Moja lista blogów

czwartek, 9 lutego 2023

Urodziny, urodziny. Make a wish.

Takie wspomnienie z okazji zbliżającego się zjazdu szkolnego. Będą zmiany w trakcie lektury przez znajomych. Maj 1978 Zapowiada rodzicom, że na urodziny jedzie do swojej koleżanki do Mielca. Są jakieś połączenia z Sandomierza, gdzie najpierw odwiedzi chrzestnego i dziadka. Mają jechać do Krakowa pooddychać atmosferą wielkiego miasta. Stefcia jest dla niej oknem na świat, ma ojca w USA i regularnie dostaje stamtąd atrakcyjne paczki. Dolary są stale w jej portfeliku. Ala odkąd poznała koleżankę, a było to jeszcze w podstawówce, chce w przyszłości czmychnąć za granicę. Nie da się tak normalnie wyjechać, trzeba uciec. Podoba jej się ten sezam pełen słodyczy, kolorowej pięknej odzieży i rozmaitych konserwowych produktów, które kiedyś widziała w amerykańskich paczkach. W polskich sklepach tak skromnie i biednie. Nie wie jeszcze gdzie uciec, ale gdzieś do sprawiedliwego kraju na Zachodzie, bo tam jest bez zmian, jak często powtarzają, cytując słynnego E.M. Remarque`a. Podział na kraje za żelazną kurtyną i tzw.Zachód jest bardzo wyrazisty. Pierwszym krokiem do wyjazdu w szczęśliwsze rejony jest pilna nauka języka angielskiego i francuskiego. Ma doskonałych nauczycieli, panią Zofię Świątkiewicz i pana Tadeusza Śniechowskiego. Wyszukuje wszystkich możliwości mówienia w tych językach. Parę miesięcy wcześniej w Warszawie na Starym Mieście poznała miłego francuskiego studenta, oferując mu pomoc w zakupach, spytała tylko Can I help You? I jakoś tak się rozgadali. Kupiła sobie potem płytę do nauki francuskiego, pilnie ćwiczy wymowę i na pamięć uczy się całych dialogów. Adapter Mister Hit cały czas nastawiony do słuchania. Bardzo jest dumna z tego pięknego adapteru, ma czerwoną plastykową pokrywę i wygląda bardzo nowocześnie. Słucha na nim również muzyki klasycznej oraz filmowej Andrzeja Korzyńskiego. Beztroska Polowania na muchy bardzo jej odpowiada. Korespondencja z Alainem się rozwinęła i zaprosił ją w wakacje do siebie. Ma jeszcze jedno zadanie do wykonania, dostać się na studia. W poprzednim roku ten falstart trochę ją przygnębił. Pracowała potem fizycznie parę miesięcy i mogła garderobę uzupełnić. Najbardziej cieszyła się z sukienki zakupionej w cepelii i paru materiałów, z których mama umiejąca szyć, stworzyła jej nowe kreacje. Letnie przymarszczone sukienki i spódnice, koszulowe bluzeczki, krótkie spodenki, a nawet kostium kąpielowy. Na zdjęciu w akademiku u koleżanki, studentki Kotańskiego.
Babcia sprzedała ziemię i na jej książeczkę PKO wpłynęło 10 tysięcy złotych z podziału. Były to pieniądze na wyjazd do Francji. Tylko najpierw dostać się na studia, bo ojciec mnie nie puści, myślała. Ale tego dnia w wigilię swoich urodzin ubrana w białą koszulkę z małą stójką i spódnicę w kratkę , w bordowych lakierkach z takim białym paskiem wokół podeszwy udaje się na dworzec PKS na ulicy Hanki Sawickiej. Z brązową torbą ze skaju uszytą przez kaletnika, który znał się z ojcem, raźno maszeruje przez Aleję 1 Maja. Jeszcze się kłębią tłumy pierwszomajowe na ulicach i atmosfera wesołości, lodów w Kryształowej i oranżady. Jest bardzo podekscytowana, nie ma dużo rzeczy, bo u koleżanki mają się przebrać w atrakcyjniejsze ciuszki i jechać do Krakowa następnego dnia. W autobusie myśli o filmie Iluminacja, który oglądała niedawno.
Nie chciałaby żyć z takimi dylematami, czy wybierać herbatę madras czy ulung. Po kilku miesiącach pracy fizycznej, powtarza sobie jak mantrę- tylko dostać się na studia, dostać się na studia, nie chce pracować, chce się uczyć, czytać, mówić 5 językami obcymi. Nie chce bywać z umysłami rodem z esprit d`escalier, tak sobie powtarzają z inną koleżanką. W Krakowie następnego dnia słyszy make a wish , gdy przy stoliku mówią głośno, że ma dzisiaj urodziny, a Stefcia śpiewała jej Happy Bday, uprzejmie wtrącił się w rozmowę siedzący obok młody Niemiec. W jej czasie linearnym to ryzyko się już wtedy pojawiło. Języki obce , o których marzy zostaną z nią na zawsze. Maj 1988 Nie jest szczęśliwa w dniu swoich 30-tych urodzin. Podobnie jak jej kraj na początku maja 1988 roku. Powszechne strajki wszędzie i wszechogarniająca beznadzieja. Świat zmniejszył się do rozmiaru mieszkania M2 wypełniony płaczem małej córeczki. Make a wish pamięta jeszcze studencka koleżanka Danusia, która ją odwiedza. Ona za niedługo wyjeżdża z kraju. Z bardzo daleka od swojego rodzinnego domu przyjechała pożegnać się z Alą. Małe mieszkanie na osiedlu Stawki wypełnione dobrem wystanym przez zapobiegliwego ojca, jest świadkiem kolejnych marzeń. Dostać większe mieszkanie. Nie kupić, ale dostać. Takie signum temporis tamtych czasów. Albo zostawić to wszystko i wyjechać za granicę. W obecnym mieszkaniu jest meblościanka i dwa tapczany ze sklepu meblowego na Mickiewicza oraz telewizor z Radwana. Z książeczki dla młodych małżeństw kupuje oryginalne meble z cepelii, które mają służyć całe życie. Jest dywan przywieziony aż z Żagania. Piękne lustro w przedpokoju i oczywiście szafa wnękowa oraz pawlacz, hit małych mieszkań, zamówiony przez ojca. Kuchnia ma lodówkę z Rzeszowa, szafki w zestawie, stół i taborety. Jest dużo książek, bo mieszkają tu japiszony lat 80-tych. Co tu zostawiać w razie wyjazdu? Często wspomina swoje dawne wakacje we Francji i life-time holiday w Indiach. Tu na tle erotycznych świątyń w Khajuraho.
Pod opieką rodziców było lepiej. Kreacja urodzinowa jubilatki- prosto z Turcji ze sławetnych wycieczek, z których najbardziej przysłowiowe stały się swetry tureckie. Na zdjęciu z mężem i córeczką Madzią.
Jednakże w związku z posiadaniem takich dóbr jak telewizor meble mały fiat- Ala solidaryzuje się z Izą Trojanowską. Brązowy fiacik też stoi przed blokiem. Zawsze wyśmiewała małą stabilizację we wszystkich możliwych konfiguracjach. Oraz najbardziej nieprzyjemne ciała pedagogiczne z Ferdydurke, będąc nim sama. Sfrustrowana 30-latka żegna się z młodością, popłakuje wieczorem w poduszkę.
Maj 1998 U progu 40-stki ustatkowała się w stopniu zadawalającym. Duże mieszkanie już było, a mały fiat został zamieniony na opla kadeta w ładnym kolorze bordowym. Dzieci, już dwoje, podrosły i nie musi już z nimi spędzać tak wiele czasu. Może poświęcać się pracy. Tym razem urodziny w przeddzień komunii młodszej córki. Dziecko jest grzeczne i ambitne. Na zdjęciu z córką, ale nie na komunii, hehe.Festiwal Woodstock.
Impreza komunijna odbywa się w domu i jest przygotowana przez prywatny "katering", czyli dobrze gotujące koleżanki. Sukienka na zamówienie szyta przez inną przyjaciółkę, zdolną krawcową. Sklepy w młodym kapitalizmie wypełnione są tandetną krzykliwą odzieżą, a na bazarach słynne dresy z kreszu. Za parę dni jedzie na dwutygodniową szkolną wymianę do UK. Potem ma zjazd szkolny, na który wybiera się pierwszy raz.
Te początkujące lata demokracji są dla niej łaskawe. Zwolniła się z państwowej pracy w szkole i rozpoczęła swoją działalność. Nie ma dużych wymagań. Czuje się niezależna. Robi to, co lubi. Uczy innych i siebie języków obcych. I te pięć języków prawie zrealizowane, nawet sześć. Trudno powiedzieć, że zna tyle języków, ale umie się nimi komunikować. Wiedzę z literatury realizuje w cyklach felietonów, opowiadań, wywiadów w lokalnych gazetach. Jeździ często za granicę, szczególnie do UK.
Ale w Londynie nie umiała wybrać kawy w Starbucks, pierwszy raz widziała taki wybór, znała tylko cappuccino i espresso. W restauracjach też ma zawsze problem ze zrozumieniem karty dań. Nie wyczytała tego w swoich książkach. Czas przedurodzinowy, na początku maja w 1994 spędziła w Londynie i Calais podczas otwarcia Eurotunelu w miedzynarodowym towarzystwie. Była laureatką europejskiego konkursu miast bliźnieczych. Pierwszy raz poszła do sauny, też nie wiedziała jak się zachować. Obserwowała Christine, swoją angielską koleżankę. Karaoke zawsze nazywa z angielska „kari-oki” bo pierwszy raz w Anglii się z tym zetknęła i śpiewała Abbę Dancing Queen- having the time of my life… Ma już mnóstwo zdjęć i aparat cyfrowy. 40-ste urodziny spędza w domu razem z chrzestną swojej córki, kuzynką z Rzeszowa, mąż jakby już nieobecny w tej rodzinie. Make a wish to enjoy privileges of the privileged class, tak gdzieś wyczytała i lubiła cytować. Chce nadal wyjechać za granicę i zostać na dłużej niż trwają jej służbowe podróże. Maj 2008 Mąż nie żyje już od ponad roku. Starsza córka od 4 lat w Anglii, młodsza, przed maturą i często do niej jeździ. Jakiś czas wcześniej poznała uroczego Amerykanina, nie do wiary stary hippis, który jak w musicalu Hair o mało co nie znalazł się na wojnie w Wietnamie. Z okazji urodzin zabiera ją do Szkocji, gdzie sam mieszkał przez 20 lat i temu zawdzięcza również brytyjskie obywatelstwo. Dla jego opisu zastosowała wierszyk z filmu Walkower: człowiek, który mówi, nie wiem po co tu przyszedłem i po wielu latach, albo po czymś takim jak młodość albo miłość z ręką na sercu chce wszystko naprawić i poprawia krawat.
Imponuje Ali, bo on taki luzak, jej amerykański Robert Redford, a ona musiała tyle granic pokonywać i czuje się jak bohaterka Nałkowskiej lub Kuncewiczowej. Nie na swoim miejscu. Ach ta literatura, wszędzie zdradza jej wschodnie pochodzenie i kompleksy. Ale dekada 1998-2008 była bardzo przyzwoita. Firma jak money tree sama się kręciła bez większego jej wysiłku i zaangażowania. Dwa razy na rok trzeba było się poświęcić, we wrześniu, żeby rozpocząć rok szkolny i w czerwcu, żeby zorganizować wycieczkę do Londynu.
Ona podróżowała po całej Europie, mówiła tymi wymarzonymi językami obcymi tam, gdzie się pojawiła. Nawet po niemiecku i rosyjsku na Malcie z parą niemiecko-albańską, która nie znała angielskiego.Zdjęcie na Malcie, gdzie jej "Redford" pracował.
Były też trudne chwile, choroba i śmierć obydwojga rodziców, kłopoty wychowawcze z córkami nastolatkami. Zbliżająca się matura młodszej córki spędzała sen z oczu. Wcześniej dojrzewanie tej starszej. Poprzez unijne zjednoczenie następują totalne migracje do zachodniego świata. Wszyscy marzą o bogatej konsumpcji. Ale 2 maja 2008 i te dni wokół są wyjątkowe. Ona tak lubi wymagać, żeby wszyscy pamiętali o jej każdych urodzinach. A teraz to już 50-tka. W Polsce zaczynają się słynne majówki, wszyscy biorą urlopy i wyjeżdżają. W Edynburgu chodzi śladami Marii Stuart w pałacu Holyrood.
Zabrała ze sobą książkę Stefana Zweiga i czyta sobie wieczorem fragmenty. Monumentalny zamek na skale czaruje swoją wielkością. W Glasgow, mieście europejskiej kultury, w buddyjskim ogrodzie przemknęła jej przez myśl dawna japońska pasja, kokoro i Kimiko. Dwa lata wcześniej spaceruje po Miami i szuka słynnej szkoły tatuaży, bo córki prosiły. Amerykanin zabiera ją do tradycyjnej szkockiej restauracji, próbuje słynny haggis jako starter, a na deser cranachan, gdzie whisky rozlewa się miło po podniebieniu razem z innymi jej ulubionym składnikami. Make a wish, po kilku nocach rozgrzewanych whisky mieszanej z drambui, jak najbardziej na miejscu, wyjść za niego za mąż i zamieszkać we Francji, bo Amerykanin mieszka w Langwedocji. Maj 2018 Internet rozszalał się w świecie w sposób nieprzewidywalny. Telefonia komórkowa przeżywa nadzwyczajny rozkwit, mamy natychmiastowy kontakt z każdym miejscem na ziemi. Rozmawiamy , wysyłamy zdjęcia, robimy wszystkie bankowe transakcje, kontakty pracownicze i towarzyskie ograniczają się do różnych social media. Spotykamy się w barach i restauracjach spożywając posiłki i załatwiając jakieś sprawy. Rzadko zapraszamy się do domów, gdzie pełne lodówki i kuchenne szafki zaopatrzone we wszelkie dobra. Batoniki, ciasteczka, czekoladki, alkohole, których już się nie spróbuje, przekąski, te konserwowe cuda, owoce z całego świata. Ciągle coś jemy i to przybiera neoreligijne formy, jak we Francji. Gdzie nowa restauracja i gdzie coś zjemy na obiad, kolację, mały snack, deser, wypić drinka. Do tej hiperkonsumpcji chce dołączyć cały biedny świat Afryki i Azji. Następują ogromne migracje ludności i pogłębiające się podziały na bogatą Północ i biedne Południe. Ślub był już dawno , minęło parę lat, prawdziwy występ i występek w Miami vice, oraz uroczysty obiad w towarzystwie nowej amerykańskiej rodziny. Jest zadziwiona swoim życiem. Na jej drobne faux pas, on miło reaguje, że „Aliszia” doświadcza culture shock. W kari-oki bar on śpiewa jej I cant help falling in love with you.
Kupują wspólny dom we Francji, niedaleko Carcassonne i Narbonne. Blisko nad Morze Śródziemne i niedaleko w Pireneje. Tam przez dwa lata prowadzą leniwe szczęśliwe życie. Nad Canal du Midi.
Nagła przeprowadzka do Polski z powodów finansowych zmieniła relacje i już nie układa się jakby chciała. W tym czasie córki układały sobie swoje życie, na jej wybory już zabrakło cierpliwości , oddania, poświęcenia. Jemu i jej. Pojawiły się na świecie dwie wnuczki. Czas z nimi okazuje się słodszy niż cokolwiek. Sprzedają pierwszy duży dom zakupiony w Polsce, kupują drugi, znacznie mniejszy i wydają się bardziej uspokojeni , nie tak dawno skłóceni z życiem jak bohaterowie pewnego filmu, następnie pogodzeni, bardziej już zrezygnowani. Urodziny, już 60-te spędza z córkami, wnuczkami i siostrą cioteczną, która mieszka w domu ich wspólnych dziadków. Zaraz potem ma bardzo udany zjazd szkolny, gdzie dawni koledzy jednogłośnie twierdzą, że nic się nie zmieniła, ta sam figura i uśmiech. Rzeczywiście jej waga stoi w miejscu od kilkudziesięciu lat.
I kolejne make a wish, to być zdrowym, i żeby się układało w rodzinie, bo to zaczyna wreszcie doceniać nade wszystko. Chce jeszcze podróżować, poszaleć , np. w Amsterdamie, i jedzie tam sama. Ostatnie takie lato z coffee barami w tle, potem narty, chociaż tylko w Krajnie, hehe.
Ale on woli zostać ze swoim kotem. Jak zawsze pobłażliwy dla niej i wielkoduszny. A niech jedzie, jeśli jej się chce. Czy pamiętacie niektóre dekady ze swoich urodzin? Które najbardziej?

sobota, 4 lutego 2023

Glasgow- europejska stolica kultury.

Historię tę napisałam parę lat temu z okazji swoich dawnych urodzin, które spędziłam w Szkocji. Nigdzie jej nie zamieszczałam, a teraz znalazłam w swoich starych zeszytowych notatkach. Podoba mi się to wspomnienie, znalazłam zdjęcia schowane gdzieś w szkole i upiększyłam nimi tamte czasy. Do Glasgow przyleciałam 29 kwietnia. Miałam w planie spędzić naszą majówkę, przy okazji swoje urodziny w tajemniczej romantycznej Szkocji. Kim na lotnisko wysłał pracownika RPM, bo sam był czymś zajęty. Odebrałam bagaż i sądziłam, że wyjdę do jakiejś hali przylotów, gdzie łatwo dostrzegę kogoś, kto na mnie czeka. A ja od razu znalazłam się w dużej hali restauracyjno-sklepowej, gdzie kręciło się mnóstwo ludzi, ale nikt z tabliczką mojego nazwiska. Zupełnie niespeszona zamówiłam a glass of double whisky w restauracji koło drzwi wyjściowych, żeby się rzucać w oczy. Pomyślałam o Robercie Burns, wielkim szkockim poecie, który w Glasgow napisał jeden z najpiękniejszych poematów miłosnych " Ae fond kiss", a skierowany do ukochanej Agnes McLehose, Ae fond kiss and then we swear, ae farewell, alas for ever. Who shall say that fortune grieves him While the star of hope she leaves him? Ae farewell... Had we never loved so kindly had we never loved so blindly never met or never parted we had never been broken- hearted Ja też tak jeżdżę do różnych miejsc na świecie, żeby się spotkać z moim ukochanym i ciągle się z nim witam i żegnam, a każdy kraj inspiruje mnie swoją literturą, historią i przyrodą. A czy w Glasgow, ktoś może zapytać, jest coś ciekawszego niż różne odmiany deszczu? Zapewniam,że tak. To niezwykłe kupieckie miasto zaczyna się zwiedzać od średniowiecznej katedry św Mungo, posiadającą katedralną kryptę, w której znajduje się grób dawnego mnicha Kentigern, następnie apostoła Strathclyde, św Munga, który zmarł w 612roku w Glasgow.Był biskupem, a po śmierci został patronem diecezji Glasgow. Informacje o jego życiu pochodzą z XI i XII wieku i brak pewnych potwierdzeń dla zawartych w tych Żywotach danych. Data śmierci pochodzi z Annales Cumbriae. Momumentalna Katedra robi imponujące wrażenie, to najpiękniejszy gotyk szkocki.
Obok znajduje się fascynujący ośrodek religii i sztuki, pełen eksponatów wszystkich religii świata, w tym piękny ogród w stylu zen. Z powodu deszczu, a jakże, nie mogłam wszystkiego dokładnie zobaczyć. W zacisznej kawiarence można podumać o rzeczach ostatecznych. Albo te sprawy eschatologiczne można przenieść na grunt doczesny i "spocząć" w kościele Kelvinside, czyli obecnie najelegantszej restauracji, nazwanej w języku gaelic Oran More, czyli Wspaniała melodia życia i uczcić swoje wspaniałe życie szklaneczką whisky oraz innymi szkockimi smakałykami.
Ogromne wrażenie robi George Square z dominującymi ogromnymi budynkami administracyjnymi, jak np City Chambers czyGalerii Sztuki Nowoczesnej z pomnikiem Duka Wellingtona. Ulicą St Vincent dojdziemy do Old Bank of Scotland, monumentalnej budowli wspartej o kolumny jońskie.
A gdy cię znudzi monotonny deszcz w Glasgow, można wstąpić do Botanic Gardens, niedaleko University of Glasgow, gdzie odpoczniesz w cieple, zobaczysz niezwykłe gatunki roślin i drzew, tropikalnych, stepowych, pustynnych. Wypijesz egzotycznego drinka, a potem znowu na mżący kapuśniaczek.
Muszę raz jeszcze wspomnieć o Robercie Burns, wielkim poecie szkockiego romantyzmu, który spędził jakiś czas na salonach w Glasgow. Z miejscowego poety stał się wieszczem narodowym, ale zmarł bardzo młodo, bo w wieku 37 lat. Na jego pogrzebie pojawiły się tłumy. Jednak popularność jaką zaczął cieszyć się po śmierci, przewyższyła o niebo jego ziemskie dokonania. W rocznicę jego śmierci 25 stycznia, prawdziwy Szkot czci jego pamięć uroczystą kolacją, na której wysławia się hagis, kobiety i whisky. Jest to jeden z trwałych elementów szkockiej dumy narodowej. Najbardziej znanym jego utworem jest pieśń pożegnalna Auld lang syne, a ja mogę przysiąc, że my old acquintance never be forgot for the sake of auld lang syne. Nigdy nie zapomnę moich starych przyjaciół.

czwartek, 12 stycznia 2023

Das stammbuch- dziecięce ku pamięci.

Już Trzy siostry mówiły- zapomną o nas, taki nasz los, nic nie poradzimy. To, co się wydaje zasadnicze, znaczące, za jakiś czas zostanie zapomniane albo okaże się nieważne. Ostatnia noblistka swoje Les annes zaczęła tym cytatem. Gdyby Kapuściński żył, na pewno dostałby Nobla. Jego Lapidaria to sumienie współczesnego człowieka. Annie Ernaux pisze podobnie. Kolega z dzieciństwa zadzwonił z informacją, że zmarła Ela Polak. Mamy na messengerze grupę przyjaciół z "dwójki" i tak czasami spotykamy się w lokalnych restauracjach. Rozmawiamy, wspominamy co zostaje po człowieku w pamięci innych. Elę bardzo lubiłamm w młodszych klasach i pewnie dlatego do mojego pamiętniczka wpisała się trzy razy. Czy tamte naiwne sztambuchowe wierszyki przytoczone teraz, mogą być odczytane inaczej? Grzeczna, pulchniutka jak amorek Ela pisała pod datą 20 lutego 1967- Gdybym była ogrodniczką, dałabym ci róży kwiat, ale jestem uczennicą, więc ci życzę długich lat,
Potem 28 października 1968- Kiedy siedzisz w cichym pokoju i w oczach zabłysnie ci łza, to nie myśl, że jesteś sama, bo z tobą jestem i ja. Cztery lata potem byłyśmy w siódmej klasie i Ela przestała już być ułożoną, grzeczną dziewczynka. Widać to nawet w charakterze pisma i doborze wierszyka- Wiek ucieka w lot sokoła, goni co sił. Nikt młodości nie odwoła choćby sto lat żył. Ojciec Eli był działaczem partyjnym. Chyba pod koniec lat 60. wybudowano w naszym mieście pierwszy wieżowiec, tylko sześciopiętrowy, ale z windą. Zamieszkali tam różni lokatorzy, jak to w tamtych czasach bywało, inteligencja i klasa robotnicza. Ela zaprosiła mnie kiedyś do siebie. Miałam jej pomóc w lekcjach. Samorząd szkolny organizował taką samopomoc, a ja zawsze byłam chętna do społecznej działalności. Czułam się wyróżniona, gdy wybierano mnie do pomocy w lekcjach. Rodzice Eli zajmowali przestronne i wygodne 4-pokojowe mieszkanie. To zadziwienie niespotykaną wtedy w blokach powierzchnią mieszkaniową, przetrwało w mojej pamięci jak nic bardziej, co łaczy mnie z dawną szkolną koleżanką, ktora zmarła kilka dni temu. Czy zostawiła męża, dzieci, pewnie wnuczęta? Jak przeleciało życie dawnej rozpieszczonej dziewczynki, długo długo potem bez opieki tatusia, który zmarł dosyć młodo. Nie było to łatwe życie powiedział kolega, który zawiadomił mnie o jej śmierci. W tym samym bloku jako przedstawiciel dużo niższej klasy społecznej mieszkał syn sprzątaczki Andrzej Wąsik. Nie zdał chyba 2-3 razy i uczyliśmy się razem w 7 klasie. Był miły i przystojny, grzeczny dla dziewcząt z klasy, wtedy już 17-letni. Nie wiem jakim sposobem znalazłam się wtedy w jego towarzystwie, a on zabrał mnie na najbardziej skandaliczny film tamtych czasów, czyli przebój kinowy Trzecia część nocy. Wstydziłam się oglądać wiele scen i zamykałam oczy. Siedzieliśmy na balkonie w kinie Przodownik. Zima wtedy dopisywała, zostaliśmy w środku z kurtkami na kolanach, pamiętam jak było duszno, bo wszystkie miejsca zajęte. Dlaczego bileter mnie wpuścił? Może rozpoznał we mnie córkę milicjanta, hahaha. Komenda była naprzeciwko i ojciec często wpuszczał mnie za darmo do kina. Ale na westerny. Tak było. W tym sześciopiętrowym wieżowcu mieszkała też Dzidka Gilówna, również córka działacza partyjnego, a nawet potem prezydenta naszego miasta. Chodziłyśmy razem do liceum. Wyglądała jak chłopak i równa z niej była babka. Sympatyczna, życzliwa i otwarta. Podobno też nie żyje. Chodziła z Elą do jednej klasy w liceum, Elę nazywano wtedy Pudel,bo miała piękne kręcone włosy, Dzidkę też jakoś przezywano, ale nie pamiętam. Takie obrazy ukazujące czas, gdy się było małą dziewczynką przewinęły się w mojej pamięci dzięki kilku wierszykom w starym pamiętniku. Inna koleżanka, Ewa, podobnie zadbana, grzeczna , dobrze wychowana, wzorowa uczennica też wpisała mi się do pamiętnika trzy razy. Wszystkie jako małe dziewczynki byłyśmy układne, skromne i nieśmiałe. Na zdjęciu z Grażynką, która w pamiętniku narysowała mi Pipi na koniu. Pewnie szleństwa Pipi jej się podobały. Może potem i w życiu umiała marzyć i realizować plany.
Wracając do Ewuni, 21 marca 1967 roku napisała ładnym okrągłym pismem - Jak róża co pierwsza rozkwitła do słońca westchnieniem poranka zbudzona, tak Ty badź zawsze świeżo kwitnąca, lecz nie kol i nie więdnij jak ona. Potem w tym samym roku przewidywała Dwa serca złączone klucz rzucony w morze, nikt nas nie rozłączy, tylko Ty o Boże.
Trzeci wierszyk też starannie napisany, z odpowiednimi znakami interpunkcyjnymi z wyraźną datą 24 luty 1967 - Niezapominajki to są kwiatki z bajki rosną nad potoczkiem patrzą żabim oczkiem. Gdy się jedzie łódką śmieją się cichutko i szepczą ci skromnie "nie zapomnij o mnie"/ kolejność wpisów wg stron w pamiętniku/. Mała Ewunia potem przeniosła się do innej szkoły z powodu rejonizacji. Bardzo za nią tęskniłam. Spotkałyśmy się następnie w liceum, ale chodziłyśmy do różnych klas. Ja ją rozpoznałam, a ona jakby nie. Chodziła do klasy ze wspomnianą Elą i Dzidką. W mojej pamięci w tamtych odległych czasach pozostał żal małej opuszczonej dziewczynki. Rozstałam się z wieloma koleżankami, gdy poszłam do liceum. Mało rozmawiałyśmy z Ewą w liceum. Była nadal wzorową uczennicą i miłą dziewczyną. Po latach studiów obie stałyśmy się nauczycielkami. O moim dziecięcym żalu sprzed lat powiedziałam Ewie, kiedy byłyśmy już matkami i około 40-stki, a ja uczyłam jej syna języka angielskiego. Mieszkałyśmy niedaleko od siebie. Często rozmawiałyśmy w drodze do domu, lub w autobusie. Wtedy czułam w niej dawną szkolną koleżankę. Widziałam znowu tę pulchną, miłą, dobrze wychowaną i spokojną zrównoważoną dziewczynkę. Tak się złożyło, że obie bedąc już po 50-tce kupiłyśmy domy w górach. Ale to już przypadek. Ewunia ma jednego syna, już około 40stki, wnucząt się na razie nie spodziewa. Ona się wyprowadziła z rodzinnego miasta, a ja mieszkam w dwóch miejscach. Jak dobrze, że nie jesteśmy jeszcze anonimową masą odleglego pokolenia. Dopóki będziemy opowiadać naszym dzieciom, wnukom o ich babciach, prababciach, oni też będą opowiadać o nas. Jeszcze chciałam dodać, że w pamiętniku trzy razy wpisała mi się też Irenka, moja koleżanka od zawsze, również w tym samym zawodzie, Małgosia, wprawdzie teraz mieszka we Wrocławiu, ale spotykamy się na zjazdach szkolnych oraz dwóch kolegów Andrzej i Wiciu, moje sympatie w podstawówce. Dzięki temu, że mieszkam w tym samym mieście całe życie, nadal utrzymuję kontakty z przyjaciółmi ze starego pamiętnika. To bezpieczny pomysł na życie. Moi uczniowie przyprowadzają już wnuczęta do naszej szkoły językowej. "A ja ratuję coś z czasu, w którym się już nigdy nie będzie."

wtorek, 3 stycznia 2023

Netetykieta i moja książka.

Należę do tych, którzy nie opłakują młodości, cieszę się, że ją przeżyłam, ale nie chciałabym zaczynać wszystkiego od nowa, ponieważ dzisiaj czuję się o wiele bogatsza niż kiedyś. Ale myśl, że kiedyś odejdę/ nie myślę jeszcze o zaświatach, ale w czasach pocovidowych to różnie bywa/ i całe to moje doświadczenie pójdzie na marne, jest przyczyną tzw. lęku egzystencjonalnego. Co za marnotrawstwo, dziesiątki lat spędzonych na budowaniu doświadczenia, żeby potem to wszystko zostawić? Mój ulubiony Umberto Eco powiedział, "to jakby spalić Bibliotekę Aleksandryjską, zniszczyć Luwr i British Museum razem wzięte, pozwolić, żeby morze pochłonęło piękna i uczoną Atlantydę”. Bo tyle w ciągu mojego życia przeczytałam i widziałam, a kontakty z luminarzami nauki rozwinęły we mnie potrzeby na miarę Wersalu wiedzy i teraz czeka mnie „ jankeska paranoja, ideał arogancji i analfabetyzm”/ tak pisze o USA Perez-Reverte/. I dylematy, albo być, albo mieć znowu się pojawiły. Ale teraz wolałabym mieć. W związku z tym pomyślałam, że trzeba coś po sobie zostawić, książka to ubezpieczenie na życie, mała antycypacja nieśmiertelności, ładnie powiedziane, prawda? Pewne myśli ze względu na swoją zgodność ze zdrowym rozsądkiem, mogą każdemu wpaść do głowy. I nie chodzi tu o kartezjańskie cogito ergo sum, ani o zasadę względności, of course. Nadal cytuję wspomnianego Perez-Reverte. Na spotkaniach towarzyskich i rodzinnych obiecuję, że zabawię się w kronikarkę i wykonam tę mnisią, żmudną pracę , żeby zostawić coś dla potomnych. Ale niezależnie od tego, ile zdołałabym przekazać, opowiadając o sobie i o czymś, nigdy nie zdołam przekazać całości zdobytego doświadczenia, np. wrażenia , jakie wywołała we mnie twarz kochanej osoby, córki po urodzeniu czy narzeczonego długo nie widzianego, nie będę umiała opisać odkrycia, jakiego dokonałam na widok wschodu słońca nad Atlantykiem obserwowanego z samolotu czy obrazu Sahary w oazie Ghardaja. Nie umiem tego opisać. Nawet Kant nie zdołał w pełni przekazać tego, co zrozumiał, wpatrując się w gwiaździste niebo nad sobą. Skromność nie jest moją cechą, hehe. Najbardziej esencjalną wartością tej mojej chęci napisania książki jest to, że stałam się digital, jak to mówią Anglicy, nauczyłam się netetykiety, nie jestem demodee we wspólnocie młodych, którzy w jakimś sensie przerośli mnie intelektualną giętkością. Uwielbiam młodych, ”kradnę” im ich młodzieńczy entuzjazm z powodzeniem, który ich czasami przerasta! Bo najważniejsze, żeby mieć connection, insert object i wejść jak RealPlayer acrobat! W każdym razie register now, Facebook, Instagram, TikTok, sign in, check mail i attach wszystkie fotki i opowiadania. Nie będzie fatal error, nie stracę wszystkiego, włączę system winword i powrócę do odzyskanego dokumentu. Napiszę coś o mojej tęsknocie, o życiu and save messages in my drafts folder. Moja wiedza na miarę biblioteki w OBK będzie ogromnym wkładem w rozwój rodziny Nowaków i Klusów oraz Wilsonów. Zapisałam się już do klubu literackiego Aspekt. Ruszam do pracy. Annie Ernaux i Alice Munro mnie zainspirowały. Hawk. Poniżej zdjęcie z Polnej, gdzie spędziłam dzieciństwo i wczesną młodość.

piątek, 23 grudnia 2022

So here it is Merry Xmas, everybody`s having fun...

Co roku w naszej językowej szkółce przygotowujemy wspólne śpiewanie jakiejś świątecznej piosenki i nagrywamy wspólnie z dziećmi i rodzicami. Taka zupełna improwizacja, bo nigdy nie ma kiedy przećwiczyć. Na ogół ja wybieram swój ulubiony hit. Tym razem w radio puszczali coś sprzed lat i przypomniał mi się zespół Slade. Tak kiedyś lubiłam na dyskotekach Far far away i Everyday. Mój śp mąż śmiał się ze mnie, bo on wtedy takich darciuchów nie słuchał. Był ponad glamrockowe gusta, będąc słuchaczem Pink Floyd czy Led Zeppelin. Też ich lubiłam.
Tu mamy fragment refrenu, jakość słaba, bo to przekazywanie na maila tak zmienia. So here it is Merry Xmas, everybody`s having fun, look to the future now, it`s only just begun.. Bardzo dumna jestem z naszej szkółki, bo to już prawie 30 lat na rynku, dzieci stały się nauczycielkami i wnuczęta już się uczą. Nawet wnuczęta moich dawnych najwcześniejszych uczniów. Quand le temps passe vite. A ja odkąd pojawiła się w rodzinie najmłodsza latorośl, z powrotem lubię święta. Miałam okres nielubienia gdy poumierali Rodzice, potem pierwszy mąż, a dzieci były nieznośnymi nastolatkami. Dekada przeleciała, prawie dwie i znowu jest bardzo miło, jak wtedy gdy sama byłam dzieckiem. Córki mieszkają w dużych domach czy mieszkaniach i to one urządzają święta, albo jadę do mojego wiejskiego gospodarza i tam już zupełna beztroska. Tylko prezenty trzeba kupować, ale o tym myślę już od listopada i powoli z ogromną przyjemnością pakuję je w wytworny sposób. Dzisiaj dzień spędziłam na czytaniu książek, które sama sobie zakupiłam na gwiazdkę.
Historie tegorocznej noblistki przypominają mię samą. To mię,to takie przedwojenne jeszcze użycie. Podoba mi się. Annie Ernoux też jest trochę podobna do innej noblistki- Alice Munro. Obydwie nauczycielki ojczystych języków. Dojrzewały w trudnych latach powojennych. Podobieństwa do Annie Ernoux upatruję w tragicznej historii utraty starszej siostry i swoich narodzin po takiej ogromnej stracie. Wielka miłośc ojca, jego duma, gdy córka kończy studia, słabość matki, którą przygniotła na zawsze śmierć małej córeczki. Gdy dorosłam i miałam juz swoje dzieci, też córki, bałam się pytać o tamto tragiczne rodzinne wydarzenie. Nigdy nie pytałam rodziców, tylko ciocie i zwykle strasznie płakałam nad losem mojej mamy. Może i mnie by nie było, gdyby nie tamta śmierć. W zamian byłam otoczona wielką miłością, troską , ale starszy brat mnie nie lubił, bo był zadrosny. Rodzice zdecydowanie mnie faworyzowali. I tak mi to zostało, ta dawna rozpieszczona dziewczynka. Do wiejskiego siedliska nie chciało mi się jechać, pewnie w ferie się wybiorę. Namówię kogoś na narty na Stogu Izerskim w Świeradowie. Domek oświetlony, bo Gospodarz ma swoje wspomnienia i u niego Santa Claus is coming to town...
A ja wracam do czytania. Przez allegro i z biblioteki zamówiłam jeszcze inne ksiązki i w moim ulubionym gniazdku oddaję się swoim przyjemnościom.
Żebym nie była posądzona o totalne lenistwo, to powiem, że zrobiłam śledzie, upiekłam mięso, ugotowałam kompot z suszu i bigos. Resztę szykują córeczki. So this is Christmas for weak and for strong, the reach and the poor ones, the war is so long.. a very merry Xmas and a happy New Year, let`s hope it`a a good one without any fear..Tak śpiewał kiedyś John Lennon, zawsze aktualne. Miłego rodzinnego świętowania, wspólnego wesołego kolędowania, oraz refleksji i uspokojenia. I na koniec updating, już wigilijn
a fotka z córkami i wnuczętami.