Moja lista blogów

sobota, 6 lipca 2013

Reunion Party- IX Zjazd II LO im.J.Chreptowicza.



Z Marzenką.


 Dawniej / dawno, dawno temu/, gdy skręcało się za „dwójką”, prowadziła  nadal ulica Polna, mijało się blok z ładnymi balkonami, a za nim budynek OPBO z taką jakby  wymurowaną zjeżdżalnią przy schodach. Tam chodziliśmy dzwonić, gdy była potrzeba w nagłej sytuacji, a na końcu tej małej  bocznej alejki  wybudował się „Chreptowicz”. Najlepsze liceum w mieście przeniesione w połowie lat 60. z niedalekich okolic, również ulicy Polnej. Przed budynkiem  szkoły  przez kilka lat  został tam tzw. barak / nie mylić z Obamą/, czyli  drewniany dom wielorodzinny. Parę metrów dalej usadowiono wygodnie mój blok, z numerem  Polna 52f. Na podwórku mieliśmy krzewy agrestu i porzeczek, rosły też drzewa owocowe, pamiętam morwy,  nie wiem do kogo należał ten smaczny ogród i sad. Może do właścicieli domów, które stoją do dzisiaj, szczególnie obszernej posiadłości rodziny Kitlińskich i Leśniewskich? U tych ostatnich czułam się jak w filmie, tak bardzo chętnie zanosiłam lekcje mojemu koledze Andrzejowi,  jego  piękna mama grała na fortepianie i częstowała mnie ciastem podanym na wytwornym talerzyku. Po wielu latach przed blokiem wybudowano betonowe garaże i takież chodniki, ciekawe , kto dał na to pozwolenie?  Zniszczyli nasz gaik. Ale to  już nie było za czasów mojego dzieciństwa i młodości. Rodzice mieszkali tam do 1978r. Wcześniej, pewnie w latach prosperity budowlanej lat 70. do istniejącego budynku OPBO dobudowano jeszcze jedną socrealistyczną bryłę, firma się rozrastała  i zasłonięto mi widok szkoły, który miałam z okien kuchni. Jeszcze  w podstawówce, kiedy  zajadałam śniadanie, lubiłam obserwować uczniów idących rano do szkoły.
Jola w czerwonym, koleżanka z bloku, Marzenka w okularach z sąsiedztwa.
 Okna były chyba wtedy niżej i widziało się dobrze sylwetki osób. Mieszkałam na parterze. Zawsze podkochiwałam się w kolegach starszego brata. Teraz podobają mi się młodsi koledzy, vide zdjęcie.
 Odkąd poszłam do szkoły, jako grzeczne 7-letnie dziecko, wiedziałam, że kiedyś będę się też uczyć w legendarnym wtedy „ Chreptowiczu”. Tam chodziły takie ładne dziewczyny, nie nosiły fartuchów, jak my w podstawówce, ale modne ciuszki.  Miałam koleżankę z tego baraku, który stał  przed  samą szkołą, nazywała się Małgosia B., ona z pewnością nie chodziła potem do „Chreptowicza”. Większość rodzin w tamtych czasach żyła skromnie, ale ci z baraku jakby naznaczeni stygmatyzmem ubóstwa, ale ja tego nie rozumiałam sięgając w przeszłość .  Bardzo bym była rada usłyszeć, że dzieci z baraku osiągnęły sukces życiowy. Znam jedną rodzinę, którą poznałam na Rosochach, wiedzie im się przyzwoicie,  ich  dorosłe  już dzieci  są w Anglii. Kiedy barak rozebrano, chyba w III klasie naszej podstawówki  Małgosia  zmieniła szkołę.  Siadałyśmy nieraz na  drewnianych schodkach, jako piegowate małe dziewczynki  i patrzyłyśmy na te panienki z liceum. Pamiętam, że były też modnie ufryzowane, w jakieś koczki i kitki. Jedna z nich, szanowana w naszym mieście nauczycielka ten koczek nosi do dziś. Ja czesana byłam w warkocze.
Impreza plenerowa na Krzemionkach.
 Niedługo potem, przed naszym ogrodowym podwórkiem wybudowano kolejne bloki, stały one już przy ulicy Iłżeckiej. Najpierw kopano głębokie doły i mama zabraniała mi tam chodzić, a potem stawiano fundamenty, jeszcze z pustaków i cegieł. Taka cegła, bo za kolejnym razem już tam chodziłyśmy się bawić, spadła mi na nogę z wysokości i mam do tej pory bliznę.
 W tych blokach zamieszkało  wkrótce moje szkolne późniejsze  kumplostwo, Marzenka , Bodzio i inni.
Z mojego bloku, gdzie znaliśmy się niemal od urodzenia, parę osób ukończyło edukację w  „Chreptowiczu”,
Od lewej Basia, Dorotka, Jola, Ela, ja i Marzenka. W klasie polonistycznej.
 Jola Karbowniczek, Dorotka Jurysówna, siostry Piotrowskie, mój brat, to nasze dwie klatki, z pierwszej nie pamiętam, bo przyjaźniliśmy się klatkami. Słynny trzepak i zabawy na nim też były obecne w naszym dorastaniu, taka dodatkowa lekcja gimnastyki.
Ten blok z ładnymi balkonami  przy Polnej 52 to był jakiś uprzywilejowany, rodzice tamtejszych koleżanek pracowali w bankach, byli dyrektorami jakichś lokalnych zakładów, tak coś pamiętam , ale socjalistyczna równowaga kazała tam zamieszkać również szarym obywatelom. Jeden mój kolega stamtąd powtarzał klasę dwa razy, ale wyróżniał się dużą urodą, Romek Przygoda, nomen omen. Mieszkała tam na pewno Lidzia Gołąbkówna i siostry Wawrylakówny, dziewczynki z dobrych domów. Dobrze pamiętam, jak wyglądali ich rodzice,eleganckie mamy i dostojni  tatusiowie.
Z ulicy Mickiewicza, Polnej to wiadomo, Iłżeckiej, Kopernika i Sienkiewicza  nie w całości, bo tamci zostali zabrani do „ czwórki”, np. Ilona Domagalska,  pozostali  chodziliśmy do „dwójki”, niektórzy  przez  8 lat. 
Od lewej Ela, Szymek- klasowy przystojniak, ja, Dorota, Jola, Ilona, Małgosia.
Jeździliśmy na obozy harcerskie, a potem desantem wylądowaliśmy w  „Chreptowiczu” i wygnańcy z „czwórki” powrócili w nasze wesołe szeregi  i nowi z osiedla Słonecznego.
Spotkanie mojego koleżeństwa, utrwalonego poczwórnie -  dwie szkoły, podwórko i wspólne wakacje, to  najpiękniejsza  impreza  jakiej można doświadczyć.
Bożena, Jacek, Jola, Krzysiu i Grażynka podchodzi.
 Ci, co zostali w Ostrowcu wykonywali zawody, które również umożliwiały nam spotkania, nauczyciele, lekarze, urzędnicy biurowi. Znamy się całe nasze życie, pamiętamy naszych młodych Rodziców, nasze rodzeństwo się przyjaźniło, czasami wśród przyjaciół z podwórka znajdowaliśmy przyszłych życiowych partnerów. I życie toczyło się dalej. Gratulowaliśmy sobie pierwszych dzieci, nowego mieszkania na Stawkach , Rosochach, pracę każdy miał, nie było czego czcić.  A potem , kiedy demokracja wybuchła celebrowaliśmy  nowe domy, zakładane firmy i coraz lepsze samochody, czasami nowych mężów i już wnuków. Umierali  powoli nasi rodzice.
Przed szkołą. Piękne dziewczynyz Ostrowca i chłopaki przyjechali  aż ze Szczytna i Elbląga.

Ja zawsze byłam typem osoby społecznej, od początku pracowałam w samorządzie szkolnym dwóch szkół, uczestniczyłam we wszystkich możliwych dla mnie konkursach i akademiach szkolnych, czynnie pracowałam w harcerstwie ,prowadziłam gazetki szkolne itd.
Najlepsze polonistki i recytatorki naszego rocznika. Ela i Grażynka.
 Znałam mnóstwo ludzi i nadal tak się dzieje, świętowaliśmy nasze kontakty, utrwalaliśmy je  na różne znane towarzyskie sposoby.
II Liceum Ogólnokształcące dało mi gruntowną wiedzę, nie bez przyczyny  szli tam tylko wzorowi uczniowie, innym ciężko było przetrwać. I wiem teraz, że szkoła była wyjątkowo indoktrynowana w latach 70.,
 partyjni dyrektorzy, hasła  socjalistyczne, którym teraz z kronik robiliśmy zdjęcia, np. Związki Zawodowe przyjacielem młodzieży/ to nawet nie takie złe- zalążek Solidarności?, haha/, ale wymagano  bardzo dużo i niektórzy traumatycznie wspominają lekcje. Ale czy my wtedy świadomi byliśmy indoktrynacji? Mieliśmy oryginalnych,  bardzo wymagających i nietuzinkowych profesorów, dostawaliśmy się na studia, często najlepsze w kraju uniwersytety. 
W białym płaszczyku pani prof. Pękalska.

Przysłowiowe okno na świat otworzyła mi pani od angielskiego, niezapomniana Zocha Świątkiewiczowa. 
  Od tamtych czasów moim najlepszymi narzeczonymi byli obcokrajowcy, aż w końcu znalazłam męża z daleka. Mówiłam już w liceum po angielsku, tak Zocha nas dobrze kształciła i chętnie ćwiczyłam tę umiejętność w Warszawie na Starym Rynku, kiedy odwiedzałam starszego brata, który studiował w  stolicy. A to hasło po łacinie w świetlicy szkolnej, non scholae sed vitae discimus…  najbardziej słuszne, jak pokazuje życie.
Znajomość historii i pasja do niej pomogła mi wiele lat potem w zawróceniu głowy  amerykańskim weteranom walk na II Froncie i na Pacyfiku,  sąsiadom mojej amerykańskiej teściowej  z  Palm Beach County.
W środku profesorka od historii, pani Sokołowska i koleżanki z rocznika.
  A geografia, wcześniej rozwijana w „dwójce” przez  druhnę Januszową,  panią Nowińską z kontynuacją pani Doreckiej stała się drugą moją pasją,  nienasyceniem podróżowania. Książki przeczytane na języku polskim i w ogóle spowodowały moje zapatrzenie i zasłuchanie w ten cały bogaty refleksyjny świat. Czasami przeszkadzały być twardym w biznesie, ale pomogły w funkcjonowaniu w filozoficznej intelektualnej Francji.
Na zdjęciu z panią prof. od polskiego- Teresa Jasińska-Śliwka.
Na koniec chciałabym krótko wymienić moje koleżeństwo z Polnej 54-dawny adres szkoły, obecnie Rosłońskiego 1,  z którymi tak wspaniale było się znowu spotkać na Zjeździe „Chreptowicza” , wspólnie poszaleć i pośpiewać wyzwoleńcze pieśni. 
Grupa z mojego rocznika.
  Mam nadzieję, że nie znikniecie mi z oczu- Ilona Domagalska, Dorota Czarnecka, Marzena  Gwoździkówna, Dorota Jurysówna, Jola Karbowniczek, Małgocha Zającówna, Bodzio Grochowski, Jacek Klucznik, „Wężu „ Tylski, Grażyna Gajewska, Jola Kozłowska,
Z  Jolą i Bodziem.
 Bożena Karpińska, Piotrek Radosz, Leszek Lipiec, Ela Migasówna, Ania Hojnowska, bracia Chmielewscy, Jola Kaczmarska, sorry, pominęłam wiele nazwisk.
Sadzimy dąb na pamiatkę.

Spotkamy się za 5 lat, tacy już starzy , ale nie powiemy czas odchodzić, zakrzyczymy znowu nasze młodzieńcze piosenki!  Le voila! Sic vita est et aussi la vida es un frenesi, una ilusion, una sombra e una ficcion. Nie da się tego uniknąć.
A dzisiaj są mojej córki Dominiki  24-te Urodziny!

poniedziałek, 1 lipca 2013

Memphis w Nottingham

Grupa Elvisów w Nottingham. Oni się umieją bawić, ale my też! Nastrajam się do opisania refleksji z mojego Reunion Party.

wtorek, 28 maja 2013

Mazury -cud natury.

Na Mazury, chyba też i Warmię jeżdżę od wczesnej młodości, bo mamy tam rodzinę i obozy harcerskie z mojego miasta organizowano w tamtych rejonach. Kadyny nad Zalewem Wiślanym, ileż szalonych wspomnień!  Tyle razy mi tłumaczono, gdzie Warmia, a gdzie Mazury, a tu popisuję się ignorancją. Zaraz sprawdzę. Tyle informacji w wikipedii, ze znowu się zagubiłam. Warmia bardziej na północy kraju, to pewne. A historia ziem niezwykła i znowu ta powojenna najbardziej pogmatwana, zniszczyła dawną historię i tradycje. Taka niby paralela do działań Krzyżaków i ich postępowania z Prusami i inną autochtoniczną ludnością, to dosyć odległe porównanie, ale tak mi się skojarzyło. A propos autochtonów przypomniała się lekcja francuskiego z Anglikami, po francusku też jest słowo autochton, a Anglicy w ogóle nie wiedzieli, co to znaczy i im tłumaczyłam nawiązując do naszej historii, Aborygenów i Indian.
Ostatni weekend spędziłam z młodszą córką, która studiuje w Olsztynie, pogoda mi nie dopisała niestety, ale niedziela przynajmniej była słoneczna. Skąd Dominika wzięła się aż w Olsztynie? Bo na jej oryginalny kierunek studiowania związany z żywnością przyjmowano z maturą z geografii, a wszędzie indziej z biologią. Ponadto ten kierunek to chyba tylko w Olsztynie, teraz studiuje już coś innego, NOŻ-e zastąpiła WOŚ-em.Podczas tego weekendu studenci bawili się na Kortowiadzie, czyli miejscowych juwenaliach, oj działo się, działo. Jak na woodstocku, rockowe kapele i kąpiele w błocie.
Kampus uniwersytecki Kortowo bardzo mi się spodobał, moja znajomość jego z ulotek promocyjnych została znakomicie potwierdzona w realu. Czarowne miejsce do studiowania i mieszkania.
Niech tych parę zdjęć potwierdzi  jego urok i Olsztyna, gdzie oddawałyśmy się ulubionym zajęciom, podziwianiu zabytków i odwiedzaniu knajpek i restauracji.
Dominika przed swoim wydziałem. 2 minuty od  akademika.

Para akademicka.

Stare Kortowo.

Aleją Absolwentów do jeziora , a potem wzdłuż brzegu na molo. 5 minut od budynków uniwersyteckich.
Fundacja Żak zapewnia noclegi wszystkim potrzebującym. Artystyczny bałagan byłby idealną czystością w porównianu z tym, co widziałam w tym akademiku po Kortowiadzie. Kolezanki Dominiki- wspaniałe dyskutantki. I po FB , na zywo, to miłe doswiadczenie.

Na plaży. Słoneczna niedziela,  studenci odpoczywają po imprezach.

Taki spokój sto metrów dalej. Akademicka wypożyczalnia sprzętu. Zamknieta podczas kortowiady, ze względów bezpieczeństwa pewnie.
Olsztyn

Zaproszenia na imprezy były bardzo zachecajace.

Na dziedzińcu Zamku.
Turystów nie brakowało.

Architektura jak w rejonach mojej Gajówki. Na ulicach odbywały się biegi, stąd te barierki.

I couldn`t resist it. I na Mazury wkrótce wrócę, nawet, żeby Kimowi pokazać i powspominać dawne czasy z moją ulubioną rodzinką.
Z Kopernikiem na szczęście.


I Dominiki złota rybka spełniła jej parę zyczeń! Symbol wydziału rybactwa.
 Nie byłabym sobą, gdybym nie przypomniała słów łagodnie słodkiej piosenki  Czerwonych Gitar sprzed lat. Cały czas przychodziła mi na myśl podczas mojej wizyty. Taka nostalgicznie piękna.

Kiedy wrócą ptaki  Do mazurskich gniazd,
Ruszaj tam, gdzie już żeglarze  Płyną szlakiem gwiazd.


Wróćmy na jeziora, Na wędrowny rejs;
Znajdziesz tam cel swojej drogi Wśród szumiących drzew.


Białe żagle, Szmaragdowa toń,
A przy tobie Przyjaciela dłoń.


Wrócisz tam z gitarą, Gdzie ogniska blask.
Zostań tu, noc śpi w szuwarach, Pieśni słucha las.


Wróćmy na jeziora, Na samotny brzeg.
Zostań tu, gdzie las i woda, Masztów cichy śpiew.


Białe żagle, Które kryje mgła.
I nic nie mów, Bo przygoda trwa. 


Wróćmy na jeziora, Gdy zapadnie mrok.
Znajdziesz tu swoją przygodę, Wrócisz tu za rok.

 A moze ktoś z czytajacych studiował w Olsztynie i ma szczególne wspomnienia?

środa, 22 maja 2013

Talizmany z podróży.



Podróż jest jak gra, zawsze towarzyszy jej korzyść albo strata, i to zwykle z nieoczekiwanej stron. Ja odnotowuję ostatnio same straty i nie umiem już entuzjazmować się kolejnym pakowaniem, dojazdami na lotniska, powtarzaniem słówek i nowymi kontaktami. Jadę, bo tego się ode mnie oczekuje i sama sobie tak wmawiam, że zbyt długie zasiedzenie w miejscu, to jakby zmurszenie. Przyzwyczaiłam się, że właściwie nie mam obowiązków, taka anarchia prawie. Robię, co chcę, jeśli mam jakieś wpłaty na konto.
Kilka lat  temu oglądałam fascynujące wystawy w British Museum w Londynie „Art and memory in world cultures”  and „Inspirational journeys around the world” i stały się one dla mnie praktycznym wyjaśnieniem podróżniczych pasji współczesnych pielgrzymów. Kiedyś szli do miejsc świętych, aby zaczerpnąć tajemniczej mistycznej siły z niezwykłych objawień, aby się modlić, kajać, prosić. Pielgrzymi przywozili talizmany, cząstkę świętości miejsc objawionych. Współczesnymi talizmanami są zdjęcia, figurki, kubki, magnesy na lodówkę, obrazki na ścianę, przedmioty użytkowe i mnie służą w całym domu.
Ja tak sobie siedzę przy swoim biurku, kiedyś było czarne , a teraz jest pomalowane metodą przecierkową na biało-pistacjowy kolor. Ma piękny  oliwkowy decoupage.Wokoło mam same podróżnicze  talizmany, na szafce wisi  przesliczny woreczek z zapachami, napis Hellada po grecku i atleta w biegu, pochodzenie wiadome. Na biurku główne miejsce zajmuje zdjęcie z Florydy, nie w ramce , ale podtrzymywane przez metalowy kwiatuszek.
 Obok towarzyszą mu inne florydzkie akcesoria, dwa gumowe " wkłady" na małe puszki, nie wiem , jak to nazwać. Oni kładą w to puszki, żeby było zimne. Pochodzą z moich ulubionych barów, Sloppy Joe`s z Key West z buźką Hemnigway`a, ktory tam sie upijał i Old Key Lime House z Lantany.Stoją na oryginalnych podkładkach Live Florida, Drink Florida. Trzymam w nich długopisy, ołówki, linijkę. Obok stoi skarbonka z Irlandii, zielona oczywiście, ozdobiona listkami koniczyny.
Nad biurkiem wisi pólka, a na niej już gejzer tych ulubionych pamiątek.
 Lubię na nie patrzeć, chociaż w  większości to tanie, pospolite souveniry. Niektóre pochodzą z dawnych lat, ale przewagę mają te   ukazujące historię podróży z Misterem. Na myśl przywodzą mi hotele i te zmysłowe momenty oraz upał.
Z przeszłości  służbę pełni Ganesha strzegąc mnie od zła i świątek nepalski, a tancerka z Khajuraho zachęca do wyuzdanej erotyki. Chroni mnie też Ręka Fatimy z Algierii, Krzyż Maltański na lustrze, oko greckie, tureckie i maltańskie, oplątane w bransoletkach na Wieży Eiffla. Przed oczami mam prześliczne porcelanowe kamieniczki z Brugii. Wiele razy podążałam śladami bohaterów filmowych, taka się czułam wyróżniona wtedy, i wydawało mi się, że  to będzie trwać, a taśma się zerwała na chwilę. Sklejamy ją. Play it again, Sam, chciałoby się powiedzieć.
Na mojej półce odpoczywa też Śpiąca Bogini z Malty. Moje kilkakrotne wizyty na tej "Atlantydzie" były wyjątkowe i maltańska łódeczka- luzzu, kąpiąca się w falach, taki kicz, a pobudza wyobraźnię. A myszka komputerowa też wspiera się na maltańskiej karocy i autobusie. I baniaczek na cider z Anglii na powrót staje się pełny wspomnieniami z żeglugi narrow boat po północnych kanałach. Lubię moją bransoletkę z Georgii z napisem REBEL i symbolami konfederackimi..
Parę tomików poezji  na mojej półeczce sprawiło, że świat jest piękniejszy, że niebo jaśniejsze i rywalizują o moje względy, gdy po nich sięgnę.
A Wy macie jakieś ulubione przedmioty obok siebie?




piątek, 3 maja 2013

Scunthorpe on my mind.

 Moje córki. In Cleethorpes., lato 2006
Dom and Mag- Humberside Bridge.Lato 2006
Już się nie mogłam doczekać, kiedy zacznę pisać ten post. Majowa wycieczka do Anglii tak bardzo rozkołysała wspomnienia z dni i lat, kiedy jeździłam tam z pierwszymi wizytami. A zaczęło się to na początku lat 90. Akurat nabyłam wiedzy w zakresie mojego nowego zawodu. Korzystając z urlopu wychowawczego ukończyłam studia podyplomowe z zakresu metodyki nauczania języka angielskiego. Widzicie po zdjęciach córek jak dawno to było! W tym czasie zdobyłam zaszczytny  kuratoryjny tytuł Nauczyciel Roku, byłam młodą mężatką, ambitną, i wyjątkową osóbką.  Jako jedna z nielicznych nauczycielek jezyka angielskiego w moim regionie, byłam często zapraszana do lokalnego Urzędu Miasta na rozmowy dotyczące kontaktów bliźniaczych z miastem Scunthorpe.
High Street in Scunthorpe. Niedzielne popołudnie 28 kwietnia 2013.
 Niewiele osób znało wtedy język angielski. Wybuchła niepodległość i szukaliśmy  zachodnich partnerów. Prezydentem miasta był mój starszy kolega z liceum, działacz Solidarności, w radzie zasiadali moi inni starsi znajomi ze szkoły i podwórka, bo wtedy wybory powszechnie zostały wygrane przez prawicę. Przyznaję, że zawsze miałam skłonności konformistyczne, chciałam tylko wygodnie żyć. Sądziłam przez lata, że dobre wykształcenie i różne umiejętności  będą czarodziejską różdżką do  komfortowego, nieuciążliwego życia. I miałam rację, tak też i potoczyły się moje dalsze losy:) Nie miałam też jakichś ogromnych wymagań, bo nie umiałam sobie  nawet tego wtedy wyobrazić.
In Normanby Hall with peacocks. Dom and Meg. Grudzien 2005.

Scunthorpe - "industrial garden", ofiara thatcherowskich przemian, zamkniętych wielkich obszarów przemysłowych, stąd ten garden, jawiło mi się jak angielski paradise. Te równe szeregi wiktoriańskich domków z półokrągłymi werandami, kolorowe kostki na chodnikach, ładne nowoczesne samochody, eleganckie dekoracje i bibeloty,wypełnione modną odzieżą sklepy i uprzejmi ludzie, to wszystko przedstawiało się jako fantastyczna utopia dla mnie. Że ja tak kiedyś mogę żyć.
Styczeń 2007, Doma, Magda i Asia.

I tak czas przepływał. W 1994r. zostałam skierowana do udziału w europejskim konkursie angielskich miast bliźniaczych. Za niedługo miał być otwarty Eurotunel i  w Londynie ogłoszono takie "interpersonalne zawody". To był główny cel, zbliżenie między narodami. Brali w nim udział mieszkańcy Europy, którzy uczestniczyli w bliźniaczych kontaktach z UK. Zgłoszono kilkaset projektów, w tym nasz, mój i Christine Edwards ze Scunthorpe. Pewnego dnia, a było to w marcu, dostałam telefon z UM i kazano mi usiąść, bo mają do przekazania pewną rewelacyjną wiadomość. Zostaliśmy jednymi z sześciu europejskich laureatów! 
W Covent Garden- w drodze do Scunthorpe, grudzien 2005.

 Tak sobie teraz myślę, że ta moja piątka w roczniku, a nawet x2, to absolutnie nie moja! Tout ne  passe pas...
Nagrodą  w konkursie Eurotunelu były znaczne finanse na realizacje projektu "Picture dictionary", beneficjentami była młodzież szkolna i w tym moja osobista starsza córka, której klasę wybrałam do realizacji projektu. A nagrodą stricte rozrywkową był  tygodniowy pobyt w Anglii, min. podczas  oficjalnych uroczystości otwarcia Eurotunelu- 6 maja 1994r. z udziałem królowej Elżbiety II i prezydenta F.Mitteranda,  "a ja tam byłam, miód i wino piłam". Tunel łączy Calais i Folkestone i tam odbyły się główne uroczystości. Poznałam mnóstwo ludzi i bawił mnie  sukces towarzyski, jaki był moim udziałem. Obiecam sobie poskanować dawne zdjęcia, żeby  powspominać tamte chwile. Bo tu zdjęcia od czasów cyfrowych aparatów w moim posiadaniu.
Zaczęły się niezliczone wyjazdy oficjalne i prywatne, ewaluacje projektu, konferencje i spotkania. Po roku zrezygnowałam z pracy w szkole państwowej, założyłam swoją szkołę językową i biuro tłumaczeń,  po trzech latach moje małżeństwo przeżyło pierwsze rozstanie. Życie nabrało przyśpieszenia, komfortowej radości, poczucia self-confidence i głód eleganckiego samochodu został wreszcie zaspokojony: Każdy inny po małym i dużym fiacie był elegancki.
I zakupy z Primarku, sure. A to chyba w Grimsby.


 Scunthorpe stało się moim drugim rodzinnym miastem, podróżowałam tam kilka razy do roku, organizowałam wymiany szkolne, rodzinne, indywidualne. Moje Stowarzyszenie było bardzo prężne. Taką miałam wtedy energię i chęci. I wspaniałych przyjaciół,
U Marion Howe-  angielskiej szefowej Bliźniaczych Kontaktow ze strony obywatelskiej, bo te oficjalne, miejskie, podobnie jak i u nas, rządziły się innymi prawami. My wszystko organizowalismy w zakresie prywatnych finansow, a oni za państwowe. Anglicy za unijne wtedy.  Grudzien 2005.
z którymi organizowaliśmy wymiany.  Those were the days, my friend...
Lincoln Cathedral, grudzień 2005.
 Dostałam kiedyś kilkanaście tysięcy książek, które przywiózł mi lokalny przedsiębiorca swoim Edi Transport, a zbierał te pozycje dla mnie działacz Twinning Association, p.Albert Szymonowicz, od dawna już ŚP.
Pan Albert z żoną, grudzień 2005, Scunthorpe.

Tyle miłych wspomnień związanych z miastem, to tylko miasto uniwersyteckie mi przyniosło.
W Scunthorpe moja córka znalazła swój dom przez prawie 4 lata, i miłość
Bowling- ulubiona rozrywka. Grudzien 2005
. Siostra odwiedzała ją tam stale i robiła udane zakupy, a gdy skonczyła 18 lat tez pracowała w wakacje. Siebie już  nie liczę, bo wtedy już głownie jeździłam do Mistera we Francji.
Ze Scunthorpe w mojej szkole przez 8 lat pracowało dwóch nauczycieli, John Robinson i Paul Wilson. Ile oni mają wspomnień z Polską! I nadal silne więzi.  Po 1 maja 2004r. moja córka Magda rozpoczęła ostrowiecką masową emigrację do Anglii, a zaczęło się od Southampton i Scunthorpe obviously.
Kończę te wspominki, a zadziały się dzięki zaproszeniu Asi do Scunthorpe- poniżej-
 i  przyjaciół   Marzeny weselnych do Nottingham. Przyjacielsko zorganizowano dla mnie dojazdy na lotnisko East Middlands, pokazano mi okoliczne atrakcje i serdecznie ugoszczono. Polacy w Anglii to obecnie ponad milionowa grupa etniczna,  ostrowiaków, w tym moich dawnych uczniów i znajomych mogę odwiedzać we wszystkich rejonach.

Były to dla mnie piękne urodziny, kolejne za granicą albo w Anglii. Dziękuję Ilkestone!