Moja lista blogów

sobota, 31 sierpnia 2013

Blogerki- jesteście wspaniałe!

Pomyślałam sobie, ze jeszcze coś napiszę w ostatnim dniu wakacji. Bo ja od zawsze mam wakacje, a nie jakieś urlopy i rok zaczyna się dla mnie 1 września. Nauczycielki tak mają, chociaż dla urzędów państwowych nie jestem nauczycielką, tylko " działalnością gospodarczą". Z tego też powodu nie mogę rozpocząć nowego życia, bo muszę ciągle wracać do swojego miasta rodzinnego, chociaż firmę od paru lat i tak prowadzi ze mną córka. Ale, zawsze jakieś ale...
Wspomnienie wakacyjne.Upał na Wełtawie.  Praga od Gajówki niecałe 100km.

W te dni obchodzi się rocznicę porozumień sierpniowych, a ja w TAMTE dni byłam w Indiach i Nepalu, i los kraju niewiele mnie interesował, bo nie wierzyłam w jakiekolwiek zmiany.Pamiętam jak w 1982r. oglądaliśmy w szkole pogrzeb Breżniewa i pomimo ponurej nocy po stanie wojennym, wtedy uwierzyłam, że system, wtedy tak się nawet nie mówiło, może przejść powoli na inne tory. I bardzo dobrze, że tak się dokonało, bo moje życie kiedyś nabrało wielkiego przyśpieszenia.
 Dzisiaj chciałam głownie napisać, że dzięki paru blogerkom uwierzyłam w swoją misję w Gajówce. Na blogach, które sobie przeglądami, również mam na liście ulubionych, widzę różnorodność i niezwykłość, zamiłowanie i zapał do tworzenia, jakby wewnętrzny żar u dziewczyn. Talent poparty gruntownym wykształceniem.Powiem górnolotnie, że ich posty rozbudziły we mnie na nowo chęć na wyzwania.
Kolorowo, jak w Niebieskiej Chacie:) Powoli kształcę się w wyszukiwaniu babcinych drobiazgów w sklepach second hand, a w moim miescie jest ich bez liku. Jest w czym wybierać.


Tyle entuzjazmu, zapału i pasji, o których czytam na blogach, nie spotkałam nigdy w swoim rodzinnym mieście. Bez obrazy oczywiście, ja z racji wieku mam teraz inne postrzeganie świata. Pewna jednorodność, jaką od lat obserwuję w moim mieście,  dotycząca wielu aspektów życia jak i osób w  pewnych przedziałach wiekowych, sprawiła, że się znacznie rozleniwiłam. Czułam się bezpiecznie i komfortowo u siebie i odechciało mi się budowania nowej przyszłości. Ciągłe wyjazdy, przyjazdy, pakowanie, lotniska, teraz pociągi, miałam tego dosyć. Wakacje, jakby przymusowe, co dwa miesiące, mogą być też męczące. Blogerki są na ogól młodsze ode mnie 10-20 lat, prawie w wieku mojej starszej córki, stąd też i dużo w nich entuzjazmu. Cytują Paulo Coelho, te mistycyzmy i buddyjskie orgazmy mam dawno za sobą. W końcu byłam kiedyś  w Nepalu, a tam się żyło na całego:) A nadmiar wrażeń , który towarzyszył mi w ostatnich latach, a potem nagły jego brak, przygnębił mnie to trochę i zobojętniałam. Ale penolopia.blogspot.com wg moich obliczeń, to tak mniej więcej w moim wieku. I buduje nowy dom! Dzięki za wsparcie. Z dociekliwością w lekturach blogowych szukałam wieku autorek, dla  pocieszenia siebie, że warto jeszcze uganiać się za przygodami w życiu. Wieku nikt nie pisze, ale orientowałam się po muzyce młodości, zdjęciach dzieci, a czasami wnuków. That`s it. Moja generacja. Ale wzruszyła mnie  też niebieskachata.blogspot.com i dla niej te zdjęcia powyżej.
 W Gajówce drażnił mnie Mister, bo miał inną koncepcję remontową w kwestii drobiazgów, bo do rzeczy zasadniczych  nie wtrącałam się. Np. co zrobił z tym drzwiami i oknami.
Tak było.

Tak jest teraz, ale ja z powrotem nabędę gdzieś tej stolarskiej galanterii i uzupełnię drzwiowe dekoracje. Chciałabym też pomalować te drzwi  w stylu Niebieskiej Chaty.

Takie były przepiękne okna i ramy.

A teraz takie, staroświeckie ramy gdzieś rzucono pod stosy desek. Okna są jednokomorowe, żeby dawały więcej swiatła i również były tańsze.
Całe życie mieszkałam w bloku, i w mieście, co więcej nie planowałam domu, a tym bardziej na wsi. Francja była miłym przystankiem, i znowu będzie za niedługo, ale wiem teraz, że Gajówka- zagroda, matecznik, polana/ podobają mi się te nazwy/, może stać się nastrojowym rodzinnym przybytkiem na przyszłość. Żebym tylko znalazła na to siłę i hura-optymizm.W Gajówce i wokół tyle wspaniałych , inspirujących ludzi, nie tylko na blogach.
 A tu kotki pomagają w kładzeniu rigipsów, a potem zasypiają. Świeże zdjęcia od Mistera.


W tym pokoju chciałam, zeby zostawił trochę oryginalnego muru i  stare deski na ścianach, ale nie, bo stwierdził,że pokój bedzie cieplejszy tak dokładnie obłożony wełną, izolacją i "dry walls". Tu bedzie ogromna master bedroom.


środa, 14 sierpnia 2013

Wspomnień czar- Lubomierz i Łagów Lubuski.

Na początek zdjęcie naszych "dzieci", Jerry, Bonnie i najmłodszy Bob. Zgodnie śpią na krześle w łazience.

Bob- najmłodszy "synek".
To było na początku lat 90, zaraz po transformacji ustrojowej. Byliśmy oboje z pierwszym mężem nauczycielami, on germanistą. Moi kuzyni z zachodu Polski wspominali nam, że u nich bardzo brakuje nauczycieli języka niemieckiego, bo w reżimowych czasach bardziej preferowano inne języki w szkołach. Zawsze lubiłam wyzwania i  odważnie napisałam do kuratorium województwa, wówczas jeleniogórskiego z naszą ofertą pracy. Ten czesko- niemiecko-polski trójkąt nas zauroczył. Odpowiedź przyszła prawie natychmiast, była to wiosna, zaczynał się ruch służbowy. Były dwie propozycje, praca w Gryfowie i Lubomierzu. Mieszkanie w Domu Nauczyciela, dwupokojowe, chyba z małą działką. To mieszkanie stało się naszą kartą przetargową. W Ostrowcu posiadaliśmy duże tzw.M-4, z dwoma holami i oddzielną łazienką. I dwoje małych dzieci. Zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, bo nie było w nas żadnej determinacji, ani musu. Tylko chęć na zmiany, bo już wtedy odczuwaliśmy chyba jakiś kryzys.Rozstaliśmy się po raz pierwszy ok.7 lat potem. Gdybyśmy byli w gorszej sytuacji finansowej, pewnie byśmy się zdecydowali, ale w tej chwili nie jestem nawet zainteresowana myśleniem, co by było gdyby. Tamten świat już nie istnieje, nawet mój pierwszy mąż nie żyje, nie żyją moi rodzice, których wtedy też szkoda było mi zostawić, chociaż nie byli bardzo starzy. A moje małe córeczki to dorosłe kobietki.
O Lubomierzu  najpierw słyszałam z okazji Krzyża Walecznych, filmu Kutza, a nie Samych swoich. Jedna z nowelek debiutu Kutza "Wdowa" kręcona była w Lubomierzu.
Tą czarującą ulicą w modnej rozkloszowanej sukience spacerowała Grażyna Staniszewska, znana potem z  roli Danusi w Krzyzakach, jako wdowa po Joczysie, słynnym partyzancie, a miejscowi nie dawali jej zacząć nowego zycia u boku zootechnika Więcka- w tej roli Zbigniew Cybulski.
 W liceum bardzo pasjonowałam sie filmem polskim, trzy razy byłam w Łagowie Lubuskim, gdzie odbywał sie jedyny wtedy w Polsce festiwal filmowy. To temat na oddzielny post, który juz sobie obiecuję od lat, tylko muszę gdzieś odnaleźć stare zdjęcia. Kiedyś, chyba z okazji 30- lecia Polski Ludowej na festiwalu ogłoszono konkurs na najlepszy debiut 30-lecia i wybrano film Kutza, stąd tak dobrze pamiętam. Pewnie potem w przyszłości oglądałam ten film po raz kolejny, ale najlepiej pamiętam z amfiteatru w Łagowie. Oglądałam tam  kultowe " szopenowskie" Con amore, mając za sąsiada Sławomira Idziaka, wówczas bardzo młodego operatora i popisywał się układaniem klatek ręką, że on by coś inaczej ujął. Dużo przygód z tamtego przykurzonego świata. Też sukces naszych "Orłów" na World Cup, oglądane mecze na zamku, gdzie przechadzali się wielcy aktorzy tamtych czasów.  Pewnego roku Daniel Olbrychski z Marylą przyjechali  z festiwalu opolskiego po brawurowym wykonaniu Wrócą chłopcy z wojny jak należy...  Nie żyje też moja serdeczna przyjaciólka z liceum, z którą jeździłyśmy do Łagowa.
Tamte sny, die traume, tak mgliście przetwarzają się w mojej obecnej rzeczywistości. Tak, to jest trauma po naszemu, trauma utrwalona w młodości, czynienia tylko rzeczy wzniosłych, bo wszystko inne jest prymitywne i prostackie. Pamiętam taką jedną bohaterką literacką, która puszczała wodę w wannie, żeby zagłuszyć odgłosy wydalania. Jak ja ją rozumiałam.
I kiedy przyjechaliśmy do Lubomierza, ja widziałam tylko przeurocze kamieniczki z podcieniami.
 Nawet odnowiony Ratusz tak nie czarował, jak te kamieniczki.
  Natomiast Mister zasiadł w lokalnym barze i nie ruszył się przez kolejną godzinę. Chwalił kelnera za dobry angielski i za meksykańską  pikantną potrawę. Upał spowolnił ruch, parę turystów robiło zdjęcia muzeum Kargula i Pawlaka.


Podobał mi się pręgierz miejski, jakie kary wyznaczano mieszkańcom dawnego Liebenthal?  Zegary słoneczne wyznaczały cieniem  biegnący czas. Miasteczko było opustoszałe, żar lejący się z nieba wygonił ludzi nad wodę. Przyjechaliśmy tam już ok. 18, było bardzo parno, potem, już w domu rozpętała się burza.



Wypiłam polecaną cafe macchiato. Kupiłam wtedy papierosy i zapaliłam po miesiącu przerwy. Bo Mister tak wszystko zohydził.Nie ma najmniejszego pojecia o polskiej historii i nie chce nawet sluchac. Słów brak.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Do Laosu w Anduze po gliniane garnki.

 Przyznaję z przyjemnością, że miłośniczki mojego bloga o Francji zachęciły mnie do dalszego pisania o  przygodach w Langwedocji, a szczególnie te słowa wróciły mnie do "la France mon amour"   "..sprawiasz wrażenia takiej szczęśliwej i spełnionej kobiety, dzielącej się swoim szczęściem z całym światem, to jest tak pięknie wyczuwalne w Twoich postach.  Wiem, że życie tu na ziemskim padole nie jest fraszką, to taka stara, katarska, gnostyczna prawda, ale wiem też, że ta wspaniała energia radości i szczęścia, jaką wyemitowałaś światu poprzez swojego bloga powinna wrócić do Ciebie .."
 Dzięki, pobawię się jak kiedyś.
Do Anduze jeździmy z naszą  francuską koleżanką Jacky. Niedaleko stamtąd mają piękną posiadłość, o której pisałam w poście http://www.ardiola.blogspot.fr/2011/08/wizyta-w-chateau-chirac.html.
OK, I have to say it, Anduze is one of my  favourite villages in the Languedoc. I like it because my French friend Jacqualine used to invite me there frequently.
Anduze to małe miasteczko nad rzeką Gardon, ze skalistych klifów roztaczają się tam bajeczne widoki. Rzeka ma kamieniste plaże, ludzie  wiosłują po rzece  i opalają się. Anduze leży u stóp gór Cevennes.
Anduze has a population of a little over 3000 people. It's situated on the river Gardon where you'll find stunning cliffs of rock formations that gives Anduze it's fabulous views.

 The Gardon has stony beaches where you'll find people  paddling and sunning themselves in the Summer.
Anduze is situated  45 mins West of Nimes and around 1 hour North of Montpellier. Anduze is truly the gateway to the Cevennes (mountain range).
The seigneurie of Anduze was established at the beginning of the 10th century, and were an ally of the counts of Toulouse and partcipated in the crusades against the Albigensians. Miasteczko z zamkiem powstało już w X wieku i sprzyajało  Tuluzie w czasie walk z krzyżowcami w krucjacie przeciwko albigensom. Od tamtych pewnie czasów było anty- katolickie, w dalszych wiekach stało się centrum protestantyzmu. Do tej pory okiennice malowane są na szaro lub w kolorze burgunda- kolory protestantyzmu. Nimes- godzina jazdy od Anduze to również protestanci i bardziej we Francji są z tym utożsamiani, niż z niezwykłymi zabytkami rzymskimi. Tak mi się wydawało, bo wyjatkowo ten fakt jest podkreślany.
In the 16th and 17th Centuries, Anduze was centre of Protestantism in the Cevennes. Many houses in the area have their own cemeteries, as Protestants weren't allowed into the village cemeteries until as late as 1860. You'll also find a lot of window shutters still painted grey or burgundy - the Protestant colours.

Anduze is well known for the Bambouseraie - a large park full of Bamboo... worth a trip in the Summer when it's too hot as it's lovely and shady.
Ale Anduze to rownież Bambouseraie- nadzwyczajny bambusowy park rozłozony na 34 hektarach, rozpoczęty w 1856 r. przez Eugene Mazela - pasjonata botaniki.To było jak przeniesienie w przestrzeni do azjatyckich dżungli znanych mi szczególnie z filmów o wojnie wietnamskiej. Jak zwykle za dużo się zastanawiam nad wszystkim i to mi przeszkadza wyciszyć się i chłonąć piękno.

La bambouseraie de Prafrance  est un jardin exotique. Unique en Europe par ses dimensions, se situe dans un domaine d'une superficie de 34 hectares . Elle contient des bambous plantés à partir de 1856 par Eugene Mazel.
C'est un parc ouvert au public, qui comprend :
Une foret de bambous geants

un village laotien

  • Un jardin d`inspration japonais
  • .

  • Un jardin floral
Les bambous prospèrent dans ce site qui bénéficie d'un climat très favorable à leur culture et forment une véritable jungle. Ce parc a servi de cadre pour le tournage de plusieurs films.
Depuis quelques années, à la manière de nombreux autres jardins contemporains, le site accueille des installations d'artistes, plus ou moins pérennes ou éphémères.



You can get to the Bambouseraie with the Steam Train - a gorgeous 40 minute journey from Anduze to St Jean du Gard stops en route. It takes a route away from the road into the Cevennes  beautiful unspoilt country. Do bambusowego parku można dojechać koleją, 40-minutowa podróż dostarcza westernową przygodę. A turyści się cieszą i ekscytują, ciuchcia mnie zawsze przypomina podróże po Bieszczadach, deszcz w Cisnej, zielona wzgórza nad Soliną i połoniny.

Anduze is also well known for it's pots - large garden pots, mostly found outside of mairie's all over the South of France. They have a very distinctive pattern and shape. I particularly like the Poterie de L`Olivier a fantastic shop selling everything from beautiful mosaic garden furniture through to oven to table ware. Anduze jest słynne z garncarstwa, wielkie  ogrodowe donice zdobią merostwa całej Południowej Francji. Mają oryginalny kształt i wzór. A w moim mieście rodzinnym, w jego najstarszej części też mamy garncarską tradycję i tak sobie myślałam, że my nie wykorzystujemy tak turystycznie swoich walorów. Jakbyśmy się wstydzili rzemieślniczego pochodzenia.  A poniżej mój ulubiony sklep U Oliwiera, zasiąść przy stoliczku z kurkami, w cieniu z kieliszkiem rose, a to była wyborna chwila. To urok prowincji, spokojnego, leniwego życia. Na chwilę wydaje się dobrze, bo zanik czasu na dłużej, to jakby umieranie dla mnie. Jednym słowem, wsi nie toleruję, nie mam tu na mysli Anduze.


Anduze is ideal for those liking the countryside, not wanting a huge town right nearby and happy to make do with local entertainment. 
Może jakąś pocztóweczkę wysłać? A nie sms-a czy maila.

sobota, 6 lipca 2013

Reunion Party- IX Zjazd II LO im.J.Chreptowicza.



Z Marzenką.


 Dawniej / dawno, dawno temu/, gdy skręcało się za „dwójką”, prowadziła  nadal ulica Polna, mijało się blok z ładnymi balkonami, a za nim budynek OPBO z taką jakby  wymurowaną zjeżdżalnią przy schodach. Tam chodziliśmy dzwonić, gdy była potrzeba w nagłej sytuacji, a na końcu tej małej  bocznej alejki  wybudował się „Chreptowicz”. Najlepsze liceum w mieście przeniesione w połowie lat 60. z niedalekich okolic, również ulicy Polnej. Przed budynkiem  szkoły  przez kilka lat  został tam tzw. barak / nie mylić z Obamą/, czyli  drewniany dom wielorodzinny. Parę metrów dalej usadowiono wygodnie mój blok, z numerem  Polna 52f. Na podwórku mieliśmy krzewy agrestu i porzeczek, rosły też drzewa owocowe, pamiętam morwy,  nie wiem do kogo należał ten smaczny ogród i sad. Może do właścicieli domów, które stoją do dzisiaj, szczególnie obszernej posiadłości rodziny Kitlińskich i Leśniewskich? U tych ostatnich czułam się jak w filmie, tak bardzo chętnie zanosiłam lekcje mojemu koledze Andrzejowi,  jego  piękna mama grała na fortepianie i częstowała mnie ciastem podanym na wytwornym talerzyku. Po wielu latach przed blokiem wybudowano betonowe garaże i takież chodniki, ciekawe , kto dał na to pozwolenie?  Zniszczyli nasz gaik. Ale to  już nie było za czasów mojego dzieciństwa i młodości. Rodzice mieszkali tam do 1978r. Wcześniej, pewnie w latach prosperity budowlanej lat 70. do istniejącego budynku OPBO dobudowano jeszcze jedną socrealistyczną bryłę, firma się rozrastała  i zasłonięto mi widok szkoły, który miałam z okien kuchni. Jeszcze  w podstawówce, kiedy  zajadałam śniadanie, lubiłam obserwować uczniów idących rano do szkoły.
Jola w czerwonym, koleżanka z bloku, Marzenka w okularach z sąsiedztwa.
 Okna były chyba wtedy niżej i widziało się dobrze sylwetki osób. Mieszkałam na parterze. Zawsze podkochiwałam się w kolegach starszego brata. Teraz podobają mi się młodsi koledzy, vide zdjęcie.
 Odkąd poszłam do szkoły, jako grzeczne 7-letnie dziecko, wiedziałam, że kiedyś będę się też uczyć w legendarnym wtedy „ Chreptowiczu”. Tam chodziły takie ładne dziewczyny, nie nosiły fartuchów, jak my w podstawówce, ale modne ciuszki.  Miałam koleżankę z tego baraku, który stał  przed  samą szkołą, nazywała się Małgosia B., ona z pewnością nie chodziła potem do „Chreptowicza”. Większość rodzin w tamtych czasach żyła skromnie, ale ci z baraku jakby naznaczeni stygmatyzmem ubóstwa, ale ja tego nie rozumiałam sięgając w przeszłość .  Bardzo bym była rada usłyszeć, że dzieci z baraku osiągnęły sukces życiowy. Znam jedną rodzinę, którą poznałam na Rosochach, wiedzie im się przyzwoicie,  ich  dorosłe  już dzieci  są w Anglii. Kiedy barak rozebrano, chyba w III klasie naszej podstawówki  Małgosia  zmieniła szkołę.  Siadałyśmy nieraz na  drewnianych schodkach, jako piegowate małe dziewczynki  i patrzyłyśmy na te panienki z liceum. Pamiętam, że były też modnie ufryzowane, w jakieś koczki i kitki. Jedna z nich, szanowana w naszym mieście nauczycielka ten koczek nosi do dziś. Ja czesana byłam w warkocze.
Impreza plenerowa na Krzemionkach.
 Niedługo potem, przed naszym ogrodowym podwórkiem wybudowano kolejne bloki, stały one już przy ulicy Iłżeckiej. Najpierw kopano głębokie doły i mama zabraniała mi tam chodzić, a potem stawiano fundamenty, jeszcze z pustaków i cegieł. Taka cegła, bo za kolejnym razem już tam chodziłyśmy się bawić, spadła mi na nogę z wysokości i mam do tej pory bliznę.
 W tych blokach zamieszkało  wkrótce moje szkolne późniejsze  kumplostwo, Marzenka , Bodzio i inni.
Z mojego bloku, gdzie znaliśmy się niemal od urodzenia, parę osób ukończyło edukację w  „Chreptowiczu”,
Od lewej Basia, Dorotka, Jola, Ela, ja i Marzenka. W klasie polonistycznej.
 Jola Karbowniczek, Dorotka Jurysówna, siostry Piotrowskie, mój brat, to nasze dwie klatki, z pierwszej nie pamiętam, bo przyjaźniliśmy się klatkami. Słynny trzepak i zabawy na nim też były obecne w naszym dorastaniu, taka dodatkowa lekcja gimnastyki.
Ten blok z ładnymi balkonami  przy Polnej 52 to był jakiś uprzywilejowany, rodzice tamtejszych koleżanek pracowali w bankach, byli dyrektorami jakichś lokalnych zakładów, tak coś pamiętam , ale socjalistyczna równowaga kazała tam zamieszkać również szarym obywatelom. Jeden mój kolega stamtąd powtarzał klasę dwa razy, ale wyróżniał się dużą urodą, Romek Przygoda, nomen omen. Mieszkała tam na pewno Lidzia Gołąbkówna i siostry Wawrylakówny, dziewczynki z dobrych domów. Dobrze pamiętam, jak wyglądali ich rodzice,eleganckie mamy i dostojni  tatusiowie.
Z ulicy Mickiewicza, Polnej to wiadomo, Iłżeckiej, Kopernika i Sienkiewicza  nie w całości, bo tamci zostali zabrani do „ czwórki”, np. Ilona Domagalska,  pozostali  chodziliśmy do „dwójki”, niektórzy  przez  8 lat. 
Od lewej Ela, Szymek- klasowy przystojniak, ja, Dorota, Jola, Ilona, Małgosia.
Jeździliśmy na obozy harcerskie, a potem desantem wylądowaliśmy w  „Chreptowiczu” i wygnańcy z „czwórki” powrócili w nasze wesołe szeregi  i nowi z osiedla Słonecznego.
Spotkanie mojego koleżeństwa, utrwalonego poczwórnie -  dwie szkoły, podwórko i wspólne wakacje, to  najpiękniejsza  impreza  jakiej można doświadczyć.
Bożena, Jacek, Jola, Krzysiu i Grażynka podchodzi.
 Ci, co zostali w Ostrowcu wykonywali zawody, które również umożliwiały nam spotkania, nauczyciele, lekarze, urzędnicy biurowi. Znamy się całe nasze życie, pamiętamy naszych młodych Rodziców, nasze rodzeństwo się przyjaźniło, czasami wśród przyjaciół z podwórka znajdowaliśmy przyszłych życiowych partnerów. I życie toczyło się dalej. Gratulowaliśmy sobie pierwszych dzieci, nowego mieszkania na Stawkach , Rosochach, pracę każdy miał, nie było czego czcić.  A potem , kiedy demokracja wybuchła celebrowaliśmy  nowe domy, zakładane firmy i coraz lepsze samochody, czasami nowych mężów i już wnuków. Umierali  powoli nasi rodzice.
Przed szkołą. Piękne dziewczynyz Ostrowca i chłopaki przyjechali  aż ze Szczytna i Elbląga.

Ja zawsze byłam typem osoby społecznej, od początku pracowałam w samorządzie szkolnym dwóch szkół, uczestniczyłam we wszystkich możliwych dla mnie konkursach i akademiach szkolnych, czynnie pracowałam w harcerstwie ,prowadziłam gazetki szkolne itd.
Najlepsze polonistki i recytatorki naszego rocznika. Ela i Grażynka.
 Znałam mnóstwo ludzi i nadal tak się dzieje, świętowaliśmy nasze kontakty, utrwalaliśmy je  na różne znane towarzyskie sposoby.
II Liceum Ogólnokształcące dało mi gruntowną wiedzę, nie bez przyczyny  szli tam tylko wzorowi uczniowie, innym ciężko było przetrwać. I wiem teraz, że szkoła była wyjątkowo indoktrynowana w latach 70.,
 partyjni dyrektorzy, hasła  socjalistyczne, którym teraz z kronik robiliśmy zdjęcia, np. Związki Zawodowe przyjacielem młodzieży/ to nawet nie takie złe- zalążek Solidarności?, haha/, ale wymagano  bardzo dużo i niektórzy traumatycznie wspominają lekcje. Ale czy my wtedy świadomi byliśmy indoktrynacji? Mieliśmy oryginalnych,  bardzo wymagających i nietuzinkowych profesorów, dostawaliśmy się na studia, często najlepsze w kraju uniwersytety. 
W białym płaszczyku pani prof. Pękalska.

Przysłowiowe okno na świat otworzyła mi pani od angielskiego, niezapomniana Zocha Świątkiewiczowa. 
  Od tamtych czasów moim najlepszymi narzeczonymi byli obcokrajowcy, aż w końcu znalazłam męża z daleka. Mówiłam już w liceum po angielsku, tak Zocha nas dobrze kształciła i chętnie ćwiczyłam tę umiejętność w Warszawie na Starym Rynku, kiedy odwiedzałam starszego brata, który studiował w  stolicy. A to hasło po łacinie w świetlicy szkolnej, non scholae sed vitae discimus…  najbardziej słuszne, jak pokazuje życie.
Znajomość historii i pasja do niej pomogła mi wiele lat potem w zawróceniu głowy  amerykańskim weteranom walk na II Froncie i na Pacyfiku,  sąsiadom mojej amerykańskiej teściowej  z  Palm Beach County.
W środku profesorka od historii, pani Sokołowska i koleżanki z rocznika.
  A geografia, wcześniej rozwijana w „dwójce” przez  druhnę Januszową,  panią Nowińską z kontynuacją pani Doreckiej stała się drugą moją pasją,  nienasyceniem podróżowania. Książki przeczytane na języku polskim i w ogóle spowodowały moje zapatrzenie i zasłuchanie w ten cały bogaty refleksyjny świat. Czasami przeszkadzały być twardym w biznesie, ale pomogły w funkcjonowaniu w filozoficznej intelektualnej Francji.
Na zdjęciu z panią prof. od polskiego- Teresa Jasińska-Śliwka.
Na koniec chciałabym krótko wymienić moje koleżeństwo z Polnej 54-dawny adres szkoły, obecnie Rosłońskiego 1,  z którymi tak wspaniale było się znowu spotkać na Zjeździe „Chreptowicza” , wspólnie poszaleć i pośpiewać wyzwoleńcze pieśni. 
Grupa z mojego rocznika.
  Mam nadzieję, że nie znikniecie mi z oczu- Ilona Domagalska, Dorota Czarnecka, Marzena  Gwoździkówna, Dorota Jurysówna, Jola Karbowniczek, Małgocha Zającówna, Bodzio Grochowski, Jacek Klucznik, „Wężu „ Tylski, Grażyna Gajewska, Jola Kozłowska,
Z  Jolą i Bodziem.
 Bożena Karpińska, Piotrek Radosz, Leszek Lipiec, Ela Migasówna, Ania Hojnowska, bracia Chmielewscy, Jola Kaczmarska, sorry, pominęłam wiele nazwisk.
Sadzimy dąb na pamiatkę.

Spotkamy się za 5 lat, tacy już starzy , ale nie powiemy czas odchodzić, zakrzyczymy znowu nasze młodzieńcze piosenki!  Le voila! Sic vita est et aussi la vida es un frenesi, una ilusion, una sombra e una ficcion. Nie da się tego uniknąć.
A dzisiaj są mojej córki Dominiki  24-te Urodziny!