Jacques Prevert, mój ulubiony poeta z młodości mówił; Mangez sur l'herbe Dépêchez-vous Un jour ou l'autre L'herbe mangera sur vous.
Moja lista blogów
środa, 6 listopada 2013
niedziela, 3 listopada 2013
Twierdza szyfrów- zamek Czocha.
Szykowałam się do napisania tego postu od trzech tygodni i tak mi schodziło. To był taki piękny październikowy dzień, słoneczny i ciepły. Wreszcie Mister został namówiony do odwiedzenia zamku Czocha.
Ja wolę kulturę od natury, a on na odwrót i w tym jest duża sprzeczność. Dzisiaj połączymy siły w naszych pasjach. Miejscowość Sucha, gdzie znajduje się Zamek Czocha to tylko kilkanaście kilometrów od naszej gajówki, a on zawsze wynajdywał jakieś preteksty, żeby tam nie jechać. W lecie było za gorąco, a potem szkoda mu było czasu na zwiedzanie.
Już na parkingu zauważył z daleka antenę satelitarną na zamku i bardzo się oburzył, bo jak można tak bryłę architektoniczną psuć?! We Francji nie można instalować anten w historycznych miejscach na widoku. Potem coś marudził o opłatach parkingowych, bo poza sezonem, to we Francji za darmo, a tu nie, a stało tylko kilka samochodów. Dla mnie podjazd na parking, to prawie jak we wspomnieniu z Carcassonne, zamek wyglądał imponująco i ja już miałam wykrzyknąć amerykańskie wow. Mister z flegmą spytał, czy tam będzie jakaś restauracja, bar, bo on chce posiedzieć, kiedy ja będę zwiedzać. Gdy jednak weszliśmy poza mury, Mister zachłysnął się widokiem na Jezioro Leśniańskie i wtedy jakoś złagodniał.
Chociaż słowo przewodnika na wielkiej tablicy było tylko po niemiecku, czesku i polsku, tylko krótko wymamrotał, że w Polsce nie słyszeli, że turyści też są z innych krajów. Data 1241 zrobiła wrażenie i już się zamknął, ale musiał mieć ostatnie zdanie, że przecież to nie jest polski zamek, tylko czeski, czy niemiecki. Zaczął robić zdjęcia.
Zamek powstał jako warownia graniczna na pograniczu śląsko-łużyckim w latach 1241–1247 z rozkazu króla czeskiego Wacława I.
Od 1389–1453 był w dobrach rycerskich rodów von Dohn i von Klüks. W latach 1451 do 1700 zamek był własnością rodu von Nostitz.
Potem przez wiele lat był opustoszały.
Zakupiony w 1909 roku przez drezdeńskiego producenta wyrobów tytoniowych za 1,5 mln marek, do 1912 został przebudowany przez znanego architekta berlińskiego zgodnie z wyglądem zachowanym na rycinie z 1703 roku. Podczas przebudowy zniszczono jednak wiele najstarszych fragmentów kompleksu. W dawnej fosie urządzono zwierzyniec. Gütschow utrzymywał dobre stosunki z dworem carskim, a po rewolucji z rosyjskimi emigrantami, od których skupował różne przedmioty o wysokiej wartości artystycznej. W zamku mieszkał do marca 1945 roku. Opuszczając zamek wywiózł najcenniejszą część wyposażenia. W latach II wojny w zamku mieściła się szkoła szyfrantów Abwehry Prawdopodobnie przechowywano tu urządzenie do dekryptażu depesz radzieckich.
Po II wojnie światowej zamek przechodził różne koleje. Był wielokrotnie okradany, zarówno przez Rosjan jak i rodzimych szabrowników, z mebli i wyposażenia. Największej kradzieży dopuścił się 1 lutego 1946 roku burmistrz Leśnej wspólnie z zamkową bibliotekarką, która odkryła zamkowy schowek – wywożąc pełną ciężarówkę mienia zamkowego (insygnia koronacyjne Romanowów 60 popiersi carów, 100 ikon, zastawy porcelanowe, biżuterię, obrazy), z którą udało mu się przedostać do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Następnie przez krótki czas mieszkali w nim uchodźcy z Grecji, którzy w sali rycerskiej trzymali zwierzęta gospodarskie, dopełniając tym samym dzieła dewastacji. Od 1952 Wojskowy Dom Wczasowy i z tego powodu obiekt był utajniony i nie występował na mapach. Od września 1996 publicznie dostępny jako ośrodek hotelowo-konferencyjny.
Malownicze zabudowania zamku były tłem powstania filmów: Gdzie jest Generał?, Wiedźmin, Legenda, Poza Lasem Sherwood oraz seriali Tajemnica twierdzy szyfrów oraz Pierwsza miłość.
Zamkowa kawiarenka nawiązuje w nazwie do filmowych zasług tej imponującej budowli.
Nie tłumaczyłam Misterowi, że zamek miał taką historię, wolałam, żeby pomyślał o jego istnieniu od prawie 800 lat jako szlachetne graniczne gniazdo. Nawet tytuł dawnego filmu z Beatą Tyszkiewicz mi się przypomniał.
Na aperitifie w kawiarence poznaliśmy Angielki, które mieszkają w Świeradowie i bardzo dobrze, bo już umówilismy się na Xmas spotkanie.
Teraz tak myślę, gdzie ja zapisałam ich numery telefonów? Przemiłe panie, ok.70-tki z adoptowanymi dziećmi, już dorosłymi,ale mogłyby być ich wnukami, z lekkim upośledzeniem. Jakie to charakterystyczne dla Anglików. Obserwowalam to we Francji w naszej kolonii anglosaskiej. U nas panie ok. 50-ki rzadko adoptują dzieci, bo chyba nie mogą już.
A potem pojechaliśmy na drugą stronę Jeziora Leśniańskiego do zamczyska Rajsko ( niem. Neidburg), miejsce wygląda niezwykle z daleka, ale to... sztuczne ruiny. Znajdują się na wysokim prawym brzegu Kwisy na terenie wsi Zapusta. Ruiny zostały zbudowane w drugiej połowie XIX wieku według pomysłu i na zlecenie Aleksandra von Minutoli, właściciela pobliskich Biedrzychowic. W ruinach wykorzystano wtórnie detale architektoniczne z ruin dawnych okolicznych kościołów i pałaców.
Tam chcieliśmy zjeść lunch, ale było zamknięte, zjechaliśmy niżej do nowoczesnego ośrodka. Restauracja była rzeczywiście nowoczesna i dla Mistera wyglądała, jak zakład fryzjerski, bo była przyozdobiona zdjęciami MM. I eklektyzm z Andy Warholem i drewnem nic nie pomógł. Ale widoki były niezwykłe, z restauracji i poniżej drogi, którą potem przejechaliśmy. W nagrodę wypiłam mój ulubiony szkocki likier drambui, bo Mister wypatrzył butelkę w barze.
Ja wolę kulturę od natury, a on na odwrót i w tym jest duża sprzeczność. Dzisiaj połączymy siły w naszych pasjach. Miejscowość Sucha, gdzie znajduje się Zamek Czocha to tylko kilkanaście kilometrów od naszej gajówki, a on zawsze wynajdywał jakieś preteksty, żeby tam nie jechać. W lecie było za gorąco, a potem szkoda mu było czasu na zwiedzanie.
Już na parkingu zauważył z daleka antenę satelitarną na zamku i bardzo się oburzył, bo jak można tak bryłę architektoniczną psuć?! We Francji nie można instalować anten w historycznych miejscach na widoku. Potem coś marudził o opłatach parkingowych, bo poza sezonem, to we Francji za darmo, a tu nie, a stało tylko kilka samochodów. Dla mnie podjazd na parking, to prawie jak we wspomnieniu z Carcassonne, zamek wyglądał imponująco i ja już miałam wykrzyknąć amerykańskie wow. Mister z flegmą spytał, czy tam będzie jakaś restauracja, bar, bo on chce posiedzieć, kiedy ja będę zwiedzać. Gdy jednak weszliśmy poza mury, Mister zachłysnął się widokiem na Jezioro Leśniańskie i wtedy jakoś złagodniał.
| A tu spytał, czy to już Xmas? |
Zamek powstał jako warownia graniczna na pograniczu śląsko-łużyckim w latach 1241–1247 z rozkazu króla czeskiego Wacława I.
Od 1389–1453 był w dobrach rycerskich rodów von Dohn i von Klüks. W latach 1451 do 1700 zamek był własnością rodu von Nostitz.
Potem przez wiele lat był opustoszały.
Zakupiony w 1909 roku przez drezdeńskiego producenta wyrobów tytoniowych za 1,5 mln marek, do 1912 został przebudowany przez znanego architekta berlińskiego zgodnie z wyglądem zachowanym na rycinie z 1703 roku. Podczas przebudowy zniszczono jednak wiele najstarszych fragmentów kompleksu. W dawnej fosie urządzono zwierzyniec. Gütschow utrzymywał dobre stosunki z dworem carskim, a po rewolucji z rosyjskimi emigrantami, od których skupował różne przedmioty o wysokiej wartości artystycznej. W zamku mieszkał do marca 1945 roku. Opuszczając zamek wywiózł najcenniejszą część wyposażenia. W latach II wojny w zamku mieściła się szkoła szyfrantów Abwehry Prawdopodobnie przechowywano tu urządzenie do dekryptażu depesz radzieckich.
| A tu widać zadowoloną osobę i pełną refleksji. I pod kolor ubraną. |
Po II wojnie światowej zamek przechodził różne koleje. Był wielokrotnie okradany, zarówno przez Rosjan jak i rodzimych szabrowników, z mebli i wyposażenia. Największej kradzieży dopuścił się 1 lutego 1946 roku burmistrz Leśnej wspólnie z zamkową bibliotekarką, która odkryła zamkowy schowek – wywożąc pełną ciężarówkę mienia zamkowego (insygnia koronacyjne Romanowów 60 popiersi carów, 100 ikon, zastawy porcelanowe, biżuterię, obrazy), z którą udało mu się przedostać do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Następnie przez krótki czas mieszkali w nim uchodźcy z Grecji, którzy w sali rycerskiej trzymali zwierzęta gospodarskie, dopełniając tym samym dzieła dewastacji. Od 1952 Wojskowy Dom Wczasowy i z tego powodu obiekt był utajniony i nie występował na mapach. Od września 1996 publicznie dostępny jako ośrodek hotelowo-konferencyjny.
Malownicze zabudowania zamku były tłem powstania filmów: Gdzie jest Generał?, Wiedźmin, Legenda, Poza Lasem Sherwood oraz seriali Tajemnica twierdzy szyfrów oraz Pierwsza miłość.
Zamkowa kawiarenka nawiązuje w nazwie do filmowych zasług tej imponującej budowli.
Nie tłumaczyłam Misterowi, że zamek miał taką historię, wolałam, żeby pomyślał o jego istnieniu od prawie 800 lat jako szlachetne graniczne gniazdo. Nawet tytuł dawnego filmu z Beatą Tyszkiewicz mi się przypomniał.
| Patrzy z zadziwieniem na grube mury i tylko wypatruje miejsca, zeby spocząć. |
| Okienka strażnicze z widokiem na Jezioro Leśniańskie. |
| Tu zanim jeszcze się do nas przysiadły. Sprawdza działanie internetu w komórce. |
A potem pojechaliśmy na drugą stronę Jeziora Leśniańskiego do zamczyska Rajsko ( niem. Neidburg), miejsce wygląda niezwykle z daleka, ale to... sztuczne ruiny. Znajdują się na wysokim prawym brzegu Kwisy na terenie wsi Zapusta. Ruiny zostały zbudowane w drugiej połowie XIX wieku według pomysłu i na zlecenie Aleksandra von Minutoli, właściciela pobliskich Biedrzychowic. W ruinach wykorzystano wtórnie detale architektoniczne z ruin dawnych okolicznych kościołów i pałaców.
Tam chcieliśmy zjeść lunch, ale było zamknięte, zjechaliśmy niżej do nowoczesnego ośrodka. Restauracja była rzeczywiście nowoczesna i dla Mistera wyglądała, jak zakład fryzjerski, bo była przyozdobiona zdjęciami MM. I eklektyzm z Andy Warholem i drewnem nic nie pomógł. Ale widoki były niezwykłe, z restauracji i poniżej drogi, którą potem przejechaliśmy. W nagrodę wypiłam mój ulubiony szkocki likier drambui, bo Mister wypatrzył butelkę w barze.
| Takie ładne odbicie trafiło się Misterowi. |
| Zapora. I w koncu nie wiem,czy to jest jezioro Lesniańskie czy Złotnickie. |
A życie toczy się dalej.
Krótka tylko refleksja o Święcie Zmarłych. Odkąd zmarli moi najbliżsi, Rodzice,ex-mąż, wujkowie, pare moich koleżanek nie lubię tego dnia i przebywając za granicą nie musiałam go celebrować. Czułam ulgę i nie zachwyca mnie ta piękna jesień w cieniu 1.Listopada. A szczególnie drażni mnie ta nasza polska, katolicka dekoracyjność. Niedługo świeczki i kwiaty będą chyba z oryginalnymi metkami słynnych projektantów mody.
Podobało mi się w US, UK, bo zabawy halloweenowe skutecznie przysłoniły żałobny nastrój, i tak tam nie obchodzą 1. Listopada. Pod hasłem Maćka Chełmickiego wolę powiedzieć "ale my żyjemy", bo tak z młodości pamiętam, zapalałyśmy spirytus w kieliszkach, powielając scenę z Popiołu i diamentu. We Francji to jest wolny dzień, ale w halloween dzieci też się bawiły. Życie tętniło.
Ja bardzo pamiętam o drogich Zmarłych, moje ulubione kanały to Historia, Polonia, Kultura, a tam jest dosyć o naszym nieszczęśliwym kraju, patriotach i prostych ludziach.
Nie znoszę tej próżności na grobach. Próżność wolę w życiu realnym. Jej obrazowym objawem jest moja młodsza córka, która obecnie przebywa na wymianie studenckiej w Portugalii. Siostra się do niej wybiera z wizytą. Poprosiła ostatnio, żeby laptopem z kamerką przejechać po szafie. Chce sobie przypomnieć jakie ma rzeczy i żeby siostra jej przywiozła coś nowego na wymianę. Bardzo to był zabawne dla mnie. Może dla innych będzie żałosne... A niech tam. Mnie ze starszą córką to rozbawiło.
I wolałbym tam z nią być teraz na plaży. Ale starsza córka się wkurzyła ostatnio i powiedziała, lepiej byłoby żebyś ty pojechała do Dominiki, bo ona już przesadza, a ja to jakoś zniosę. Magda ma serdecznie dosyć jej humorów.Zmiana nazwiska na bilecie może być droższa niż same bilety i nie wiem, jak to rozstrzygniemy. Trzeba Magdę ułagodzić, ze na plaży będzie spędzać czas.
A miałam napisać o Twierdzy Szyfrów. W następnym poście.
Podobało mi się w US, UK, bo zabawy halloweenowe skutecznie przysłoniły żałobny nastrój, i tak tam nie obchodzą 1. Listopada. Pod hasłem Maćka Chełmickiego wolę powiedzieć "ale my żyjemy", bo tak z młodości pamiętam, zapalałyśmy spirytus w kieliszkach, powielając scenę z Popiołu i diamentu. We Francji to jest wolny dzień, ale w halloween dzieci też się bawiły. Życie tętniło.
Ja bardzo pamiętam o drogich Zmarłych, moje ulubione kanały to Historia, Polonia, Kultura, a tam jest dosyć o naszym nieszczęśliwym kraju, patriotach i prostych ludziach.
Nie znoszę tej próżności na grobach. Próżność wolę w życiu realnym. Jej obrazowym objawem jest moja młodsza córka, która obecnie przebywa na wymianie studenckiej w Portugalii. Siostra się do niej wybiera z wizytą. Poprosiła ostatnio, żeby laptopem z kamerką przejechać po szafie. Chce sobie przypomnieć jakie ma rzeczy i żeby siostra jej przywiozła coś nowego na wymianę. Bardzo to był zabawne dla mnie. Może dla innych będzie żałosne... A niech tam. Mnie ze starszą córką to rozbawiło.
I wolałbym tam z nią być teraz na plaży. Ale starsza córka się wkurzyła ostatnio i powiedziała, lepiej byłoby żebyś ty pojechała do Dominiki, bo ona już przesadza, a ja to jakoś zniosę. Magda ma serdecznie dosyć jej humorów.Zmiana nazwiska na bilecie może być droższa niż same bilety i nie wiem, jak to rozstrzygniemy. Trzeba Magdę ułagodzić, ze na plaży będzie spędzać czas.
A miałam napisać o Twierdzy Szyfrów. W następnym poście.
niedziela, 27 października 2013
Jak żyć wg "trójki".
![]() |
| Bonnie- Benji z kocią figurką. Ona wie , jak zyć. Poluje na myszki, zbiera zaskrońce z ulicy, a później się łasi. |
![]() |
| A może w pantoflu dla gości umościć sobie łóżeczko na życie? To nasz Jerry.. |
Żeby życie nie było pustą egzystencją, ta myśl najbardziej do mnie przemawia. Żeby cieszyć się z drobnych rzeczy i mieć pasje, jakieś życiowe namiętności, żeby było odpowiedzialnie, ale też radośnie i wygodnie, żeby robić coś dla innych. Gdy pomieszkiwałam za granicą, a nigdy tam nie musiałam pracować, moje życie wydawało mi się takie bardzo konsumpcyjne, jedzenie, zakupy, wycieczki w celu przyjemności, zjedzenia kolacji gdzieś poza domem, urządzanie spotkań towarzyskich i rozmowy nie współgrające z moimi doświadczeniami, bo w towarzystwie obcokrajowcy z innego świata. I taki zawsze wyrzut sumienia się pojawiał, że ja tak leniwie spędzam czas zabezpieczona jakoś tam materialnie, że nic nie muszę. Oddaję się tylko przyjemnościom, chodzę sobie na francuski, na różne artystyczne atelier, smakuję wina na degustacjach, spaceruję sobie wśród winnic i wśród średniowiecznych uliczek. Mąż robi zakupy i gotuje wyszukane potrawy. Że przy okazji pije sobie wina od południa, i ja też nie odmawiałam sobie tej przyjemności. A w kraju dorosłe córki, które napotykają trudności życia. W kraju przyjaciele, mnóstwo znajomych, rodzina, wspólne doświadczenia i fajne rozmowy, kiedy się spotkamy. Wczoraj np. byłam na dwóch spotkaniach towarzyskich, na obiedzie i kolacji u moich wieloletnich przyjaciółek, poznałam zięcia jednej z nich, absolutnie uroczego faceta, u drugiej spotkałam dawno niewidzianą koleżankę, które przeprowadziła sie do Krakowa, to znana w środowisku pani psycholog i jeszcze jedną naszą znaną socjoterapeutkę, nie wspominając o niezwykłych gospodyniach, jednego i drugiego spotkania. Rozmowom nie było końca. Poruszyliśmy dziesiątki tematów. We Francji, czy US męczyły mnie rozmowy, nie tylko z powodu języka, one nie dotyczyły moich doświadczeń. Musiałam udawać, przygotowywać się do spotkań, koncentrować się, uśmiechać się, aż mnie mięśnie twarzy bolały. Mnie już nie interesują cudze sprawy, odległe od moich doświadczeń o całe lata świetlne.
![]() |
| Zalew Leśniański. Widok z zamku Czocha. Znowu zdjęcia z wycieczki się gdzieś zapodziały w folderach, zostały tylko w komórce. |
Wspominałam w ostatnich postach, że pisałam prywatne listy do moich blogowych koleżanek i wszystkie tak wrażliwie reagowały. Tu na miejscu, u siebie, też w końcu zwierzałam się ze swoich rozterek. Aż dziwne, ja taka próżna i wygodna istota, miałam problem jak ustawić sobie dalsze życie. Ja doskonale wiem jak, tylko chciałam usłyszeć potwierdzenie moich refleksji. Ja jestem najważniejsza! I to jest słuszna konkluzja. W następnej kolejności są moje dorosłe córki. I wszystko, co ważne, jak żyć. Będę miała trzy miejsca zamieszkania, już mam właściwie, będę sobie podróżowała, pisała różne opowiadanka, jak kiedyś, uczyła się języków obcych, robiła zdjęcia / ale nie tym różowym samsungiem/ i będę kontynuowała moje aktywne sportowe i towarzyskie życie w rodzinnym mieście, czy innym miejscu. Le, voila.
![]() |
| I słonecznik urósł w połowie października. |
![]() | |
| Kotki na moim krześle i biurku. Podobno za mną tęsknią. |
środa, 16 października 2013
Barcelona-życie jest snem.
Często jestem zła na Kima. Jego odmienny styl życia, który tak bardzo fascynował mnie wcześniej, ta nieznośna lekkość bytu, w zetknięciu się z naszą obecną polską rzeczywistością, jest dla mnie bardzo frustrująca. Wtedy, żeby przetrwać, wspominam dawniejsze z nim chwile i moje nimi inspiracje. Posłuchajmy tej literackiej bajki.
Na lotnisku El Prat w Barcelonie wylądowałam o północy, miałam grzecznie pojechać taksówką do Rafael Hotel w Diagonal Port i iść spać. Ale nie byłabym sobą, gdyby nie odezwała się we mnie awanturnicza natura. Nazwa ulicy, przy której znajdował się hotel rozbudziła we mnie chęć na nocną eksplorację Barcelony-Lope de Vegi 4. Poeta hiszpańskiego baroku, nieuczciwy i nielojalny przyjaciel Cervantesa, autor wielu skandali związanych z życiem prywatnym, dramaturg, zdolny sentencjonalista, pamiętam „Nic piękniejszego ponad życie-w życiu nic ponad czar miłości”. Ciekawa jestem, czy ten cytat jest też autorstwa Lope de Vegi: „Kochać i tracić, pragnąć i żałować, padać boleśnie i znów się podnosić, krzyczeć w tęsknocie precz i błagać prowadź. Oto jest życie! Nic a jakże dosyć”. Może ktoś pamięta? Czy to nie jest Asnyk, nasz poeta sztambuchowy? Nie, Staff, sprawdziłam.
Ale wróćmy do Barcelony, październikowa noc, to raczej brzmi jak dysonans, bo noc powinna być majowa lub czerwcowa. Czy w październikową noc może się wydarzyć coś ekscytującego? Tak, jeśli to jest noc w Barcelonie. Pracownicy Celsy /zakład metalurgiczny w moim mieście/ o tym wiedzą, bo często jeżdżą w business trip na południe Europy.
To, że świat jest ogromną biblioteką wypełnioną książkami, czesto wspominam,w Barcelonie ta myśl mnie wręcz prześladowała. „Może to był sen, ale wystarczy prześnić taki sen by zrozumieć, że wszystko przemija jak sen i kończy się jak sen”. A to Calderon de la Barca, najwybitniejszy twórca teatru i dramatu hiszpańskiego „złotego wieku”, cytat z utworu „Życie jest snem”, którego akcja dzieje się w Polsce. Jego teatr to stylistyka barokowa, wielość możliwości interpretacyjnych i optymizm w warstwie filozoficznej. W literaturze baroku, chyba i w życiu pociąga mnie konceptyzm, stałe poszukiwanie niezwykłego,wyrafinowanego pomysłu kompozycyjnego operującego grą słów, paradoksami, antytezami, stwarzanie sytuacji zaskakującej dla mnie samej i ewentualnie czytelnika.
Wyszłam z hotelu po pierwszej i bynajmniej nie byłam jedyną osobą wychodzącą na późną kolację. Rafael Diagonal Port Hotel jest usytuowany między Diagonal Mar i Olympic Port. Niezwykle zatłoczone nocą miejsce turystyczne. Bezpłatne wejścia do klubów pozwalają na swobodne chodzenie od jednego do drugiego w poszukiwaniu ulubionego stylu. A mnie przypomniał się Freddie Mercury, kiedy razem z operową divą Montserrat śpiewał niewiarygodnym głosem pieśń „Barcelona”, to chyba było przed olimpiadą. Barcelończycy wprost nie mogą uwierzyć, ze przed 1992r. ten pas wybrzeża był szerokim,zaniedbanym ugorem. Dzisiaj nawet zastanawiają się, jak miasto mogło funkcjonować bez plaż, nowych parków i centrów handlowych. Dalej od linii morza powstały pracownie artystów, a trasy nocnych wędrówek przebiegają przez coraz to piękniejsze uliczki starej dzielnicy Poblenou czy La Dreta. Kolację w restauracji „Agua” z portowo-kolonialną atmosferą zjadłam za ok.25 euro, tyle samo, ile zapłaciłam za taksówkę z lotniska do hotelu. Wyśmienita kuchnia morska, niestety jadłam sama,więc mniej smakowało. „Wish you were here”-myśałam o Kimie. Katalońskie piwo, już w innym miejscu wypiłam w towarzystwie przemiłych Holendrów. Ogarniał mnie, powiem patetycznie, zupełny zachwyt nad barokowo-kolonialną niezwykłością Barcelony. Przypomniał mi się film „Misja” z Robertem de Niro i Jeremy Irons’em, gdzie tak przejmująco został pokazany konflikt dobra i zła, miłości i nienawiści. Jak również myśl o potędze kolonialnej Hiszpanii nie dawała mi spokoju.
Ale następnego dnia ze stacji de Franca przy szerokiej alei Marguesa De l’Argentera siadłam w pociąg do Beziers w kierunku na Marsylię. Do Barcelony wróciłam 10 dni później.
Tym razem Kim umieścił mnie w innym hotelu-del Mar przy Plaza Palacio 19 z absolutely captivating view na morze z żaglówkami i dzielnicą „Barri Gotic”. Znowu przyjechałam dosyć późno, bo ok.22, a samolot miałam następnego dnia o 13.Tyle godzin przede mną na uroki kolonialnej Hiszpanii. Muzeum Picassa w zasięgu ręki, ale to innym razem. Mnie fascynuje wysoki pomnik Kolumba,do którego prowadzi szeroka aleja-Passeig de Colom,wybudowany w 1888r., a wielki żeglarz wskazuje palcem na morze. Pomnik to hołd złożony odkrywcy, który powrócił do Nowego Świata i przybył do hiszpańskich władców. Tuż obok znajdują się Drassanes, Stocznie Królewskie (XIII w), doskonale zachowane są dziś siedzibą Muzeum Morskiego. Na wodzie kołysze się kopia „Santa Maria”.
La Rambla
Barcelona oberta al. Mar-zwrócona w stronę morza, zapach jodu w powietrzu a potem zapach ziemskich przyjemności na ulicy „Las Ramblas”- najpiękniejszej na świecie, która ma się nigdy nie kończyć, jak pragnął tego Federico Garcia Lorca. Przypomnę, że w miejscu tej długiej, zielonej alei płynęła niegdyś rzeka, stanowiąca granicę miasta. Stąd nazwa ulicy, która pochodzi z języka arabskiego „ramla” oznaczającego piaszczyste koryto rzeki. Osuszona w XVIII w. została zamieniona we wspaniałą promenadę, ruchliwą, zabudowaną starymi pałacami od placu Catalunya aż do pomnika Kolumba. La Rambla kipi życiem przez całą dobę, spacerowałam ulicą o 2 w nocy i o 8 rano,deptak był jeszcze i już zatłoczony. W Cafe de l’Opera, La Rambla 74 zjadłam lekkie śniadanie, cafe con Leche i boccadillo tortilla . Co mnie zawsze zadziwia w zamożniejszych krajach? Tłumy ludzi w restauracjach, barach, kawiarniach podczas pory posiłków. Śmieją się, rozmawiają, jedzą i to nie tylko turyści. Wydaja się być zadowoleni ze swojego życia. Na la Rambli czułam się tym razem nostalgicznie, bo spacerowałam sama, a jakieś dziwnej tęsknoty dopełniały plakaty Ernesta Che Guevary wszędzie wyeksponowane bardzo wyraziście z okazji 40-tej rocznicy jego śmierci (9.X.1967).
Na lotnisku El Prat w Barcelonie wylądowałam o północy, miałam grzecznie pojechać taksówką do Rafael Hotel w Diagonal Port i iść spać. Ale nie byłabym sobą, gdyby nie odezwała się we mnie awanturnicza natura. Nazwa ulicy, przy której znajdował się hotel rozbudziła we mnie chęć na nocną eksplorację Barcelony-Lope de Vegi 4. Poeta hiszpańskiego baroku, nieuczciwy i nielojalny przyjaciel Cervantesa, autor wielu skandali związanych z życiem prywatnym, dramaturg, zdolny sentencjonalista, pamiętam „Nic piękniejszego ponad życie-w życiu nic ponad czar miłości”. Ciekawa jestem, czy ten cytat jest też autorstwa Lope de Vegi: „Kochać i tracić, pragnąć i żałować, padać boleśnie i znów się podnosić, krzyczeć w tęsknocie precz i błagać prowadź. Oto jest życie! Nic a jakże dosyć”. Może ktoś pamięta? Czy to nie jest Asnyk, nasz poeta sztambuchowy? Nie, Staff, sprawdziłam.
To, że świat jest ogromną biblioteką wypełnioną książkami, czesto wspominam,w Barcelonie ta myśl mnie wręcz prześladowała. „Może to był sen, ale wystarczy prześnić taki sen by zrozumieć, że wszystko przemija jak sen i kończy się jak sen”. A to Calderon de la Barca, najwybitniejszy twórca teatru i dramatu hiszpańskiego „złotego wieku”, cytat z utworu „Życie jest snem”, którego akcja dzieje się w Polsce. Jego teatr to stylistyka barokowa, wielość możliwości interpretacyjnych i optymizm w warstwie filozoficznej. W literaturze baroku, chyba i w życiu pociąga mnie konceptyzm, stałe poszukiwanie niezwykłego,wyrafinowanego pomysłu kompozycyjnego operującego grą słów, paradoksami, antytezami, stwarzanie sytuacji zaskakującej dla mnie samej i ewentualnie czytelnika.
Ale następnego dnia ze stacji de Franca przy szerokiej alei Marguesa De l’Argentera siadłam w pociąg do Beziers w kierunku na Marsylię. Do Barcelony wróciłam 10 dni później.
La Rambla
Barcelona oberta al. Mar-zwrócona w stronę morza, zapach jodu w powietrzu a potem zapach ziemskich przyjemności na ulicy „Las Ramblas”- najpiękniejszej na świecie, która ma się nigdy nie kończyć, jak pragnął tego Federico Garcia Lorca. Przypomnę, że w miejscu tej długiej, zielonej alei płynęła niegdyś rzeka, stanowiąca granicę miasta. Stąd nazwa ulicy, która pochodzi z języka arabskiego „ramla” oznaczającego piaszczyste koryto rzeki. Osuszona w XVIII w. została zamieniona we wspaniałą promenadę, ruchliwą, zabudowaną starymi pałacami od placu Catalunya aż do pomnika Kolumba. La Rambla kipi życiem przez całą dobę, spacerowałam ulicą o 2 w nocy i o 8 rano,deptak był jeszcze i już zatłoczony. W Cafe de l’Opera, La Rambla 74 zjadłam lekkie śniadanie, cafe con Leche i boccadillo tortilla . Co mnie zawsze zadziwia w zamożniejszych krajach? Tłumy ludzi w restauracjach, barach, kawiarniach podczas pory posiłków. Śmieją się, rozmawiają, jedzą i to nie tylko turyści. Wydaja się być zadowoleni ze swojego życia. Na la Rambli czułam się tym razem nostalgicznie, bo spacerowałam sama, a jakieś dziwnej tęsknoty dopełniały plakaty Ernesta Che Guevary wszędzie wyeksponowane bardzo wyraziście z okazji 40-tej rocznicy jego śmierci (9.X.1967).
Subskrybuj:
Posty (Atom)





