „Nauka jest jak niezmierne morze, im więcej jej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony”. I ja całe życie postępuję według tej maksymy. Taka egzaltowana podstarzała
"Madzia" :)) Głęboki ślad we mnie zostawiły lektury antyczne, romantyczne i młodopolskie, europejska dekadencja przełomu wieków, dionizyjska tragiczność i apolińska ucieczka w piękno i egzystencjalizm. Znam na pamięć Horacego, Wergiliusza, lorda Byrona, Baudelaire’a, Verlaine’a i to w oryginale, a polskich twórców recytuję na wyrywki. Słuchałam kiedyś Debussy`ego, Ravela i Szymanowskiego, Szopena obowiązkowo i pamiętam, jak Krystian Zimerman wygrał Konkurs Szopenowski w 1975 r. Niedawno obejrzałam ten  jego koncert w telewizji Kultura.
Dopełnieniem mojego wykształcenia miałyby być podróże, jak mantrę powtarzam sobie: „muszę umieć 5 języków obcych, muszę zobaczyć to i to, i tamto.” W młodości podróżowałam, byłam nawet u źródeł kultury praindoeuropejskiej czyli w Indiach oraz krajach Maghrebu czyli Afryce Północnej, gdzie ślady grecko-rzymskie są mocno obecne, a od tysiąca lat zdominowane kultura Islamu. I zaczęłam się wtedy uczyć tych 5 języków, marzyłam o Hiszpanii, Francji, Włoszech i Grecji. Miałam taka wspaniała nadbudowę, a brak było bazy. Bo skończyły się lata na utrzymaniu rodziców, a zaczęło się życie dorosłe, ponure, kryzysowe lata 80-te. I gdzie marzenia dla humanistów? W kolejkach za lodówką, telewizorem, meblami i jedzeniem, w ciągłych tarapatach finansowych. Chciałabym wypić kielich z Lety, rzeki zapomnienia i popłynąć w inne szczęśliwsze czasy.
 Ale Faustowski przewrót w życiu też ma swoją cenę. „Darmo nic”, jak śpiewała Izabela Trojanowska.O tym wiedzą moi znajomi jakie były różne konsekwencje moich podróży. A na koniec tych refleksji wróćmy na Sycylię, która była moja inspiracją. „Dziwna to ziemia, pławiąca się w słońcu, morzu, rozprażona, od zimy okryta kwiatami. Całe połacie kultury leżą tu na sobie, obok siebie, przedziwnie przemieszane zaczynając od kultury przedgreckiej, poprzez Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizancjum, Normanów, Niemców, Hiszpanów i Francuzów – wszystko się tu miesza, stopione w żarze słońca, wina i zapachu pomarańczowego kwiatu. A nad wszystkim góruje jedna kultura, która wyspie śródziemnomorskiej nadała fizjonomie zasadniczą – wielka kultura grecka. Ona urobiła w swoim czasie kształt sycylijskiego rolnictwa czy żeglarstwa i pieczęć greckiej sztuki odbiła w niebieskim cieniu gór i na zielonych polach pełnych winorośli. Teraz oglądać ją możemy, zamarłą i zastygła na zawsze, w teatrach i świątyniach Syrakuzy, Agrygentu, Selinuntu, Taorminy i Segesty. Otacza te ruiny nie tylko poetycka legenda, ale i wieczne życie zaklęte w kamienie poświęcone greckim bóstwom. Mieszka tu także jedyna na świecie afirmacja życia, z której rodzi się wiara w wieczyste prawdy Erosa.”
Tak pięknie o Sycylii pisał  J.Iwaszkiewicz, a czytając tam jego „Książkę o Sycylii” podróżowałam wytyczoną przez niego trasą. I „najosobliwsze pejzaże” były moim udziałem.


sobota, 6 października 2012

Paryskie kawiarnie.




A czy znasz – ty te kawiarnie

w całym świecie takich nie ma,

gdzie dzień cały dumnie, gwarnie

wałkami się cud – bohema.

Wprawdzie to o Krakowie tak Boy pisał i wiadomo, że Kraków wszyscy kochamy, ale Saint – Germain-des Pres w Paryżu jest kwintesencją wszystkich światowych kawiarni. Kiedy tam jadę, to wiem na pewno, że przy kawiarnianym stoliku, jak w teatrze spędzę parę godzin. W paryskich lokalach krzesełka na chodniku ustawione są przodem do ulicy, obserwujesz życie, które jest pięknym spektaklem, bo sceną jest ulica, tak gdzieś wyczytałam i zgadzam się z tym.
Siedzenie w kawiarni ma dobrą i złą stronę. Zła – to nieczyste sumienie, bo w tym czasie powinniśmy robić coś znacznie bardziej „ produktywnego”, dobra – to poczucie, że właśnie to robimy. Z takim oto ambiwalentnym uczuciem dobrze i źle spędzonego czasu, siedząc przy stoliku, dokonuję obserwacji socjologicznych. Ulica niezmiennie mnie urzeka ,to wspaniały melting pot, fascynująca mieszanka kultur, prądów, w modzie, narodowości ,różnych związków. Lubię patrzeć na pary, jak rozmawiają, jak się trzymają za ręce, obejmują, całują, a pary są w różnym wieku. I taka jestem szczęśliwa, że w Paryżu jestem ze swoim mężczyzną, który za chwilę spyta słodko „ Może jeszcze jeden kieliszek? „ A nie jesteś głodna” Może crepes? (naleśniki).
 We wrzesniowy dzień siedzimy sobie w słońcu, z góry podgrzewa nas elektryczny piecyk, jak potrzeba i bezgrzesznie marnotrawimy czas. Zza stolika różnych kafeterii i brasserie wyłania nam się Paryż, jedno z najpiękniejszych miast świata i zaprasza do wędrówki po nim.
Wysiadamy na Saint-Germain-des-Pres, zawsze tu pełno i gwarno. Kolorowe, hałaśliwe targowisko. Przygląda mu się z kamiennym spokojem iluminowany nocą, surowy i bardzo piękny, patronujący tej dzielnicy kościół, to Saint-Germain-des-Pres,
 najstarszy kościół w Paryżu, który pamięta jeszcze czasy wikingów. W prezbiterium można obejrzeć płytę nagrobną Kartezjusza i stwierdzić „Cogito ergo sum”.
Ze zdziwieniem dojrzałam też nagrobek poświęcony naszemu królowi Janowi Kazimierzowi. Doczytałam w przewodniku, że król po zrzeczeniu się polskiej korony przyjął godność opata w tym kościele, a po jego śmierci umieszczono tu jego serce.
W Saint-Germain-des-Pres, na samym skrzyżowaniu na placu Sartre-Beauvoir
 są dwie legendarne i wciąż modne kawiarnie, „Les Deux Magots” i „Le Flore”, rozsiadły się obok siebie, a naprzeciwko nich równie słynna brasserie „Lipp”, gdzie stołował się kiedyś Hemingway. Siedzę w „ Les deux Magots”, piję swoja cafe creme
i rozglądam się dookoła. Pokrapuje drobny deszczyk.



 Z lewej strony sklepy Diora, Louis Vitton, naprzeciwko surowa bryła kościoła, po drugiej stronie ulicy Cartier, Svarowski i Emporio Armani. Lekkość i wdzięk kawiarni, wyplatane krzesła, małe dwuosobowe stoliki, duże kwiatowe donice, pięknie wszystko komponuje się z urokiem sklepów znanych marek, taki „dyskretny urok burżuazji”. A pod hasłem „bogatym wszystko wolno” ktoś parkuje na pasach i na samym zakręcie” ( mercedes i jakiś jeep). Do „Le Flore” już przed wojną zachodzili Chagall, Picasso, a potem Sartre, ze swoją partnerka Simone de Beauvoir, filozofowali przy stoliku otoczeni tłumem wielbicieli. Stąd plac przy skrzyżowaniu obecnie nazywa sie Sartre – Beauvoir.Ja też siadłam ze swoim „diary” i zapisałam różne refleksje. Według hasła „ You deserve the best” ( zasługujesz na coś najlepszego). Ja lubię zwiedzać, chłonąć i podziwiać ten majestatyczny urok.
Koło kościoła Saint Germain jest taki mały przykościelny ogródek, a w nim rzeźba Picassa podarowana Apollinaire'owi.
 Potem mówiłam o tym z moimi francuskimi przyjaciółmi i z przyjemnością zarecytowałam im wiersz „ Et puis ce soir on ca ira au cinema....” Lubię popisywać się znajomościa wierszy na pamięć, ludzie słuchają grzecznie i patrzą zadziwieni. To była taka moja literacko-recytatorka pasja, uczenie się wierszy na pamięć .
Po zwiedzaniu Luwru można odpocząć w różnych miejscach, w ogrodach Tuileries nad sadzawkami z kaczkami podpływającymi po kawałek chleba,
 w podziemiach piramidy,
 gdzie mnóstwo barów i sklepów, można też ruszyć przez Łuk Carrousel,

 Plac Zgody na Pola Elizejskie i tam gdzieś zasiąść , widząc w odległej perspektywie Łuk Triumfalny.
My lubimy zasiadać w La Fregatte,
 naprzeciwko potężny Luwr, Sekwana. Potem spacerkiem wzdłuż bulwarów, gdzie rozsiedli się bukiniści,
 przejdziemy w stronę Muzeum d'Orsay.

Takie kolejki są do Muzeum d`Orsay
 Koniecznie musimy się znowu zatrzymać, tym razem na lunch, dla Francuzów jedzenie to doznanie duchowe, niemal rytuał neoreligijny. Wybieram inną resteuracyjkę, również słynną z historyczno-literackich wspomnień „Le Dome”, naprzeciwko Saint Chapelle i Conciergerie. To taki zamek średniowieczny z czasów Merowingów,

 a później zasłynął w czasach Rewolucji jako przedsionek śmierci dla arystokratów. Po drugiej stronie widzę zgrabną wieżyczkę – fontannę, otoczoną sfinksami,
 a w głębi kościół w stylu gotyku płomienistego. W towarzystwie takich nobliwych i szlachetnych budowli lunch jest rzeczywiście neoreligijnym doznaniem. Paryskie kawiarnie i brasserie, podobnie jak zabytki są częścią historii, La Rotonde, Le Procope, Flore, Deux Magots, Lipp, Select, to tu spotykali się ludzie, którzy tworzyli nowe style, literackie plastyczne, muzyczne. Tu filozofowali, tworzyli teorie, bo Francuzi to intelektualiści. Każdy chce być Diderotem, Kartezjuszem czy Sartre'em. A ja będąc wśród nich, również przyjmuję swoją pozę, najbardziej odpowiada mi połączenie sawantki z kabaretowym image. Taki wpływ ma Paryż.


sobota, 29 września 2012

TGV, PKP i nowe plany.



 Ostatnio dużo jeździłam pociągami, we Francji i w Polsce. W sierpniu z córką w te i z powrotem do Girony, następnie do Paryża na niby pożegnalną na jakiś czas randkę z Francją. Potem na parę dni przyjechala do mnie z Anglii koleżanka, która 20 lat temu  wyszła za mąż za Anglika i zamieszkała w Londynie. Kiedyś razem pracowałyśmy w naszej  "dwunastce". Przemieszczaliśmy się pociągami, bo chcialam im pokazać im okolice, a ponieważ raczyliśmy sie winem przy każdej okazji, to bezpieczniej było poruszać się pociągami i w ogóle publicznym transportem, który we Francji jest znakomity. Lokalne autobusy są p 1 euro. Dużo tez wspominałyśmy. Nasi zagraniczni mężowie podśmiewywali się z naszych opowiadań, ale sami też przypominali sobie różne chwile z odległych lat.

   Od Lezignan- naszej najbliższej stacji do Nimes to godzina jazdy pociągiem TGV, lux-torpeda płynie po torach, tłumy pasażerów, nie wejdziesz bez miejscówki. Do Narbonne, nad morze jedzie się 10 minut. Na wagonach widzisz napisy np. Barcelona-Marsylia. Do Paryża, bagatela 800 km jedzie się cztery godziny. 
To mi przypomniało odgrzebane z pamięci pociągi, które kiedyś widziałam na Dworcu Centralnym  np.Moskwa- Paryż, czy Moskwa- Berlin. Jeszcze wtedy "na Berlin” można było wsiąść i przejechać się do  Zielonej Góry np. I tu taka drobna, a bardzo istotna  dygresja. Mam zamiar dokonać pewnej inwestycji w Polsce,  i niedługo kupię dom niedaleko Świeradowa- Zdrój, tzw. poniemiecki, bardzo stylowy i do remontu, z bardzo dużą działką.  Bardzo podobają mi się domy z wooden beams, przypominają mi York i Lincoln.Mam dużo sympatii do tego typu architektury. W związku z tym  przyjechałam do kraju oglądać kilka domów, które wcześniej ogladałam przez internet. Pojechałam do Wrocławia z kuzynem, a stamtąd już pociągami przemieszczałam się najpierw do Jeleniej Góry, a potem do Legnicy i Żagania.  Do Legnicy wsiadłam do jednego z tych starych , burych pociągów, które są przesiąknięte zapachami lat sześćdziesiątych. Jeździłam nimi z Rodzicami odwiedzić naszą rodzinkę na tzw. zachodzie, zawsze w towarzystwie byli  wtedy jacyś Rosjanie, od których mama próbowała kupować złote pierścionki. To było zadanie! Mnie zawsze częstowali konfietami i podróż płynęła w gwarze polsko-ruskiej. Ostatnio jeżdżę pociągami tylko we Francji, a tu na pięknym dworcu we Wrocławiu, odnowionym z okazji Euro,wsiadam w podstawiony skład do Legnicy. Spodziewam się sterylnego funkcjonalizmu, rozsuwanych drzwi i wagonu otwartego na przestrzał, podobnie jak pisał pewien francuski gawędziarz, nie mogę sobie przypomnieć tytułu książki i autora też :(( A tu muszę szarpnąć za  klamkę, żeby otworzyć przedział. Włamuję się w cudzą prywatność, mierzą mnie od stóp do głów. –Dzień dobry, są wolne miejsca? Rytualne pytanie. Przyzwalają, żebym dostąpiła tego wątpliwego zaszczytu zasiąść w tej przestrzeni gorącej od oddechów i jakiegoś jedzenia. Wciskam się w kąt, najlepiej koło okna, żeby się zająć oglądaniem pejzażu . Ale koło okna najczęściej zajęte. Wzrok zatrzymuje się na burym linoleum, a potem na wyblakłym obrazku przedstawiającym Włocławek .Oglądam się czy z drugiej strony jest  zamglone lustro. Kolory jasnobrązowe i takież same zasłoneczki w oknach, to chyba dawna pierwsza klasa, na sześć osób, miejsca rozdzielane podpórkami na łokcie.Jeszcze popielniczki obok składanych mini- stoliczków. Muzeum socrealizmu.Rozbudza to pamięć o minionych czasach, kiedy to człowiek z trudem znajdował miejsce w pociągu, wsiadał przez okno, potem wisiał przy tym oknie przez całą drogę, przepychając się między podróżnymi np. do toalety, a tam też leżeli pokotem jacyś ludzie. Ileż to znajomości zawierało się w podróży, ile   wódki się wypiło, ile w karty się nagrało..Niemal czuję, jak w powietrzu roznosi się zapach kiełbasy, krojonej scyzorykiem i ogórków kiszonych, słyszę szeleszczenie rozwijanych kanapek i pyknięcie otwieranej oranżady albo uwagi: „O ten termos w ogóle nie grzeje. Macie jakieś szkło? Może zapalimy? Mam dobry serniczek. Co będziesz spał?! Napijemy się!” Czy ktoś wtedy rozkładał jakieś serwetki? A po co ten cały Wersal? Jednym słowem zapadamy się w epokę, kiedy podróż była wydarzeniem. A potem rozmowom nie było końca: ” wiesz, jakie miałem miejsce, przy samym oknie, najpierw siedział jakiś starszy pan, ale wysiadł w Namysłowie, potem,ludzie się tłoczyli, ale córka wpakowała się przez okno i zajęła miejsce, było wesoło, bo jechali jacyś Rosjanie i piliśmy przez całą drogę, dzieci w końcu usnęły, chociaż przedział się otwierał bez przerwy, bo drzwi były zepsute..”

Nie wiem dlaczego tamtego dnia we Wrocławiu podstawiono ten muzealny skład. Stacja w Legnicy, na której wysiadłam też w niczym nie przypominała tamtego ruchliwego, przestrzennego dworca, który pamiętam z lat realnego socjalizmu .Opuszczona wielkość, lepki, ociężały, nawet nie czuję nostalgii, wręcz litość. Wszystko stare, bure, odrapane, zmęczone i brzydkie. Z Legnicy do Żagania jechałam już nowoczesnym  "tramwajem pociągowym”, sunął bezszelestnie, jak co najmniej TGV. Przemierzał lasy, na tablicy świetlnej pokazywały się miejscowości, które mijałam. Zapachniało dawną lekcją geografii…Szprotawa,Zbąszynek ..i przypominały mi się moje wyjazdy na Lubuskie lato Filmowe w latach 70-tych. I ja w krótkich spodenkach frotte na dyskusji o R. Polańskim. Powiedziałam, że Polański wyjechał z Polski , bo nie miał taśmy Eastmancolor, naprawdę tak wyczytałam w miesięczniku Kino. Pamiętam, jak wybitni wtedy dziennikarze i twórcy fajnie potraktowali „ młody głos”. Z Idziakiem oglądałam „Con amore”, a z Panną  Młodą z „Wesela”- Ewa Ziętek-miałyśmy takie same sukienki z Cepelii. Sukces polskich „orłów” ceremoniowałam z Jackiem Fuksiewiczem. A ileż jeszcze wspomnień  z tamtego przykurzonego, zapomnianego świata…

Muszę przyznać jednak , że ta nostalgiczna podróż w zielonogórskie była moją pomyłką, bo w takich sytuacjach ogarnia człowieka prosty i jaskrawy żal za wszystkim, co mija i odpływa, za tym umarłym światem naszych  rodziców, wujków i dziadków. To se ne vrati! Tam mam wspomnianą rodzinę, jeszcze żyjącą starszą ciocię i kuzynów,  będąc w tamtych okolicach pomyślałam , żeby ich odwiedzić. Jak ja rozumiem teraz Iwaszkiewicza i jego nostalgiczne opowiadania przesiąknięte żalem za młodością. Ja jestem taka niezadowolona  Róża-"cudzoziemka", jak słusznie oceniła mnie koleżanka.

      A ja wolę wsiąść w pociąg TGV, który mnie zawiezie do innego, radosnego i szczęśliwego życia, wolę jechać do miasta świateł, hałasu, reklam, pięknych sklepów i restauracji.
Ale Wrocław jest  przepiękny, tam też mogę poprzebywać.


I nie wzrusza mnie ascetyzm tamtych czasów, mówiąc eufemistycznie." Bo tamte czasy wymagały, żebyśmy byli spartanami, a obecne sybarytami". 
A dom w Polsce ma być kiedyś B&B dla moich córek, qui vivra, verra. Gdy sfinalizuję kupno, to bedę pisała reportaże  z placu budowy. Bardzo ta myśl mnie ekscytuje, coś dla mnie absolutnie nowego.
Świeradów-Zdrój. Nasz prawdopodobnie przyszły dom poniżej. To nie ten!! Hehe. To byłby niezły B&B.

Świeradów- Zdrój

Świeradów-Zdrój

A oto i sam dom z zabudowaniami. Ze strony agencji, bo ja nie zrobiłam  zdjęć z daleka.Ok. 10 km od Świeradowa.



Tu widok z boku domu.

Widoki przed domem, rozległa działka.


piątek, 21 września 2012

Paryż- stolicą świata.

Trochę w przymglona Wieża Eiffla o wrzesniowym poranku.

Kawiarniane życie


Wracam do mojej Francji.  Siostra Italia poczeka na swoją kolej. Przyda się nam trochę oświecenia , bo powtórzę za Francuzami, którzy uważają się za jedyny prawdziwy cywilizowany naród na świecie, że ich obowiązkiem jest oświecać ludzkość /sic/. "Francuzi odkryli najgłębsze prawdy i poznali smak życia, czują więc, że są przewodnikami świata." Pewna istotna dziedzina życia rozpatrywana w dyskusjach, jeśli odbywa się po francusku, wywołuje na twarzach rozmówców uśmiech rozmarzenia i bardzo przyjemnej kontemplacji.

Jeśli ktoś jeszcze nie przyjął do wiadomości, że Francuzi są panami świata,/!/ moje skromne blogowanie pokaże Francję jaśniejszą blaskiem, błyskotliwą ( bon moty to od nich) i piękną, jak próżna kobieta. Bo u nich nawet symbolem Republiki jest kobieta, czyli piękna Marianna, skacze przez barykady w skąpym odzieniu z niezłomnym patriotyzmem. Francja jest zmysłowa w każdym momencie.
   Z Francją mam tak wiele literackich skojarzeń. Tak, bo literatura jest moim alter ego.We Francji np. uwielbiam m.in. nazwy ulic, same wielkie nazwiska, już o tym pisałam wcześniej. W Paryżu  do wspaniałej klasycznej brasserie Le Grand Colbert  można dojść uroczymi pasażami i galeriami wypełnionymi antykwariatami , bulwarowymi teatrzykami i sklepikami z bardzo elegancką zawartością.
 Zanim zasiądziemy w Le Grand Colbert, w uroczej sali, przy małym stoliczku za drewnianą przegródką z rzeźbionymi szybami, zanim jeszcze złożymy zamówienie, to przedtem przespacerujemy się koło starego gmachu Biblioteki Narodowej. Mija się ulicę Richelieu ( A.Dumas „Trzej Muszkieterowie”, ileż tu bohaterów jawi się w wyobraźni?) a tuż obok mieszkał Stendhal ( „ Czerwone i czarne”, Julien Sorel, pani Renal, Matylda), parę numerów dalej jest Theatre des Bouffes Jacques'a Offenbacha, nazywanego Mozartem Champs Elysees.
Cały ten świat wielkiej kultury, kiedyś przeczytany, a teraz uruchamiany za pomocą szarych komórek, jest nieodpartym wdziękiem przynależności do homo sapiens.
Książki, biblioteki, czytelnie towarzyszą mi od najmłodszych lat. Zaczęło się od biblioteki w SP nr 2, gdzie p. Marcickiewicz znajdowała dla mnie wszystkie przygodowe książki, podróżowałam ze Szklarskim i Fiedlerem, Verne i Stevenson zabierali mnie na tajemnicze wyspy mórz i oceanów. Wyruszałam na różne wyprawy z Zofią Kossak, Sienkiewiczem i Sieroszewskim.
Kiedyś trafiłam na reportaż Mariana Brandysa „ Śladami Stasia i Nel” i jego dalszy ciąg „ Z Panem Biegankiem w Abisynii i chyba wtedy mając ok 12-13 lat zorientowałam się, co chcę robić w życiu. Podróżować, nadal czytać, uczyć się języków obcych i pisać o swoich doświadczeniach. Kiedy przychodzę do biblioteki na ul. Focha w moim rodzinnym mieście, nie zmienionej od ponad 30 lat ( tak, dalece nauka jest niedoinwestowana! ), czuję się, jakbym zjadła magdalenkę w poszukiwaniu straconego czasu. Nadal jestem małą Alusią, która wypożycza po 5-7 książek i wszystko zachłannie połyka. Czytanie klasyków, to jak powrót do źródeł, podróż wywołana nostalgią. Każdy klasyk jest mi tak bliski, że kończąc książkę, smucę się, że muszę się rozstać z bohaterami.
A teraz wrócę do Paryża, który zachowuje niezwykłą ciągłość, nawet zaklętą w nazwach ulic i paradoksalnych przeciwieństwach. Bo przecież Pola Elizejskie
Kino na Polach Elizejskich, film A l`origine z 2009r.
 ( elisi campi) należały w świecie antycznym do umarłych, a teraz swoim hałasem świateł są najwspanialszym symbolem życia.
 A Bastylia zburzona w 1789 roku jako miejsce ucisku, upokorzenia, feudalizmu, monarchii absolutnej, jest obecnie placem z wysokim pomnikiem poświęconym rewolucji lipcowej z 1830.
 A z tarasu kawiarni „Le Bastille” można oglądać paryskie la vie nocturne et lumiere i wszyscy już dostali po ciastku od Marii Antoniny, bo chleb powędrował teraz gdzieś do Afryki. Place de la Bastille to obecnie serce dzielnicy klubów i życia nocnego. Dominuje tam szklany gmach opery,
 naprzeciwko, wzdłuż malowniczego Kanału Saint- Martin rozłożyli się artyści.
 Ulice i place wypełnione są halami i namiotami wystawienniczymi. W pobliżu niezliczona ilość barów, kawiarni i restauracji. Wszystko wibruje, jest kolorowo, wesoło, ciepło. Paryż się bawi, krząta, szum, śmieje się po prostu „jazz”. To jest jedyny w świecie urok cudownego miasta. Dlaczego cudownego?
U bukinistów

Muzeum d`Orsay

 Nie tylko przez architekturę, ale przez atmosferę, jedyną, niepowtarzalną i tradycję, którą odnajdujemy tu w każdym kamieniu. Dość, że kiedy któż zachwala uroki Rzymu, Londynu czy Wiednia, słucha się cierpliwie wszystkich argumentów, by potem wyciągnąć wniosek: „ Tak, ale Paryż....” jest jak najpiękniejszy sen.
zdjęcie z innej wizyty.


Cieszę się, że nie mieszkam w Paryżu, bo za każdym razem, gdy tam przyjeżdżam doświadczam swoich podróżniczo- intelektualnych orgazmów. A w innym przypadku może by mi się znudził ? Zostanę w Paryżu przez kilka najbliższych postów. Bisous pour toutes.